Book title in original: Davies Norman. Boże Igrzysko. Tom II

A- A A+ White background Book background Black background

To main » Davies Norman » Boże Igrzysko. Tom II.



убрать рекламу



Читать онлайн Boże Igrzysko. Tom II. Davies Norman.

Norman Davies

 Сделать закладку на этом месте книги

Boże Igrzysko

TOM II

NARÓD. Rozwój nowożytnego narodu polskiego (1772—1945)

Przedmowa do tomu II

 Сделать закладку на этом месте книги

Układ niniejszego tomu, który obejmuje okres historii Polski od końca osiemnastego wieku po dzień dzisiejszy, jest taki sam jak układ przyjęty w tomie pierwszym. Podstawowe rozdziały narracyjne (12—21) są poprzedzone serią esejów tematycznych, całość zaś zamyka część podsumowująca wydarzenia z okresu po roku 1944. Ogólny ton obu tomów jest jednak całkowicie odmienny. Historia Polski okresu wcześniejszego jest świadectwem stopniowego wzrostu i nagłego upadku jedynej w swoim rodzaju cywilizacji, której kultura i struktura instytucjonalna stanowiły odbicie ekscentrycznego pomieszania wartości Zachodu przeszczepionych na grunt słowiańskiego Wschodu. Natomiast historia Polski okresu następnego to dzieje długotrwałej walki narodów usuniętej z mapy Rzeczypospolitej o to, aby nie dać się unicestwić parweniuszowskim imperiom wschodniej Europy i znaleźć sobie — przez zdobycie nowych tożsamości — nowe miejsce w świecie.

Niemniej jednak pamięć dawnego dziedzictwa nadała barwę spojrzeniu Polaków na ich własną trudną sytuację na przestrzeni całego okresu historii współczesnej. W odróżnieniu od licznych ruchów narodowościowych grup, których odrębna świadomość została od początku do końca wypracowana w dziewiętnastym wieku, Polacy zawsze mieli przed oczami obraz dawnej Rzeczypospolitej i za pośrednictwem płodnego środka przekazu, jakim była ich literatura, wykorzystywali go do utrzymania poczucia własnej niezniszczalności i wyższości moralnej. Mimo iż nie mogli rościć sobie pretensji do udziału w dziesięcioleciach chwały militarnej, potęgi politycznej czy dobrobytu ekonomicznego, jakimi los obdarzył ich niemieckich czy rosyjskich sąsiadów, z pewnością uważali się za jeden z „historycznych narodów” Europy i nie figurowali na liście owych pośledniejszych plemion, które (nie wymieniając tu nikogo po imieniu) często bywały zmuszane do wymyślania na własny użytek większości rozdziałów swych rzekomych dziejów.

Mimo iż Polska może uchodzić za „kraj na kółkach” — zarówno z uwagi na swoje położenie geograficzne, jak i przez wzgląd na swoje kolejne wejścia i zejścia ze sceny politycznej — to jednak, jako wspólnota kulturowa o głębokich i trwałych tradycjach, dowiodła swojej stałej pozycji na arenie europejskiej.

W sensie politycznym najnowsza historia Polski jest oczywiście historią tragiczną. Zadanie zrekonstruowania dawnej Rzeczypospolitej okazało się niewykonalne, a państwa polskie, które tworzono w dwudziestym wieku, były tylko bladymi imitacjami — żeby nie powiedzieć karłowatymi parodiami pierwotnego modelu.

Chociaż dwukrotnie osiągnięto cel, o który tak długo zabiegano — odzyskanie niepodległości narodowej w 1918, a następnie ponownie w 1945 roku — to jednak tak za jednym, jak i za drugim razem osiągnięcia te przyniosły gorzkie owoce. Druga Rzeczpospolita (1918—39) została zlikwidowana po upływie mniej niż jednego pokolenia, Rzeczypospolitej Ludowej, stworzonej pod auspicjami Związku Radzieckiego w latach 1944—45, brak wielu spośród podstawowych atrybutów niepodległości.

Dawna Rzeczpospolita zaznała przynajmniej zwycięstwa w klęsce — jej duch na długo przetrwał jej fizyczną zagładę. Natomiast o współczesnej Polsce można powiedzieć, że doświadczyła klęski w zwycięstwie: ponownie ustanowionemu państwu nie udało się wyeliminować wielu spośród upokorzeń i opresji przeszłości.

Na nie kończące się klęski Polaków trzeba jednak zawsze patrzeć z właściwej perspektywy. W 1797 roku państwa rozbiorowe, które ostatecznie zniszczyły dawną Rzeczpospolitą, poprzysięgły uroczyście, że nawet nazwę „Polska” na zawsze wymażą z historycznych dokumentów. Było kilka momentów — po powstaniach z lat 1830 i 1863, a przede wszystkim podczas paktu Związku Radzieckiego z hitlerowskimi Niemcami w latach 1939—41 — kiedy wydawało się, że ta przysięga zostanie dotrzymana. Ale dziś każdy może zobaczyć na własne oczy, że Polska istnieje — zarówno duchem, jak i ciałem. Wydaje się, że ten kraj jest nierozerwalnie związany z nie kończącą się serią katastrof i kryzysów, które — w sposób paradoksalny — stają się źródłem jego bujnego życia. Polska znajduje się bez przerwy na krawędzi upadku. Ale jakimś sposobem zawsze udaje jej się znów stanąć na nogi, a w dziedzinach być może bardziej istotnych niż polityka i gospodarka — przeżywać okresy rozkwitu.

Trud ostatecznego przygotowania do druku obszernego maszynopisu powiększa jeszcze dług autora wobec jego współpracowników i mecenasów. Chciałbym w tym miejscu złożyć podziękowanie Kenowi Wassowi z University College w Londynie, który podjął się opracowania technicznego większości map i wykresów, Andrzejowi Suchcitzowi i Markowi Siemaszce, którzy opracowali indeks,

Komitetowi Wydawniczemu Szkoły Studiów Słowiańskich i Wschodnioeuropejskich oraz Fundacji im. Lanckorońskich, która szczodrze udzielała mi pomocy.

Norman Davies

Wolvercote

3 maja 1979




Od tłumacza

Przekład Historii Polski nie był zadaniem łatwym. Ogromna erudycja i rozległa wiedza Autora, obejmująca znajomość nie tylko faktów historycznych, ale także ich najszerzej pojętego tła politycznego, kulturowego i społecznego, może stać się prawdziwą lekcją pokory dla tłumacza, który zechciałby sądzić, że nabyta przez długie lata praktyki sprawność warsztatowa w połączeniu z taką znajomością historii, do której zobowiązuje sam fakt, że jest to historia kraju ojczystego, pozwoli pokonać trudności natury merytorycznej. Książka Daviesa jest jednak czymś więcej niż tylko dziełem historycznym — jest także dziełem literackim, którego niewątpliwe walory stylistyczne stawiają przed tłumaczem klasyczny problem ciągłego szukania optymalnych kompromisów między wiernością treści a wiernością formie — kompromisów często niełatwych wobec ograniczeń, jakie narzuca tłumaczowi język przekładu.

Pragnę więc w tym miejscu przyznać, że niniejszy przekład nie byłby w ogóle możliwy, gdyby nie cenna pomoc, jaką ofiarowała mi pani Janina Ozga z Instytutu Filologii Angielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, która z niewyczerpaną energią i zdumiewającą intuicją prowadziła mnie ścieżkami, jakie kilkanaście lat wcześniej musiał przebywać Autor Historii Polski w poszukiwaniu materiałów źródłowych do swojej książki. Jej też zawdzięczam odnalezienie źródeł wielu cytatów wplecionych w tekst oryginału, a nie opatrzonych przez Autora notami bibliograficznymi — może po to, aby zbytnio nie obciążać pamięci anglosaskich czytelników, a może i dlatego, że dla niego samego stały się one przez długie lata studiów czymś, co się po prostu wie i zna na pamięć…

Pracę nad przekładem Historii Polski rozpoczął przed paroma laty nieżyjący już warszawski dziennikarz i literat, pan Jan Zarański. Udostępniony mi rękopis był niejednokrotnie źródłem inspiracji przy tłumaczeniu pierwszych rozdziałów książki.

Polskiemu czytelnikowi winna jestem jeszcze wyjaśnienie dotyczące sposobu użycia nazw geograficznych — tym bardziej że odbiega on od systemu przyjętego przez Autora, a wyłożonego obszernie w rozdziale 21 II tomu Historii: „nie trzeba szczególnie dogłębnej znajomości obcych języków”, pisze Davies, „aby zrozumieć, że warianty nazw [geograficznych — E.T.] zależą po części od przekonań ludzi, którzy ich używają, po części zaś — od upływu czasu”. W tym kontekście obowiązek historyka „polega na zwróceniu czytelnikowi uwagi na to, jak teraźniejszość różni się od przeszłości”. Konsekwencją takiego stanowiska jest zasada, w myśl której nazwa stanowi możliwie najwierniejsze odbicie „dominujących w danym momencie dziejów powiązań kulturowych i politycznych — oznacza to więc dla przykładu, że w rozdziale trzecim będzie się mówić o Wratislawie, w rozdziale dwudziestym — o Breslau, a w rozdziale dwudziestym trzecim — o Wrocławiu”. Podkreślając, że nazwa nadawana takiemu czy innemu miejscu w danym momencie dziejów nie jest „ostatecznym werdyktem wydanym przez historię”,

Davies przyznaje jednocześnie, że uzasadnione względami historycznymi zróżnicowanie nazewnictwa stanowi dodatkową trudność dla angielskiego czytelnika, który — jak pewien brytyjski premier z cytowanej przez niego anegdoty — „nigdy nie słyszał o Cieszynie, a o Śląsku sądził, że leży gdzieś w Azji Mniejszej”. W odczuciu Polaków sytuacja ma się jednak, moim zdaniem, nieco inaczej. Obcojęzyczne nazwy miejscowości leżących dziś na terenie naszego kraju niosą ze sobą bardzo silne konotacje polityczne, często związane z wydarzeniami historii najnowszej, a nie z kontekstem historycznym, w jakim zostały użyte; podobnych asocjacji Davies nie mógł oczekiwać od czytelników oryginału swej książki, dla których wszystkie warianty mogą przecież brzmieć po prostu równie egzotycznie.

Ponadto, jak stwierdza sam Autor, „Polacy, którzy mówiąc o Lipsku i Dreźnie, nie chcą wszak dać do zrozumienia, że uważają je za miasta polskie”. W polskim przekładzie używam zatem powszechnie przyjętych dziś nazw polskich, wersje obcojęzyczne wprowadzając jedynie tam, gdzie taki wybór uzasadnia kontekst (np. w tłumaczeniach dokumentów pisanych przez dyplomatów brytyjskich).

E.T.



I. NARÓD.

Rozwój nowożytnego narodu polskiego. (1772—1945)

 Сделать закладку на этом месте книги

Wśród demokracji Zachodu nacjonalizm rzadko wzbudzał żywe uznanie lub sympatię. Na przestrzeni dwóch stuleci, jakie minęły od czasu, gdy pojęcia przynależności państwowej, narodowej niezawisłości i wyzwolenia narodowego znalazły swój pierwszy spójny wyraz podczas rewolucji francuskiej, dotarły one do wszystkich części Europy, a więc i do najdalszych zakątków kuli ziemskiej; mimo to w świecie anglosaskim znajdowały mniejsze zrozumienie niż w większości innych miejsc świata. Zwłaszcza w łonie ustabilizowanych wspólnot politycznych Wielkiej Brytanii i Ameryki, gdzie demokratyczne instytucje od najdawniejszych czasów miały solidne oparcie w przyjętej zasadzie demokratycznej większości, brak było zbyt silnych motywów po temu, aby kwestionować legalne podstawy państwa lub dawać wyraz nadmiernej trosce o prawa mniejszości. Do niedawna odrębność interesów Szkotów, Walijczyków, Anglików czy nawet Irlandczyków wywoływała zaledwie okresowe ataki irytacji wśród ludności brytyjskiej — podobnie jak interesy Murzynów, amerykańskich Indian, Meksykanów czy Kanadyjczyków z Quebecu wśród mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Liberalni przywódcy, absolutnie przekonani o uniwersalnych dobrodziejstwach Wolności i Demokracji wyniesionej na ołtarze tradycji Westminsteru czy Konstytucji amerykańskiej, zazwyczaj upatrywali w nacjonalizmie niepotrzebną dywersję przeciw ich podstawowym celom i skłonni byli uważać go za rzecz z gruntu nieliberalną i niedemokratyczną. W oczach wielu liberałów „narody” są niemal z definicji samolubne, irracjonalne i niszczycielskie; natomiast „państwa”, bez względu na wady, jakie mogłyby wykazywać w takim czy innym okresie, są przynajmniej potencjalnie reformowalne. Tradycyjne anglo-amerykańskie przekonania panujące w tym względzie zostały już dawno wyraźnie sformułowane przez seniora wiktoriańskich historyków. Lorda Actona. „Naród może czasem zostać stworzony przez państwo”, pisał Acton, „ale tworzenie państwa przez naród jest sprzeczne z naturą”[1].

Pogląd ten, który przeważa w wielu anglojęzycznych pracach historycznych, pozostaje w oczywistej sprzeczności z wydarzeniami w Europie Wschodniej, gdzie rozwój nacjonalizmu, narodów i państw narodowościowych dał początek najistotniejszym przemianom, jakie zaszły na przestrzeni ostatnich dwustu lat. Z jednej strony, nacjonalizm odmawia przyznania, że w pewnych określonych warunkach dyktatura mogłaby się spotkać z powszechnym poparciem lub też, że demokracje mogłyby snuć jakiekolwiek wrogie lub agresywne plany. Odrzucając tę możliwość, często przeczy temu, o czym świadczy praktyka. Z drugiej strony natomiast, z racji charakterystycznej dla siebie obsesji na temat reguł i procedur prawnych, żywi nieuzasadnioną wiarę w skuteczność reform konstytucyjnych, które mogą mieć niezbyt istotny związek z panującymi warunkami społecznymi i kulturowymi. Stąd też w takich rejonach świata jak Europa Wschodnia, gdzie regułę Prawa podporządkowywano zazwyczaj względom wygody politycznej, zachodni mężowie stanu na ogół o wiele większą wagę przywiązywali do reform państw już istniejących niż do tworzenia państw nowych. Niepoprawni optymiści, nieodmiennie wierzący w gotowość autokratów i przywódców rządów totalitarnych do wyznania własnych grzechów i poprawy, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu wiecznie żywią nadzieję na to, że status quo da się w jakiś sposób uratować bez odwoływania się do przemocy i rewolucji. Dziś tak samo żarliwie marzą o „liberalizacji” Związku Radzieckiego, jak niegdyś marzyli o reformie carskiej Rosji i zachowaniu monarchii austro-węgierskiej. Obawiając się, że nowe państwa narodowościowe mogą się okazać instytucjami równie represyjnymi jak dynastyczne imperia, przyjmują ich powstanie z niechęcią i niemałą dozą sceptycyzmu. Z tego też powodu w sposób paradoksalny i pozostając w oczywistej sprzeczności ze swymi rzekomo liberalnymi zasadami, nigdy nie spieszą się z udzieleniem czynnej pomocy przeciągającym się walkom stronnictw narodowościowych przeciwko autokracji i tyranii.

Jak należałoby się spodziewać, niemal wszystkie standardowe prace pisane na Zachodzie na temat nacjonalizmu zajmują stanowisko wrogie wobec Polski, nadają tej kwestii status „drugorzędny” lub wręcz ją ignorują.

W Europie Wschodniej, gdzie panujące warunki polityczne różniły się znacznie od środowiska politycznego Zachodu, przyjmowano bardzo odmienne postawy wobec nacjonalizmu. Dopóki trwały dynastyczne imperia, walka o władzę toczyła się głównie między skrajnie konserwatywnymi obrońcami rządzącego systemu a rzeszami rewolucjonistów różnego autoramentu, którzy nie widzieli żadnej nadziei na postęp aż do czasu, gdy reżimy imperiów zostaną zastąpione jakąś nową, sprawiedliwszą formą bytu państwowego. Reformizm typu zachodniego był zarezerwowany dla niewielkiej mniejszości intelektualistów z klasy średniej. W tym kontekście zwolenników licznych ruchów narodowościowych, których ostateczny cel — utworzenie niepodległych państw narodowościowych — był z gruntu nie do pogodzenia z integralnością imperiów, trzeba zaliczyć do elementów rewolucyjnych, mimo że często wzdragali się przed użyciem rewolucyjnych metod. Nie dostrzegali oni najmniejszej sprzeczności między Nacjonalizmem i Demokracją i woleli w pierwszym widzieć naturalną gwarancję drugiej.

Jądro tych ruchów stanowiły nieodmiennie grupy aktywistów, żarliwie oddanych klasycznemu paradoksowi demokracji walczącej środkami niedemokratycznymi. Dla owych aktywistów odwoływanie się do przemocy nie musiało się wiązać z ich własną filozofią czy dążeniami, podyktowane było natomiast opartą na przemocy naturą systemów, przeciwko którym występowali. W sytuacji, w której całe życie polityczne było zmrożone na kość przez pokolenia autokratycznych rządów, idea stopniowych reform czy „ewolucji politycznej” — podobnie jak pomysł, aby stopić masło, wkładając je do lodówki — zawsze pozostawała nierealna. Co więcej, obraz zachodnich liberałów z całym spokojem potępiających postępowanie ludzi, których ideały raz za razem poddawane były próbie ognia, jest równie śmieszny jak odrażający. Robi się smutno na myśl, że zachodni liberałowie wykazują nieszczęśliwą skłonność do opowiadania się po stronie panujących mocarstw, a przeciw tym właśnie mieszkańcom wschodniej Europy, którzy wyznają zasady najbliższe ich własnym.

Nie można, oczywiście, rozwiązać ostatecznie problemu rozbieżności opinii na temat etyki Nacjonalizmu. Podobnie jak Demokracja czy Autokracja, sam w sobie Nacjonalizm nie jest ani zły, ani dobry. Można go oceniać wyłącznie w odniesieniu do szczególnych motywów jakiejś szczególnej grupy jego zwolenników.

Zależnie od okoliczności przyznawali się do niego zarówno szlachetni idealiści, jak i cyniczni dranie, dla których środek jest sam w sobie celem. Można mówić o nacjonalistach demokratycznych i niedemokratycznych, o nacjonalistach wielkodusznych i podłych, o nacjonalistach umiarkowanych i o fanatykach. Jedyną rzeczą, jaka ich łączy, jest przekonanie, że ich narody mają niezbywalne prawo do kierowania swoim własnym losem. Dla historyka Nacjonalizm, a także narody, które Nacjonalizm powołał do istnienia, są obiektywnymi bytami, których dokonania należy rejestrować i opisywać. Ostateczny osąd moralny trzeba pozostawić innym. Historia polskiego Nacjonalizmu i polskiego narodu nie jest pod tym względem wyjątkiem.

Przez więcej niż 150 lat, od chwili abdykacji Stanisława Augusta 25 listopada 1795 r. po dzień wycofania się wojsk niemieckich z Warszawy 17 stycznia 1945 r., „Polska” pozostawała niemal wyłącznie nazwą. Podobnie jak dziś Armenia czy Macedonia, których nazwy niosą ze sobą żywe wspomnienie dawnych władców i imperiów, praktycznie rzecz biorąc, słowo to rzadko znaczyło coś więcej niż obszar określony przez czynniki kulturowe, językowe czy administracyjne, położony na terytorium trzech różnych państw. Żadne z państw utworzonych na ziemiach Rzeczypospolitej Polski i Litwy nie mogło rościć sobie pretensji do roli jej następcy.

W zaledwie kilku z nich większość mieszkańców mogłaby się była nazwać „Polakami”. Księstwo Warszawskie (1807—15) jedynie maskowało rzeczywistość napoleońskiej okupacji. Wielkie Księstwo Poznańskie w Prusach (1815—49) oraz Królestwo Galicj i i Lodomerii (1772—1918) w Austrii były pięknymi nazwami nadanymi prowincjom poszczególnych mocarstw. Pierwsze z nich zostało zdławione za to, że domagało się statusu pełnej autonomii, którą drugie otrzymało dopiero w latach 1868—75, Królestwo Polskie (czyli Królestwo Kongresowe lub Kongresówka, 1815—74) oraz Rzeczpospolita Krakowska (1815—46) zostały rozwiązane na przekór międzynarodowym statutom, które powołały je do istnienia. Odrodzenie „Królestwa Polski” pod auspicjami Niemiec w 1916 r. nigdy nie wyszło poza stadium embrionalne, a i tak zakończyło się poronieniem. Jak większość pozostałych eksperymentów w dziedzinie państwowości polskiej, jakie podejmowano w poprzednim stuleciu, było szyderstwem z rozsądku tych, których miało usatysfakcjonować. W tym świetle Drugą Rzeczpospolitą (1918—39) okresu międzywojennego trzeba uważać za krótkie interludium w nieprzerwanym strumieniu bezpaństwowości. Jej rząd, który został zmuszony do udania się na wygnanie we wrześniu 1939 r., po blisko czterdziestu latach wciąż jeszcze istnieje w Londynie i w kategoriach polskiego prawa można by go nadal uważać za instytucję, która przechowuje konstytucyjną praworządność[2]. Rząd ten jednak nigdy nie odzyskał władzy nad terytorium swego kraju i w czerwcu 1945 r. przestał być oficjalnie uznawany przez większość światowych mocarstw. Nawet na Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (utworzonej w 1945 r. i oficjalnie zatwierdzonej konstytucyjnie w 1952 r.), której rząd od czasu drugiej wojny światowej sprawuje rzeczywistą władzę, ciążą poważne ograniczenia suwerenności. Tak więc przez większość okresu historii nowożytnej brak własnego państwa był normalną sytuacją Polaków. Prawdziwa niepodległość rzadko bywała czymś więcej niż iluzją. (Patrz Rys. A). Rys. A. Przynależność ziem Polski i Litwy w latach 1772—1945

Na przestrzeni tych pięciu czy sześciu pokoleń, kiedy „Polska” nie istniała w sensie fizycznym, można było abstrakcyjnie wspominać jej przeszłość lub snuć marzenia o jej przyszłości, natomiast w teraźniejszości można było ją sobie jedynie wyobrażać. Nie tylko rozerwano ją na trzy części: zamieniono ją w ulotny obłok, wyparowała, rozpłynęła się w powietrzu, rozbita na miliony niewidocznych gołym okiem cząsteczek. Istniało tyle różnych „Polsk”, ilu było ludzi, którzy chcieli je dojrzeć, tylu „królów Polski”, ilu zechciało panować w królestwach własnej wyobraźni. Jej z gruntu duchowy charakter podkreślali wszyscy najwrażliwsi zagraniczni obserwatorzy XIX wieku — od Helmuta von Moltke, który w czasie pobytu na jej ziemiach w latach 1828—31 od razu je sobie upodobał, po J. H. Sutherlanda Edwardsa, korespondenta gazety „The Times”, przebywającego tu w latach 1861—63, oraz Duńczyka Georga Brandesa, który w latach 80. i 90. notował swoje wrażenia z Polski[3]. Jej atrybuty najlepiej potrafi opisać poezja, metafora i przypowieść.

Była wyzwaniem, na które odpowiedzieli wszyscy poeci, romantycy i patrioci, żaden jednak nie uczynił tego równie skutecznie, jak Adam Mickiewicz:

Na początku była wiara w jednego BOGA, i była Wolność na świecie. I nie było praw, tylko wola Boga, i nie było panów i niewolników, tylko patriarchowie i dzieci ich. Ale potem ludzie wyrzekli się BOGA jednego i naczynili sobie bałwanów, i kłaniali się im (…). Przeto BÓG zesłał na bałwochwalców największą karę, to jest niewolę. (…) 

Królowie tedy wyrzekłszy się CHRYSTUSA, porobili nowe bogi, bałwany i postawili je przed obliczem Narodów, i kazali im kłaniać się (…). I tak zrobili królowie dla Francuzów bałwana, i nazwali go honor, a był to ten sam bałwan, który za czasów pogańskich nazywał się cielcem złotym. Zaś Hiszpanom zrobił król bałwana, którego nazwał preponderencją polityczną albo influencją polityczną, czyli mocą i władzą, a był to ten sam bałwan, który Asyryjczykowie czcili pod imieniem Baala (…). A zaś Anglikom zrobił król bałwana, którego nazwał panowaniem na morzu i handlem, a był to ten sam bałwan, który się nazywał dawniej Mamonem. A zaś Niemcom zrobiono bałwana, który się nazywał Brodsinn, czyli Dobrobyt, a był to ten sam bałwan, który się nazywał dawniej Molochem (…). I zapomniały narody, iż od jednego pochodzą Ojca (…). Na koniec w Europie bałwochwalskiej nastało trzech królów (…) trójca szatańska (…), Fryderyk, którego imię znaczy przyjaciel pokoju (…), Katarzyna (…) znaczy po grecku czysta (…), zaś Maria Teresa nosiła imię najpokorniejszej i niepokalanej Matki Zbawiciela (…). Imiona tych trzech królów (…) były to trzy bluźnierstwa, a ich życia trzy zbrodnie, a ich pamięć trzy przeklęstwa. (…) Tedy owa trójca (…) wyrobiła nowego bałwana najobrzydliwszego ze wszystkich, i nazwała tego bałwana Interes, a tego bałwana nie znano u pogan dawnych (…).  

Ale jeden Naród polski nie kłaniał się nowemu bałwanowi (…). I rzekła na koniec Polska: Ktokolwiek przyjdzie do mnie, będzie wolny i równy, gdyż ja jestem WOLNOŚĆ. Ale królowie posłyszawszy o tym, zatrwożyli się w sercach swych i rzekli: (…) Pójdźmy, zabijmy Naród ten. I uknowali między sobą zdradę. (…) I umęczono Naród polski i złożono w grobie, a królowie wykrzyknęli: Zabiliśmy i pokonaliśmy Wolność. A wykrzyknęli głupio (…). Bo Naród polski nie umarł, ciało jego leży w grobie, a dusza jego zstąpiła z ziemi, to jest z życia publicznego, do otchłani, to jest do życia domowego ludów cierpiących niewolę w kraju (…). A trzeciego dnia dusza wróci do ciała i Naród zmartwychwstanie i uwolni wszystkie ludy Europy z niewoli [4].

Kazimierz Brodziński (1791—1835) wyraził tę samą myśl prostszymi słowami:

Chwała Tobie, Chryste Panie!  

Lud, który chodził Twym śladem,  

Co Twoim cierpiał przykładem,  

Z Tobą zmartwychwstanie [5].

Implikacje, jakie niesie ze sobą „zstąpienie do grobu” Polski, mają niezwykle doniosły wpływ na zadanie stojące przed historykiem. Urywa się gwałtownie szereg wątków społecznych, gospodarczych, konstytucjonalnych i dyplomatycznych, które dominują w badaniach nad okresem przedrozbiorowym. Skoro potomkowie obywateli Rzeczypospolitej Polski i Litwy zostali wcieleni do Rosji, Prus i Austrii, materialne aspekty ich życia są przedmiotem nie tyle historii Polski, ile historii Rosji, Prus lub Austrii. Z drugiej jednak strony, bezprecedensowej wagi nabierają wątki nowe. Na arenie działalności politycznej i międzynarodowej Polska pojawiała się tylko na krótko i sporadycznie. Natomiast w dziedzinie myśli politycznej nieprzerwanie zajmowała pozycję o doniosłym znaczeniu. Albowiem teraz Polska stała się Ideą. Istniała w umysłach ludzi, mimo że nie zawsze można ją było dostrzec na ziemi, w świecie materialnym. Historyk musi zatem odtąd skupić uwagę raczej na przekonaniach i aspiracjach ludzi. W szczególności zaś w kwestiach politycznych musi przebadać podstawowe zjawisko rozwoju polskiego narodu — jest to temat, któremu należy wobec nieistnienia polskiego państwa podporządkować wszystkie pozostałe.

Poczucie narodowe jest bowiem w gruncie rzeczy kwestią wiary — głębokim przekonaniem dotyczącym tożsamości danej jednostki. Nie jest to cecha wrodzona gatunkowi ludzkiemu i w życiu Europy trudno je odnaleźć, rozpatrując jakikolwiek okres poprzedzający nadejście rewolucji francuskiej. W wiekach XIX i XX rozwinęło się do nie znanych uprzednio rozmiarów, a w niektórych miejscach świata — jak na przykład we wschodniej Europie — stało się dominantą wszelkich aspektów życia politycznego i społecznego. Niestety — jeśli uwierzyć cynikom, jest to przekonanie oparte na błędnych kryteriach. Jak kiedyś zauważył Ernest Renan, „naród jest to społeczność złączona wspólnym błędnym przekonaniem na temat własnych początków oraz wspólną awersją do sąsiadów”. W każdym razie, nowożytny Naród można skutecznie zdefiniować jedynie jako grupę społeczną, której poszczególni członkowie, słusznie czy też niesłusznie przekonani o wspólnym pochodzeniu i wspólnym przeznaczeniu, połączeni są wspólnym poczuciem tożsamości. Świadomość narodowa określa stopień świadomości przynależenia do danego narodu. W konsekwencji Nacjonalizm jest doktryną wspólną wszystkim ruchom społecznym, które dążą do stworzenia narodu poprzez rozbudzanie świadomości narodowej ludzi oraz do zmobilizowania ich uczuć, tak aby stały się narzędziem działań politycznych. W tym sensie nacjonalista jest to ktoś, kto pochwala lub popiera cele Nacjonalizmu[6].

Czytelników anglosaskich należy ostrzec, uświadamiając im złożoność, w jaką uwikłana jest terminologia związana z tym tematem. Pomijając już fakt, że wielu autorów używa wymiennie takich terminów, jak: „naród”, „narodowość”, „lud”, „rasa” i „państwo”, nie zastanawiając się nad ich dokładnym znaczeniem, trzeba sobie zdawać sprawę ze znacznych rozbieżności w ich użyciu. Zarówno Brytyjczycy, jak i Amerykanie należą do społeczności politycznych, w których rozwojowi narodu w pojęciu nowożytnym patronowały władze rządzące państwem i gdzie w wyniku tego faktu pojęcie „narodowość” myli się systematycznie z pojęciem „obywatelstwa”. Zwłaszcza Amerykanie mają skłonność do używania słowa „naród” jako synonimu takich określeń, jak „obywatele”, „mieszkańcy kraju”, „ludność” czy też nawet „terytorium” państwa. W języku angielskim słowo nationality  odnosi się nie tyle do prywatnych przekonań jednostki, ile do przeprowadzonej przez administrację oceny przydatności tejże jednostki do nadania jej prawnego statusu obywatela. Jest to coś, do czego się dochodzi nie poprzez refleksję nad własnymi przekonaniami, lecz składając podanie w Home Office lub Wydziale Imigracji. W tym sensie, jeśli się o kimś mówi, że jest narodowości brytyjskiej”, znaczy to tyle samo, co powiedzieć o nim, że jest „poddanym Jej Królewskiej Mości” czy „obywatelem Zjednoczonego Królestwa i Kolonii”, pojęcie „narodowości amerykańskiej” zaś odnosi się do każdego, kto ma prawny status obywatela Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Polacy natomiast należą do społeczności, która rozumianą w sensie nowożytnym narodowość uzyskała na drodze czynnej opozycji wobec polityki państw, na terenie których żyła. Narodowość polska to przekonanie, które w różnych okresach administracja mocarstw rozbiorowych starała się usilnie zdławić. Naród polski rekrutuje się z ludzi, którzy — godząc się z faktem, że są rosyjskimi, pruskimi lub austriackimi obywatelami, jednocześnie uparcie odmawiali przyznania, jakoby byli „Rosjanami”, „Prusakami” czy „Austriakami”. W takich okolicznościach Nacjonalizm polski propagowali w dużej mierze działacze, którzy starali się wykorzystywać świadomość narodową dla celów politycznych do gruntu sprzecznych z dążeniami władz państwowych. Pod tym względem udziałem Polaków był taki sam los, jakiego doświadczało wiele narodów Europy pozbawionych państwowości — od Bułgarów i Basków po Walonów, Łużyczan czy Walijczyków. (Warto w tym miejscu zauważyć, jak bardzo precyzyjna jest terminologia przyjęta w dzisiejszej Europie Wschodniej, gdzie zawsze przestrzegano rozróżnienia między „narodowością” a „obywatelstwem”. W dokumentach radzieckich, na przykład, wszystkich mieszkańców Związku Radzieckiego nazywa się „obywatelami radzieckimi”, pozostawiając im swobodę określania własnej narodowości — „rosyjskiej”, „białoruskiej”, „gruzińskiej”, „żydowskiej”, „uzbeckiej”, jakuckiej” itd. Niestety, w języku angielskim istnieje zwyczaj nazywania wszystk


убрать рекламу




убрать рекламу



ich obywateli radzieckich „Rosjanami”, bez względu na ich narodowość, przez co ulega zatarciu jedna z najbardziej istotnych cech charakteryzujących rzeczywistość wschodniej Europy).

Przypadek polski jest szczególnie złożony ze względu na to, że państwowości polskiej, mimo iż nie trwała nieprzerwanie, nie można całkowicie odmówić istnienia.

W dawnej Rzeczypospolitej sprzed 1795 r. narodowość polską można było rzeczywiście zdefiniować według kryterium lojalności wobec państwa. Termin „naród polski” był na ogół zarezerwowany dla tych mieszkańców kraju, którzy cieszyli się pełnią praw obywatelskich i politycznych, a więc wyłącznie dla szlachty. Nie odnosił się on ani do ojczystego języka człowieka, ani też do jego wyznania czy pochodzenia etnicznego. Stąd też było wielu „Polaków”, którym według współczesnych kategorii nie można by nadać tego miana; istniały też rzesze mówiących po polsku mieszkańców kraju, członków warstwy chłopskiej czy burżuazji, którzy nie uważali się za Polaków. W sytuacjach krańcowych — tak jak to miało np. miejsce w przypadku pewnego siedemnastowiecznego kleryka — można było spotkać takie określenia jak: canonicus cracoviensis, natione Polonus, genie Ruthenus, origine Judaeus  (kanonik krakowski, narodowości polskiej, z urodzenia Rusin, z pochodzenia Żyd). Jednak gdy Rzeczpospolita została unicestwiona, dawne nazwy stopniowo utraciły znaczenie. Stare słowa nabrały nowego sensu i zaczęto ich używać na różne sposoby i dla różnych celów. Słowo „naród” utraciło dawne polityczne konotacje i w coraz większym stopniu zaczęło nabierać współczesnych podtekstów kulturowych i etnicznych.

Terminu „Polak” przestano używać w odniesieniu do tych spośród ludów dawnej Rzeczypospolitej, które wytwarzały sobie teraz własną narodową tożsamość — Niemców, Żydów, Ukraińców, Białorusinów czy Litwinów; jednocześnie zaś zazwyczaj rozszerzano je na wszystkich, którzy umieli mówić po polsku.

Mimo to pozostawało wiele niejednoznaczności. Każda z administracji mocarstw rozbiorowych stosowała w dziedzinie terminologii własne konwencje.

W oficjalnym języku Rosjan każdego, kto mieszkał na lewym brzegu Bugu, można było nazwać „Polakiem”, ponieważ był obywatelem Królestwa Kongresowego; jego sąsiad z prawego brzegu rzeki, nawet gdyby był jego rodzonym bratem, był „Rosjaninem”. Po r. 1874, gdy Królestwo Kongresowe zostało zlikwidowane, wszystkich zaliczono do „Rosjan”, bez względu na to, czy się to komuś podobało, czy nie. Nawet wśród samych Polaków panowało znaczne zróżnicowanie. Ludzie, którzy wyglądali restauracji państwa podobnego do dawnej Rzeczypospolitej, nadal myśleli o polskości w kategoriach nienarodowościowych. Mickiewicz, na przykład, nie widział żadnego powodu, dla którego nie miałby być jednocześnie „Polakiem” i „Litwinem”. Ten apostoł polskiej kultury rozpoczął swój najsłynniejszy poemat inwokacją nie do „Polski”, lecz do „Litwy”: „Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie” [7]. Nieco później Józef Piłsudski dał wyraz takim samym uczuciom. Inni — których aspiracje całkowicie odbiegały od wszystkich historycznych precedensów — zaczęli traktować polskość jako cechę zarezerwowaną wyłącznie dla ludzi mówiących po polsku lub nawet wyłącznie dla polskich katolików.

Tak więc i tu także potrzebna jest wielka ostrożność. Nacjonaliści — w nie mniejszym stopniu niż urzędnicy państwowi — mają silną skłonność do narzucania terminom swoich własnych znaczeń. Po pierwsze, ponieważ termin „nacjonalista” w oficjalnym użyciu szybko nabiera odcienia pejoratywnego, stając się synonimem słów „separatysta” czy „podżegacz”, wolą określać się mianem „patriotów” lub „aktywistów”. Po drugie, przyjmują swoje własne prywatne kryteria, aby podnieść pojęcie narodu do rangi ekskluzywnej społeczności, odnosząc współczesne normy spójności narodowej do przeszłości, pomijając różnice stopnia identyfikacji różnych jednostek, ignorując złożoną sieć sprzecznych lojalności, w które wszyscy są uwikłani. Tak więc, według nacjonalistycznej argumentacji, mówiący po polsku chłop czy ktoś o brzmiącym z polska nazwisku będzie często uznany za „Polaka” bez względu na to, czy ma jakiekolwiek poczucie przynależności do narodu polskiego, czy też nie; ktoś, kto jest „prawdziwym Polakiem”, nie może jednocześnie być lojalnym sługą „obcego” państwa; naród polski uważany jest za ściśle zespoloną wspólnotę, dzielnie broniącą się przeciwko „wrogom”, „cudzoziemcom”, obcym „ciemięzcom” i „okupantom”. W nacjonalistycznych umysłach myśl, że pruski sierżant, rosyjski urzędnik czy austriacki hrabia mógłby być Polakiem w tym samym stopniu, co ludzie, których rzekomo dręczy, jest całkowicie nie do przyjęcia. Rzeczywistość była oczywiście nieco inna. Wiele jednostek utożsamia się z więcej niż z jednym narodem i żaden naród nie może rościć sobie uzasadnionych pretensji do jednomyślnego posłuszeństwa i wierności wszystkich swoich członków. Jest rzeczą istotną, aby mówiąc o „Polakach”, pamiętać, że używa się w ten sposób pewnego skrótu na określenie wspólnego mianownika dla zróżnicowanego zbioru jednostek ludzkich, które z osobna trafniej byłoby określać jako „potencjalnych Polaków”, „możliwych Polaków”, „proto-Polaków”, „częściowych Polaków”, „pół-Polaków”, „hiper-Polaków”, „super-Polaków”, „nie-Polaków”, „pro-Polaków”, „anty-Polaków”, „krypto-Polaków”, „pseudo-Polaków”, „ex-Polaków”, „dobrych Polaków”, „złych Polaków”, „Austro-Polaków”, „Ruso-Polaków”, „Pruso-Polaków” czy też — w sensie najbardziej historycznym — „polskich Austriaków”, „polskich Rosjan” lub „polskich Prusaków”.

Faktem jest, że naród polski jest produktem końcowym nowożytnego polskiego Nacjonalizmu. Jego rozwój przebiegał w sposób kapryśny i nierówny przez blisko dwa wieki, a ostateczny sukces był rzeczą bardzo niepewną przez większość okresu najnowszej historii. Ustalenie dokładnego momentu, w którym zaczął odgrywać istotną rolę w sprawach dotyczących ziem polskich, jest kwestią dyskusyjną. Niektórzy historycy utożsamiają go z decydującą datą 1864, kiedy to pewien stopień emancypacji społecznej towarzyszył narodowej manifestacji powstania styczniowego. Inni są skłonni odsunąć go do czasu odrodzenia się Państwa Polskiego w r. 1919. Najbardziej rygorystyczni obserwatorzy wysuwają argument, że proces rozwoju narodu można uznać za zakończony, dopiero poczynając od momentu, gdy jednolicie polska ludność, zgodnie świadoma własnej tożsamości narodowej, objęła niepodzielne panowanie na swoim własnym narodowym terytorium. A moment ten nadszedł dopiero w r. 1945[8].

Jeśli historie nowożytnej Europy w ogóle wspominając Polsce, to zazwyczaj zwracają uwagę na jeden jedyny temat, który zajmował umysły polityków epoki: na „sprawę polską”. Podobnie jak jego towarzyszka „sprawa wschodnia”, na przestrzeni minionych dwóch stuleci temat ten pojawiał się w programach niezliczonych konferencji i we wszystkich zestawach pytań egzaminacyjnych dla studentów. Także i w umysłach Polaków zajmował poczesne miejsce. Według bardzo starego dowcipu z repertuaru ambasadorów, kandydat z Polski uczestniczący w międzynarodowym konkursie na esej o słoniach miał przedstawić pracę zatytułowaną Słoń a sprawa polska . Bez przesady można powiedzieć, że ze wszystkich zwierząt, jakie można spotkać w dyplomatycznym ogrodzie zoologicznym współczesnej Europy, „sprawa polska” doprawdy jest słoniem — żeby nie powiedzieć: ptakiem dodo.

Dla dyplomatów — a także i dla tych, którzy dyplomatom dostarczali informacji — los dawnych ziem polskich nie był sprawą pozbawioną znaczenia. Podczas każdej z wielkich wojen toczonych na kontynencie europejskim terytorium podzielonej między zaborców Polski stawało się obszarem rzeczywistego lub potencjalnego braku stabilizacji, którego ostateczne losy wciąż na nowo kwestionowano. Podczas każdej z wielkich konferencji pokojowych — w Wiedniu w 1814—15, w Paryżu w 1919—20 oraz w Jałcie i Poczdamie w 1945 — przyszłość Polski stanowiła przedmiot licznych debat i długotrwałych dyskusji. W okresach między wojnami i konferencjami — od memoriału księcia Czartoryskiego z 1803 r. po projekt federacji polsko-czechosłowackiej z r. 1943 — wynajdowano kolejne skazane na niepowodzenie formuły, podejmując próby pogodzenia żądań ludu polskiego z interesami panujących mocarstw. Przez 150 lat sprawa polska była łamigłówką nie do rozwiązania, kwadraturą koła, dając początek stertom materiałów archiwalnych oraz oceanom analiz i opracowań[9].

Dla historyka Polski sprawa polska jest jednak tematem szczególnie jałowym. Jeśli któreś z dyplomatycznych memorandów dotyczących przyszłości Polski w ogóle wywarły decydujący wpływ na przebieg wydarzeń, to było takich dokumentów bardzo niewiele. Liczne spośród nich — jak na przykład memorandum księcia Czartoryskiego — pozostały jedynie martwą literą[10]. Niektóre — jak na przykład projekt polsko—czechosłowacki — zginęły z ręki polityków[11]. Jeszcze inne zostały po prostu zignorowane. Najistotniejsze z nich nie zdziałały nic, poza tym, że były wyrazem szczytnych dążeń ich autorów lub potwierdzeniem szczegółów wcześniej już osiągniętych układów politycznych. W Wiedniu na przykład politycy w żaden sposób nie mogli przekonać cara, aby zaniechał sprawowania kontroli nad krajem od dawna okupowanym przez jego zwycięskie wojska. W Paryżu przywódcy alianccy w żaden sposób nie mogli skłonić Piłsudskiego do podporządkowania się ich polityce. W Jałcie i Poczdamie ani Churchill, ani Roosevelt w żaden sposób nie mogli środkami dyplomatycznymi odwieść Stalina od realizacji rozwiązania, jakie wybrał. W każdym z tych krytycznych momentów decyzje nie zapadały przy stole konferencyjnym; decydowały aktualne warunki oraz ludzie, którzy praktycznie sprawowali władzę. W momentach mniej istotnych akcje dyplomatyczne liczyły się w jeszcze mniejszym stopniu. Poprzez cały okres historii nowożytnej noty, protesty i repliki w sprawie Polski sypały się gęsto jak jesienne liście, podczas gdy życie w Europie Wschodniej toczyło się niezmąconym trybem. Naród polski wyrósł z lat dziecinnych i osiągnął dojrzałość, nie zważając na to, co robili dyplomaci, i niczego im nie zawdzięcza.

Niektóre formy polskiej świadomości narodowej istniały oczywiście na długo przed rozbiorami. Nie ma jednak większego sensu sięgać w poszukiwaniu ich przejawów wstecz do epoki renesansu czy średniowiecza, kiedy problem narodowości nie odgrywał większej roli w kwestiach społecznych czy politycznych. Mimo to jednak w okresie „Potopu” w siedemnastym wieku, a z jeszcze większą ostrością w okresie wojen domowych wieku osiemnastego, obywatele Rzeczypospolitej Polski i Litwy musieli podawać w wątpliwość wiekowe tradycje lojalności i tożsamości. Podkopane zostały ideały politycznej lojalności, w myśl których zawsze zakładano, że „być Polakiem” znaczy być lojalnym poddanym polskiego króla Rzeczypospolitej. W sytuacji, jaka zapanowała po roku 1717, kiedy zarówno król, jak i Rzeczpospolita stały się marionetkami cara, „lojalność” zaczęto stopniowo utożsamiać z „kolaboracją” i „karierowiczostwem”. Jej miejsce zajęły umocnione więzi religijne i kulturalne. Stąd też dla człowieka uczciwego „dobrym obywatelem” był również ten, kto był gotów podjąć protest i opór; ten, kto — bezpieczny wobec obietnicy wiecznego zbawienia, jaką dawał Kościół — nie wahał się oddać życia w walce przeciwko ustalonemu porządkowi. Poglądy tego rodzaju były już rozpowszechnione wśród konfederatów barskich. Stanowią one wczesny przykład rewolucyjnego nacjonalizmu, który w następnej epoce miał zalać Europę i Amerykę. Od samego początku patriotyzm polski był związany z dysydenctwem i ruchem powstańczym.

Dla Polaków era rewolucji okazała się jednak gorzkim rozczarowaniem. Teoretycznie rewolucja francuska miała zastąpić skorumpowaną i ciemiężczą władzę dawnych monarchii epoką wyzwolenia narodowego. W praktyce okazało się, że dawnych tyranów zastąpiono nowymi, jeszcze skuteczniejszymi w działaniu. Mierzony pieniędzmi i krwią wyzysk Polski przez Napoleona był równie jaskrawy, jak wszystko, czego w tej dziedzinie udało się dokonać carowi. Dla tych Polaków, którzy tłumnie przyłączyli się do armii Napoleona, nie było żadnej nagrody. Hasło Liberté, Egalité, Fraternité  uwiodło ich tak samo skutecznie, jak sam cesarz uwiódł piękną Marię Walewską. Polski Legion pod dowództwem generała Dąbrowskiego, utworzony w 1797 r., miał wspierać armię włoską. Połowę żołnierzy (ok. 4 tyś.) wysłano w latach 1802—03 na San Domingo (Haiti), aby tam zdławić powstanie murzyńskich niewolników. Prawie wszyscy zginęli, dostali się do niewoli lub przeszli na stronę powstańców, dziesiątkowani dodatkowo przez gorączkę bagienną, która w ten sposób przyniosła Haiti to, na co Polska miała oczekiwać jeszcze przez ponad sto lat. Hymn Legionów, z zapałem śpiewany na melodię dziarskiego mazurka, stanowi wspaniały wyraz ich rozpaczliwej sytuacji:

Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy.  

Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy.  

Marsz, marsz, Dąbrowski!  

Z ziemi włoskiej do Polski!  

Za twoim przewodem złączym się z narodem [12].

W wersji oryginalnej, ułożonej w 1797 r. przez Józefa Wybickiego do popularnej melodii ludowej, pierwsza linijka brzmiała: „Jeszcze Polska nie umarła”, jednakże sugestia, że państwo polskie mogło umrzeć z przyczyn naturalnych, zamiast zginąć w walce, zaatakowane przez wrogów, później wydała się nie do przyjęcia. Zmiana słowa „umarła” na „zginęła” pociągnęła za sobą konieczność wprowadzenia innych drobnych poprawek dla zachowania rytmu i rymu.

Tom II. l. Polska zniszczona i odbudowana (1795—1945)

Nie więcej szczęścia miały wojska Księstwa Warszawskiego. Walczyły w odległych miejscach Europy ze wspaniałym poświęceniem — zwłaszcza podczas ataku na wąwóz Somosierra na Półwyspie Iberyjskim w 1808 r., w r. 1812 zostały zdziesiątkowane w Rosji, a wreszcie unicestwione podczas Bitwy Narodów pod

Lipskiem w 1813 r. Mimo tych ofiar — a może właśnie z ich powodu — Polsce nie przywrócono niepodległości. Na kongresie w Wiedniu jako podstawową przyj eto zasadę legitymizmu. Próby upominania się o spełnienie roszczeń Polski oddalono. Terytorialne zdobycze „szatańskiej trójcy” zostały potwierdzone i usankcjonowane. Królestwo Kongresowe, utworzone w ramach kompromisu, nie dysponowało niczym poza papierową gwarancją obrony przed manipulacjami ze strony Rosji.

Trzy zwycięskie mocarstwa rozbiorowe — Rosja, Prusy i Austria — miały odtąd przez długi czas dominować nad kontynentem europejskim. (Patrz rozdz. XII tomu II).

W owych rewolucyjnych latach polski Nacjonalizm miał nieszczęście zmierzać w kierunku odwrotnym do ogólnych tendencji politycznego rozwoju w Europie Wschodniej. Inspirowany przykładem Francji, gdzie ancien regime  znajdował się w pełnym odwrocie, był otoczony przez ekspansywne dynastyczne imperia, w których ancien regime  triumfował niepodzielnie. Specjaliści w dziedzinie nauk politycznych mogliby tę sytuację określić mianem „rozwoju asynchronicznego”. W kategoriach ludzkich często prowadziła ona do tragedii.

W takich okolicznościach aspiracje Polski musiały się spotykać z powszechnym niezrozumieniem. Odkąd mocarstwa rozbiorowe ustaliły swą pozycję, Polacy nigdy nie byli w stanie zapewnić sobie podstawowej sprawiedliwości — tak jak ją sobie wyobrażali — metodami pokojowymi. Mogli jedynie mieć nadzieję, że uda im się zmienić zaistniałą sytuację dzięki uzyskaniu pomocy z zewnątrz lub przez wywołanie jakiegoś znaczniejszego przewrotu. Zdrada i gwałt często wydawały się nierozłącznie związane ze sprawiedliwością. Ulgę dla dwudziestu milionów Polaków można było uzyskać jedynie za cenę niewygody dwustu milionów współmieszkańców Europy. Jak kiedyś zauważył Lord Brougham, „Sprawa polska jest sprzeczna z życzeniami wszystkich innych mocarstw. Wszystkie chcą pokoju, podczas gdy podniesienie sprawy polskiej oznacza wojnę”. W tym właśnie tkwił sęk. Skoro poparcie roszczeń Polski miało oznaczać przystąpienie do wojny, niewielu odpowiedzialnych ludzi w Europie było gotowych zapłacić tę cenę.

Prawdę mówiąc, już samo powtarzanie tych roszczeń wystarczało, aby wywołać widmo wojny i skłonić przerażonych przywódców politycznych do histerycznego odżegnywania się od polskich „podżegaczy wojennych”. Dla Polaków mechanizm ten był niezrozumiały. Brytyjski parlamentarzysta czy rosyjski liberał, który odżegnywał się od niesprawiedliwości panującego reżimu, nacjonalista niemiecki lub włoski, który wszczynał kampanię wymierzoną przeciwko małostkowej tyranii ciemięzców, był powszechnie uznawany za zwolennika reform, człowieka postępowego i dalekowzrocznego. Uważano, że wygładza nierówności ustalonego porządku, ale nie, że temu porządkowi zagraża. Natomiast gdy Polak ośmielał się wyrażać dokładnie takie same przekonania czy żądać dla Polaków takich samych praw, jakie były przywilejem innych narodów, z reguły uważano go za „buntownika”, „marzyciela”, „ekstremistę”, „fanatyka”. Rzucając wyzwanie autorytetowi głównych mocarstw Europy, wywoływał o wiele większą wrogość i bardzo szczególną reakcję. Tak więc, podczas gdy wiek dziewiętnasty był wiekiem reform i ulepszeń dla Wielkiej Brytanii, wiekiem ekspansji dla Ameryki, wiekiem imperialnej potęgi dla Prus i Rosji i wiekiem narodowego wyzwolenia dla Niemców i Włochów, dla Polaków był epoką klęski, izolacji i upokorzenia. Był „niewolą babilońską”, „pobytem na puszczy”, „zstąpieniem do grobu”, „wędrówką przez piekło”, „czasem na krzyżu”.

Na terenie Wysp Brytyjskich jedynym doświadczeniem porównywalnym z przeżyciami Polaków był los Irlandczyków, którzy utracili swe państwo na przeciąg lat 1800—1921 i którzy walczyli o zachowanie własnego odrębnego poczucia tożsamości z pozycji kraju znajdującego się wewnątrz innego, bogatego i ufnego we własne siły ekspansywnego imperium. Ale podczas gdy Irlandczycy mieli tylko jednego imperialistycznego „wroga”, Polacy musieli stawić czoło trzem. Gdy Julian Ursyn Niemcewicz odwiedził Irlandię w 1833 r., przyznał, że między nią a Polską istnieje wiele podobieństw, dodając: „chętnie zamieniłbym naszą dzisiejszą sytuację na sytuację Irlandczyków”[13].

Wobec braku państwa narodowego świadomość narodowa Polaków czerpała natchnienie z czterech podstawowych źródeł: Kościoła, Języka, Historii i Rasy.

W dawnej Rzeczypospolitej Kościół rzymskokatolicki nigdy nie miał monopolu w sprawach religii. Jednakże jego wpływy stopniowo wzrastały w odpowiedzi na rozboje, jakich dokonywali szwedzcy i pruscy protestanci oraz prawosławni Rosjanie. We wschodnich prowincjach katolicyzm znany był od dawna jako „polska religia”, dla odróżnienia katolików od unitów i prawosławnych. Na tych terenach wieśniaka katolika często nazywano „Polakiem”, mimo że odmawiał modlitwy po łacinie, a z rodziną rozmawiał po białorusku lub ukraińsku. Konfederaci barscy, którzy w r. 1768 wyszli w pole, broniąc katolicyzmu w równej mierze, co swej złotej wolności, jednym tchem mówili o wierze i ojczyźnie, służbie Maryi Pannie i służbie Polsce:

Stawam na placu z Boga ordynansu,  

Rangę porzucam dla nieba wakansu.  

Dla wolności ginę, wiary swej nie minę,  

Ten jest mój azard.  

Krzyż mi jest tarczą, a zbawienie łupem.  

W marszu zostaję; choć upadnę trupem,  

Nie zważam, bo w boju — dla duszy pokoju  

Szukam w ojczyźnie  

Boć nie nowina, Maryi puklerzem  

Zastawiać Polskę, wojować z rycerzem,  

Przybywać w osobie, sukurs dawać Tobie,  

Miła Ojczyzno!  [14]

W okresie po rozbiorach dla Polaków w Prusach i w Rosji, a w mniejszym stopniu w katolickiej Austrii, asocjacje te nabrały pierwszorzędnej wagi. Począwszy od tamtego czasu, msza św. tradycyjnie kończyła się odśpiewaniem zawsze tego samego patriotycznego hymnu:

Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki  

Otaczał blaskiem potęgi i chwały,  

Coś ją osłaniał tarczą swej opieki  

Od nieszczęść, które pognębić ją miały,  

Przed Twe ołtarze zanosim błaganie:  

Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie! [15]

Hymny zajmowały w tym okresie poczesne miejsce wśród gatunków literackich, a śpiewanie hymnów — w kulturze ludowej. Hymnów Franciszka Karpińskiego (1741—1825) uczyły się całe pokolenia wiernych. W okresie świąt Bożego Narodzenia jego kolędy śpiewali dosłownie wszyscy.

Niektórzy badacze przyjęli postawę minimalizowania wkładu katolicyzmu w formowanie się narodowości polskiej. Wskazują oni na fakt, że gorliwi katolicy często przybierają z gruntu bierną postawę wobec kwestii reformy politycznej i społecznej, a hierarchia kościelna wykazuje nieodmiennie wrogie nastawienie wobec ruchów nacjonalistycznych. Sytuacja z pewnością nie jest jednoznaczna. Tendencja do uważania katolików za Polaków, a niekatolików za nie—Polaków była bardziej powszechna na terenach pogranicznych, gdzie kwestia przynależności do tej czy innej religii była bardziej złożona aniżeli na obszarach jednolicie katolickich.

Jednakże zaprzeczanie temu, że katolicyzm działał jako jeden z głównych bodźców w budzeniu świadomości narodowej, jest równie absurdalne, jak twierdzenie, że polskość jest tym samym, co katolicyzm. Nierzadko zdarzało się, że żarliwi nacjonaliści odrzucali swą katolickość w proteście przeciwko politycznemu letargowi rzekomo „zdominowanego przez księży” społeczeństwa, z którego się wywodzili. Jednakże ich postępowanie tylko uwypuklało rolę katolicyzmu w określaniu owej polskiej wspólnoty narodowej, którą tak rozpaczliwie mieli nadzieję rozbudzić[16]. (Patrz rozdz. VII tomu II).

Język polski ogromnie rozszerzył swój zasięg, zwłaszcza w związku z upowszechnieniem wykształcenia. Za czasów dawnej Rzeczypospolitej musiał z konieczności zajmować drugorzędne miejsce. Dwór królewski bywał na zmianę zitalianizowany, to złożony z frankofilów, to znów z germanofonów, zarówno zaś Kościół, jak i państwo propagowały łacinę jako najskuteczniejsze narzędzie porozumienia z heretycką ludnością, która mówiła wszystkimi językami — od dolnoniemieckiego czy ruskiego po armeński czy jidysz. Propagatorzy rodzimej kultury, poczynając od Kochanowskiego, osiągnęli niebagatelne rezultaty, starali się jednak nie tyle zastąpić łacinę językiem polskim, ile wynieść język polski do poziomu łaciny. Uważano ich zazwyczaj za przeciwników tradycyjnych metod nauczania, a istotny wpływ zdobyli sobie dopiero po ustanowieniu w r. 1773 Komisji Edukacji Narodowej. Choć może się to wydać dziwne, jako środek przekazywania kultury język polski miał większe znaczenie na Litwie niż w Polsce.

W odróżnieniu od zlatynizowanej szlachty Królestwa, szlachta Wielkiego Księstwa kultywowała język polski jako środek pozwalający jej na odcięcie się od litewskich czy ruskich chłopów. Po roku 1697, gdy język ruski został definitywnie zniesiony jako język oficjalny na dworze Wielkiego Księstwa, supremacja języka polskiego w życiu społecznym i politycznym ostatecznie się ustaliła. Na terenie Królestwa decydująca zmiana nastąpiła dopiero po r. 1795, kiedy mocarstwa rozbiorowe usunęły łacinę z pozycji oficjalnego języka, próbując wprowadzić w jej miejsce język rosyjski lub niemiecki. W tej sytuacji językowi polskiemu narzucono rolę, do której nigdy nie pretendował. Zamiast jak dotychczas dzielić, stał się potężną siłą jednoczącą. Łączył szlachtę z chłopstwem, kierując jednych i drugich ku wspólnemu dziedzictwu kulturowemu. Jednoczył katolików z niekatolikami. Wiązał spolonizowaną szlachtę litewską, która we wczesnym okresie wydała prawie wszystkich swych genialnych pisarzy, z rolnikami z Poznańskiego, z asymilowanymi Żydami miejskimi, profesorami z Krakowa, wieśniakami ze Śląska i Pomorza, z mieszkańcami Warszawy. Bezkarnie przekraczał wszystkie granice i szybko stał się nośnikiem wszelkich tych idei i uczuć, które władze tak usilnie starały się zdławić. Dla tych, którzy nadal sprzeciwiali się skutkom rozbiorów, stał się „językiem wolności”. I rzeczywiście, z upływem czasu został kamieniem probierczym polskiej przynależności narodowej. W wyraźnym odróżnieniu od świata anglojęzycznego, gdzie nacjonalizm irlandzki, szkocki, australijski czy amerykański miał mniejszy związek z językiem, rodziny, które przestawały mówić po polsku, przestawały też być uważane za Polaków. „Ojczyzna” znaczyła teraz tyle, co język”. Używając słynnego zwrotu ukutego przez Juliana Tuwima, była to „Ojczyzna—polszczyzna”[17].

Język polski stał się furtką dla powstającej poza oficjalnym obiegiem literatury i niezależnych interpretacji historii. W okresie romantyzmu obie te dziedziny znalazły silne poparcie w panującej modzie intelektualnej tej epoki. Pod piórem Adama Mickiewicza (1798—1855), Juliusza Słowackiego (1809-49) i Zygmunta Krasińskiego (1812—59) polska poezja i dramat rozkwitły jak nigdy dotąd.

Autorzy ci powiązali typowe romantyczne obsesje cierpienia, strachu, rozłąki i śmierci ze specyficzną tematyką narodową. Obcemu czytelnikowi uprawiany przez nich rodzaj mesjanizmu może się czasem wydać śmieszny czy nawet „niemoralnie pyszny”. A jednak ich uczucia — jako wygnańców — były autentycznie szczere, ich wiedza na temat publiczności czytelniczej dokładna, a ich mistrzostwo słowa — najczystszej próby. Ponadto dzieła ich bynajmniej nie ograniczały się do mesjanistycznych porywów. Poematy Mickiewicza zawierają ty leż elementów klasycystycznych, co romantycznych, a jego epickie arcydzieło, Pan Tadeusz (1834), pełne jest lirycznej pogody, zdolnej przemówić absolutnie do wszystkich.

Ludzie ci — pionierzy współczesnego polskiego piśmiennictwa — sprawili, że literatura polska dziewiętnastego wieku szybko stworzyła równie mocne tradycje i równie obszerny i zróżnicowany cenny dorobek, co szerzej znane kultury Niemiec i Rosji, a może i całej zachodniej Europy. Poczynając od tego czasu, literatura polska potrafiła zaspokajać potrzeby narodu zawsze wtedy, kiedy tej zdolności brakowało polskiej polityce[18].

Historia Polski odnosiła największe sukcesy w dziełach artystycznej wyobraźni. W świecie literatury istotną rolę odegrał Julian Ursyn Niemcewicz, który już w okresie przed trzecim rozbiorem zdobył sobie pozycję uznanego pisarza i który po powrocie z Ameryki w 1807 r. wiele uwagi poświęcał tematyce historycznej.

Jego Śpiewy historyczne , po raz pierwszy wydane w 1816 r. w formie tekstu z muzyką i ilustracjami, stały się jedną z najpopularniejszych książek stulecia. Zapoczątkował on także modę na historyczne powieści w stylu Waltera Scotta. Jego powieść Dwaj panowie Sieciechowie  (1815) jest godna uwagi ze względu na pełen sympatii stosunek autora do problemu różnicy pokoleń w życiu szlachty, Lejbe i Sfora (l821) — ze względu na satyryczny portret Żydów wyznających chasydyzm oraz apel o wzajemną asymilację Polaków i Żydów, Jan z Tęczyna (1825) wreszcie — ze względu na pełen życia obraz dworu Zygmunta Augusta. Pod piórem Józefa Ignacego Kraszewskiego (1812—87) powieść historyczna przerodziła się w masową produkcję. W ciągu swego niesłychanie płodnego literacko życia Kraszewski napisał ponad pięćset książek, w których poruszał dosłownie wszystkie aspekty przeszłości Polski. Na bohaterów swych powieści wybierał chłopów równie często co szlachtę i żołnierzy; w wieku dojrzałym zaś zafascynowały go współczesne problemy związane z walką wyzwoleńczą i działaniem konspiracyjnym, które nabrały aktualności w związku z wybuchem powstania styczniowego.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat życia Kraszewski napisał dwudziestosześciotomowy cykl powieści, stanowiących chronologiczny przegląd wydarzeń od czasów prehistorycznych (Stara baśń , 1876) po osiemnasty wiek (powieść Saskie ostatki , 1890). Dokonał tego niezwykłego dzieła, mimo iż w 1883 aresztowano go w Berlinie pod zarzutem zdrady stanu, a następnie więziono w zamku magdeburskim. Zmarł w Szwajcarii, w momencie, gdy jego literacki spadkobierca, Henryk Sienkiewicz (1846—1910), kończył swe arcydzieło: Trylogię (1883—88), które stało się szczytowym osiągnięciem polskiej literatury masowej. W oczach polskich czytelników rycerskie opowieści Sienkiewicza o wojnach kozackich z lat pięćdziesiątych XVII w. czy o walkach z zakonem krzyżackim w czasach średniowiecza (Krzyżacy , 1900) były równie wspaniałe co Quo vadis?  (1896) — powieść, która przyniosła pisarzowi światowy rozgłos. W tym samym okresie krakowski dramaturg i malarz Stanisław Wyspiański (1869—1907) wykorzystał scenę teatralną dla przedstawienia tematyki wyzwolenia narodowego w serii niezwykle barwnych, ekscentrycznych i symbolicznych dramatów historycznych. W Warszawiance  (1898), Lelewelu  (1899), Legionie  (1900), Kazimierzu Wielkim  (1900), Wyzwoleniu  (1903), Bolesławie Śmiałym  (1903) i Zygmuncie Auguście  (1907), a przede wszystkim w Weselu  (1901), przywołującym historyczne wspomnienia mieszkańców Galicji, i w Nocy listopadowej (1903), fantastycznej wizji wybuchu powstania w 1830 r. — stworzył Wyspiański szereg obrazów o bez porównania silniejszej wymowie i o wiele bardziej godnych zapamiętania niż wszelkie dokumenty i zapiski historyczne. W dziedzinie malarstwa należy wymienić Jana Matejkę (1838—93), który poświęcił późniejsze lata


убрать рекламу




убрать рекламу



swojego życia na stworzenie cudownie tendencyjnej serii bohaterskich scen historycznych. Ogromne płótna przedstawiające Bitwę pod Grunwaldem, Hołd pruski i protest Rejtana, podobnie jak Poczet królów polskich (1890—92), znane są każdemu polskiemu dziecku. W świecie muzyki najpocześniejsze miejsce zajął Stanisław Moniuszko (1819—72), który czerpał obficie ze źródeł historii i sztuki ludowej, tworząc rozległy repertuar oper i pieśni, cieszących się ogromną popularnością. Wszyscy ci artyści znajdowali licznych wielbicieli i naśladowców, którzy dążyli do osiągnięcia takich samych celów i mieli takie same zainteresowania. Jak u wszystkich patriotów, miłość do kulturowego i historycznego dziedzictwa ojczystego kraju górowała u nich nad wszelkimi skrupułami w kwestii obiektywizmu czy wierności faktom. Wystarczyło im przekonanie, że historia Polski nie może popaść w zapomnienie, a jej nieżyjący bojownicy i bohaterzy winni być żywym źródłem natchnienia. Ich sukces okazał się istotnie tak wielki, że poetyckie, pełne i entuzjazmu stanowisko wobec historii nadal pozostaje wśród Polaków zjawiskiem częstszym niż postawa krytyczna, refleksyjna czy analityczna. W polskiej tradycji wizerunek historyczny okazał się czymś o wiele bardziej przekonywającym niż historyczne fakty[19].

Polacy czerpali również z modnych w tym czasie teorii dotyczących kwestii rasy, wnosząc w nie także swój własny wkład. W świecie nauki wybitną postacią był ks. Franciszek Duchiński (1817—93), którego działalność w dziedzinie etnografii odbiła się szerokim echem także w świecie pozasłowiańskim. Jego dzieło, zatytułowane Peuples aryas et tourans  (1864), zostało napisane w odpowiedzi na panslawistyczne koncepcje emanujące z Rosji, gdzie oficjalną polityką było nawoływanie wszystkich narodów słowiańskich, aby uważały się za „braci z jednej krwi”. Punktem wyjścia dzieła była debata tocząca się wokół pomnika odsłoniętego przez Aleksandra II w 1861 r. w Nowogrodzie, a mającego upamiętnić rzekome tysiąclecie państwa rosyjskiego; szczególnym zaś przedmiotem krytyki stała się ideologia, która od tego czasu znana jest jako „rosyjski schemat historii”. Według Duchińskiego, kwestii pochodzenia narodów nie da się zredukować do tak prostych czynników, jak język czy wyznanie; można je określić jedynie na podstawie dwudziestu ośmiu cech wyróżniających, od hydrografii i gleboznawstwa począwszy, po epidemiologię, żywienie, folklor i społeczny status kobiet. Opierając się na nich, Duchiński twierdził, że początków Rosjan należy szukać nie wśród indoeuropejskich Słowian, ale wśród wywodzących się z Azji Hunów i plemion fińskich. Związek między słowiańsko—chrześcijańskim państwem Rusi Kijowskiej a późniejszym Wielkim Księstwem Moskiewskim i następnie imperium Wszechrosji został, jego zdaniem, sztucznie stworzony przez polityków. Ojczyzna przodków Słowian miała leżeć między Wisłą a Dnieprem; na wschodzie rozciągała się na ziemie zamieszkiwane przez Polaków i Rusinów, nie obejmując jednak ziem Rosjan. Krótko mówiąc, Polacy nie są w żaden naturalny sposób związani z Rosjanami. Koncepcje Duchińskiego stały się inspiracją dla jego licznych następców, wśród których poczesne miejsce zajął ukraiński historyk Mychajło Hruszewski. Mimo to, cytując słowa jego rosyjskich krytyków, których poglądy zdobyły sobie od tego czasu w świecie pozycję monopolu, była to tylko „stara polska śpiewka”[20]. W umyśle przeciętnego człowieka polskie koncepcje rasowe przybierały o wiele mniej wyrafinowaną formę. Pod naciskiem niemieckich rasistów, z jednej strony, i rasistów panslawistycznych, z drugiej, Polacy skłonni byli wymyślać najbardziej nawet fantastyczne koncepcje na temat własnej wyłączności etnicznej oraz odrzucać wszelkie pomysły dotyczące ewentualnego pokrewieństwa z ludami zamieszkującymi sąsiednie tereny. Wobec zakazu zawierania mieszanych małżeństw, głoszonego w tej samej mierze przez katolickich księży, co przez żydowskich rabinów, wystawiani byli na pokusę podsycania wzbierającej fali antysemityzmu, a antypolskości ze strony Żydów. W ten sposób w szeregach polskich nacjonalistów zaczął się zarysowywać zasadniczy rozłam. Od tego bowiem momentu jeden z odłamów opinii publicznej począł wyobrażać sobie naród jako odrębną grupę etniczną, wyjątkową w sensie biologicznym. Natomiast odłam drugi wyznawał pogląd przeciwny, w myśl którego naród uważany był za zbiór wszystkich jednostek złączonych wspólnotą tradycji politycznych, społecznych i kulturowych.

Pogląd pierwszy, według którego Polakiem trzeba się urodzić, a nie zostać, zawsze znajdował w Rosji zrozumienie u tych, którzy myśleli podobnie. Pogląd drugi natomiast, w myśl którego każdy, kto czuje się Polakiem, może nim być, nieodmiennie znajdował zwolenników wśród inteligencji, w łonie której często mieszali się ze sobą ludzie o bardzo różnych rodowodach. Mogłoby się wydawać dziwne, że najbardziej żarliwi wyznawcy polskiego nacjonalizmu wywodzili się często z rodzin o mieszanym pochodzeniu. Lelewel, którego rodzina pochodziła z Niemiec, i Chopin, który był w połowie Francuzem, to oczywiste przykłady ludzi, u których poczucie polskości było umacniane przez potrzebę zrekompensowania własnej genealogii. Zwłaszcza zasymilowani w Polsce Żydzi znani byli ze swego dążenia do tego, aby być bardziej Polakami niż sami Polacy.

Duma narodowa wywodziła się w nie mniejszym stopniu z osiągnięć nie związanych bezpośrednio z narodowością. Podejmowano wielkie wysiłki, aby dowieść i przesadnie uwypuklić „polskość” ludzi, których czyny uważano za bodziec podnoszący poczucie własnej wartości rodzącego się narodu. W dziedzinie nauki dwojgiem głośnych kandydatów do tej roli stali się: Maria Curie—Skłodowska i Mikołaj Kopernik; w dziedzinie literatury — pisarz angielski polskiego pochodzenia, Józef Conrad; w dziedzinie muzyki wreszcie — Fryderyk Chopin. Tak na przykład w 1893 r. ogromne wzburzenie wywołały podjęte w Niemczech przygotowania do obchodów czterechsetnej rocznicy urodzin wielkiego niemieckiego uczonego Nikolausa Koppernika, ponieważ sami Polacy szykowali się w tym czasie do uczczenia rocznicy urodzin wielkiego uczonego polskiego, Mikołaja Kopernika. Opublikowana w Warszawie biografia pióra Polkowskiego stawiała sobie za cel podważenie konkluzji wydanej w Berlinie biografii pióra von Hiplera, dając w ten sposób początek sporowi, który od tego czasu nadal się toczy z bezsensowną pasją. Fakt, że zarówno sam Kopernik, jak i jego współcześni na ogół nie przywiązywali żadnej wagi do kwestii narodowości, zagubił się w powodzi ataków i kontrataków. Jako obywatel Prus Królewskich, Kopernik nigdy nie przyznawał się do niczego poza lokalnym patriotyzmem, dzięki czemu sam określał siebie jako „Prusaka”. Był lojalnym poddanym królów z dynastii Jagiellonów i przez całe życie występował przeciwko Zakonowi Krzyżackiemu i Albrechtowi von Hohenzollernowi. Jeśli chodzi o kulturę, pochodził z rodziny, której powiązania na Śląsku, a także koneksje wśród mieszczan piętnastowiecznego Krakowa, Torunia i Fromborka wskazują raczej na związki z elementem niemieckojęzycznym; istnieją jednak liczne dowody na to, że znał język polski. W pracy naukowej — jak wszyscy uczeni jego czasów — myślał i pisał wyłącznie po łacinie. Biorąc to wszystko pod uwagę, można równie dobrze uważać go zarówno za Niemca, jak i za Polaka, a mimo to — w rozumieniu współczesnych nacjonalistów — nie był ani jednym, ani drugim. Obiektywni obserwatorzy mogliby z całym podziwem odnotować fakt, że w epoce Jagiellonów pewien Niemiec, wybitny człowiek hierarchii kościelnej i uczony, mógł okazywać tak wielką lojalność królestwu polskiemu.

Ale w świecie, który nadszedł później i w którym Niemcy i Polacy czynili wszystko, aby zniszczyć więzy wzajemnego szacunku i zgody, uczeni polscy poczuli się zobowiązani do pójścia za przykładem Niemców i zaczęli mnożyć roszczenia do prawa wyłącznej własności wobec pewnego dobrego człowieka, który przewróciłby się w grobie, gdyby usłyszał ich spory[21].

Silne emocje wzbudzała także interpretacja dzieł Fryderyka Chopina (1810—49). Chociaż Francuzi nie wysuwali w stosunku do Chopina aż takich roszczeń, jak Niemcy w stosunku do Kopernika, na przestrzeni lat regularnie powracały takie same debaty na temat zakresu i znaczenia jego „polskości”. Urodził się w Żelazowej Woli w Księstwie Warszawskim jako syn francuskiego muzyka; większą część twórczego życia spędził — z własnego wyboru — w Paryżu, w kosmopolitycznych kręgach artystycznych. Z rodziną w Polsce utrzymywał bliskie więzi emocjonalne, pisując do ojca po francusku, a do matki i sióstr — po polsku. Trudno jednak powiedzieć, jaki wpływ miało to na jego muzykę. Anglosascy krytycy, za których oceną nie kryją się żadne ukryte motywy, na ogół nie biorą zbytnio pod uwagę czynnika narodowego. „Elementy polskie w muzyce Chopina są w gruncie rzeczy równie światowe, co elementy węgierskie u Liszta”, pisał jeden z krytyków, „…a co więcej, nie mają one wybitnego znaczenia artystycznego”. „Żadne elementy świata zewnętrznego”, pisał inny, „nie wywarły na jego dzieło najmniejszego wpływu — ani dobrego, ani złego”. Dla większości słuchaczy polskich, a także dla ludzi, którym nieobcy jest polski sposób myślenia, komentarze tego rodzaju są całkowicie niezrozumiałe. Dzieła Chopina są według nich oparte na doświadczeniach lat warszawskich, kiedy to kształtowała się osobowość kompozytora, są ekstraktem polskich melodii, harmonii i rytmów, jakie słyszał w młodości, muzyką inspirowaną przez gorzko—słodką tęsknotę za krajem, w którym się urodził, są kwintesencją „polskości”. Kto zatem ma zadecydować? Słuchając mazurków w tonacji c-moll (op. 30, nr 4; op. 41, nr l; op. 50, nr 3), jeden rozpoznaje „zwykły nastrój… pełnej godności goryczy z powodu przemijania chwały Polski”, ktoś inny zaś — z równą wrażliwością odbierając siłę tej muzyki — widzi w niej tylko „gorączkową, niezdrową, chorą fantazję” cherlawego i trawionego przez gruźlicę starego kawalera. Słuchając tzw. Etiudy rewolucyjnej w tonacji c-moll (op. 10, nr 12), ktoś, kto wie, że powstała ona we wrześniu 1831 r., w szczytowym momencie wojny rosyjsko-polskiej, odczuje zapewne gwałtowny gniew kompozytora wywołany klęską Polski, „pełen atmosfery buntu i spisku”; natomiast ktoś inny, kto wie, że przymiotnik „rewolucyjna” nie pochodzi od samego Chopina, będzie pewnie wolał całkowicie pominąć wszelki historyczny kontekst. Słuchając znanego poloneza A—dur (op. 40, nr l) zatytułowanego Le Militaire , z jego „armatą ukrytą w kwiatach”, jak to kiedyś określił Robert Schumann, Polak może sobie bez trudu wyobrazić, że słucha najczystszego możliwego destylatu polskiej kultury, natomiast Japończykowi czy mieszkańcowi Jamajki utwór będzie się podobał i tak, mimo że żaden z nich nie wie nic zgoła o Polsce. Geniusz muzyczny Chopina jest uniwersalny. Kwestia jego przynależności narodowej nabiera przemożnego znaczenia jedynie dla tych, którzy chcą j ego niepowtarzalny talent wykorzystać dla własnych celów. Dla Polaków znajdujących się w tak boleśnie opłakanych warunkach politycznych było oczywiście największą pociechą nie tylko dzielić ze sobą subtelne wzruszenia, jakie budziła w nich muzyka Chopina, ale także uważać tę muzykę za swoją własność. Dla większości świata Chopin jest po prostu genialnym kompozytorem; dla Polaków jest on także „poetą narodowym” i „narodowym prorokiem”[22].

Świadomość narodową Polaków rozwijały niewątpliwie również kontakty z tworzącymi się w tym czasie innymi narodami. W epoce napoleońskiej Polacy zostali do głębi zarażeni ideałami rewolucji francuskiej, których nigdy nie dało się całkowicie wykorzenić, mimo że nie udawało się także wprowadzić ich w życie.

Ich doświadczenia w tej dziedzinie przypominały zatem doświadczenia Niemców i Włochów, których dążenia przez długi czas zmierzały w podobnym kierunku.

W pierwszej połowie dziewiętnastego wieku Polskę uważano na ogół za historyczny naród, którego szansę na ponowne zjednoczenie rozproszonych części i potwierdzenie własnej niepodległości były z grubsza takie same jak szansę Niemiec i Włoch. Podczas wojen napoleońskich we Włoszech Polacy dowiedzieli się o włoskich karbonariuszach, a później wielkie wrażenie wywarł na nich Mazzini[23]. O wiele bliższe były jednak ich związki z Niemcami. Uniwersytety niemieckie przyciągały liczne rzesze polskich studentów i było rzeczą nie do pomyślenia, aby rozwijające się tam bujnie idee nacjonalistyczne nie zostały przyjęte i przeniesione na polski grunt. O ile tacy myśliciele, jak Herder, Fichte, Schelling i — w późniejszym okresie — Nietzsche, odegrali wybitną rolę w rozwoju nacjonalizmu w Niemczech, o tyle na ogół nie uważa się ich za proroków sprawy polskiej. Mimo to związek ten jest rzeczą niewątpliwą. Rozwijana w pismach Lelewela idea pierwotnej demokracji Słowian pochodzi bezpośrednio od Herdera, podczas gdy oczywiste podobieństwa między propagowanymi przez Fichtego koncepcjami dotyczącymi moralnej i kulturalnej regeneracji narodu a koncepcjami wysuwanymi przez jego polskich uczniów w Berlinie są zbyt bliskie, aby mogły być przypadkowe. Stworzona przez Fichtego koncepcja Urvolk , czyli „praludu”, oraz idea mistycznej jedności narodu z jego ziemią ojczystą nadal pozostają żywe w dzisiejszej Polsce, mimo że nie znajdują żadnego zastosowania. Byłoby zatem pięknym paradoksem podkreślenie niemieckiego charakteru polskiego nacjonalizmu; obiektywne badania procesu rozpowszechniania idei nacjonalistycznych w epoce, kiedy „Polskę” i „Niemcy” uważano jeszcze za nawzajem uzupełniające się ideały, mogłyby zapewne przynieść zadziwiające wyniki[24].

Najsilniejszym bodźcem do rozwoju świadomości narodowej Polaków stawały się jednak nieuchronnie frustracje polityczne. Podstawową cechą natury człowieka jest gorące pragnienie tego, co nie jest mu dane. Ludzie pragną tego, czego się im odmawia, bez względu na materialne potrzeby i pierwotne zamiary. W całkowitym odróżnieniu od popieranego przez państwo nacjonalizmu brytyjskiego czy amerykańskiego, który wzrastał karmiony ufnością i dobrobytem, świadomość narodowa Polaków żywiła się potrzebą i niedostatkiem. Jak większość nacjonalizmów wschodniej Europy, można go uważać za swego rodzaju negatywną funkcję panujących tyranii; jako taki, przybierał często charakter wojowniczy lub wręcz agresywny.

Polityka polskiego nacjonalizmu była od samego początku uwarunkowana bezkompromisowym charakterem panującego porządku. Władze państw rozbiorowych nigdy nie patrzyły przychylnym okiem na pomysł odtworzenia suwerennego i w pełni niepodległego państwa polskiego. Gotowość do przyznania pewnej autonomii terenom polskim, jaką wykazywały z początku, stopniowo wygasała, a w Rosji i w Prusach porzucono ją całkowicie. W rezultacie przed świadomym politycznie Polakiem otwierały się bardzo ograniczone możliwości działania. Jeśli lojalnie godził się z polityką swojego rządu, wystawiał się na pokusę odrzucenia polskiej narodowości na rzecz oficjalnych nacjonalizmów panującego reżimu.

Robiąc karierę w służbie carskiej, pruskiej czy królewsko—cesarskiej, stwarzał sobie możliwość przyjęcia kultury i światopoglądu rządzącej elity, dzięki czemu uważałby się już nie za Polaka, lecz za Rosjanina, Niemca czy Austriaka. W drugiej połowie dziewiętnastego wieku tylko w Austrii mógł otwarcie przyjmować postawę lojalną zarówno wobec państwa, jak i wobec sprawy polskiej, a i tu możliwości były ściśle ograniczone. Gdy jednak postanowił przyznać priorytet dążeniom polskim, natychmiast stawał w obliczu podstawowego dylematu: musiał albo współpracować z władzami, albo występować przeciwko nim. W kontekście ustrojów autokratycznych, despotycznych czy absolutystycznych, które nie dopuszczają pluralizmu celów politycznych, nie było żadnego wyjścia pośredniego: nie istniało pojęcie „lojalnej opozycji”. W oczach władzy było się albo wiernym poddanym, albo niewiernym. Polacy, którzy odmawiali współpracy z władzami, byli zatem nieuchronnie strącani do podziemnego świata spisków, knowań i terroryzmu. Musieli odwoływać się do przemocy i bez większych nadziei na zwycięstwo mobilizować wątłe siły własnych umysłów i mięśni do walki ze zmasowanymi kohortami reżimu. Ci „powstańcy” byli z natury maksymalistami; ryzykowali wszystko i nierzadko wszystko tracili. W odróżnieniu od nich ci, którzy decydowali się na współpracę z władzami, musieli przyjmować wobec potężnych i z zasady nie wykazujących żadnego współczucia urzędników państwowych postawę uległą i pełną szacunku. Kosztem znacznych upokorzeń i narażając się na oburzenie ze strony elementów patriotycznych, mogli liczyć tylko na uzyskanie pozornych lub nieistotnych ustępstw, zwłaszcza w dziedzinie społecznej, gospodarczej czy kulturalnej. Tacy „ugodowcy” byli z natury rzeczy minimalistami.

Z tego też powodu, poczynając od połowy osiemnastego wieku po dzień dzisiejszy, w polityce Polski dominują trzy odrębne tradycje: Lojalizmu, Powstania i Ugody[25]. Z nacjonalistycznego punktu widzenia odpowiadają one trzem drogom: drodze Zdrady, Idealizmu i Realizmu. W oczach rządzących potęg natomiast są to ścieżki Powinności, Buntu i Umiarkowania. Jak zwykle, każda ze stron walczących na arenie politycznej miała własne słownictwo na wyrażenie stanowiska tych, którzy przeciwko niej występowali.

Lojalizm utrzymywał się na wszystkich płaszczyznach. Jego zasadę najwyraźniej sformułował wkrótce po trzecim rozbiorze Stanisław Szczęsny Potocki, konfederat targowicki. „Nie mówię już o przeszłej Polszcze i Polakach”, oświadczył. „Znikło już i to państwo, i to imię, jak znikło tyle innych w dziejach świata. Każdy z przeszłych Polaków ojczyznę sobie obrać powinien. Ja już jestem Rosjaninem na zawsze”[26]. Na przestrzeni następnego stulecia, a także później, Polacy szli drogą, którą ukazał im Potocki, i nie wszyscy czynili to pod wpływem takich samych oportunistycznych motywów. Na przykład Wincenty Krasiński (1782— 1858), ojciec poety Zygmunta, był człowiekiem o niezłomnie konserwatywnych zasadach, który konsekwentnie sprzeciwiał się wszelkim formom polityki nacjonalistycznej i który przez dwadzieścia lat zasiadał w rosyjskiej Radzie Państwa.

Współczesnych mu Tadeusza Bułharyna (1789—1859), redaktora naczelnego „Siewiernoj Pczeły” , oraz Osipa-Juliana Sękowskiego (1800—58), profesora języków orientalnych z Petersburga, obu polskiego pochodzenia, można z powodzeniem uznać za głównych ideologów oficjalnego Nacjonalizmu rosyjskiego. Jako neofici wiary w rosyjskość, wykazywali oni gorliwość wykraczającą poza wymogi obowiązku. W Prusach podobną rolę odegrał Bogdan Hutten-Czapski (1851—1937), bliski współpracownik Bismarcka, w Austrii zaś — Kazimierz Badeni (1846—1909), który przez dwa lata pełnił obowiązki premiera w rządzie austriackim. Nie wyrzekając się swojego polskiego pochodzenia, ludzie ci pokładali równocześnie pełne zaufanie polityczne w rządach Petersburga, Berlina czy Wiednia. Byli więc pod tym względem jedynie środkowoeuropejskimi odpowiednikami polityków szkockich, walijskich czy irlandzkich, którzy szukali szczęścia we współpracy z rządem brytyjskim w Londynie. Postawa taka nie była niczym niezwykłym.

Lojalizm zdobył sobie poparcie kilku wybitnych pisarzy i filozofów. Henryk Rzewuski (1791—1866) miał pecha: urodził się 3 maja 1791 r. i całe życie spędził na zwalczaniu wszystkich liberalnych ideałów, których symbolem była unicestwiona konstytucja. Jako autor Pamiątek Soplicy  (1839—41) był powszechnie podziwiany za sentymentalne, nostalgiczne sceny wskrzeszające obraz dawnego społeczeństwa polskiego, jako zaś uczeń de Maistre’a, propagatora idei uniwersalnej teokracji papieskiej, uważany za filar konserwatywnego katolicyzmu. Jednocześnie zaś, jako oddany syn rodziny blisko związanej z konfederacją targowicką, udzielał pełnego poparcia idei politycznej supremacji imperium rosyjskiego, pod którego dobrotliwą egidą miał się zjednoczyć cały świat słowiański. W tym sensie był więc Rzewuski z pewnością polskim patriotą, ale patriotą tak bardzo przywiązanym do tradycyjnych zasad społecznych i kulturalnych, że niejako automatycznie występował przeciwko wszelkim formom przemian politycznych. Wrodzona nienawiść do konspiracji natchnęła go do napisania (w dziele Mieszaniny obyczajowe , 1841—43), że Polska jest „coraz obrzydliwszymi szczątkami toczonymi przez robactwo”. Był idealnym współpracownikiem księcia Paskiewicza, który sprawował funkcje rosyjskiego namiestnika w Warszawie w najmroczniejszym okresie panowania Mikołaja I. Współczesny Rzewuskiemu Adam Gurowski (1805—66) doszedł do podobnych konkluzji zupełnie odmienną drogą. Jego polityka była tak radykalna, jak reakcyjna była polityka Rzewuskiego, ale i on uwierzył w duchowe bankructwo Polski i w zbawczą misję Rosji. Studiował na uniwersytecie w Berlinie, gdzie był uczniem Hegla; do Warszawy wrócił jako jeden z podżegaczy działań rewolucyjnych lat tysiąc osiemset dwudziestych; zawiązał wywrotowy spisek mający na celu zamordowanie Mikołaja I, a podczas powstania listopadowego inicjował wystąpienia żądające detronizacji cara. W Paryżu był współzałożycielem Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. W trzy lata później nagle zmienił zupełnie front, porzucił wszystkie wcześniejsze poglądy w kwestii nacjonalizmu i nikczemnie ukorzył się przed władzami carskimi, błagając o przebaczenie.

W okresie następnym przyznawał się do swego podziwu dla Saint—Simona i Fouriera i jako wyznawca ich poglądów jakimś sposobem dostrzegł w autokracji rosyjskiej idealne narzędzie modernizacji społecznej i kulturalnej. Zażarcie zwalczał butny, nie uznający żadnych względów indywidualizm polskiej szlachty, a szczerości swych przekonań dowiódł czynem, wydając w ręce carskiej policji niechętnych sobie sąsiadów. Złożył nawet memorandum w sprawie reformy oświaty, w którym proponował, aby język polski — „zdegenerowany dialekt języka rosyjskiego” — zastąpić w polskich szkołach językiem staro-cerkiewno-słowiańskim.

W swoich głównych dziełach — La Civilisation et la Russie  (1840) i Le Panslavisme  (1848) — wytrwale propagował politykę lojalistyczną. Dzieła te jednak nie przyniosły mu wybitnej pozycji, jaką miał nadzieję sobie zdobyć; w 1847 r. zbiegł do Niemiec, a stamtąd do Stanów Zjednoczonych. W późniejszym okresie życia został mężnym bojownikiem w walce o zniesienie niewolnictwa oraz prorokiem idei „oczywistego przeznaczenia” Ameryki. Jego Ameryka i Europa  (1857) jest rozszerzeniem wcześniejszej tezy Tocqueville’a głoszącej, że przeznaczeniem Ameryki i Rosji jest przejęcie panowania nad upadłymi mocarstwami Europy oraz podział świata między siebie. W Ameryce pamięć o Gurowskim jest wciąż jeszcze żywa. W ojczystej Polsce, jako „narodowy apostata”, dawno już poszedł w zapomnienie.

Lojalizm, co więcej, nie był przywilejem grupki peryferyjnych ekscentryków. Dziś często nie pamięta się już o tym, że znaczna liczba mieszkańców ziem polskich pozostawała albo obojętna na sprawy polityki polskiej, albo też kategorycznie przeciwko tej polityce występowała. W pierwszej połowie dziewiętnastego wieku wśród tych „nie-Polaków” znalazły się nie tylko całe grupy etniczne, zaabsorbowane swoimi własnymi ruchami narodowościowymi, ale także znaczny odłam członków klas oświeconych, którzy w coraz większym stopniu identyfikowali się z kulturą niemiecką lub rosyjską. Były wśród nich także szerokie rzesze polskich chłopów, którzy wciąż jeszcze pozostawali w większości apolitycznymi analfabetami. W następnych dziesięcioleciach przyłączyli się do nich reprezentanci rozmaitych interesów politycznych, którzy w nacjonalizmie upatrywali oczywistego wroga swych własnych planów i dążeń. Poza polskimi słowianofilami w rodzaju Kazimierza Krzywickiego (1820—83), który określony nacjonalizm polski czy rosyjski zastąpić chciał braterstwem wszystkich ludów słowiańskich, znaleźli się wśród „nie-Polaków” zarówno lewicowi marksiści, jak i prawicowi skrajnie katoliccy konserwatyści. Wszyscy oni mieli swoje własne powody po temu, aby walczyć o zachowanie ustalonych ram suwerenności Europy i zduszenie wszelkich idei na temat niepodległości Polski. Do czynu pobudzali ich potężni sprzymierzeńcy: inercja i apatia. W epoce Bismarcka dużym szacunkiem cieszyła się koncepcja „trojlojalizmu”. Był to nowy wariant dawnej idei głoszącej, że w interesie polskiego narodu leży wyłącznie propagowanie przyjaznych stosunków między trzema mocarstwami rozbiorowymi. Zmierzch tego poglądu nastąpił w latach poprzedzających wybuch pierwszej wojny światowej, gdy narastające napięcie w stosunkach międzynarodowych stało się bodźcem do podjęcia na nowo częściej stosowanej przez Polaków strategii wygrywania jednego z mocarstw rozbiorowych przeciwko pozostałym. Ponieważ polscy lojaliści w Niemczech i Austrii występowali przeciwko imperializmowi Rosji, polscy lojaliści w Rosji zaś występowali przeciwko imperializmowi państw centralnych, ogólna równowaga nie ulegała zachwianiu. Tak więc — zarówno dzięki świadomym planom, jak i działaniu zwykłego przypadku — Lojalizm spełniał rolę potężnej podpory wspierającej istniejący status quo.

U drugiego krańca skali politycznej znajdowała się polska tradycja powstańcza, głęboko zakorzeniona w zasadach i czynach dawnej Rzeczypospolitej. Każdy Polak, który pragnął sięgnąć po broń w walce przeciwko mocarstwom rozbiorowym, znał w mniejszym lub większym stopniu dawne prawo do oporu oraz przykład, jaki dały mu konfederacje. Jeśli swego czasu szlachta Polski i Litwy czuła się usprawiedliwiona, często chwytając za broń przeciwko swemu własnemu, wysoce demokratycznemu rządowi, to o ileż mocniej jej synowie i wnuki musieli być przekonani o słuszności własnych wystąpień przeciwko obcej tyranii. Nowy powstaniec był dawnym rokoszaninem, pisanym dużymi literami. Zdecydowany siłą obalić panujący porządek, nieodmiennie wysuwał żądanie utworzenia na nowo niepodległego państwa polskiego. Było rzeczą naturalną, że ruch powstańczy maksymalnie się nasilił w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku, gdy pamięć o niepodległości była jeszcze żywa, i że potem stopniowo zaczął zanikać.

Rodowód polskiego powstańca był zatem równie stary i równie szlachetny, co pochodzenie jakiegokolwiek innego powstańca w Europie. W latach dwudziestych dziewiętnastego wieku liczne polskie stowarzyszenia patriotyczne mogłyby stanowić element rozległej międzynarodowej sieci, obejmującej niemieckie Burschenschaften , włoskich karbonariuszy i rosyjskich dekabrystów. Ale głównym źródłem inspiracji była dla nich legenda Kościuszki i jego powstania narodowego z 1794 r. oraz tradycja polskich legionów Bonapartego. W skrajnie konserwatywnym świecie Metternicha i dynastycznych imperiów nie można było żadną miarą ani zalegalizować, ani wybaczyć ich czynów, łatwo więc można im było nadać piętno burzycieli pokoju lub wrogów postępu społecznego i stabilizacji. W rezultacie nigdy nie zdołali zyskać sobie poparcia mas, które w bardziej sprzyjających okolicznościach mogłyby sympatyzować z ich dążeniami. Pozostali wybitną, niepraktyczną i drobną mniejszością. Jak dawniej Kościuszko, żywili zbyt silne nadzieje zarówno na pomoc z zagranicy, jak i na słabość reżimów obcych mocarstw. Ich udziałem były nieliczne sukcesy, a każde z ich nieudanych przedsięwzięć pociągało za sobą falę represji, znacznie pomnażających dokładnie te same krzywdy, które starali się usunąć.

Wśród czołowych zwolenników nacjonalizmu powstańczego znalazła się grupa „belwederczyków” z listopada 1830 r.. Towarzystwo Demokratyczne Polskie (TDP), które pomiędzy r. 1832 a 1846 koordynowało z zagranicy wszelkie akcje konspiracyjne, „czerwoni” z Komitetu Miejskiego w Warszawie, którzy dali początek powstaniu 1863 r., „odłam rewolucyjny” Polskiej Partii Socjalistycznej, której bojówki odegrały tak wybitną rolę w latach 1905—07, Legiony Polskie z okresu pierwszej wojny światowej oraz Armia Krajowa (AK) podczas drugiej wojny światowej. Ci oddani sprawie bojownicy żyli intensywnie, w zgodzie z własnymi zasadami i krótko. Ich poglądy w kwestiach społecznych były często równie radykalne, jak ich stanowisko wobec kwestii narodowej; stanowili prototyp Les Justes  — terrorystów, rewolucjonistów i „anarchistów”, którzy pod koniec wieku pojawili się w wielu miejscach wschodniej Europy.

Jest rzeczą dość zrozumiałą, że nacjonalizm powstańczy wywarł szczególny wpływ na zagranicę. Sprawa polska stała się oczywiście podstawowym przedmiotem zainteresowania emigrantów politycznych, którzy nie mieli już nic więcej do stracenia i do których przyłączył się szeroki wachlarz europejskich liberałów, zawsze gotowych do podjęcia taniej krucjaty gdzieś w jakimś odległym miejscu świata. „Polska” stała się symbolem frustracji innych ludzi. Znalazła się na ustach Heinego, a zwłaszcza Victora Hugo, który w 1847 r. przemówił na Zgromadzeniu Narodowym w Paryżu, gdzie w rok później galerie miały się zatrząść od krzyków „Vive la Pologne !” Przyciągała rzesze tych, którzy jej dobrze życzyli, ale tylko nieliczni konsekwentnie wspierali ją czynem. Dała początek istnej rzece not dyplomatycznych, ale dla mocarstw rozbiorowych nie stała się inspiracją dla najmniejszych przejawów dobrej woli. Jednym z czynników o największej sile przyciągania był fakt, że uważano ją za sprawę „straconą”. Gdy Aleksander II mówił o polskich reveries , a Bismarck o Polonismus , obaj mieli na myśli dokładnie to samo: zaprawioną goryczą mieszaninę źle skierowanych nadziei i fałszywego sentymentalizmu. Tymczasem zaś polscy emigr és  byli beztrosko wykorzystywani do cudzych celów. Los polskich legionów Bonapartego na Haiti nie był bynajmniej przypadkiem odosobnionym. Polacy — jak


убрать рекламу




убрать рекламу



Irlandczycy — bardzo regularnie pojawiali się na arenie wszystkich rewolucyjnych konfrontacji w Europie. Masowo walczyli na barykadach Paryża w 1848 r., we Włoszech i na Węgrzech w latach 1848-9, a potem w latach 1859—60, a także po stronie Komuny Paryskiej w 1871 r.

Jak Adam Mickiewicz, który w 1855 r. umarł w Turcji podczas prób zorganizowania legionu do walki przeciwko Rosji na Krymie, nierzadko szukali bohaterskiej śmierci gdzieś z dala od ojczyzny; niektórzy z nich — jak Jarosław Dąbrowski (1836—71), naczelny wódz sił zbrojnych Komuny Paryskiej — rzeczywiście ją znajdowali. Inni dożywali swych dni w samotności i odosobnieniu. Józef Bem (1794—1850), swego czasu dowódca rewolucyjnych wojsk węgierskich, umarł w Syrii, w służbie tureckiej; Henryk Kamieński (1813—65), teoretyk wojny ludowej, zakończył życie w Algierze, Ryszard Berwiński (1819—79), pomocnik Mickiewicza i również poeta, umarł samotnie w Konstantynopolu.

Najbardziej typowym spośród tej grupy powstańców był Ludwik Mierosławski (1814—78). Jako młody chłopak, walczył w powstaniu listopadowym. Jako emigrant, przyłączył się do karbonariuszy i należał do „Młodej Polski” utworzonej na wzór „Młodych Włoch” Mazziniego. Jako głównemu działaczowi Centralizacji, czyli komitetu koordynacyjnego TDP, wyznaczono mu rolę przywódcy niedoszłego powstania z 1846 r., ale zamiast tego pojawił się na procesie berlińskim w charakterze głównego oskarżonego. Skazano go na śmierć, lecz w ostatniej chwili wybuch rewolucji w Prusach przyniósł mu zawieszenie wyroku. W latach 1848-49 stał na czele sił powstańczych najpierw w Poznaniu, potem na Sycylii, a wreszcie w Badenii. W latach pięćdziesiątych rozniecił schizmę w TDP, podburzając zarówno rewolucyjnych demokratów, jak i konserwatywny Hotel Lambert. W 1863 r. wrócił do Polski, walczył na Kujawach i przez krótki czas sprawował funkcję „dyktatora” powstania. Później zarabiał na skromne utrzymanie na obczyźnie pisaniem prac historycznych i publicystycznych. Jego życie, wypełnione działalnością konspiracyjną i pełne poświęcenia dla ojczyzny, nie przyniosło Polsce żadnych określonych korzyści. Według słów znanego historyka zajmującego się tą epoką, „emigracyjna legenda uczciła Mierosławskiego jako jednego z czołowych szermierzy wolności, puszczając w niepamięć jego długoletnie szkodnictwo”[27].

Jednakże pod pewnym względem — a niektórzy z pewnością uznaliby ten wzgląd za najistotniejszy — powstańcy odnieśli wybitny sukces. Ich poświęcenie zrodziło poczucie moralnej wyższości, której siły mocarstw rozbiorowych zupełnie nie mogły znieść. Cierpieli ciałem, a jednocześnie wynosili „Słowo” na wyżyny największego w polskiej tradycji poszanowania. Byli inspiracją dla mitów i poezji, którymi mogły się karmić przyszłe pokolenia. Rozbudzali gwałtowne emocje — tak podziwu, jak i potępienia, które stale podsycały pamięć o ich czynach nawet pośród tych, którzy woleliby o nich zapomnieć. Dowiedli, że „Polska”, czymkolwiek by była, jest wciąż jeszcze żywa. W sposób dość paradoksalny ci sami ludzie, którzy wybierali przemoc fizyczną jako formę wyrazu swego oporu, nawet w obliczu niewątpliwej klęski stwarzali jednocześnie gwarancję, że walka umysłów będzie się toczyć z pozycji o wiele większej równowagi sił. Prowokując władze do wieloletnich czynnych represji, dostarczali równocześnie bodźca innej walce — walce duchowej, której nie można było prowadzić za pomocą pałek i kuł i w której wytaczanie do boju oddziałów policji i wojska było równie śmieszne, co zgubne:

Ogromne wojska, bitne generały,  

Policje — tajne, widne i dwupłciowe.  

Przeciwko komuż tak się pojednały?  

Przeciwko kilku myślom… co nie nowe [28].

W czasie stu lat nieistnienia państwa, a także i potem, kolejne pokolenia Polaków rodziły ludzi nie dbających o zachowanie własnej skóry, którzy z desperacką odwagą porywali się do walki przeciwko swoim ciemięzcom. Powstanie warszawskie z sierpnia 1944 r. było tylko ostatnim przedstawieniem dramatu, który odgrywano także w latach 1733,1768,1794,1830,1846,1848,1863,1905 i 1920. Gdyby tych ludzi zapytano, o co walczą, mogliby z powodzeniem za każdym razem odpowiedzieć tak samo: za „kilka myśli… co nie nowe”.

Czynna działalność konspiracyjna była jednak udziałem niewielu. Postawą o wiele bardziej typową dla Polaków o tych samych przekonaniach, jeśli już nie o takiej samej odwadze, był zwyczaj całkowitego wycofywania się z życia publicznego. W połowie dziewiętnastego wieku, zwłaszcza na terenach polskich leżących w granicach Rosji, życie publiczne było tak dalece zdominowane przez nieustanne przejawy brutalności i upokorzeń w związku z działalnością cenzury, nadzoru policyjnego, aresztów, więzień i zsyłek, że wielu Polaków po prostu odmawiało wszelkiego w nim udziału. Zamiast tego wycofywali się w „poetycko—polityczny świat marzeń” literatury. Tam mogli czytać o triumfach i satysfakcjach, jakich odmawiała im rzeczywistość. Troska o rozwój wewnętrznego życia duchowego, w którym wartości artystyczne i moralne zwyciężały nad wszelkimi przejawami rzeczywistości, jest jedną z najtrwalszych cech polskiej kultury. W tym sensie wszyscy wielcy pisarze byli do głębi polityczni, literatura zaś i polityka przenikały się nawzajem. W Konradzie Wallenrodzie  (1828), Dziadach  (1832) Mickiewicz podjął temat pomsty; w Nie-boskiej komedii  (1835) i Irydionie  (1836) Krasiński głosił ewangelię poddania się i dążenia do duchowej perfekcji; w dramacie Kordian  (1834) i poemacie prozą Anhelli (1838), w epickim poemacie Beniowski (1841) i w symbolicznym Królu—Duchu  (1847) Słowacki podejmował tematy polityczne, historyczne i historiozoficzne, czyniąc godne uwagi wycieczki w sferę satyry. Może bardziej niż którykolwiek z jego wielkich współczesnych on właśnie bolał nad teraźniejszością, aby dać natchnienie szczęśliwym pokoleniom przyszłości:

O! Polsko! Polsko! Święta! Bogobojna!  

Jeżeli kiedy jasna i spokojna  

Obrócisz twoje rozwidnione oczy  

Na groby nasze, gdzie nas robak toczy;  

Gdzie urny prochów pod wierzby wiosenne  

Skryły się dumać jak łabędzie senne;  

Polsko ty moja! gdy już nieprzytomni  

Będziemy — wspomnij ty o nas! o! wspomnij!  

Wszak myśmy z twego zrobili nazwiska  

Pacierz, co płacze, i piorun, co błyska.  

A dosyć, że się zastanowisz chwilę,  

Jaka tam cisza na naszej mogile,  

Jak się wydaje przez Boga przeklęta;  

A nie zapomnisz ty o nas, o! Święta! [29]

Świadome powiązania między literaturą romantyczną a polityką powstańczą zostały dość wcześnie stworzone przez Maurycego Mochnackiego (1803 lub 4 — 34), którego działalność jako walczącego krytyka wyraźnie miała stanowić rekompensatę klęsk poniesionych na innym polu. Jako 17-letni chłopak został on wydalony z Uniwersytetu Warszawskiego za to, że uderzył policjanta, który wyrwał mu z ust fajkę paloną wbrew przepisom na ulicy; dwa lata później (1823) aresztowano go za przynależność do nielegalnego stowarzyszenia. W więzieniu u Karmelitów złamano jego opór. Skłoniono go do napisania memoriału, w którym potępiał brak odpowiedzialności polskiej młodzieży, a następnie zwolniono.

Później pod wpływem nalegań rodziców podjął na kilka miesięcy pracę w carskiej cenzurze. Resztę swojego krótkiego życia spędził na pokucie. Już w 1825 r. w obszernym eseju O duchu i źródłach poezji w Polszcze  dowodził, że prawdziwa poezja rodzi się z „nieskończoności uczuć”, literatura narodowa zaś wyrosnąć może jedynie na gruncie romantyzmu. W latach 1827—29, jako redaktor „Kuriera Polskiego”, atakował pisarzy o ustalonej renomie, którzy wciąż jeszcze nawoływali do „klasycznej” powściągliwości. W 1828 r. jego rozpowszechniany anonimowo Głos obywatela z zabranego kraju  z okazji sądu sejmowego miał wpłynąć na łagodniejszy wynik procesu Łukasińskiego i jego towarzyszy konspiratorów z Towarzystwa Patriotycznego. Do tego czasu charakterystyczny światopogląd Mochnackiego był już mocno ugruntowany. W okresie gdy głęboko absorbowały go studia nad filozofią niemiecką — zwłaszcza Schillera i Schlegla — został wtajemniczony w przygotowania do powstania listopadowego. Zmagał się z problemem pogodzenia literatury z potrzebą akcji politycznej oraz nadania jej spójnych podstaw filozoficznych. Nie było rzeczą przypadku, że przedmowa do jego podstawowego dzieła, O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym, powstała w momencie, gdy ważyły się losy powstania listopadowego, a jego kierownictwo przechodziło w ręce ludzi słabszych i bardziej trzeźwych. „Czas nareszcie przestać pisać o sztuce”, nawoływał. „Co innego zapewne mamy teraz w głowie i w sercu… Życie nasze nie jest już poezją. Zgiełk oręża i huk dział. Ten będzie odtąd nasz rytm i ta melodia”. W trzy lata później Mochnacki już nie żył. Ale jego pisma pozostały w pamięci ludzi jako podstawowy przewodnik dla tych, którzy albo już parali się polityką powstańczą, albo też chcieliby się nią parać, gdyby tylko mogli[30].

Lepiej znane szerszemu światu stały się wykłady Mickiewicza wygłoszone w College de France i opublikowane jako Cours de la litterature slave .

Roli Mochnackiego i Mickiewicza w polskiej literaturze ściśle odpowiadała rola Lelewela w polskiej historiografii. Ponieważ w swoich pismach Lelewel idealizował wątki Wolności i Demokracji w przeszłości Polski, stawały się one potężnym bodźcem do występowania przeciwko obecnej Niewoli.

Zarówno polski romantyzm, jak i polski mesjanizm opierały się na solidnych podstawach filozoficznych. Pierwszą postacią godną uwagi jest tu Józef Maria Hoene—Wroński (1776—1853), który walczył kolejno w powstaniu kościuszkowskim i w armii rosyjskiej, aby wreszcie osiąść we Francji, gdzie pisał i publikował po francusku. Jako dawny student uczelni niemieckich, zaczął od przesadnego uwielbienia dla Kanta; później przyjął stanowisko skrajnie racjonalistyczne. Próbował skonstruować pełny system metafizyczny na podstawie fundamentalnego „prawa stworzenia”, którego dychotomiczny mechanizm przypominał nieco trychotomię Hegla. W swoich własnych czasach dostrzegał okres przejściowy, mający wkrótce ustąpić miejsca „epoce intelektualnej”, w której rozwiązane zostaną wcześniejsze konflikty, człowiek zaś osiągnie całkowite spełnienie i nieśmiertelność. Do jego głównych dzieł należą Prodrome du Messianisme  (1831), Metapolitique messianique  (1839) i Messianisme ou reforme absolue du savoir humain  (1847).

Drugą wybitną postacią w dziedzinie filozofii był Józef Gołuchowski (1797—1858), który bliższy był sprawom polskim i który wywarł największy wpływ na współczesnych sobie twórców polskiej literatury. Był uczniem Schellinga, u którego swego czasu studiował w Erlangen; po upływie zaledwie roku usunięto go ze stanowiska profesora katedry filozofii na uniwersytecie w Wilnie. Jego wykłady, które zbiegły się z wykładami Lelewela z zakresu historii Polski, znalazły żywy oddźwięk w postaci szeregu politycznych posunięć jego studentów i wywołały alarm wśród władz rosyjskich. Jedyne wielkie dzieło Gołuchowskiego, Die Philosophie in ihrem Verhaltnisse zum Leben ganzer Völker und einzelner Menschen  (1822), czytano jeszcze wtedy, gdy on sam już od dawna zajmował się doglądaniem upraw w swoich majątkach. W dziele tym wyniósł intuicję na takie same wyżyny, na jakie Wroński wynosił intelekt, dowodząc przy jej pomocy istnienia Boga i niezniszczalności ludzkiej duszy. Szczególny rodzaj romantycznej metafizyki, jaką uprawiał, nie wniósł wiele w dzieło jego niemieckich mistrzów, ale jego zapał i sposób wywodu sprzyjały skutecznemu przystosowaniu ich poglądów do polskich warunków. Postać trzecia, urodzony w Wilnie Andrzej Towiański (1799—1878), pojawił się w Paryżu w latach czterdziestych i nałożywszy strój mistyka i proroka, przyciągnął do siebie spory tłum zwolenników. Założył jedną z sekt adwentystów, modnych wówczas w intelektualnych kręgach emigracji; historia Polski pamięta go jednak przede wszystkim jako mentora Mickiewicza w późniejszym okresie życia poety. Największym oryginałem ze wszystkich był August Cieszkowski (1814—94). Z wykształcenia był heglistą; na uniwersytecie w Berlinie znalazł się w tym samym okresie, co Karol Marks, i świadomie kierował swoje badania filozoficzne ku celom społecznym i politycznym. Wierząc mocno w boską misję Kościoła katolickiego i polskiego narodu, podkreślał rolę czynników irracjonalnych w zdobywaniu wiedzy i uznawał wolę za podstawę ludzkiej egzystencji. W swoich pracach Prolegomena zur Historiosophie  (1838) i Gott und Palingenesie  (1842) wywodził, że utopie należy przystosować do wprowadzenia w życie oraz przepowiadał nadejście „epoki Ducha Świętego” — katolickiej wersji intelektualnej utopii Wrońskiego. Podczas swego pobytu w Paryżu w latach czterdziestych wywarł najwyraźniej znaczny wpływ zarówno na Proudhona, który przyznawał, że jest jego dłużnikiem, jak i na Marksa, który tego nie przyznawał. Jako lewicujący filozof—heglista, który wprzągł metafizykę w służbę działania społecznego, Cieszkowski musi być zaliczany do prekursorów marksizmu[31]. Spędziwszy wiek średni na zajęciach praktycznych jako współpracownik pierwszego rolnego Banku Kredytowego we Francji, później zaś jako poseł Poznania w parlamencie pruskim, oddał się głównemu dziełu swego życia, pracy Ojcze nasz, która została pośmiertnie wydana w 1900 r. To ogromne przedsięwzięcie, zainspirowane słowami „przyjdź Królestwo Twoje”, zyskało sobie rangę pomnika polskiego mesjanizmu. Dzieło to zawiera tezę, że polityka radykalna nie jest czymś, co nie dałoby się pogodzić z wiarą katolicką, i że niekoniecznie musi się ona wiązać ze stosowaniem metod przemocy. Tak więc filozofia Nacjonalizmu powstańczego dała asumpt do rozwoju wielu złożonych prądów i odmian, jakie w rękach licznych uczniów i naśladowców — jak Bronisław Trentowski we Fryburgu czy Józef Kremer w Krakowie — przerodziły się w zbiór prężnych idei, które zdołały przetrwać burze politycznych przeciwności[32].

Siła tradycji powstańczej nie pozostawała zatem w żadnej relacji do liczby jej zwolenników ani też rezultatów jej politycznego programu. Była nie tyle odbiciem poparcia mas, ile żarliwego poświęcenia jej wyznawców, których uparty gniew, konspiracyjne nawyki i niezłomna wierność romantycznemu podejściu do literatury i historii skutecznie przechodziły z pokolenia na pokolenie. Mechanizm tej transmisji zawdzięczał bardzo wiele szczególnemu gatunkowi odważnych i rozumnych kobiet. Pamiętniki powstańców zawsze niemal zawierają hołd złożony babce czy matce, która pierwsza tchnęła w nich wiarę polityczną, mającą trwać przez resztę życia:

Babka była kobietą o dużej sile charakteru, a inteligencją, oczytaniem, głębią umysłu i szeregiem innych zalet przewyższała bez wątpienia większość swoich rówieśniczek. Po śmierci dziadka sama gospodarowała niewielkim mająteczkiem, nawet bez pomocy rządcy, żelazną ręką trzymając służbę i fornali. (…)  

Głównym motorem jej życia był patriotyzm. Cały zapał swej gorącej i mocnej natury oddała sprawie wolności kraju, (…) w robocie spiskowej w czasie powstania 1863 r. grała w okolicy główną rolę, przewodząc na tajnych zebraniach u siebie we dworze. Przechowywała i przewoziła broń. Na niebezpieczeństwo patrzyła z pogardą. Upadek powstania był największym ciosem w jej życiu. Od tego czasu ubierała się jedynie w czarne suknie, z wąską, białą koronką u szyi i na rękawach, a na palcu nosiła na znak żałoby pierścionek z tabliczką z czarnej emalii, ozdobioną krzyżykiem z białych pereł. (…)  

Miałam chyba siedem lat, gdy pewnego wieczora zapytałam ją o ten pierścionek. Byłyśmy wtedy same w salonie (…). Promienie światła z lampy naftowej grały na perłach pierścionka (…).  

— To jest pierścień żałoby po tych, którzy polegli — odpowiedziała (…).  

— Babciu, pozwól mi włożyć ten pierścionek — prosiłam.  

Wstrząsnęła przecząco głową:  

— Możesz go nosić tylko wówczas, gdy będziesz patriotką, Olu (…).  

— A co to znaczy być patriotką, babciu? (…)  

— Ten jest patriotą — odpowiedziała — kto kocha Polskę nade wszystko na świecie i kto dla jej wolności poświęci wszystko, co posiada, nawet swe życie, gdy będzie potrzeba.  

— Ja chcę walczyć o Polskę, babciu — powiedziałam, na pół rozumiejąc, co mówię (…).  

Przez chwilę babcia milczała, a oczy jej błyszczały.  

— Wierzę, że chcesz — odrzekła na koniec. — Olu, moje dziecko, przyrzecz mi, że będziesz walczyć!  

— Przyrzekam, babciu — powtórzyłam uroczyście, przejęta grozą i mocą uczucia w jej głosie.  

Przytuliła mnie do siebie [z gestem rzadkiej u niej pieszczoty] i włożyła pierścionek na mój palec, trzymając go mocno (…).  

— A teraz biegnij, Olu, i baw się z siostrami (…). Nie mów o tym nikomu, ale nie zapomnij! [33]

Tak właśnie odbyło się w rodzinnym domu Aleksandry Szczerbińskiej w Suwałkach wprowadzenie jej w rewolucyjną karierę, która miała wciągnąć ją w taką samą konspiracyjną działalność i takie same akcje przemytu broni, w jakich tak żywo uczestniczyła niegdyś jej babka.

W trzydzieści lat później, już jako pani Piłsudska, Aleksandra wkroczyła na scenę wielkiej polityki w roli małżonki Naczelnika Polskiej Rzeczypospolitej.

W wielu domach panowała atmosfera tak mocno przesycona patriotyzmem, że żadne oficjalne inicjacje nie były potrzebne. Młodzieńcowi słuchającemu babki grającej jeden z mazurków Chopina nie mogły umknąć żadne dalsze implikacje:

A babka mi to grała  

na starym fortepianie  

w pokoju, gdzie fotografia  

dwóch braci rozstrzelanych [34].

Takie dzieci na całe życie oddane były sprawie polskiej, bez względu na jej obiektywne wartości. Uczono je, aby służyły sprawie i stawiały opór, nie oczekując przy tym żadnych osobistych korzyści i żadnej pociechy oprócz tej, jaką mogła im przynieść poezja:

Poza tobą, żołnierzu polski, gdy samotny na haku szubienicy zawisasz, — gdy dogasasz powolnym straceniem w stepie Sybiru — nie powiewa sztandar dalekiej potęgi. (…) Twoich dzieci nie nakarmi, gdy skonasz, niczyja miłość. Wyprą się ciebie ziomkowie, zapomną współmieszkańcy. (…) Toteż dzieci twoje przyjmie rynsztok (…) a nożowiec, skoro podrosną, będzie im mistrzem. (…) Przeciwko tobie za szeregami żołdaków —jest wszystko. Niechęć, trwoga, nienawiść, wrzaski dziedziców, bicie w dzwony fabrykantów, tajne intrygi tchórzów i ciemna niewiedza nędzy. Przerażone oczy narodowej samoniewoli spoglądają na ciebie ze szpar, ze szczelin, zza węgłów i z dymników. (…) Twoja dola — to konać za święte idee, a konać bez ostatniej pociechy mężnego człowieka: —bez sławy. (…) Wyszedłeś w najciemniejszą, jesienną noc, gdy huczał wicher i bił deszcz, a my wszyscy, dwudziestomilionowy naród, spaliśmy w swoich sypialniach (…) kamiennym snem niewolników. (…) Tęsknym echem, żołnierzu, odbijają się kroki twoje w tajniach ludu, jak echo odbija się w lesie (…). Na wystygłych kałużach krwi  

(…) wyrastają cudne legendy, jakich jeszcze Polska nie miała. (…) Bo tylko poezja polska nie opuści cię, nie zdradzi i nie znieważy (…). Gdyby nawet sprawa twoja była przegraną — ona ci wiary dochowa. (…) Nakryje twój nagi trup (…) płaszczem dostojeństwa. (…) W twoje ręce skostniałe i dopiero w śmierci bezsilne włoży złoty swój sen, sen tylu pokoleń młodzieży, sen o rycerskiej szpadzie [35].

Zwolennicy umiarkowania w polskiej polityce odrzucali tego rodzaju oświadczenia, uważając je za sentymentalne romantyczne bzdury, ale każde pokolenie rodziło synów i córki, którzy traktowali je z powagą i szli za ich wezwaniem.

Klęski powstańczego Nacjonalizmu za każdym razem stanowiły zachętę dla przeciwstawnych mu sił kompromisu i ugody. Siły te istniały zawsze i ich tradycja także sięga czasów przedrozbiorowych. Stanowiły wcielenie przekonań ludzi, którzy wierzyli, że więcej da się osiągnąć, wchodząc w układy z rządzącymi mocarstwami, niż występując przeciwko nim. Liczyli, że dając dowody politycznej lojalności, zostaną nagrodzeni zezwoleniem na ograniczoną autonomię, a przynajmniej na sprawowanie kontroli nad sprawami społecznymi i kulturalnymi. Ich stanowisko wobec panujących mocarstw da się najlepiej streścić, cytując powiedzenie przypisywane Staszicowi: „Jesteśmy gotowi być waszymi braćmi, ale nie waszymi niewolnikami”. Swym krewkim współpatriotom radzili, aby porzucili złe i destruktywne praktyki Powstań, Oporu i Konspiracji, oddając się zamiast tego wszelkim formom działań dobrych i konstruktywnych. Ich zdaniem, naród polski nie będzie w stanie zapewnić sobie pozycji w świecie, dopóki nie będzie tak dobrze wykształcony, tak bogaty i tak zjednoczony jak jego sąsiedzi. Stąd też nacisk na oświatę, samodoskonalenie, rozwój nauk ścisłych, ekonomię, reformę społeczną i — przede wszystkim — na pracę. W tym kontekście postawę Stanisława Augusta należy przeciwstawić stanowisku Kościuszki, karierę Staszica czy ekonomisty Wawrzyńca Surowieckiego (1769—1827) — karierze Hugona Kołłątaja. W części Polski leżącej w granicach Rosji drogę ugody wybrali Xawery Drucki-Lubecki (1778—1846), Aleksander Wielopolski (1803—77), a pod koniec wieku Roman Dmowski (1864—1939). Ich polityka biegła torami równoległymi do polityki księcia Antoniego Radziwiłła (1775—1833), namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego w Prusach, oraz długiego szeregu wiernie oddanych Franciszkowi Józefowi Galicjan w Austrii. Po powstaniu styczniowym z 1863 r. Ugoda stała się tendencją dominującą w polityce polskiej na przynajmniej pół wieku. Pierwszych poważnych ideologów znalazła w grupie krakowskich stańczyków, jej opracowaniem zaś zajęła się imponująco liczna grupa pisarzy, wśród których znaleźli się Piotr Chmielowski (1848—1904), Aleksander Świętochowski (1849—1938), Julian Klaczko (1825—1906), Adam Wiślicki (1836—1913), Włodzimierz Spasowicz (1829—1906), a przede wszystkim powieściopisarz Bolesław Prus (l847—1912). Polityka Ugody była związana z wieloma pokrewnymi ruchami kulturalnymi i umysłowymi, którym nadawano takie etykiety, jak „praca organiczna”, „trzeźwość”, „pozytywizm warszawski” czy „realizm literacki”. Czołowym organem jej wyznawców był w ostatnich dziesięcioleciach dziewiętnastego wieku „Przegląd Tygodniowy”, przez cały czas swego istnienia w latach od 1866 do 1905 redagowany przez Adama Wiślickiego.

Jak łatwo można było przewidzieć, najbardziej gorliwi zwolennicy polityki Ugody wywodzili się spośród szeregów rozczarowanych niepowodzeniami powstańców — spośród mężczyzn i kobiet, którzy w młodości poszli drogą rewolucji i którzy na własne oczy ujrzeli jej słabe strony. Właśnie takim człowiekiem był Karol Świdziński (1841—77). Jako młody chłopak przyłączył się do radykalnego ugrupowania „czerwonych” z powstania styczniowego, potem odbył służbę jako adiutant Dąbrowskiego na barykadach Komuny Paryskiej i przeżył okres wygnania politycznego w Anglii. A jednak po powrocie do domu skomponował wiersz, który przytacza się często jako manifest obozu zwolenników polityki Ugody:

Nie eolskich tobie tonów,  

Nie błyskawic, nie szwadronów  

I nie orlich tobie lotów  

I nie szabel, i nie grotów,  

Ale pracy tobie trzeba!  

Duszy chleba, myśli chleba!  

Cóżeś szablą wyrąbała?  

Kilka szczerbów w dziejów pleśni!  

Cóżeś lutnią wypłakała?  

Milion tonów — co świat prześni!  

Oj! nie szablą i nie tonem  

Tobie walczyć, hufcu młody!  

Ale z czołem pochylonem  

Nad mądrości ślęczeć kartą,  

Sercem przeczuć prąd właściwy  

I z prastarej ojców niwy  

To ukochać, czym żyć warto!  

A więc, moja braci młoda!  

Nie do szabli, nie do pieśni:  

Czasu szkoda, trudu szkoda!  

Szabla pryśnie, pieśń się prześni!  

Ty na inne licz zdobycze,  

Na zdobycze, które trwają,  

Które chleb rodzinie dają,  

Choć niegłośne, niezwodnicze.  

Hej! do cyrkla, hej! do kielni,  

I do wagi, i do pługa!  

A choć praca ciężka, długa,  

Ale wyjdziem my z niej dzielni [36].

O awersji Świdzińskiego do poezji może wyraźnie zaświadczyć jakość jego wiersza, natomiast uznawana przez niego hierarchia wartości jest absolutnie oczywista:Praca przed Bitwą, Nauka przed Sztuką, Ostrożna Myśl przed Gwałtownym Działaniem . Ten trzeźwy, praktyczny program był przedmiotem szczególnego podziwu w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, kiedy pozytywizm i scjentyzm szybko ogarniały Europę. W Polsce jednak znajdował swoje odpowiedniki przy niejednej okazji — zarówno przedtem, jak i potem.

Ponieważ ugodowcy wykazywali sceptycyzm w stosunku do roszczeń niepodległościowych i byli przeciwni opartym na przemocy planom politycznym powstańców, określa się ich czasem jako ludzi biernych lub wręcz reakcjonistów.

W gruncie rzeczy mieli oni wysoko rozwinięte poczucie obowiązku narodowego i nierzadko bywali też szczerymi sympatykami radykalnych przemian społecznych. Starali się nie tylko powściągać zapały konspiratorów, ale także powstrzymywać bezwstydnych lojalistów, karierowiczów i „pałacowych katolików”. Koncentrowali swoje wysiłki na przedsięwzięciach kulturalnych, ekonomicznych i społecznych, opowiadając się za zapewnieniem stopniowego postępu w tych dziedzinach kosztem ograniczonego postępu politycznego. W swoich własnych oczach uprawiali „sztukę tego, co możliwe”, i jako tacy byli jedynymi prawdziwymi politykami. Ich osiągnięcia, choć fragmentaryczne, były godne uznania. Na przykład Staszic, który uwolnił chłopów pańszczyźnianych w swoich majątkach w Hrubieszowie i oddał im ziemię we wspólne posiadanie, był pierwszym, który dokonał przeglądu złóż mineralnych w Polsce i otworzył kopalnię węgla w Dąbrowie Górniczej. Od 1808 r. pełnił funkcję prezesa warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, zajmującego się propagowaniem korzyści płynących z rewolucji w nauce i rolnictwie; od 1815 r. był także członkiem Komisji Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, która założyła Uniwersytet Warszawski. Równie energicznym człowiekiem był Ksawery Drucki-Lubecki. Jako minister skarbu w Królestwie Kongresowym był założycielem Banku Polskiego oraz autorem programu pierwszych kroków kraju na drodze do uprzemysłowienia. Wierzył bez żadnych zastrzeżeń w liberalne skłonności Aleksandra I. Wielopolski, który w czterdzieści lat później objął urząd naczelnika rządu Królestwa Kongresowego, żywił analogiczne nadzieje w stosunku do cara Aleksandra II. Był on inicjatorem projektu oczynszowania chłopów, anulował ograniczenie praw obywatelskich Żydów oraz usunął bariery broniące Polakom dostępu do wyższych szczebli carskiej drabiny biurokratycznej. Jego szczególną zasługą było przywrócenie systemu szkół z językiem polskim oraz ustanowienie Szkoły Głównej w Warszawie. Żaden z tych ludzi nie zdołał odnieść sukcesu w sensie absolutnym. Momenty, w których udawało im się skutecznie rządzić, były równie krótkie, jak chwile triumfu powstańców. Zwłaszcza w Rosji przeszkodą był dla nich kompletny brak najmniejszych choćby oznak wielkoduszności ze strony władz. W ostatecznym rozrachunku nie byli w stanie na stałe uprawiać polityki ugody, mając do czynienia ze zwierzchnikami, którzy nie mieli pojęcia o tym, czym jest kompromis, i których ustępstwa były jedynie taktycznymi gestami podyktowanymi chwilową słabością. Ich dzieło nieodmiennie przerywały polityczne klęski. A jednak to właśnie oni i im podobni dali polskiemu narodowi to, co było mu potrzebne, aby mógł przeżyć, wtedy gdy ostatecznie zdobył niepodległość. Jeśli Powstańców można uznać za wysokich kapłanów Duszy narodu, to Ugodowcy byli strażnikami jego Ciała.

Wielopolski, na przykład, nigdy nie cieszył się popularnością. Ten człowiek o mocnej kwadratowej szczęce, odznaczający się ponurym uporem, spełniał swoje obowiązki, tak jak je sam widział, i ignorował wszelką krytykę. Jako młody człowiek został wysłany do Londynu w charakterze posła Rządu Narodowego; głęboko przeżył jego klęskę i był przekonany nie tylko o tym, że Polska nie jest w stanie sama wyrwać się z krępujących ją więzów, ale i o tym, że nadzieje na obcą pomoc są daremne. W 1846 r., zatrwożony zachowaniem się władz wiedeńskich wobec powstania chłopskiego w Galicji, publicznie zaapelował do cara o przyjęcie dobrowolnej uległości polskiego narodu:

Przychodzimy oddać się tobie, jako najwspaniałomyślniejszemu z przeciwników. Byliśmy twoimi, jako niewolnicy — prawem zaboru, przez postrach i ważyliśmy za nic wymuszone przysięgi. Dziś nabywasz nowy tytuł władania. Oddajemy się tobie jako ludzie wolni z dobrej ochoty, a bez ostentacji i rachuby. Stajesz się panem naszym z łaski Boga, którego wyrokowi poddajemy się. Odrzucamy precz interesowne i zwodnicze wsp


убрать рекламу




убрать рекламу



ółczucie, tanie frazesy i wszystko, co ludzie pompatycznie prawem narodów zowią — łachmany, którymi nas przyodziewało miłosierdzie Europy, nie mogące przykryć ran naszych i blizn. Nie stawiamy warunków…
 [37]

Mikołaj I nawet nie przeczytał tego apelu. Ale Wielopolski trwał przy swoim i po kolejnym dziesięcioleciu wołania na politycznej puszczy zdobył wreszcie zaufanie Aleksandra II. Krótki okres, w którym sprawował swój urząd, przypadł na lata przed powstaniem styczniowym, a w oczach krytyków powstanie to wywołał. (Patrz rozdz. XVI tomu II).

Wielopolski miał jednak także zagorzałych zwolenników, a należący do tej grupy Włodzimierz Spasowicz przez ponad czterdzieści lat konsekwentnie bronił jego reputacji. Poglądy Spasowicza są szczególnie interesujące, ponieważ pochodził on z mieszanego małżeństwa Polki z Rosjaninem; jako profesor prawa kryminalnego na uniwersytecie w Petersburgu, a następnie czynny prawnik i publicysta, większość życia spędził w Rosji i środkiem wyrażania myśli był dla niego język rosyjski. Na froncie politycznym kategorycznie sprzeciwiał się wszelkim ryzykownym nacjonalistycznym przedsięwzięciom oraz wszelkim formom polskiego separatyzmu. Natomiast na froncie kultury prowadził niestrudzoną kampanię o prawa Polski i o propagowanie dzieł polskich pisarzy. Jako czołowy współpracownik „Wiestnika Jewropy” zwalczał współczesnych mu szowinistów w dziedzinie kultury; jako założyciel miesięcznika „Ateneum” i redaktor tygodnika „Kraj” zdobył sobie licznych czytelników. Wśród jego dzieł znalazła się biografia Wielopolskiego oraz obszerny Obzor istorii polskoj litieratury  (Zarys dziejów literatury polskiej , 1880). Jego koncepcja narodowości, sformułowana po raz pierwszy w 1872 r., pozostała jasna i jednoznaczna do końca jego dni. „Historyczna narodowość odcięta od państwa, które było jej piastunem, może mieć wszelako prawo do życia (…)”,  pisał, ponieważ „narodowość jest to skarb moralny, pracowicie uzbierany przez naród i przeznaczony na to, aby się stał dobrem całej ludzkości” [38].

Literatura obozu ugody nigdy nie zawierała żadnego jednoznacznego programu. Jej wspólnym mianownikiem był powszechny wstręt do polityki konspiracyjnej. Wobec tego, starając się rozproszyć atmosferę mistyki, jaką wokół nacjonalizmu stwarzali romantycy i mesjaniści, walczyła o „normalizację” i „modernizację” polskiej sztuki, czyli o zastąpienie jednostronnej obsesji na temat sprawy polskiej szerokim wachlarzem gatunków literackich i tematów, jakie znajdowały swój wyraz w życiu kulturalnym innych narodów Europy. Sztuki piękne obchodziły jaw tej samej mierze, co polityka narodowa. Jej głównym przedstawicielem był Aleksander Głowacki (1847—1912), „polski Dickens”, bardziej znany pod pseudonimem literackim „Bolesław Prus”. Jego pisarska kariera objęła okres między powstaniami z lat 1863—64 i 1905—06 i pozostawała pod ich dogłębnym wpływem. Podczas pierwszego z tych powstań Prus został ranny, a następnie aresztowany; przeciw drugiemu ostro zareagował. We wczesnych utworach unikał tematyki otwarcie politycznej, koncentrując się na obserwacjach psychologicznych i krytyce społecznej. Humoreska Wieś i miasto  (1877) oraz nowela Anielka  (1880) — ostry atak wymierzony przeciwko klasie właścicieli ziemskich — pisane były w nastroju optymistycznym, w okresie, gdy pisarz szukał jeszcze jakiegoś bardziej określonego „pozytywistycznego” programu. Jednak z wiekiem przygnębienie jego rosło, a nastawienie stawało się coraz bardziej określone politycznie. Jego arcydzieło, Lalka  (1890), zawiera wyraźne posłanie, które głosi, że ludzie dumni, którzy, jak protagonista Wokulski, ulegają zbyt wygórowanym ambicjom, doświadczają upadku. Faraon  (1897) to studium władzy, a sceneria starożytnego Egiptu, gdzie toczy się akcja powieści, jest dość przejrzystą zasłoną dymną dla aluzji do współczesnej pisarzowi Rosji. Pochodzące z 1908 r. Dzieci  to już czysto polityczne studium grupy rewolucyjnych konspiratorów.

Pod koniec życia Prus przyjął postawę głębokiej konsternacji, żeby nie powiedzieć — cynizmu. Opisywał całe zło kapitalizmu z pełną dbałością o przekonywające szczegóły. Jednocześnie zaś z równą mocą krytykował socjalistów i postępowców. Pozycja międzynarodowa Polski — jego zdaniem — nie była wcale beznadziejna. Niemcy Wilhelma to „forteca bandytów i rzezimieszków”, gdzie stosuje się „nową chemię”, aby wytruć niewygodnych obywateli, i gdzie „przyrządza się wielce nieprzyjemne mikstury”; jest to kraj, który „urodził się we krwi, żyje krwią i oby kiedyś we krwi nie utonął”. Rosja natomiast oferuje zaledwie ograniczone możliwości kompromisu. Według osądu Prusa, marzenie o niepodległości Polski było tylko szkodliwym snem na jawie, który musiał się skończyć tragicznie. Autonomia miała stanowić absolutną granicę wszelkich odległych aspiracji narodowych. „Dzień Wolności!… Dzień Wolności!… Jeśli już musimy bawić się w metafory, ja sam nie widzę zgoła żadnego światła dnia”, pisał. „Jest dopiero świt, i to świt krwawy… i Diabeł jeden wie, jaki po nim Dzień nastąpi”. Stulecie powstańczego nacjonalizmu nie przyniosło nic, co miałoby jakąkolwiek wartość.

My jesteśmy niby pole, na którym nic nie może dojrzeć, ponieważ wszystko przed czasem dostaje się pod żniwiarkę. Jeszcze kłos nie ukazał się — i już jest ścięty!  

(…) Gdyby zebrać w jedno miejsce krew wylaną przez Polaków za wolność, może powstałoby drugie Gopło; gdyby zgromadzić kości tych, co polegli w bojach, na szubienicach, w katorgach, na osiedleniach i wszelkiego rodzaju tułactwach, może usypałoby się drugi Wawel. Lecz (…) jakiż z tego pożytek? Nie ma! (…) i nawet nie może być, gdyż polski patriotyzm składa się z wybuchów uczucia, którego, niestety! nie oświetlał rozum i nie przerodził go w akty twórczej woli [39].

Wymowa Dzieci  jest oczywista. Powieść opisuje przeżycia Kazimierza Swirskiego, młodzieńca uczciwego i odważnego, przywódcy rewolucyjnego stowarzyszenia pod nazwą „Rycerze Wolności”. Jest to opowieść o nieprzerwanym marnotrawstwie źle skierowanych sił, które kończy się daremnym samobójstwem Świrskiego. Władza w stowarzyszeniu przechodzi bez żadnych skrupułów z niczyjej strony w ręce grupy najzwyklejszych sadystów. Postacie Zająca, nie znającego strachu kryminalisty, który czuje się jak ryba w wodzie wśród chaosu rewolucyjnego kryzysu, jego kolegi Starki, alkoholika, który specjalizuje się w wieszaniu ludzi na ulicach, oraz Regena, chorego na gruźlicę Żyda, który nie może pojąć, dlaczego szef policji boi się mniej jego niż on szefa policji — składają się na bezlitośnie demaskatorski portret ludzi, którzy rozpoczęli rewolucję 1905 r. i którzy nadal prowadzą konspiracyjną działalność w podziemiu. W ostatecznym rozrachunku śmierć Swirskiego okazuje się zupełnie niepotrzebna i z gruntu niebohaterska. W drodze ku granicy Galicji uciekający dowódca stowarzyszenia zasypia w stodole; budzi go odgłos zbliżających się kroków:

Nagle wyobraził sobie, że ten elegancki Kozak z puklem chwyta go za kark i po śniegu ciągnie do oficerów niby kawał padliny. Wstrząsnął się całym ciałem; przyłożył brauning do prawego ucha i — lekko nacisnął cyngiel (…). W jego głowie zahuczały dzwony całego świata, kula ziemska rozleciała się na ogniste kawałki i — zaczął się spokój wieczny (…).  

Tymczasem Kozacy nie przyszli bynajmniej aresztować Swirskiego; nie wiedzieli nawet, że jest na strychu. Oficerowie wysłali ich po prowianty, więc zastawszy drzwi zamknięte,  

Kozacy zaczęli pukać, a gdy nikt nie otwierał, poszli do innych chałup.  

Biedny Kazimierz pospieszył się i tym razem [40].

Wybitną rolę w obozie ugodowców odegrali historycy — zwłaszcza odkąd zaczęli wprowadzać koncepcje pozytywistyczne do własnych metod badawczych.

W tym kontekście warto odnotować fakt, że wpływowe dzieło Henry’ego Buckle A History of Civilization in England  (1861) ukazało się w polskim przekładzie w ciągu roku od jego wydania w Londynie. Podobnie jak Buckle, pozytywiści polscy byli zafascynowani darwinizmem i biologią opartą na ewolucjonizmie; w swej gotowości do odrzucania wszelkich aktualnie istotnych względów politycznych z zapałem gromadzili dane i dokumenty dotyczące wszystkich zaniedbanych, pozapolitycznych aspektów swego przedmiotu badań. Najwyraźniejsze sformułowanie ich ideałów pojawiło się w polemicznych pismach Władysława Smoleńskiego. W kwestii ogólnej, dotyczącej pytania, czy historyk powinien wykorzystywać swoją wiedzę dla celów praktycznych. Smoleński zajmował stanowisko jednoznaczne:

Kwestię, czy do historii należy służba względom praktycznym rozstrzygają ogólne pojęcia o nauce —  pisał— która nie ma innego zadania nad konstatowanie i objaśnianie zjawisk. Dla botanika obojętną jest rzeczą, czy odkryta przez niego własność danej rośliny znajdzie zastosowanie w medycynie lub kuchni; nie należy również do historyka wyciąganie z przeszłości nauk praktycznych. Z badań botanicznych ciągnie pożytek kucharz, z dociekań dziejowych mąż stanu, jednakże korzyści praktyczne nie są koniecznym rezultatem nauki, lecz raczej przypadkiem,  f

Stwierdziwszy powyższe, Smoleński przeszedł do swego słynnego potępienia historii politycznej, która w Polsce wciąż jeszcze obsesyjnie powracała do sprawy i skutków rozbiorów:

Branie katastrofy upadku [Polski] za punkt wyjścia w poglądzie na przeszłość jest z gruntu rzeczą fałszywą (…). Fakt upadku państwa, ważny dla historii czasów następnych, bezzasadnie został wzięty za motyw zasadniczy przy badaniu dziejów przedrozbiorowych. (…) Czyż przeszłość [Polski] gromadziła jedynie materiał dla sprowadzenia upadku? czyż obok wadliwej organizacji państwowej nie rozwijała motywów innych? (…) Zrozumiałaby była wyłączność motywu upadku w dziejach państwa, lecz nie narodu, który stanowi główny przedmiot badania historycznego i który nie przestał istnieć pomimo zaniku bytu politycznego. (…) Organizm, zwany państwem, nie ogniskuje w sobie wszystkich promieni życia; jego dzieje nie są kwintesencją przeszłości. Obok urabiania form życia państwowego naród polski snuł wątek dorobku cywilizacyjnego, który przetrwał upadek i stanowi główny motyw historii [41].

Historycy pozytywistyczni zażarcie przeczyliby twierdzeniu, jakoby na ich dzieła miały wpływ względy polityczne. Jednakże przez rozbrajanie naładowanych energią wybuchową wątków Niepodległości i Państwowości niechybnie uspokajali atmosferę umysłową, w jakiej starali się działać zwolennicy polityki ugody. (Patrz 1.1, rozdz. I).

Filozoficzna podbudowa ideologii ugody przybierała rozliczne formy. Jednakże starając się usilnie o uniknięcie specyficznie polskiego charakteru mesjanizmu, często ograniczała się ona do naśladownictwa obcych tendencji. W Polsce zawsze trafiali się „minimaliści” — począwszy od osiemnastego wieku, kiedy to pojawili się w osobach takich myślicieli, jak Jan Śniadecki (1756—1830), wyraziciel idei francuskiego oświecenia, czy Michał Wiszniewski (1794—1865), uczeń szkockiej szkoły „zdrowego rozsądku”; nawet u szczytu szaleństwa romantyzmu zdarzali się katoliccy filozofowie w rodzaju Eleonory Ziemięckiej (1818—69) czy, w Krakowie, księdza Stefana Pawlickiego (1839—1916). Po r. 1863 pozytywiści uzyskali przewagę, choć nie był to bynajmniej monopol. Ich przywódcę, Juliana Ochorowicza (1850—1917), absolwenta uniwersytetu w Lipsku, obwołanego w Warszawie przywódcą „nowego kierunku”, można uważać za zwolennika Comte’a. „Pozytywistą”, pisał, „nazywamy każdego, czyje oświadczenia poparte są dającymi się sprawdzić faktami — człowieka, który nie dyskutuje nad sprawami wątpliwymi bez należytych kwalifikacji i który nigdy nie mówi o rzeczach niedostępnych”.

Przyłączając się do głosów neokantystów, Ochorowicz występował przeciwko pozostałościom poprzedniej mody. Wszyscy ci filozofowie — każdy na swój sposób — odwodzili kręgi polskich intelektualistów od rewolucyjnych fantazji i marzeń o zemście[42].

Roman Dmowski, założyciel powstałej w 1897 r. Narodowej Demokracji, wprowadził ideały polityki ugody w dziedzinę nowoczesnej polityki partyjnej. Jego stanowisko było jednak postawą ugodową jedynie w kwestii praktycznej dotyczącej metod politycznych. W wielu innych sprawach uprawiał styl agresywny, reprezentując program radykalny. Wcześnie uznał, że głównym zagrożeniem dla przetrwania narodu polskiego jest imperializm niemiecki, i oczekiwał ochrony ze strony Rosji. W zamian za lojalność wobec cara spodziewał się najdalej idących ustępstw. Cieszył się poparciem rosyjskich liberałów i w latach 1907—12 podejmował w Dumie Państwowej przygotowania do wysunięcia roszczeń Polski do autonomii. W samej Polsce zaś rozbudzał ekonomiczne ambicje wśród miejskiej burżuazji i nie cofał się przed rozniecaniem jej przytłumionych antypatii w stosunku do polskich Żydów. W 1911 r. zorganizował próbę bojkotu żydowskich przedsiębiorstw i w wyniku tej akcji przegrał kolejne wybory. Był w tym samym stopniu przeciwnikiem dawnego konserwatyzmu ziemiaństwa, co nowych ruchów klasowych wśród chłopów i ugrupowań socjalistycznych. Jego koncepcje, wyłożone w dziełach Myśli nowoczesnego Polaka  (1902), Niemcy, Rosja i kwestia polska  (1908), podkreślały wartość indywidualizmu i konstytucjonalizmu i zwróciły na jego nazwisko uwagę Europy Zachodniej. Podczas pierwszej wojny światowej Dmowski był oczywistym kandydatem do podjęcia pertraktacji z ententą.

Od sierpnia 1917 r. stał na czele Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, w r. 1919 zaś przewodził polskiej delegacji na konferencję pokojową. W kategoriach postaw politycznych był zapewne jedyną naprawdę wybitną postacią współczesnej polskiej polityki. Nigdy jednak nie udało mu się w pełni uchwycić władzy. Przez całe życie był rywalem i przeszkodą na drodze Józefa Piłsudskiego[43].

Organizacje, z którymi związany był Dmowski, miały charakter dość efemeryczny. Powstawały one początkowo pod upowszechnionymi hasłami odrodzenia narodowego, przyciągając ludzi reprezentujących różne, wzajemnie ze sobą sprzeczne interesy oraz rozbieżne postawy i osobowości; często też ich rozwój szedł w kierunkach nie zamierzonych przez ich założycieli. Liga Polska, która wzięła swą nazwę od wcześniejszego ugrupowania, jakie pojawiło się na krótko (1848—50) na terenach zaboru pruskiego, powstała w r. 1887 w Szwajcarii przy udziale Zygmunta Miłkowskiego (1824—1915), weterana emigracji i pisarza o zdecydowanie liberalnej orientacji. Dmowski uznał, że działalność LP jest zbyt silnie zabarwiona wpływami elementów rewolucyjnych, nie odpowiadających jego gustom, i w kwietniu 1893 wycofał się z niej, aby założyć własny odłam — Ligę Narodową, która — podobnie jak jej wojownicza młodzieżowa sekcja „Zet” (Związek Młodzieży Polskiej) — wykazywała orientację bardziej prawicową. Na przestrzeni następnych trzydziestu lat LN dała początek całej lawinie partii politycznych: Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne (SN—D) w 1897 r., Związek Ludowo-Narodowy (ZL—N) w 1919 r. i Stronnictwo Narodowe (SN) w 1928 r. Wszystkie organizacje Dmowskiego zdobyły sobie wspólną popularną nazwę „Endecja”, czyli „Narodowa Demokracja”. Ich szczególnym wkładem w politykę nacjonalistyczną było propagowanie własnych zamierzeń na terenie wszystkich trzech zaborów, podczas gdy większość ich poprzedników ograniczała swoje działania do obszaru jednego z mocarstw; dzięki temu debaty nad kwestią narodową przeniosły się z powrotem na płaszczyznę „wszechpolską”. Chociaż z przyczyn politycznych ND jawnie sprzeciwiała się idei niepodległości narodowej, to jednocześnie nawoływała do zjednoczenia ziem polskich, czego nie dało się pogodzić z zachowaniem istniejących ram poszczególnych imperiów. Tak więc preferowane przez ND rozwiązanie w postaci „odrębnej i autonomicznej Polski”, w odróżnieniu od „Polski niezależnej i niepodległej”, oznaczało przewrót ustalonego porządku niewiele mniej radykalny niż rewolucje planowane przez narodowych rewolucjonistów.

Poza Dmowskim wśród ojców duchowych ND znaleźli się dziennikarz Ludwik Popławski (1854—1908) oraz Zygmunt Balicki (1858—1916), autor wpływowego dzieła Egoizm narodowy wobec etyki (1902).

Piłsudski (1867—1935) był powstańcem w pokoleniu ugodowców, romantykiem w epoce pozytywizmu. Urodził się na Litwie i niemal całą młodość przeżył w Wilnie. Był drugim z kolei synem starej polskiej rodziny żyjącej w niełatwej sytuacji finansowej. Pozostawał pod silnym wpływem płomiennego patriotyzmu matki i od wczesnych lat odpychał od siebie nastroje zniechęcenia, które — w wyniku klęski powstania styczniowego — ogarniały wielu z j ego współczesnych.

W wieku 20 lat został aresztowany przez carską policję prowadzącą śledztwo w sprawie próby zamachu na życie Aleksandra III, i ponosząc karę za spisek, w którym on sam i jego starszy brat Bronisław odegrali zaledwie rolę nieświadomych wspólników, spędził pięć lat na zesłaniu we wschodniej Syberii. W tym pierwszym okresie swej politycznej kariery był blisko związany z ruchem socjalistycznym. Był założycielem i redaktorem organu PPS „Robotnik” i działał w podziemiu jako agitator i organizator partyjny. Pewien okres spędził wśród rewolucjonistów przebywających na wygnaniu w Londynie. Drugie aresztowanie w 1900 r. skończyło się uwięzieniem w szpitalu psychiatrycznym w Petersburgu, skąd zbiegł przy pomocy pewnego polskiego lekarza. Wiatach 1904—05 przebywał w Japonii, gdzie walczył z Dmowskim o polityczne okruchy wojny rosyjsko-japońskiej. W okresie 1905—07 znalazł się ponownie w Polsce, w Łodzi, w samym oku cyklonu rewolucyjnego terroru i strajków. Chociaż zaledwie otarł się o marksizm i nigdy nie należał do żadnej organizacji bolszewickiej, początki jego działalności politycznej były takie same jak początki przywódców bolszewickich. Podobnie jak Lenin, którego rodzony starszy brat został stracony za ten sam spisek przeciwko carowi z 1887 r., Piłsudski znalazł bodziec emocjonalny dla swojej działalności w upokorzeniu z lat wczesnej młodości, jakim była kara za przestępstwo, którego nie popełnił. Podobnie jak Feliks Dzierżyński, który chodził do tej samej szkoły w Wilnie, dopóki go z niej nie wyrzucono za mówienie po polsku w klasie, początkowo Piłsudski nie dostrzegał różnicy między „nacjonalizmem” i „socjalizmem”. Do walki ze znienawidzonym reżimem używał każdej dostępnej idei i każdej broni, jaka mu się nasunęła pod rękę. Drugi okres jego kariery rozpoczął się w roku 1908 i trwał do 1921. Był to okres przemocy i akcji zbrojnej. Inspiracją była druzgocąca klęska, jaką do tego czasu zdążyły ponieść wszystkie ugrupowania rewolucyjne w Rosji. Piłsudski pisał do jednego ze swych starych przyjaciół socjalistów:

Niech inni się bawią w hodowanie kwiatów czy socjalizmu, czy polskości, czy czego innego w wychodkowej (nawet nie klozetowej) atmosferze — ja nie mogę! (…) Chcę zwyciężyć (…). Ostatnią moją ideą (…) jest konieczność (…) wytworzenia (…) że użyję tak nieznośnego dla uszu „humanitarystów” określenia (…) funkcji przemocy brutalnej. Tę ideę chciałem przeprowadzić (…) i przyrzekłem sobie, że albo swoje zrobię, albo zginę [44].

Podobnie jak bolszewicy, demaskował wykrętną politykę głównego nurtu socjal-demokracji i doszedł do przekonania, że jedyną szansą na pokonanie przeciwnych sił jest tworzenie organizacji elitarnej i zdyscyplinowanej. Potrzebne fundusze gromadził metodą rozboju; we wrześniu 1908 r. zorganizował w Bezdanach w pobliżu Wilna bardzo udany napad na eskortowany pociąg pocztowy. Natomiast w odróżnieniu od bolszewików skłaniał się również ku walce zbrojnej, podejmując jawnie nacjonalistyczną kampanię w przekonaniu, że lojalność jego polskich współpatriotów jest solidniejszą podstawą do działania niż nawoływanie do wojny klas.

Od tego czasu jego jedynym celem stała się niepodległa Polska. Utworzył w Austrii swoje Legiony — najpierw pod przykrywką „związków strzeleckich”, a następnie w formie jawnej. Przekonał państwa centralne, że na wypadek wojny może się stać użyteczny. Otrzymał rangę generała brygady i pozwolono mu prowadzić szkolenie wojskowe w Karpatach. W latach 1914—17 walczył na froncie wschodnim pod dowództwem austriackim. Przez krótki okres piastował urząd ministra wojny w rządzie regencyjnym, ale został aresztowany przez Niemców za odmowę złożenia przysięgi na wierność cesarzowi. Od lipca 1917 do listopada 1918 roku przebywał w twierdzy w Magdeburgu. Po dziesięciu latach niestrudzonych wysiłków prawie nic nie zapowiadało triumfu, który wkrótce miał się stać jego udziałem. (Patrz rozdz. XVIII tomu II).

Aby zrozumieć niezwykłe obroty koła fortuny znaczące karierę Piłsudskiego, trzeba się zastanowić nad trzema dominującymi cechami jego złożonej osobowości. Po pierwsze, był konspiratorem, a nie mężem stanu. Jego sposób myślenia ukształtował się pod wpływem twardej rzeczywistości rosyjskiego podziemia.

Niewiele wiedział o kompromisie i cierpliwym przystosowywaniu się do sytuacji i mało miał wspólnego z takimi politykami, jak socjalista Daszyński, przywódca chłopski Witos czy Dmowski, z którym, jak można było przypuszczać, miał w późniejszym okresie współpracować. Po drugie, był człowiekiem walki. Kiedy znalazł się w impasie, jego naturalnym instynktem było utorować sobie drogę za pomocą pistoletu. Ta właśnie cecha miała stać się znakiem firmowym jego dyplomacji, a w 1926 r. — symbolem jego postawy wobec kwestii konstytucyjnych. Po trzecie, był słoniem samotnikiem. Natura wyposażyła go w pełni we wszystkie cechy, które są wadami polityka: był samowolny, nierozważny, nieuprzejmy, mściwy, dziecinny, małomówny i nieobliczalny. Wprawiał w zakłopotanie swoich współpracowników i kolegów, obrażał przeciwników. Nie był w stanie przestrzegać dyscypliny partyjnej ani też zorganizować żadnego spójnego ruchu politycznego. Ale w latach 1918—21 odegrał w historii Polski rolę, której znaczenia nikt nie mógłby negować. Jego „godzina” — podobnie jak „godzina” Churchilla w dwadzieścia lat później — nadeszła w samym środku życia pełnego błędów i niepowodzeń. A jednak tak wielka była siła jego osobowości, wytrzymałość nerwowa i upór trwania przy raz podjętych postanowieniach, że narzucał swoją wolę ludziom mniejszego wymiaru i bardziej ostrożnym spośród swego otoczenia. W najnowszej historii Polski nie ma nikogo, z kim dałoby się go porównać[45].

W ostatnim dziesięcioleciu przed wybuchem pierwszej wojny światowej życie polityczne zaczęło ulegać gwałtownej polaryzacji. Dwa główne odłamy ruchu narodowego — narodowcy Dmowskiego i niepodległościowcy Piłsudskiego — działały na terenie wszystkich trzech zaborów, usuwając w cień wszystkie inne organizacje. Łączył je wspólny nacisk na bezwzględny priorytet kwestii narodowej nad wszystkimi innymi problemami, natomiast różniły się od siebie diametralnie pod względem filozofii, taktyki i temperamentu. Narodowcy pojmowali naród jako odrębną wspólnotę etniczną, wyposażoną w niezbywalne prawo do wyłącznego użytkowania odziedziczonego po przodkach terytorium; obóz niepodległościowy natomiast wysuwał na pierwszy plan koncepcję wspólnoty duchowej, zjednoczonej więzami historii i kultury, licząc na jakąś formę związku z innymi uciskanymi sąsiedzkimi narodami. Narodowcy widzieli podstawowe zagrożenie międzynarodowe we wzroście imperium niemieckiego i wobec tego musieli rozważać możliwość taktycznego sojuszu z Rosją. Obóz niepodległościowy natomiast uważał Rosję za odwiecznego wroga i tęsknił do czasu, gdy w towarzystwie Niemców i Austriaków będzie mógł wystąpić przeciwko niej z bronią w ręku. Narodowcy zakładali, że ich nieuniknione przymierze z Rosją wyklucza wszelkie realne nadzieje na niepodległość, i byli gotowi zdecydować się na autonomię narodową pod rosyjskim protektoratem. Wychodząc z tych samych przesłanek, obóz niepodległościowy wysuwał argument, że żądanie niepodległości narodowej nieuchronnie pociągnie za sobą walkę zbrojną z Rosją w myśl wielkiej tradycji powstańczej.

Narodowców klasyfikuje się często jako „realistów”, z powodu ich gotowości do kompromisu z wielkimi mocarstwami, podczas gdy niepodległościowcy, ze względu na swoją determinację walki bez względu na realne szansę zwycięstwa, uważani są za „romantyków”. Jednakże na arenie krajowej narodowcy byli twardzi, nietolerancyjni i surowi — zwłaszcza w stosunku do innych grup narodowych, podczas gdy postawa członków obozu niepodległościowego była stosunkowo łagodna i tolerancyjna. Narodowcy cały swój jad skierowali przeciwko wrogom wewnętrznym, niepodległościowcy zaś ostrzyli broń do walki z wrogiem zewnętrznym.

Omawiając wyraźnie określone tradycje Lojalizmu, Powstania i Ugody, należy podkreślić, że ma się tu do czynienia z ideami, które wykraczają poza granice wszelkich poszczególnych form organizacji politycznej. W określonych momentach historycznych bardzo rzadko zbiegały się one dokładnie z postawami jednostek czy ogłaszanymi oficjalnie programami poszczególnych partii. Jednak jako odbicie nacisków, jakie dawały się odczuć we wszystkich sektorach życia politycznego w Polsce, wszystkie były widoczne — w rozmaitych połączeniach i w różnym stopniu — w sposobie myślenia wszystkich niemal ludzi. Kiedy pod koniec dziewiętnastego wieku mocarstwa dynastyczne zezwoliły na tworzenie stronnictw politycznych, większość z nich składała się z odłamów lojalistycznych, powstańczych i ugodowych. Tak na przykład przywódcy Stronnictwa Ludowego bez końca debatowali nad tym, czy największe korzyści przyniesie chłopu polskiemu próba przypodobania się władzom, podjęcia z nimi walki, czy też zawarcie takiego lub innego układu. Również stronnictwo socjalistyczne od samego początku rozszczepiło się na skrzydło internacjonalistyczne (antynacjonalistyczne), rewolucyjne skrzydło nacjonalistyczne oraz umiarkowane centrum, które miało nadzieję na przyznanie jednakowego priorytetu celom społecznym i politycznym. W Niemczech stanęli oni w obliczu popieranego przez państwo socjalizmu, w Rosji zaś — tzw. socjalizmu policyjnego, przy czym oba były odmiennymi wariantami wątku lojalistycznego. Równie złożone były postawy poszczególnych polityków. Chociaż w kilku krańcowych przypadkach można wskazać ludzi, którzy przez cały czas trwania swej politycznej kariery konsekwentnie trzymali się określonej linii, o wiele częściej dają się zauważyć kolejne zmiany frontu, będące reakcją na zachodzące wydarzenia. Mówi się, że najlepsi leśnicy wywodzą się spośród skruszonych kłusowników. Nie jest zatem niczym dziwnym, że najzagorzalsi lojaliści wywodzili się spośród Polaków, którzy w młodości kultywowali rewolucyjne ideały. Wymownym przykładem jest tu postać generała Józefa Zajączka (1752—1826), który zaczynał karierę jako jakobin w sztabie Kościuszki, po roku 1815 zaś skończył ją jako namiestnik carski w Warszawie. Krytycy Józefa Piłsudskiego mawiali, że i on był Jakobinem, który zmienił się w szowinistę” i że z chwilą objęcia władzy porzucił wszystkie ideały, którym był wiemy w czasach walki w opozycji. I na odwrót: najskuteczniejsi w działaniu rewolucjoniści nierzadko bywali przeistoczonymi lojalistami. Nie ma wątpliwości, że korpus oficerski armii rosyjskiej spełniał rolę urodzajnej gleby, z której wyrastali i korzystali polscy rewolucjoniści. W centrum polskiej polityki, z dala od tych skrajności, politycy, którzy starali się pogodzić ze sobą sprzeczne presje, najłatwiej narażali się na niezrozumienie.

I tak na przykład, śledząc karierę księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, łatwo można by powiedzieć, że jako minister spraw zagranicznych Rosji w latach 1804—06 był on „lojalistą”; jako kurator wileńskiego okręgu szkolnego od 1803 r. i promotor szkolnictwa polskiego — „ugodowcem”, a wreszcie, w 1831 r. jako prezes Rządu Narodowego — „powstańcem”. W gruncie rzeczy, zmienne koleje losu Czartoryskiego były wywołane nie tyle jakimś dramatycznym zwrotem jego osobistej postawy, ile zasadniczymi przemianami sytuacji politycznej oraz uderzającymi rozbieżnościami w polityce Aleksandra I i Mikołaja I[46]. Jak zwykle, historia myśli politycznej, która istnieje jako abstrakcja, jest spójna i logiczna; natomiast historia ludzi, którzy zmuszeni są do działania w stale zmieniających się okolicznościach, okazuje się piekielnie skomplikowana.

Kolejną cechą życia politycznego na ziemiach polskich było istnienie potężnych i niezależnych instytucji, które odżegnując się od jakichkolwiek jawnie politycznych celów — zawsze wywierały zdecydowany wpływ polityczny. Instytucje te wysuwały się zawsze na pierwszy plan w okresach represji, kiedy władze odmawiały swobodnego prawa do zrzeszania się w organizacjach o charakterze politycznym. Miejsce pierwsze i najważniejsze zajmowały Kościoły chrześcijańskie, a zwłaszcza Kościół rzymskokatolicki, którym kierował Watykan, znajdujący się poza zasięgiem władzy rządów panujących. (Patrz rozdz. VII tomu II).

Drugie miejsce, co wydać się może dziwne, zajmowało polskie wolnomularstwo, którego nieprzerwanego istnienia dowodzą często ponawiane apele i dekrety domagające się jego zniesienia. Zostało ono formalnie rozwiązane w dawnej Rzeczypospolitej w r. 1734; pojawiło się ponownie za czasów panowania Stanisława Augusta, głosząc, że król jest jednym z j ego najbardziej oddanych członków. Od tego czasu loże masońskie, które odrzucały zarówno absolutyzm Kościoła w sprawach religijnych, jak i polityczny ucisk ze strony panujących rządów, kwitły dzięki zakorzenionym konspiracyjnym nawykom swoich członków, odgrywając w historii nacjonalizmu rolę istotną, choć niez


убрать рекламу




убрать рекламу



byt uznawaną. Na terenie zaboru pruskiego ich działalność uległa niemal całkowitej germanizacji i z biegiem czasu związały się z niemieckimi stronnictwami liberalnymi. Natomiast w Królestwie Kongresowym, a po rewolucji w 1905 r. ponownie w zaborze rosyjskim, przyciągały szerokie rzesze zwolenników wywodzących się spośród liberalnej inteligencji polskiej. Niektóre aspekty ich dziejów są powszechnie znane — na przykład fakt założenia w 1819 r. Wolnomularstwa Narodowego przez urodzonego pod nieszczęśliwą gwiazdą Waleriana Łukasińskiego (1786—1868). Ale wszelkie bardziej wnikliwe badania są jeszcze wciąż w powijakach; może się też łatwo okazać, że na pełnej liście członków polskiego wolnomularstwa w dziewiętnastym i na początku dwudziestego wieku znajdowało się zaskakująco wielu bojowników sprawy narodowej[47].

Trzeba wreszcie pamiętać, że nacjonalizm polski stanowił zaledwie jeden z elementów życia politycznego. Ze względu na jego ostateczny sukces poświęca mu się czasem zbyt wiele uwagi w stosunku do zasług. Chociaż dzieło budowy narodu polskiego niewątpliwie musi pozostawać w centrum zainteresowania, nie mniej istotne znaczenie miały procesy równoległego rozwoju nacjonalizmu rosyjskiego, niemieckiego, ukraińskiego, litewskiego i żydowskiego, a także rozwój populizmu, socjalizmu, liberalizmu i konserwatyzmu na tychże ziemiach polskich.

Polska historia tego okresu nie jest prostą opowieścią o marszu narodu polskiego drogą wiodącą ku niepodległości. Jest to raczej opowieść o złożonym łańcuchu konfliktów, które w tamtym czasie nie dawały większych nadziei na łatwe rozwiązanie.

Niektórzy spośród najbardziej nieustraszonych i oświeconych ludzi tej epoki nie zdobyli sobie powszechnego uznania po prostu dlatego, że przeciwstawiali się wszystkim bez wyjątku panującym modom politycznym swoich czasów. Jedną z takich postaci był bez wątpienia Jan Ignacy Baudouin de Courtenay (Iwan Aleksandrowicz Boduen de Kurtene, 1845—1929). Z wykształcenia był filologiem; w rodzinnej Warszawie nieodmiennie odmawiano mu zatrudnienia, natomiast jako profesor w Kazaniu, Dorpacie, Krakowie i Petersburgu zdobył sobie pozycję jednego z pionierów współczesnego językoznawstwa. Był pacyfistą, zwolennikiem walki o ochronę środowiska, feministą, bojownikiem o postęp w dziedzinie edukacji i wolnomyślicielem, występował także przeciwko większości konwencji społecznych i umysłowych, jakie panowały w jego czasach. Szczególnie irytowały go modne frazesy, jakimi szermowali nacjonaliści wszelkiego autoramentu. Ze swojej pracy empirycznej nad dialektami „mniejszych” ludów słowiańskich, takich jak Serbowie, Ślązacy czy Słoweńcy, wyniósł pełną świadomość faktu, że współczesny nacjonalizm zagraża prawom jednostki do własnej tożsamości kulturowej w tej samej mierze co reżimy mocarstw imperialistycznych. Żaden warszawski polityk, który chciałby zmienić Kaszubów, Ślązaków czy Białorusinów w Polaków, nie miał, jego zdaniem, prawa czuć się dotknięty tym, że carska administracja próbuje zmienić Polaków w Rosjan. Za zajmowanie się problemami Słowaków Baudouin de Courtenay został na Węgrzech oskarżony o działalność szpiegowską na rzecz cara; w Galicji odkrył, że jego poglądy na temat Ukraińców są równie niemile widziane; nie odnowiono mu też kontraktu na stanowisko profesora na Uniwersytecie Jagiellońskim. W Rosji potępiono go jako degenerata i zdrajcę, a w r. 1913 wpakowano do więzienia za wyrażanie niepożądanych opinii. Po tym wszystkim powróciwszy w r. 1918 do Warszawy, aby przyjąć tam katedrę profesora honoris causa, rozwścieczył swych współpatriotów, oświadczając podczas wykładu inauguracyjnego, że Polska została wskrzeszona z martwych nie po to, aby powiększyć liczbę „imperialistycznych państw—hien”. Jako kandydat na urząd prezydenta w 1922 r. uzyskał poparcie mniejszości narodowych i niemal 20% ogółu głosów, ale podczas dyskusji na temat reformy oświaty przyprawił o szok wielu ze swoich zwolenników, wysuwając propozycję, aby we wszystkich szkołach żydowskich w Polsce uczyć języka polskiego, do wszystkich zaś szkół polskich wprowadzić naukę jidysz. Ideały Baudouina de Courtenay były niewątpliwie zakorzenione w najlepszych tradycjach polskiego indywidualizmu i doktryny o wolnej woli, nie mieściły się jednak zupełnie w ciasnych granicach nacjonalizmu polskiego współczesnej epoki. Z tego też powodu nie doczekały się obszerniejszej wzmianki we współczesnych historiach. Bez nich jednak obraz polskiej sceny politycznej nie może być obrazem pełnym[48].

Na początku dwudziestego wieku niepodległość Polski wciąż jeszcze była takim samym mirażem jak dawniej. W Niemczech i Rosji dawne tereny Polski pozostawały pod centralnym zarządem i odgrywały w ogólnej polityce zaledwie marginalną rolę. Żaden z polityków orientacji nacjonalistycznej nie zajmował odpowiedzialnego stanowiska w żadnym z rządów mocarstw rozbiorowych. W Austrii, gdzie od lat 1868—75 Galicja cieszyła się autonomią polityczną i kulturalną, Polacy byli jednym z najsilniejszych filarów rządu Habsburgów. Niewiele uwagi poświęcali kwestiom ogólnopolskim, w odróżnieniu od spraw dotyczących Galicji, a jeszcze mniej — możliwości połączenia się ze współrodakami z Niemiec i Rosji.

Wysokiemu poziomowi koordynacji między siłami policyjnymi trzech imperiów, wytrwale zwalczającymi ruchy narodowościowe, nigdy nie dorównały próby koordynacji działalności rozlicznych partii polskich powstających w trzech zaborach[49]. W sferze dyplomacji sprawa polska dawno już zniknęła z porządku dziennego poszczególnych mocarstw. Bezkarność, z jaką w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku unicestwiono postanowienia traktatu wiedeńskiego, stępiła ostrze zainteresowania zagranicy Polską. Do tego czasu większość mężów stanu uważała już Polaków po prostu za jedną z mniejszości, która wysuwając żądanie sprawiedliwego traktowania, nie może myśleć o prawie do niezawisłości. W świecie rozkwitłego w pełni imperializmu nie kwestionowali oni dobrodziejstwa rządów niemieckich czy rosyjskich w Polsce, podobnie jak nie mieli żadnych obiekcji wobec swoich własnych rządów w Irlandii, Egipcie, Algierii czy Panamie. Układy dyplomatyczne ostatnich pięćdziesięciu lat były nieodmiennie niekorzystne.

W epoce Bismarcka przymierze Prus z Rosją wiązało się ze ścisłym porozumieniem co do tłumienia wszelkiego rozgłosu na temat spraw polskich, wykluczając wszelką ingerencję z zewnątrz. W 1872 r. ranga tego przymierza wzrosła w związku z przystąpieniem Austro-Węgier do Dreikaiserbund  (Sojuszu Trzech Cesarzy).

Upadek Bismarcka i zmiany w układzie mocarstw, jakie nastąpiły w wyniku tego wydarzenia politycznego, pozostawiły pewne pole manewru, zwłaszcza w okresie wojny rosyjsko-japońskiej i rewolucji z lat 1905—06. Ale przymierze rosyjsko-francuskie z r. 1893 unieszkodliwiło jedną z dwóch potęg zachodnich, które mogłyby podjąć sprawę polską; zawarta w 1907 r. umowa Anglii z Rosją wyeliminowała drugą. Z każdego możliwego punktu widzenia sprawa polska była stracona.

W świadomości narodowej Polaków również panował zamęt. W Niemczech Polacy mieli stosunkowo słabszą pozycję niż w Królestwie Prus. Pewna ich liczba rzeczywiście trzymała się twardo na Pomorzu i w Poznańskiem; skutecznie oparli się Kulturkampfowi z lat siedemdziesiątych oraz działaniu Pruskiej Komisji Kolonizacyjnej w latach 1886—1913. Nieustępliwa presja postępującego uprzemysłowienia, rosnącej ruchliwości społecznej oraz faktycznego monopolu niemieckiego w szkolnictwie wyższego stopnia zbierały jednak obfite żniwo. Element polski stał w obliczu niebezpieczeństwa przekształcenia się w szczątkową społeczność wiejską. Tylko Poznań ze swoimi wspaniałymi szkołami i znaczną liczbą kwalifikowanych polskich robotników trzymał się mocno, stawiając czoło czasom i zachowując swoją polskość. Na Śląsku, który pod względem produkcji przemysłowej ustępował tylko Zagłębiu Ruhry, germanizacja postępowała szybkimi krokami. W odróżnieniu od poznaniaków, tutejsza ludność nie miała w pamięci żadnych dawniejszych powiązań z państwem polskim. Przyklejona im przez Niemców etykietka Wasserpolaken , czyli „rozwodnionych Polaków”, jest ogromnie krzywdząca dla ich bardzo indywidualnego charakteru; stanowi ona natomiast odbicie ich ograniczonego zainteresowania polityką narodowościową aż do schyłku dziewiętnastego wieku. W zaborze rosyjskim świadomość narodowa była o wiele silniejsza. Kampanie „rusyfikacyjne” okazały się fatalnymi niewypałami. W odróżnieniu od Niemiec, państwo rosyjskie nie miało ani środków, aby wychować Polaków zgodnie z wymogami nowej sytuacji, ani też zrozumienia dla takiej potrzeby. Jego potężne siły przymusu były jednak wyraźnie widoczne dla wszystkich. Cesarstwo przetrwało rewolucyjny okres lat 1905—07 i zdołało przełamać wszelki opór polityczny. Wydawało się, że w latach poprzedzających wojnę wkracza w okres reform konstytucyjnych i rozległej ekspansji ekonomicznej. Wydawało się także, że oferuje szerokie perspektywy dla polskich inicjatyw — zwłaszcza w dziedzinie gospodarczej i umysłowej. Wielu wykształconych Polaków, straciwszy nadzieję na jakikolwiek postęp polityczny, widziało się w roli Greków w tym współczesnym Rzymie. W Galicji sytuacja była jeszcze inna. Duma galicyjskich Polaków z silnego poczucia tożsamości polskiej łączyła się z głęboką wdzięcznością dla Habsburgów. We wszystkich trzech rozbiorach zmieniające się układy społeczne wywierały silny wpływ na kształtowanie się postaw politycznych. Wyzwolenie chłopów pańszczyźnianych i rozwój oświaty rozbudziły wrażliwość na ideały narodowe w całych odłamach społeczeństwa. Jan Słomka (1842—1932) z Dzikowa nad Wisłą przeszedł, jak sam to określał, drogę od „pańszczyzny po samorząd”. Jako młody człowiek nie miał pojęcia, że jest Polakiem. Chłopi zamieszkujący tę część dorzecza Wisły nazywali siebie „Mazurami”. Według tradycji dawnej Rzeczypospolitej, za Polaków uważano jedynie szlachtę. Jednakże kiedy Słomka opanował umiejętność czytania i zaczął brać udział w życiu politycznym Galicji, rozbudziła się w nim entuzjastyczna świadomość polskiej tożsamości[50].

Ogólny obraz sytuacji był zatem niezwykle złożony. Mierzona w kategoriach ilościowych, polska świadomość narodowa nie uległa zmniejszeniu. W r. 1914 za Polaków uważało się o wiele więcej ludzi niż w r. 1814. Natomiast sposób rozumienia tej polskości był tak bardzo zróżnicowany, tak rozczłonkowany przez ścierające się ze sobą lojalności i sprzeczne interesy społeczne i gospodarcze, że nie stanowił żadnej pewnej podstawy do skoordynowanej akcji politycznej. Nacjonalizm polski żarzył się nieprzerwanie, w niektórych miejscach wypalając się na popiół, jednocześnie rozprzestrzeniając się w innych. Nie mogło jednak być nadziei, że uda mu się objąć żywym płomieniem cały naród, dopóki pozostawały nie tknięte krępujące go więzy, nałożone przez trzy mocarstwa. Nie było ogólnej zgody co do przyszłych perspektyw Polski. Garstka zatwardziałych optymistów nadal wierzyła, że ich kraj raz jeszcze powstanie jak feniks z popiołów. Natomiast większość optymistycznie nastawionych obserwatorów, w tym wielu szczerych sympatyków sprawy polskiej, uważało, że nie jest rzeczą zbyt prawdopodobną, aby polska kultura miała trwać w nieskończoność. W r. 1886 Georg Brandes przeczuwał nadchodzący kryzys: „Przez sto lat”,  pisał, „Polska służyła jako kowadło dla trzech wielkich mocarstw i znosiła ciosy ogromnych młotów, nie dając się zmiażdżyć. Albo te młoty zostaną szybko zatrzymane, albo ta kultura ulegnie unicestwieniu” . W osiem lat później, w 1894 r., Brandes przyrównywał położenie Polski do sytuacji bohatera opowieści Prospera Merimee, Arlekina, który wypadł z piątego piętra. Gdy przelatywał obok okna znajdującego się na trzecim piętrze, ktoś zapytał go, jak się czuje. „Bardzo dobrze”, odparł Arlekin, „oby tylko tak było dalej”. „Wszyscy wiemy, jak skończy się ten upadek”, konkluduje Brandes, „ale póki się jest w powietrzu, nie jest jeszcze tak źle”[51].

Polski nacjonalizm miał w dziewiętnastym wieku ograniczone osiągnięcia także z powodu druzgocącej klęski, jaką skończyły się próby znalezienia wspólnych interesów z całym szerokim wachlarzem potencjalnych sprzymierzeńców.

Teoretycznie nacjonaliści polscy uważali się za oczywistych partnerów wszystkich uciskanych ludów wschodniej Europy, jeśli już nie całego świata. Iluzję tę dzielili z wieloma idealistami swych czasów, od Marksa po Macaulaya. W praktyce natomiast odkrywali, że ich roszczenia do niepodległości Polski nieodmiennie antagonizują ewentualnych sprzymierzeńców, wywołując gorzkie konflikty i nieuleczalną rywalizację.

Jeden z takich konfliktów powracał wciąż na nowo w kontekście polityki społecznej. Reforma rolna w pierwszej połowie wieku oraz uprzemysłowienie i urbanizacja w drugiej zawsze były uważane za problemy, które powinny stać się przedmiotem narodowej troski. Wyzwolenie chłopów pańszczyźnianych spod władzy właścicieli ziemskich, a później wyzwolenie klasy robotniczej spod władzy kapitalistów były w coraz większym stopniu uważane za nieodłączny element uwolnienia narodu od panowania mocarstw rozbiorowych. W idealnym świecie naród miał zostać wyzwolony dzięki wysiłkom podejmowanym przez zjednoczone społeczeństwo. W praktyce sprawy potoczyły się nieco inaczej. Jak wynika z jednego z najpopularniejszych utworów poetyckich epoki, napisanego w 1836 r. przez Gustawa Ehrenberga (1818—95), podziały społeczne nadal unicestwiały jedność polityczną:

Gdy naród na pole wystąpił z orężem,  

Panowie na sejmie radzili;  

Gdy lud polski krzyczał „Umrzem lub zwyciężem!”,  

Panowie o czynszach prawili.  

(…)  

Armaty pod Stoczkiem zdobywała wiara  

Rękami czarnymi od pługa,  

Panowie w stolicy palili cygara,  

Radzili o braciach zza Buga.  

Radzili, prawili i w mądrej swej głowie  

Ukuli rozejmy, traktaty;  

O cześć wam, panowie! o cześć wam, posłowie!  

O cześć wam, hrabiowie, magnaty! [52]

Przekonanie, że chłopi podejmowali walkę powstańczą, podczas gdy panowie siedzieli spokojnie w domu, paląc fajkę, zupełnie nie trafia w sedno sprawy. Większość historyków byłaby skłonna przyznać, że powstania były inicjowane i popierane przez szlachtę, klęski zaś ponosiły między innymi właśnie dlatego, że masy chłopskie odnosiły się do nich z całkowitą apatią. Ale mimo to Ehrenberg miał zupełną rację, podkreślając przepaść, jaka pod względem postaw społecznych dzieliła szlachtę od chłopów, utrudniając wszelkie skonsolidowane działanie polityczne. Ostre parodie wymierzone przeciw ziemiaństwu zyskały mu w późniejszym okresie wielką popularność, własna zaś działalność konspiracyjna kosztowała go połowę życia spędzonego na wygnaniu na Syberii. Do cytowanego powyżej wiersza skomponowano muzykę i w ten sposób powstała jedna z ulubionych pieśni ruchu komunistycznego. Szkoda, że niewielu spośród tych, którzy ją dziś śpiewają, wie, że jej autor, Gustaw Ehrenberg, był synem Aleksandra I, cara Rosji.

Gdy upadały kolejne powstania, szlacheccy przywódcy winę za klęski przypisywali ignorancji chłopstwa; liberałowie natomiast winili za nie konserwatyzm szlachty. Zwolennicy reform społecznych skłonni byli upatrywać w nacjonalistycznej konspiracji źródło zagrożenia dla własnych sukcesów i z niechęcią przyjmowali myśl, aby reformy odkładać, aż nadejdzie właściwy czas dla podjęcia skoordynowanej działalności politycznej. Radykalne ustawodawstwo społeczne powstań, od Uniwersału połanieckiego Kościuszki po dekrety uwłaszczeniowe z 1863 r., było nieodmiennie obalane, często wywołując wybuchy gwałtownej reakcji. Co więcej, w momentach kryzysów władze pilnie wykorzystywały sprawę reformy społecznej jako środek dla ponownego pozyskania sobie swoich niezadowolonych polskich poddanych. Równość wobec prawa w Księstwie Warszawskim, dekret o dzierżawie ziemi z 1823 r. w Wielkim Księstwie Poznańskim oraz reformy podejmowane w Prusach i w Austrii w latach 1848—50, a w zaborze rosyjskim w latach 1861 i 1864 umotywowane były w tym samym stopniu względami politycznymi, co szczerą troską o sprawy społeczne. Ukaz Aleksandra II z marca 1864 r. w sprawie, uwłaszczenia polskich chłopów celowo przewyższał zarówno ustępstwa poczynione wcześniej w całej Rosji, jak i te, które proponowały władze powstania styczniowego. Była to inicjatywa jawnie antynarodowa, która na następne trzydzieści lat skutecznie odwróciła uwagę wsi od polityki narodowej. (Patrz rozdz. XVI tomu II).

Podobne rozczarowanie czekało ruch narodowy, gdy pojawił się socjalizm i marksizm. Pierwsze polskie ugrupowanie socjalistyczne, „Proletariat” Ludwika Waryńskiego, założony w Warszawie w 1882 r., było wręcz obsesyjnie antynacjonalistyczne. Główna polska partia marksistowska, SDKPiL, czynnie przeciwstawiała się zjednoczeniu ziem polskich. Jej czołowi luminarze. Róża Luksemburg (Rosa Luxemburg), Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski i Karol Radek, większość swych sił oddali w służbę rewolucji w Niemczech i w Rosji. PPS, której początkowy „paryski” program kładł jednakowy nacisk na kwestie sprawiedliwości narodowej i społecznej, była bez przerwy rozrywana między nie dającymi się ze sobą pogodzić celami tych dwóch bliźniaczych spraw. Jak sam Piłsudski był zmuszony z żalem przyznać, nie dało się narzucić jednakowych priorytetów polityce społecznej i narodowej. Gdy w 1918 r. Piłsudski pojawił się na arenie politycznej jako przywódca Rzeczypospolitej


Polskiej, nie uważał się już za socjalistę.

Szereg dalszych konfliktów powstał w związku z rywalizacją poszczególnych ruchów narodowych. Liberałowie rosyjscy i niemieccy prowadzili działalność konspiracyjną przeciwko tym samym mocarstwom rozbiorowym. Pod koniec dziewiętnastego wieku Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Czesi i Żydzi byli krzywdzeni i prześladowani przez te same imperialistyczne rządy. Bezustannie dążono do podjęcia wspólnego działania przeciwko wspólnemu wrogowi. Celu tego jednak nigdy nie udało się osiągnąć. (Patrz Rys. B).



Rys. B. Sprzeczne roszczenia terytorialne różnych grup narodowościowych (ok. 1900)

Kapryśny romans Polaków z rosyjskimi dysydentami, bez przerwy zakłócany wzajemnymi pretensjami, skończył się wreszcie zerwaniem. Polskie ugrupowania patriotyczne z lat dwudziestych dziewiętnastego wieku utrzymywały ścisłe związki z dekabrystami. Między innymi Mickiewicz, karnie zesłany do Rosji, zaprzyjaźnił się z Puszkinem i innymi dysydentami z kręgów literackich. W 1831 r. uznano to za popularną demonstrację czci dla dekabrystów, co dodało Sejmowi hartu ducha do podjęcia akcji detronizacji cara. Ów piękny slogan „za waszą wolność i naszą” ukuto wszak dla wyrażenia przekonania, że rewolucja w Rosji i niepodległość w Polsce są konieczne dla obalenia caratu. W 1863 r. przekonano Hercena, aby zaczął wychwalać Polaków i zabiegać o zawarcie przymierza nie tylko z rosyjską organizacją „Ziemia i Wola”, ale także z emigracją włoską i węgierską.

Wszystkie te kontakty okazały się niewypałami. Puszkin z goryczą zarzucał Polakom, że ich „samolubne” awantury dostarczyły znakomitego pretekstu dla umocnienia autokracji w Rosji. Mickiewicz zaś przyrównał pretensje Puszkina do szczekania psa tak przywykłego do obroży, iż gotów „kąsać rękę, co ją targa”. Pismo Hercena „Kołokoł” z dnia na dzień straciło połowę swoich zwolenników. Ci, którzy tego nie wiedzieli od początku, zrozumieli, że większość rosyjskich rewolucjonistów chce zachować Rosję w stanie nie naruszonym przez rewolucję, a polskich rewolucyjnych nacjonalistów uważa za reakcjonistów i prowokatorów. Po roku 1863 w Rosji przeważały tendencje antypolskie, i to zarówno wśród słowianofilów, jak i wśród rewolucjonistów. W Polsce natomiast powstaniom towarzyszyła fala rozszalałych antyrosyjskich namiętności. Wzajemne antypatie umocniły rosnące w obu krajach przekonanie, że kultury polska i rosyjska są w stosunku do siebie nieuleczalnie antagonistyczne. (Patrz rozdz. II tomu II).

Jeszcze wcześniej doznało klęski przymierze polsko-niemieckie. W 1848 r. powstańcy poznańscy zwrócili się z prośbą o pomoc do parlamentu niemieckiego we Frankfurcie. Natychmiast im polecono, aby zaprzestali okupacji „odwiecznie niemieckiej prowincji poznańskiej”. Z tej strony nie należało już oczekiwać żadnego współczucia.

Nacjonalizm niemiecki epoki Bismarcka był obsesyjnie egocentryczny, a pod auspicjami Prus szczególnie wrogo nastawiony do dążeń Polski. (Patrz rozdz. III tomu II).

Stosunki z Ukraińcami, Białorusinami i Litwinami układały się równie niedobrze. Roszczenia terytorialne Polski do Lwowa, Mińska czy Wilna, odwołujące się do granic i tradycji dawnej Rzeczypospolitej, były już teraz zupełnie nie do przyjęcia. Co więcej, skomplikowały się dodatkowo z chwilą pojawienia się walczącego syjonizmu. Tak więc okazało się, że wysiłki zmierzające do zwiększenia nacisków wywieranych na carat w gruncie rzeczy doprowadziły do ich zmniejszenia. Władze odseparowały od siebie nawzajem swoich poszczególnych wrogów i z całym spokojem nadal sprawowały rządy.

Historia polskich Żydów jest tu oczywistym przykładem. Na przestrzeni dziewiętnastego wieku dyskryminacji Żydów pod względem praw obywatelskich towarzyszyły rosnące kłopoty gospodarcze. Pięciokrotny przyrost naturalny oznaczał nieznośną presję na tereny leżące w obrębie „linii osiedlenia” i na Galicję, aż wreszcie masowa emigracja stała się jedynym możliwym sposobem ucieczki. Przez większą część stulecia zarówno wywodzący się spośród Żydów reformatorzy, jak i polscy liberałowie zachęcali do polonizacji kultury żydowskiej i asymilacji Żydów. Zarówno w latach 1830—31, jak i 1861—64 Polacy i Żydzi ramię w ramię walczyli w powstaniach przeciwko rosyjskiej tyranii. Ale od tamtego czasu w obrębie obu społeczności nastąpiło usztywnienie postaw. Żydowscy nacjonaliści młodego pokolenia widzieli w asymilacji zagrożenie dla własnych dążeń i z góry potępiali współpracę z Polakami. W obozie polskim pojawienie się walczących nacjonalistów orientacji Dmowskiego wraz z ich sloganem „Polska dla Polaków” wyzwoliło podobne antypatie. Wątki antyżydowskie powracają w polskiej literaturze — jako przykład można wymienić powieść Michała Bałuckiego W żydowskich rękach (1885). Jedyny wniosek, jaki się w tym miejscu nasuwa, to, że nie da się przeprowadzić dwóch plemion Ludu Wybranego przez tę samą pustynię. (Patrz rozdz. IX tomu II).

Oglądane z punktu widzenia Żydów spektrum życia politycznego w Polsce ukazuje zgoła odmienne aspekty[53]. W wyniku głęboko zakorzenionej opozycji wobec odrębnych dążeń Żydów człowiek pokroju Staszica, który w kategoriach polskich” uchodził za zwolennika polityki „umiarkowanej” i za „ugodowca”, stawał się „antysemitą”, a przez to i „ekstremistą”. Jego broszura O przyczynach szkodliwości Żydów i środkach usposobienia ich, aby się społeczeństwu użytecznymi stali  (1816) zyskała mu etykietkę „starego Żydożercy”. Z drugiej strony, generał Krasiński, który jako wierny sługa cara i bezwstydny rusyfikator został przez Polaków uznany za „zdrajcę”, wykazywał jednakową obojętność wobec wszelkiego rodzaju uczuć nacjonalistycznych, przez co w oczach Żydów został „umiarkowanym”. Jedynie w obrębie skrajnej lewicy politycy polscy i żydowscy wykazywali skłonności do wzajemnego zbliżenia. Na początku wieku Lelewela czy Łukasińskiego klasyfikowano jako polskich patriotów i jednocześnie „prosemitów”. Przy końcu tego okresu pewna liczba postępowych Żydów —jak na przykład Bernard Hausner — przyłączyła się do Legionów Piłsudskiego, podobnie jak niegdyś ich przodkowie przyłączali się do Kościuszki czy Poniatowskiego. Najbardziej typowa była jednak postawa tych polskich i żydowskich rewolucjonistów, którzy odrzuciwszy mieszczańskie aspiracje własnych wspólnot narodowych, połączyli się w międzynarodowym ruchu marksistowskim. Na pomocnym wschodzie — to znaczy na północno-zachodnich terenach cesarstwa rosyjskiego — Polacy popadli w konflikt z ruchem narodowego odrodzenia nadbałtyckich Litwinów i słowiańskich Białorusinów. Do połowy dziewiętnastego wieku odrębna tożsamość narodowa tych dwóch ludów nie była powszechnie uznawana — nawet przez nie same. W pierwszym wydaniu Encyclopaedia Britannica  Piotr Kropotkin całkowicie błędnie informował świat, że mieszkańcy dawnego Wielkiego Księstwa składali się z nadbałtyckich Żmudzinów i słowiańskich Litwinów. Nikt nie myślał na serio, że mogą oni odegrać rolę czynnika politycznego o poważniejszym znaczeniu. Tymczasem tak właśnie się stało.

Przez pięćset lat Litwini pozostawali w unii politycznej z Polakami, w sytuacji bardzo podobnej do położenia Szkotów wobec Anglików. Do 1793 r. ich Wielkie Księstwo stanowiło część zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy.

W czasie tej długotrwałej unii język polski —podobnie jak język angielski w Szkocji — został niemal wszędzie przejęty przez klasy wykształcone i rządzące. Język litewski natomiast — podobnie jak język celtycki Szkotów w Szkocji — przetrwał jedynie w bardziej odosobnionych okolicach wiejskich wśród niektórych odłamów chłopstwa. W zasadzie nie używała go żadna większa grupa zamieszkująca stolicę kraju, Wilno, gdzie według ostatniego carskiego spisu ludności z 1897 r. zaledwie 2% stanowili Litwini. Język ten nie miał ani żadnej ustalonej formy pisanej ani też wartej odnotowania literatury. Jedyne ośrodki naukowe i wydawnicze znajdowały się po drugiej stronie granicy, w Prusach Wschodnich, na terenie tzw. „Małej Litwy”, w okręgach Kłajpedy (Memel) i Tylży (Tilsit), zamieszkanych przez protestancką mniejszość litewską. Nacjonalizm litewski rozwinął się jako reakcja, z jednej strony, przeciwko polskiemu założeniu, że Litwa należy do Polski, z drugiej zaś — przeciwko podejmowanym przez rząd carski próbom narzucenia Litwie kultury rosyjskiej i religii prawosławnej. Na rzecz odrodzenia kulturalnego działało początkowo duchowieństwo katolickie, zwłaszcza kolejni biskupi Żmudzi, Józef Giedroyć (1745—1838) i Mateusz Valancius (1801—75).

Drogę rodzimym talentom literackim utorowało w 1841 r. wydanie napisanej po polsku wielotomowej Historii Litwy Teodora Narbutta (1784—1864) oraz późniejsze nieco przekłady litewskie dzieł pewnego słynnego poety litewskiego, „Adomasa Mickievićiusa”. Istotny postęp w dziedzinie kultury dokonał się w związku z uwłaszczeniem chłopów w 1861 r. oraz ustanowieniem systemu litewskiej pisowni, która na złość Polakom została oparta na alfabecie czeskim. Pod koniec dziewiętnastego wieku litewski ruch narodowościowy nabrał charakteru jawnie politycznego, z własnymi tendencjami lojalistycznymi, ugodowymi i rewolucyjnymi, własnymi partiami i własnymi emigracyjnymi kwestarzami. W rezultacie zasięg polityki skierowanej na sprawy polskie ograniczył się do mówiącego po polsku sektora ludności, zwłaszcza do znaczących odłamów ziemiaństwa i miejskiej burżuazji w Wilnie, Grodnie, Nowogródku i innych ośrodkach. Sytuacja społeczna i kulturalna była o wiele bardziej skomplikowana, niż to byliby skłonni przyznać nacjonaliści polscy czy litewscy. Etnografowie, którzy podejmowali próby naukowego badania tych terenów, napotykali na liczne zaskakujące sprzeczności. Pewien zbieracz przekazów słownych, przeprowadzając w 1885 r. wywiad z szewcem mieszkającym we wsi w pobliżu Kowna, zanotował poniższą wysoce znamienną konwersację:

— Do jakiego pan należy plemienia?

— Jestem katolikiem.

— Nie o to mi chodzi. Pytam, czy jest pan Polakiem czy Litwinem.

— Jestem Polakiem, a Litwinem jestem też.

— To niemożliwe. Musi pan być albo jednym, albo drugim.

— Mówię po polsku — odpowiedział szewc. —I po litewsku też mówię.

I to był koniec wywiadu[54]. Szewc był lepiej poinformowany niż etnograf. Wielu spośród ludzi, którzy wyłonili się jako przywódcy litewskiego ruchu niepodległościowego i którzy w czasie pierwszej wojny światowej, pod ochroną Niemiec, utworzyli Tarybę, czyli Radę Narodową, utrzymywało bliskie związki z Polakami. Z tego właśnie powodu szczególnie troskliwie je ukrywali. Nie jest bynajmniej rzeczą wyjątkową, że prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, Gabriel Narutowicz (1865—1922), był przyrodnim bratem jednego z członków Taryby oraz pierwszego rządu Republiki Litewskiej, Stanislavasa Narutavićiusa (1862—1932). W 1918 r., w krótkim okresie niepodległości, ludność Litwy liczyła około 3 milionów, z czego około 10% było Polakami[55].

Białorusini różnili się zarówno od Polaków, jak i od Rosjan, Litwinów i Ukraińców. Podobnie jak potomkowie prawosławnych lub unickich słowiańskich chłopów z terenów środkowej Litwy, czyli Białorusi, należeli do najsłabiej rozwiniętego odłamu Słowian Wschodnich. Ich stronnictwo narodowe, które według pogardliwych słów Lewisa Namiera „mogłoby bez trudu zasiąść na jednej niewielkiej kanapie”, całą swą niewielką energię zużywało na przekonywanie świata, że nic go nie obchodzą polityczne dążenia Polaków i Litwinów i że nie przyznaje się do żadnych powiązań kulturowych ani uczuciowych z mieszkańcami Wielkiej Rosji.

W tym właśnie celu niektórzy z jego przywódców przywrócili do życia dawną plemienną nazwę: Krywicianie; etykietka ta została zakazana zarówno przez cenzorów carskich, jak i sowieckich. Ich język, który z początku naukowcy zarówno z Petersburga, jak i z Warszawy zaklasyfikowali jako dialekt języka polskiego, aż do r. 1906 nie był oficjalnie uznawany przez władze carskie, a zapisywano go zarówno cyrylicą, jak i alfabetem łacińs


убрать рекламу




убрать рекламу



kim. Ich literatura — podobnie jak literatura Litwinów — kształtowała się według polskich wzorców; rozwijali ją tacy pisarze, jak: W. Dunin—Marcinkiewicz (1807—84) czy F. Bohuszewicz (1840—1900), którzy pisali po polsku i białorusku. Ich terytorium narodowe, według pierwszej definicji Ritticha z 1875 r., miało się rozciągać od Białegostoku na zachodzie po Smoleńsk na wschodzie, oraz od Dżwiny na pomocy po Prypeć na południu; według tego samego źródła, ludność liczyła 3 745 000 osób. Do zamieszkujących Polesie prymitywnych Poleszuków, którzy mieli bardzo niewielkie poczucie jakiejkolwiek przynależności narodowej, przyznawali się zarówno Białorusini, jak i Litwini. W oczach Polaków białoruski ruch narodowy nie był niczym więcej jak tylko ciekawostką kulturalną pozbawioną wszelkiego politycznego znaczenia[56].

Na południowym wschodzie — to znaczy na południowo-zachodnich obszarach imperium rosyjskiego oraz w austriackiej Galicji — Polacy popadli w konflikt z ruchem ukraińskiego odrodzenia narodowego. Proces, dzięki któremu ten liczny odłam Słowian Wschodnich przekształcił się z niejednolitej mieszaniny „Rusinów” w spójny naród ukraiński, był tak samo długi i równie złożony, jak proces powstania samego narodu polskiego. Rozpoczął się na ziemiach zajmowanych przez Kozaków, które zostały odłączone od Polski w r. 1667 i które — aż do momentu ich podporządkowania w 1787 r. Rosji — tworzyły na wpół autonomiczne „Państwo Hetmańskie” pod zwierzchnictwem Rosji. Później rozrosło się ono, obejmując terytoria przyznane Rosji i Austrii na mocy rozbiorów. Pod koniec XIX w. proces ten trwał nadal i istotna różnica między „Rusinami” i „Rosjanami” — podobna do różnicy między „Dutch” i „Deutsch” na terenie Europy Zachodniej — nie była znana szerszemu światu. Na terenie imperium carskiego, gdzie Rusini byli w większości wyznania prawosławnego, idee separatyzmu politycznego rysowały się dość słabo, silne natomiast były żądania uznania i rozwoju lokalnego języka i literatury. Tu właśnie we wcześniejszym okresie przywódcy Rusinów pierwsi wprowadzili etykietę „Ukraińcy” jako sposób na uniknięcie upokarzającej nazwy „Małorosjanie”, jaką nadała im carska biurokracja. (Czytelnikom z Zachodu tę nową nazwę najłatwiej będzie zrozumieć w kontekście analogicznego faktu przyjęcia nazwy geograficznej „Niderlandczycy” przez ludność holenderską Zjednoczonych Prowincji. W obu przypadkach względem pierwszoplanowym było uniknięcie utożsamienia danej grupy ludności z jej bardziej licznymi, a także ekspansywnymi pod względem kulturowym — sąsiadami: Rosjanami lub Niemcami). Na pozostającej pod władzą caratu Ukrainie teksty najbardziej istotne dla kulturalnego renesansu były publikowane przez Bractwo Cyryla i Metodego — aż po r. 1847, gdy Bractwo to zostało odgórnie rozwiązane. Księgi Powstania Narodu Ukraińskiego Mykoły Kostomarowa (1817—85) oraz silnie oddziaływająca na czytelników poezja romantyczna Tarasa Szewczenki (1814—61) miały dla Ukraińców takie samo znaczenie, jak dla Polaków dzieła Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego, na których zresztą były w pewnym stopniu wzorowane. Pisma skazanego na wygnanie profesora historii z Kijowa Mychajły Drahomanowa (1841—95) stały się zachętą do rozwoju pozytywistycznej, ugodowej odmiany nacjonalizmu. Natomiast Rusini zamieszkujący Galicję byli przeważnie unitami i ich działalność polityczną podsycała, między innymi, perspektywa przymusowego nawrócenia na prawosławie w przypadku przejęcia tych ziem przez carat. Tolerancyjna postawa władz austriackich pozwalała na wszechstronny rozwój kulturalny. Przewaga licznej społeczności polskiej, nawet na terenach wschodniej Galicji, prowadziła jednak do zaciekłej rywalizacji i — podobnie jak w przypadku Litwinów — do zaskakujących sprzeczności. Nie był niczym wyjątkowym fakt, że najwybitniejszy patron ukraińskiego ruchu narodowego w Galicji, hrabia Andrzej Szeptycki (Andriej Szeptyćkyj, 1865—1944), od roku 1900 unicki arcybiskup Lwowa, był kochającym starszym bratem polskiego nacjonalisty, generała Stanisława Szeptyckiego (1867—1946). Chociaż większość Ukraińców zamieszkujących Galicję miała silne powiązania z kulturą polską, na początku XX w. było już rzeczą jasną, że interesy ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego radykalnie odbiegają od interesów nacjonalistów polskich. Działając w harmonii i zgodzie, dwa bratnie słowiańskie narody, liczące sobie w tym czasie 30 i 20 milionów ludności, mogłyby wywrzeć potężny wpływ na sprawy Europy. Tymczasem uwikłane w braterską walkę, całkiem skutecznie neutralizowały nawzajem swoje działania[57].

Na pozostałych terenach zaboru austriackiego Polacy wchodzili w kolizję z Czechami. Znów można by się spodziewać, że te dwa najlepiej rozwinięte narody słowiańskie, oba w przeważającej większości katolickie i oba wyposażone w długą historię i bogatą kulturę, z zapałem podejmą wspólne działanie. Tymczasem stało się wręcz odwrotnie. W sferze polityki wiedeńskiej poglądy dysydenckich burżuazyjnych przywódców czeskiego ruchu narodowców różniły się bardzo istotnie od poglądów lojalistycznych polskich arystokratów z Galicji. Fakt, że Czesi stawiali się na równi z Ukraińcami i południowymi Słowianami, budził wrogość Polaków, tradycyjnie związanych z Węgrami. Czesi szukali poparcia w Rosji, wywołując tym zdziwienie i urazę wśród Polaków. To bardzo smutne, ale Polacy i Czesi rzadko bywali wierni cnocie dobrosąsiedzkiego współżycia[58].

W epoce rządów carskich, kiedy świat pełen był wielkich imperiów, było rzeczą naturalną rozpatrywanie roszczeń do terytoriów narodowych w kategoriach imperialistycznych. W kręgach rewolucyjnych postępowanie mocarstw rozbiorowych w Europie Wschodniej już dawno przyniosło imperializmowi owo złe imię, które Lenin miał później przystroić w szaty teorii marksistowskiej. Przekonanie, że Rosja, Niemcy i Austria ponoszą winę za „imperializm” w najbardziej pejoratywnym znaczeniu tego słowa, już dawno stało się doktryną przyjętą przez polskich radykałów. Ale to była gra, w którą mogło grać kilku partnerów. Rosjanie, Niemcy i Austriacy, którym porządnie dawało się we znaki wierzganie Polaków przeciwko ich świętym imperiom, odkryli, że mogą odpowiedzieć pięknym za nadobne. Żądaniom przywrócenia polskiego państwa narodowego, niegdyś wspieranym przez wszystkich liberałów Europy, teraz z największą radością przypinano etykietkę „polskiego imperializmu”. Socjaliści z wszystkich krajów, z zasady przeciwni nadejściu ery nacjonalizmu, ze szczególną radością witali te modne epitety. Stąd też na przykład osobliwa postawa socjalistów brytyjskich, którzy konsekwentnie bronili integralności ogromnego wielonarodowościowego cesarstwa rosyjskiego, jednocześnie sprzeciwiając się utworzeniu „imperialistycznego” państwa polskiego w jakimkolwiek kształcie, poza zredukowanym do minimum. Jednak zabawa w „przezywanie” bynajmniej na tym się nie kończyła. Litwini, Białorusini, Ukraińcy i Czesi mieli się wszyscy przyłączyć do ogólnego chóru głosów przeciwko polskiemu imperializmowi. Natomiast polscy imperialiści ze swej strony proklamowali „imperializm litewski” na Litwie, „imperializm ukraiński” w Galicji i „imperializm czeski” na Śląsku Cieszyńskim. Ostatecznie Polacy zjednoczyli się z Litwinami i Ukraińcami we wspólnym proteście przeciwko pojawieniu się „imperializmu białoruskiego” na Podlasiu i Polesiu. (Nie wiadomo, czy imperialiści polscy kiedykolwiek zdali sobie sprawę ze śmiertelnego zagrożenia, jakim byli imperialiści żydowscy z Pińska). Punkt szczytowy osiągnięto 13 października 1944 r. podczas spotkania na Kremlu, kiedy to nie kto inny tylko sam Józef Stalin oskarżył przedstawiciela polskiego rządu emigracyjnego, Stanisława Mikołajczyka, o to, że jest „imperialistą”. Od tamtego czasu „imperializm” zdążył się już przerodzić w naładowane emocjami chwytliwe słówko, którego każdy używa, jak i kiedy mu się podoba.

Rozłamy powstające w wyniku działania ruchów narodowościowych nie pozostawały oczywiście nie zauważone i nie brak było polskich przywódców, którzy próbowali im przeciwdziałać. Idee federalistyczne były szczególnie żywe w obozie Piłsudskiego, a jawny wyraz znalazły w pismach Leona Wasilewskiego (1870—1936), redaktora teoretycznego organu socjalistów „Przedświt” oraz autora dzieł Litwa i Białoruś  (1912) i Ukraińska sprawa narodowa  (1925). Uznając prawo każdego narodu do samostanowienia o swych losach, Polacy reprezentujący tę orientację polityczną wywodzili, że taka czy inna forma federacji wielonarodowościowej jest konieczna w Europie Wschodniej, jeśli ma się skutecznie wystąpić przeciwko przytłaczającej przewadze w dziedzinie sił wojskowych i środków technicznych, jakimi dysponują wielkie imperia. Przetrwanie uciskanych narodów tego rejonu świata wymaga od wszystkich razem i każdego z osobna pewnej dozy powściągliwości. Idee te pozostały żywe do dziś. Kłopot polegał na tym, że federalistów atakowali nie tylko ich bardziej szowinistycznie nastawieni współrodacy, którzy oskarżali ich o sprzedawanie cudzoziemcom prawa do polskości z urodzenia, ale także ewentualni partnerzy — Litwini, Białorusini i Ukraińcy, którzy — co było rzeczą zrozumiałą — niesłusznie uważali nowe ideały federalistyczne za odnowioną wersję dawnej Rzeczypospolitej Polskiej. Ponadto, z realiów geografii politycznej wynikało, że najbardziej bezkompromisowi przedstawiciele polskiego nacjonalizmu, a mianowicie Roman Dmowski i jego Narodowa Demokracja, najgorliwsze poparcie zyskiwali akurat ze strony tych miast — takich jak Poznań, Wilno i Lwów — w których kompromis w kwestii narodowej byłby rzeczą najbardziej pożądaną. Ludziom, zniecierpliwionym ustawicznymi antypolskimi walkami podjazdowymi rywalizujących ze sobą lokalnych nacjonalistów, wysuwana przez Dmowskiego koncepcja inkorporacji, która przewidywała przyszłą integrację wszystkich obszarów pogranicznych w obrębie całkowicie jednolitego państwa polskiego, wydawała się o wiele bardziej atrakcyjna niż proponowana przez Piłsudskiego odmienna koncepcja federalistyczna. Umiarkowania brakowało najbardziej tam, gdzie było ono najbardziej potrzebne. Warto na przykład zauważyć, że Piłsudski miał prawdopodobnie mniejszą liczbę zwolenników wśród Polaków z rodzinnego Wilna niż wśród zamieszkującej miasto ludności żydowskiej. Dla człowieka, który przywiązywał wielką wagę do polskich tradycji wspaniałomyślności i wielkoduszności, musiała to być naprawdę gorzka pigułka. Według Wasilewskiego, zdobycie Wilna przez Armię Czerwoną w lipcu 1920 r., a następnie jego przejście do Litewskiej Republiki Narodowej, było jedynym wydarzeniem, jakie pamiętał, które kiedykolwiek wzruszyło małomównego Marszałka do łez. Tak więc we wszystkich prowincjach przygranicznych strach był ojcem ekstremistycznych postaw i niezgody oraz zwiastunem mającej nastąpić tragedii[59].

Mnożąca się obfitość możliwych permutacji politycznych wśród kiełkujących narodów i partii powstających w tym okresie w prowincjach polskich wyraźnie uniemożliwiała rozwój trwałych sojuszy między potężnymi partnerami.

Łatwo zauważyć, że dążenie Dmowskiego do zawarcia przymierza z Rosją przeciwko Niemcom pomyślane było jako sposób obrony Polaków przed Ukraińcami, Litwinami, Żydami e tutti quanti  i że jego nadzieje musiały zostać zniweczone przez konkurencyjny plan Piłsudskiego, polegający na utworzeniu federacji i zakładający, że tutti quanti wystąpią zarówno przeciw Rosji, jak i przeciwko Niemcom. Jest to jednak dopiero początek. Trzeba sobie również uświadomić, że każdy z ruchów narodowościowych był wewnętrznie podzielony, nie tylko pod względem postaw i partii politycznych, ale także dosłownie, fizycznymi barierami granic państwowych; ponadto, każdy odłam miał własne interesy, tradycje i dążenia.

Każde polskie dziecko doskonale wiedziało, że Polonia — jak niegdyś Gallia Cezara — est omnis divisa in partes tres . Natomiast nie wszyscy wiedzieli, że tak samo podzielone są na trzy części społeczności Ukraińców, Litwinów, Niemców i Żydów. Wyłączając z terenów „Małej Rosji” Ukraińców, którzy pozostawali pod rządami Petersburga, oraz Ukraińców z Galicji, nad którymi rządy sprawował Wiedeń, byli jeszcze Ukraińcy z Rusi Podkarpackiej, którymi rządził rząd w Budapeszcie. Życie Litwinów zamieszkujących północno-zachodnie tereny Rosji i Królestwo Kongresowe było bogatsze dzięki istnieniu społeczności litewskiej w Prusach Wschodnich. Światopogląd pewnej siebie większości niemieckiej w pruskiej części Polski różnił się zasadniczo od poglądu izolowanych mniejszości niemieckich w rosyjskiej części Polski czy w Galicji. Na tej samej zasadzie zasymilowany Żyd z Warszawy czy Krakowa pozostawał w całkowitej alienacji nie tylko wobec nie zasymilowanego i mówiącego jidysz Żyda z obszaru leżącego w obrębie „linii osiedlenia”, ale także wobec mówiących po rosyjsku Żydów, czyli Litwaków, którzy od lat osiemdziesiątych zaczęli emigrować na Zachód. Tak więc zakładając istnienie trzech mocarstw rozbiorowych i pięciu głównych ruchów narodowościowych, z których każdy dzielił się na trzy sektory geograficzne, na trzy podstawowe ugrupowania taktyczne i na co najmniej trzy główne partie, dochodzi się do zadziwiającego wniosku, że u schyłku wieku polityka Polski stała w obliczu ogólnej liczby możliwych permutacji wyrażających się liczbą 38, czyli znacznie powyżej 19 000, jeśli uwzględnić przynależność każdej jednostki. W różnych momentach czyniono próby zjednoczenia Polaków i Rosjan przeciwko Ukraińcom, Polaków i Ukraińców przeciwko Niemcom, Rosjan i Ukraińców przeciwko Polakom i Niemcom, i tak dalej, i tak dalej. Nigdy jednak nie brano pod uwagę lub wręcz gwałcono interesy takiej czy innej lokalnej mniejszości; jeśli zdołano związać popękane nici w jednym miejscu, nieodmiennie zrywały się w jakimś innym i w efekcie nigdy nie udało się niczego naprawdę osiągnąć. (Patrz Rys. B).

Wobec tak licznych nacisków z różnych stron nacjonalizm polski chyba musiał stać się despotyczny i ekskluzywny. Był zresztą pod tym względem podobny do wszystkich swoich rywali. Zbrzydzonemu perspektywą trwałego sojuszu z potencjalnymi sojusznikami Polakowi—puryście nie pozostawało nic innego, jak marzyć o jakiejś szczególnej, poetyckiej, ale bliżej nie określonej, przyszłej wolności:

Wolność w Polsce będzie inna:  

Nie szlachecko—złota,  

Ni słomiana wolność gminna  

Od ptota do płota:  

Ni słowieńsko—przepaścista  

O tatarskim — c z y n i e —  

Ni ta, z której kabalista  

Śni o gilotynie [60].

Cyprian Norwid (1821—83), który w tylu różnych dziedzinach wyprzedzał swoją epokę, dał wyraz tym ideom już w 1848 r. Miały się one okazywać coraz bardziej przekonywające, w miarę jak na przestrzeni następnych lat mnożyły się konflikty polityczne i społeczne. Wnioski nie były pocieszające. Jeśli Polska nie potrafi znaleźć takiej formy rządu, która byłaby godna jej tradycji, niech lepiej zostanie taka, jaka była:

— Jeśli ma Polska pójść nie drogą mleczną  

W cało—ludzkości gromnym huraganie,  

Jeżeli ma być nie demokratyczną,  

To niech pod carem na wieki zostanie!  

— Jeśli mi Polska ma być anarchiczną,  

Lub socjalizmu rozwinąć pytanie,  

To ja już wolę tę panslawistyczną,  

Co pod Moskalem na wieki zostanie! [61]

Na tej samej zasadzie najgroźniejsze były nie oczywiste niebezpieczeństwa, spowodowane przez wyzysk i ucisk, lecz rozprzestrzeniająca się podstępna korupcja i obojętność:


Z wszelakich kajdan, czy? te są  

Powrozowe, złote czy stalne?…  

Przesiąkłymi najbardziej krwią i łzą. —  

Niewidzialne! [62]

Tymczasem zaś ratunku dla narodu miano szukać w pracy. Jak pisał Norwid w Promethidionie  (1852), „bo piękno na to jest, by zachwycało. Do pracy — praca, by się zmartwychwstało ”. W innym miejscu definiuje naród jako „wewnętrzny związek pokrewnych sobie ras ”, innymi słowy, jako wspólnotę moralną, a nie etniczną czy polityczną. Naród tworzy się z ducha, z woli, z wolności, podczas gdy państwo powstaje z ciała, czy raczej z zewnętrznych elementów świata, z niewoli. Według takiego rozumowania, Polska była narodem, podczas gdy Rosja była „formalnym stanem”, a więc po prostu „stanem rzeczy”, którego cechą był całkowity rozbrat między ludem i tymi, którzy nim rządzą. W ten sposób Norwid łączył ze sobą tendencje „mesjanistyczne” i „organiczne” w życiu narodu. Jego poglądy były głęboko chrześcijańskie i w ostatecznym rozrachunku — optymistyczne. Natomiast prognoza na najbliższą przyszłość przedstawiała się mętnie i niejednoznacznie.

Choć może się to wydać paradoksalne, Norwid sugerował, że ponowne utworzenie państwa może nie być rzeczą w pełni pożądaną. Upodobniając się do innych narodów, a więc podejmując zobowiązania wobec świata i godząc się na rozważania nikczemnych kompromisów, Polacy utraciliby swoje szczególne powołanie.

Gdyby Nowa Jerozolima naprawdę stała się rzeczywistością. Mesjasz stałby się zbyteczny. Być może —jak wielu grzeszników — Polacy istotnie modlą się, aby ich Bóg wybawił — ale jeszcze nie w tej chwili[63].

W całej Europie z pewnością nie oczekiwano powszechnie, że Polska może się odrodzić. W 1896 r., gdy młody Alfred Jarry wystawiał w Paryżu dzieło, które uważa się często za punkt wyjściowy surrealizmu w sztuce dramatycznej oraz początek teatru absurdu, najwyraźniej celowo osadził akcję Króla Ubu w Polsce.

Jak wyjaśnił ogłupiałej publiczności, „L‘action se passe en Pologne, c ‘est-a-dire, nullepart ”[64]. Dla przeciętnego wykształconego Europejczyka „Polska” była akurat tak samo prawdziwa, jak wszystkie mityczne królestwa przeszłości, od Dipsodii po Camelot[65]. Według innej uporczywie utrzymującej się legendy, równie surrealistyczne przedstawienie odgrywano regularnie w Konstantynopolu, z całą ogromną powagą tradycyjnego ceremoniału. Na dworze Najwyższej Porty podczas zgromadzeń korpusu dyplomatycznego szef protokołu miał pono wzywać jego ekscelencję „ambasadora Lechistanu”, aby się przedstawił zebranym. Jeden z jego pomocników występował wówczas do przodu i oświadczał, że ambasador Polski składa wyrazy szacunku, z ubolewaniem zawiadamiając o swej nieobecności „z powodu chwilowej niedyspozycji”[66].

Tak nadchodził „dzień trzeci”. I tylko niewielu było gotowych, aby go powitać.

W okresie po r. 1918 wcześniejsze tradycje polskiego nacjonalizmu przetrwały w stanie niemal nienaruszonym. Choć zostało utworzone niepodległe państwo polskie, nie trwało ono tak długo, aby mogło dać początek wielu ideom o trwałej doniosłości. Choć mocarstwa rozbiorowe same uległy zagładzie, zarówno Niemcy, jak i Rosja wkrótce odrodziły się w nowym kształcie. Na scenie międzynarodowej XX w. Trzecia Rzesza usiłowała przewyższyć wszelkie najbardziej ekspansjonistyczne plany państw centralnych, podczas gdy Związek Sowiecki zdobył sobie w Europie Wschodniej supremację, o której Rosja carska nie mogła nawet marzyć. Chociaż Polacy uzyskali znaczne możliwości decydowania o swoich sprawach wewnętrznych, w dalszym ciągu byli zmuszani do współzawodnictwa z rywalizującymi z nimi narodami, zarówno w granicach Drugiej Rzeczypospolitej, jak i w obrębie bloku socjalistycznego. Podstawowe problemy przeciwstawienia się przeważającej sile bezlitosnych sąsiadów i sprzymierzenia się przeciwko nim z odpowiednimi sojusznikami są dziś — mutatis mutandis — równie doniosłe, jak sto lat temu. Trudna sytuacja Rzeczypospolitej Ludowej po drugiej wojnie światowej przypomina pod tym względem położenie jej licznych poprzednich wcieleń z XVIII i XIX w. W skali całości ery nowożytnej dwadzieścia lat prawdziwej niepodległości narodowej w okresie od 1918 do 1939 r. to wyjątkowy i krótki epizod.

Według słów Stanisława Cata-Mackiewicza, „nieszczęśliwy ten naród, dla którego niezawisłość jest tylko przygodą”[67].

Wydarzenia drugiej wojny światowej były czymś bez porównania gorszym niż wszystko, co kiedykolwiek musiał znieść polski naród. W porównaniu z postępowaniem Niemców i Rosjan wszystkie karygodne czyny ich pruskich, austriackich czy carskich poprzedników wydają się pozbawione wszelkiego znaczenia. W wieku dziewiętnastym Polacy znaleźli się w sytuacji, w której pozbawiono ich wszystkich należnych im praw. W wieku dwudziestym natomiast stanęli w obliczu narodowej zagłady. Jeśli niegdyś przyrównywano Polskę — dając nieco upust fantazji — do Kalwarii, to teraz stała się prawdziwą Golgotą.

II. ROSSIJA.

Zabór rosyjski (1772—1918)

 Сделать закладку на этом месте книги

„Rosyjska Polska” to nazwa, która nie pojawia się ani w rosyjskich, ani w polskich podręcznikach historii. Jako określenie terytoriów byłej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, przyłączonych do cesarstwa rosyjskiego, jest to jednak nazwa dość adekwatna — podobnie jak nazwy „brytyjska Irlandia”, „austriackie Niderlandy”, „hiszpańskie Włochy” czy — we wcześniejszym okresie — „polska Ukraina”. Była ona jednak nie do przyjęcia zarówno dla rosyjskiej administracji, jak i dla nowych poddanych cara. Według obowiązującej oficjalnie fikcji, rozbiory przywracały Rosji integralną część jej pradawnego dziedzictwa. W 1793 r. wybito na cześć Katarzyny II medal z napisem „Odzyskałam to, co wydarto”[68]. Mimo że jeszcze na początku dziewiętnastego wieku można natrafić na określenia w rodzaju „prowincje polskie” czy „prowincje odłączone od Polski i zjednoczone z Rosją”, rosyjskich urzędników nauczono myśleć w kategoriach „regionu zachodniego” czy „ziem odzyskanych”. W ich oczach „Polska” przestała istnieć. Była swego rodzaju historyczną aberracją, która przez osiemset lat swego istnienia zdołała jakimś sposobem sprowadzić naród z dróg prawdziwej lojalności i o której najlepiej byłoby zapomnieć. Wyłączając okres interludium w postaci Królestwa Kongresowego w latach 1815—64, rosyjska administracja z najwyższą niechęcią przyznawała, że którakolwiek część cesarstwa ma cokolwiek wspólnego z odrębnym bytem zwanym Polską.

Ale w umysłach Polaków to właśnie „Polska” pozostała rzeczywistością, podczas gdy „Rossija” jawiła się im jako coś obcego i narzuconego. Dla patriotów Polska była polska. Nazwa „rosyjska Polska” była dla nich wewnętrzną sprzecznością podobnie jak „irlandzka Anglia”, „francuskie Niemcy” czy „chińska Rosja”. Kiedy była im potrzebna jakaś etykietka, mówili o zaborze rosyjskim.

Zabór rosyjski rozrastał się stopniowo, obejmując ziemie położone na zachód od terenów oddanych Moskwie na mocy rozejmu w Andruszowie w 1667 roku — środkowego dorzecza Dniepru, Kijowa i lewobrzeżnej Ukrainy. Praktycznie rzecz biorąc, od r. 1737 obejmował Księstwo Kurlandii, którego panującą dynastię zastępowali czasami mianowani przez Rosję namiestnicy. Po pierwszym rozbiorze został powiększony o Połock, Witebsk, Mścisław i południowo-wschodnie tereny województwa mińskiego; w wyniku drugiego rozbioru z r. 1793 — o prawobrzeżną Ukrainę z województwem kijowskim, Bracławiem, Podolem i Wołyniem oraz o część województw brzeskiego, mińskiego i wileńskiego; po trzecim rozbiorze w r. 1795 — o pozostałe ziemie Wielkiego Księstwa aż po linię Bugu i Niemna. Po r. 1864 wchłonął Królestwo Polskie, które — nazwane „Priwislinskim Krajem” — pozostawało teraz pod rządami Rosji jako część cesarstwa.

Wysunięte bardziej na wschód obszary rosyjskiej Polski były „polskie” jedynie w sensie przedrozbiorowym: ich tradycje rozwinęły się w ramach wielonarodowościowego społeczeństwa dawnej Rzeczypospolitej. Natomiast tereny położone na zachód były polskie tak w sensie etnicznym, jak i językowym. Większość miast — nawet na wschodzie — takich jak Wilno, Dyneburg, Mińsk, Pińsk czy Kamieniec — zachowało wyraźny polski koloryt. Jednakże w oczach świata cały ten rejon przybierał z wolna miano „zachodniej Rosji”. Pod koniec dziewiętnastego wieku żaden Rosjanin nie był już skłonny mówić o „Polsce” — chyba że chciałby tę nazwę zastosować jako nieformalne określenie krainy geograficznej położonej na zachód od Bugu.

Jeśli użyć wprowadzonych później terminów administracyjnych, w okresie największej rozległości terytorialnej rosyjska Polska obejmowała gubernie wileńską, grodzieńską, kowieńską, Witebska, mohylewską, wołyńską, podolską i kijowską oraz, od roku 1866, również dziesięć guberni „Priwislinja”: Warszawę, Kalisz, Płock, Piotrków, Radom, Kielce, Lublin, Siedlce, Łomżę i Suwałki[69]. (Patrz Mapa 1).

Mapa 1. Zabór rosyjski (1773—1915)

Postawy polityczne w Rosji ogniskowały się wokół trzech zasad — prawosławia , samodierżawija  (autokracji) i narodnosti  (narodowości). Swymi korzeniami zasady te sięgały głęboko w przeszłość imperium moskiewskiego, stanowiąc inspirację dla powstania instytucji tworzonych w okresach reform Piotra I i Katarzyny Wielkiej. W okresie panowania Mikołaja I (l 825—55) wykrystalizowały się, nabierając kształtu ustalonej ideologii, zwanej „oficjalną narodowością”. Za panowania różnych carów różnie rozkładały się punkty ciężkości, a interpretacja trzech podstawowych zasad podlegała w różnych okresach znacznym fluktuacjom.

Paweł I (1796—1801) narzucił zupełnie inny ton niż jego matka Katarzyna (1762—96); Aleksandra I (1801—25), Aleksandra II (1855—81) i Mikołaja II (1894—1917) przedstawiano jako władców liberalnych, którzy za sprawą bądź własnych inklinacji, bądź też z konieczności wprowadzali w swoje rządy pewną elastyczność, podczas gdy Aleksandrowi III (1881—94) przypisywano powrót do twardego kursu Mikołaja I. Sądy tego rodzaju są jednakże bardzo względne i odnosić je można jedynie do rosyjskiej skali wartości. Według norm europejskich, wszyscy carowie byli despotami, a ich poglądy różniły się tylko o tyle, że jedni byli bezwzględnie twardzi, inni zaś nieco bardziej ludzcy. Zupełnie ich nie interesował liberalizm w takim sensie, w jakim pojmowano go na Zachodzie, gdzie wola władcy wymaga zgody rządzonych. Zasiadali przy pulpicie kontrolnym ciężkiej machiny rządowej, której obsługę stanowiła zamknięta elita, ożywiana ideałami pozostającymi o dziesiątki, jeśli nie setki lat w tyle za ideałami kręgów intelektualnych i obarczona własną inercją. W odniesieniu do polskich poddanych wszyscy oni zgodnie uznawali za pożądane te same proste cele: ostateczną asymilację, integrację, konformizm i normalizację. Ich polityka zmierzała do przekształcenia Polaków w „prawdziwych chrześcijan, lojalnych obywateli i dobrych Rosjan”, a różnice dotyczyły jedynie tempa, taktyki i metod. Wszyscy opowiadali się za programem „wiary, tronu i ojczyzny”, którego najbardziej wytrwałym realizatorem był chyba Siergiej Uwarow, długoletni minister oświaty publicznej Mikołaja I. W 1843 r., po dziesięciu latach sprawowania urzędu, którego celem, w jego własnym przekonaniu, było przekształcenie poddanych cara w „godne narzędzia rządu”, Uwarow podsumowywał osiągnięcia tego dziesięciolecia w następującym raporcie skierowanym do cara:

Pośród gwałtownego schyłku instytucji obywatelskich i religijnych w Europie, w epoce powszechnego szerzenia się destrukcyjnych idei (…) niezbędnym było ustanowienie dla naszej ojczyzny silnych fundamentów, na których można by oprzeć dobrobyt, siłę i życie narodu.  

Niezbędnym było odnalezienie owych zasad, które składają się na niepowtarzalny charakter Rosji i które jedynie do Rosji należą: zebranie w jedną całość świętych szczątków Narodowości Rosyjskiej i przytwierdzenie ich do kotwicy naszego zbawienia. Na szczęście Rosja zachowała żywą wiarę w święte zasady, bez których nie może prosperować, nabierać sił ani żyć.  

Szczerze i głęboko związany z Kościołem swych ojców, Rosjanin tradycyjnie uważał tę wiarę za gwarancję szczęścia społecznego i rodzinnego. Pozbawiony miłości dla wiary przodków naród — w tej samej mierze, co jednostka — skazany jest na zagładę. Oddany swej Ojczyźnie Rosjanin tak samo nie zgodzi się na utratę jednego choćby dogmatu naszego prawosławia, jak na kradzież jednej choćby perły z Korony Cara. Autokracja stanowi podstawowy warunek politycznej sytuacji Rosji. Rosyjski olbrzym opiera się na niej jak na kamieniu węgielnym swej potęgi (…). W parze z tymi dwiema zasadami idzie trzecia, nie mniej doniosła, nie mniej potężna: zasada narodowości… [70]

W uznaniu zasług Uwarow został mianowany hrabią, a jako herbowe motto otrzymał słowa „Prawosławie, Autokracja, Narodowość”. Jego idee nie były jednak bynajmniej czymś oryginalnym. Przebrane w bardziej jaskrawe szaty, były to te same zasady, które istniały w Rosji na długo przed nim i które miały przetrwać jeszcze długo po nim.

Zasada prawosławia wywodziła się ze szczególnej pozycji, jaką w systemie politycznym Rosji nadawano prawosławnemu chrześcijaństwu. W czasach Księstwa Moskiewskiego, kiedy rodzima ludność składała się w przeważającej mierze z prawosławnych mieszkańców Wielkorosji, Kościoła nie identyfikowano w pełni z państwem. Ale później, w wiekach XVII i XVIII, gdy państwo wchłaniało ogromne społeczności nierosyjskie i nieprawosławne, świadomie przekształcano go w departame


убрать рекламу




убрать рекламу



nt stanu i używano jako agentury politycznego przymusu. Religię, która tradycyjnie kładła nacisk na cnoty spokoju, kontemplacji i tolerancji, systematycznie wypaczano i wykorzystywano w dążeniu do społecznej jednolitości i nietolerancji. I rzeczywiście: jej własny kodeks duchowej uległości uczynił z niej łatwą ofiarę w rękach politycznych manipulatorów, podczas gdy głęboka mistyczna pobożność, jaka panowała w najwyższych kręgach dworu i biurokracji, spowodowała, że jej najżarliwsi wyznawcy czuli się szczerze dotknięci zasięgiem pluralizmu religijnego. Począwszy od r. 1721, kiedy zniesiono dawny patriarchat, najwyższy organ Kościoła — Najświętszy Synod — podlegał bezpośrednio carowi i carskiemu najwyższemu prokuratorowi. Od tego czasu sprawy Boga i Wieczności były nierozdzielnie związane ze sprawami cesarstwa rosyjskiego.

Odstępstwo od religii równało się zdradzie. Uparci schizmatycy i zatwardziali ateiści mieli zostać zwalczeni i wykorzenieni w imię miłosierdzia — nie tylko jako heretycy, ale także jako wrogowie ustalonego ładu społecznego i politycznego.

Podobnie jak często w historii cywilizacji rosyjskiej, najwyższych ideałów użyto dla usprawiedliwienia najzwyklejszych aktów przemocy.

W praktyce zasada prawosławia uderzyła najsilniej w tych, których przekonania były najbliższe dogmatom religii panującej, chociaż się z nimi ściśle nie pokrywały. Muzułmanów na ogół pozostawiano w spokoju, z protestantami natomiast łatwo ustalono modus vivendi . Ze stosunkowo większą podejrzliwością traktowano Żydów i członków Kościoła rzymskokatolickiego, którzy wyznawali swoje własne „ortodoksje”. Natomiast wobec grekokatolickich unitów rozpalano uczucia bezgranicznej nienawiści. Podczas gdy protestanci w byłej Rzeczypospolitej bez trudu znajdowali posady w służbie carskiej, a Żydzi i wyznawcy Kościoła rzymskokatolickiego tylko sporadycznie spotykali się z aktami dyskryminacji, unitów systematycznie prześladowano. Po trzecim rozbiorze tereny osadnictwa Żydów ograniczono do linii osiedlenia, której wschodnia granica pokrywała się z granicą dawnej Rzeczypospolitej; ale tylko w krótkich okresach — za panowania Mikołaja I i Aleksandra III — wywierano na nich jakiś nacisk w kierunku przyjmowania chrztu i przechodzenia na wiarę chrześcijańską. Katolicy stale natrafiali na przeszkody przy staraniach o awanse w wojsku czy administracji. Nad klerem sprawowano kontrolę i pozbawiano go majątków, reorganizowano diecezje, ograniczano kontakty z Rzymem. Bulli papieskich nie wolno było ogłaszać w Rosji bez zgody Petersburga, a nierzadko były one ignorowane lub odwoływane. Mimo to zakonu jezuitów nie rozwiązano, jak to miało miejsce wszędzie indziej, a jego członków cesarstwo powoływało do służby w dziedzinie oświaty. Natomiast unici nie mogli korzystać ze skutków równie niejednoznacznych postaw. Ponieważ byli potomkami wspólnot, które niegdyś pozostawały wierne wyznaniu prawosławnemu, traktowano ich nie jako heretyków, lecz jako renegatów. Katarzyna usunęła z urzędów wszystkich biskupów unickich z wyjątkiem jednego i podporządkowała hierarchię kościelną Konsystorzowi, który pozostawał w całkowitej zależności od państwa. W latach siedemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XVIII wieku, a potem w latach trzydziestych i sześćdziesiątych wieku XIX przeprowadzano przy pomocy wojska akcje masowego przechodzenia na prawosławie. Palono książki, niszczono kościoły, mordowano księży; pod osłoną bagnetów odprawiano nabożeństwa według obrządku prawosławnego. W 1839 r. zerwano wszelkie kontakty Kościoła unickiego w Rosji z Watykanem. W r. 1875 oficjalnie anulowano samą unię brzeską. Do roku 1905, kiedy to ostatecznie został wymuszony dekret o tolerancji religijnej, praktyki religijne mogło oficjalnie uprawiać już tylko 200 tysięcy unitów. Nie ulega wątpliwości, że u podstaw wszystkich tych posunięć w sprawach religii leżały motywy natury politycznej. Z tego też powodu fikcyjną „zasadę prawosławia” należy jako ideologię państwa starannie odgraniczyć od rzeczywistych zasad i praktyk Kościoła prawosławnego. Nie trzeba specjalnie podkreślać, że była ona pięknym zaprzeczeniem polskich tradycji pluralizmu, sumienia jednostki i tolerancji. (Patrz rozdz. VII tomu II).

Zasady autokracji nie należy mylić z ogólną teorią absolutyzmu w takim kształcie, —w jakim był on znany zachodniej Europie. We Francji, Hiszpanii czy Austrii absolutyzm rozwinął się jako antidotum na rosnące tendencje rozpadowe posiadłości i ziem lennych w okresie średniowiecza. Mimo że nieodmiennie odwoływano się w tych praktykach do Bożego błogosławieństwa, nigdy nie mogło być całkowitej zbieżności interesów między Kościołem a Państwem, między Watykanem w Rzymie a katolickimi monarchiami w różnych częściach Europy. Już sam fakt, że Fenelon czy Hobbes pisali drobiazgowe, acz dowodzące o różnicy postaw traktaty na temat teorii absolutyzmu, świadczy o toczącym się sporze z obrońcami wcześniejszych, odmiennych doktryn. Mimo nie kończących się roszczeń władców z dynastii Burbonów czy Habsburgów, ich rzeczywista władza była zawsze w mniejszym lub większym stopniu ograniczona w wyniku tlącego się wciąż oporu ze strony ugrupowań regionalnych czy społecznych. Autokracja rosyjska natomiast pochodziła w bezpośredniej linii od prymitywnego, patriarchalnego despotyzmu Księstwa Moskiewskiego. Sprawowała najwyższą władzę w kraju, gdzie właściciele majątków feudalnych nigdy nie mieli żadnej autonomicznej władzy i gdzie Kościół został całkowicie pozbawiony możliwości odgrywania jakiejkolwiek samodzielnej roli. Była nie tylko bardziej absolutna niż absolutyzm, ale także wywodziła się z innych źródeł i wywierała inne wpływy. Gdyby się chciało znaleźć jakąś paralelę w Europie Zachodniej, można by jej rolę przyrównać do zasady nieomylności papieża w Rzymie, którego polityczno-mistyczne rządy w państwach papieskich były tak słabe, jak rozległe było cesarstwo rosyjskie.

Polskim prowincjom cesarstwa autokracja przyniosła co najmniej sześć istotnych przemian w życiu politycznym. Po pierwsze, zniosła wszystkie tradycyjnie demokratyczne instytucje dawnej Rzeczypospolitej. Po drugie, wprowadziła machinę scentralizowanej administracji. Województwa zastąpiono siecią guberni, w których gubernator i dowódca wojskowy odgrywali rolę bezpośrednich reprezentantów polityki rządu. Po trzecie, dokonała reformy aparatu urzędniczego, którego członkowie byli odtąd mianowani, a nie, jak dawniej, wybieram. Jedynym obowiązkiem wszystkich — poczynając od gubernatora, a kończąc na najniższym urzędniku — było przekazywanie rozkazów z góry pod groźbą zwolnienia. Po czwarte, w miejsce niewielkich najemnych sił wojskowych, uzupełnionych kontyngentem ochotników, wprowadziła ogromną stałą armię. Po piąte, zastosowała złożone środki przymusu politycznego. Po szóste wreszcie, spowodowała zmianę najistotniejszą: zmianę stosunków między państwem a jednostką. Z powodu głęboko zakorzenionych podejrzeń Petersburga prowincje polskie nie mogły w pełni korzystać z tych ograniczonych możliwości autonomii, jakie w 1775 r. Katarzyna stworzyła miastom i jakie po roku 1864 ziemstwa (rady prowincji) przyznały większości prowincji rosyjskich. Tak więc, w sposób paradoksalny, carat żądał większego podporządkowania się i uległości od niesfornych poddanych polskich niż od pokornej rdzennej populacji rosyjskiej. A żądał nie tylko ślepego posłuszeństwa, ale tego, co później miano nazwać „prawomyślnością” („wewnętrzną cenzurą”). Dobry obywatel nie mógł się ograniczać do wypełniania poleceń czy utrzymywania swych spraw osobistych w granicach obowiązującego prawa. Uczono go czynnego uprawiania dyscypliny wobec własnych myśli, usuwania z umysłu wszelkich śladów własnej woli. Politykę sprowadzono do punktu, w którym poddany usilnie starał się z góry odgadywać wolę swych przełożonych, traktując to jako pewnego rodzaju duchowe ćwiczenie. Batiuszce—carowi trzeba było ufać bez zastrzeżeń, wszelką krytykę pozostawić tym, których proszono o udzielenie rad; wszelkie nadużycia należało znosić cierpliwie z uczuciem wdzięczności za „rosyjski chleb”, który się jadło. Ludzi zachęcano do myślenia zbiorowego, do demaskowania i odrzucania wszelkich elementów samowoli, tak jak jednostka stara się odrzucić grzech i oczyścić duszę. Ten ideał ilustruje pewien banalny incydent, który miał miejsce w latach trzydziestych XIX w., a który zarejestrował dla potomnych sam Uwarow:

Kiedy w dniu mego odjazdu poleciłem, aby wszyscy studenci instytucji oświatowych w Wilnie, pozostających pod moim zarządem, w liczbie mniej więcej tysiąca osób, zebrali się na dziedzińcu przed pałacem, pewien uczeń szkoły z internatem dla szlachty, niejaki Bronski, wystąpił naprzód z szeregu i w imieniu swych towarzyszy powitał mnie krótkim przemówieniem. Po oświadczeniu, złożonym w doskonałej ruszczyźnie, że dziękują mi za tę wizytę oraz za ojcowski sposób, w jaki ich traktuję, dodał kończąc, „Niech Pan także pozostanie na zawsze naszym protektorem u Najłaskawszego Monarchy. Proszę Mu powiedzieć, że pamiętamy o Nim, że Go kochamy, że chcemy być i będziemy Jego godni, że my także jesteśmy Jego dobrymi dziećmi…” W tym miejscu ów trzynastolatek rozpłynął się we łzach i podbiegł, aby mnie uściskać. Rzecz jasna, nikt z widzów nie pozostał obojętny w obliczu owego wyrazu uczucia, które niewątpliwie nie było udawane i płynęło prosto z serca [71].

Dla ministra, który nie oczekiwał przejawów takiego oddania podczas wizyty w zaciekle polskim mieście, incydent ten był miarą sukcesu. Nie słyszał jednak i nie odnotował komentarzy polskich kolegów Bronskiego po zakończeniu wizyty.

Zasada narodowości ewoluowała w epoce nowożytnej na kilka istotnych sposobów. W wieku XVIII oznaczała niewiele więcej niż lojalność wobec cara i ustalonego ładu społecznego. Jako narzędzie w rękach dworu, gdzie językiem panującym był francuski, a Niemcy znad Bałtyku pełnili szczególnie eksponowane urzędy, nie miał nic z etnicznego czy kulturowego zabarwienia późniejszych dziesięcioleci. Jeszcze w roku 1840 Kankrin był w stanie wystąpić z sugestią, że nazwę cesarstwa należy zmienić z Rossija na Pietrowija na cześć jego założyciela, Piotra Wielkiego, lub na Romanowija, co byłoby hołdem oddanym dynastii.

„Niezwykły to pomysł”, zanotował Bułharyn, „ale z gruntu słuszny”. Inni podkreślali, że pojęcie „rosyjskość” jest w jakimś sensie określeniem wartości społecznych; uległości ze strony ludu, sumiennej służby ze strony przywódców. W niewoli chłopów pańszczyźnianych zaczęto dostrzegać praktykę rosyjską par excellence , a więc zarazem główny filar autokracji. Tak więc dopiero w drugiej połowie XIX wieku pojęcie narodowości zaczęto kojarzyć z jakimiś rozpoznawalnymi cechami nowożytnego nacjonalizmu. Do tego czasu rozwój rodzimej inteligencji zdążył już w sposób naturalny doprowadzić do ataków wymierzonych przeciwko frankofilom i prusofilom na dworze carskim, a rząd uznał doniosłą rolę języka rosyjskiego w dziele ujednolicenia heterogenicznej ludności państwa. Język rosyjski został szybko wyniesiony do roli kamienia probierczego narodowości. Pisarze rosyjscy od Turgieniewa po Gogola nie tylko wynosili pod niebiosa obiektywne wartości swego języka, ale także dawali do zrozumienia, że wszystkie inne są od niego znacznie gorsze. Rosyjski gramatyk Griecz pisał, że „można z całą pewnością stwierdzić, iż nasz język stoi wyżej niż wszystkie inne nowożytne języki Europy”, Bułharyn zaś utrzymywał, że język rosyjski, który bez wątpienia zajmuje pierwsze miejsce pod względem melodyjności oraz bogactwa i łatwości w budowaniu słów, jest językiem poezji i literatury we wszystkich krajach świata”. Z chwilą gdy te skrajne poglądy zaczęto oficjalnie rozpowszechniać, rząd znalazł się zaledwie o krok od głoszenia opinii, że mówić w obcym języku czy propagować jakąś inną kulturę poza rosyjską oznacza tyle samo, co nie być patriotą i sprzeniewierzać się zasadom politycznej lojalności. W połowie wieku, wraz z pojawieniem się ruchów prosłowiańskich i panslawistycznych, pojawiły się także nutki rasowej wyższości. „Mamy inny klimat niż Zachód”,  pisał Pogodin, „inny krajobraz, inny temperament i charakter, inną krew, inne rysy twarzy, inny sposób myślenia, inne przekonania, nadzieje i przyjemności, inne stosunki, inne warunki, inną historię, wszystko inne… ” Zgodnie z tym przekonaniem Rosjanie są naturalnymi przywódcami świata słowiańskiego i w ich rękach spoczywa święte posłannictwo odbudowy chylącej się ku upadkowi cywilizacji europejskiej oraz ucywilizowania krajów Azji. Chociaż słowianofilstwo prowadziło do pogłębiania się przepaści w rosyjskich kręgach intelektualnych, a w ostatecznym rozrachunku do powstania koncepcji demokratycznych podważających zasadnicze podstawy autokracji, wśród postaw, które spotykały się z aprobatą, było ono stale przewijającym się wątkiem:


Oto nad Warszawą świta,  
Kijów rozwarł oczy modre  
I Wyszogród Moskwę wita  
Złotogłową słowem dobrem [72].

Gdy w odpowiedzi na polskie powstania przyjęto zasadę rusyfikacji jako naczelny cel oficjalnej polityki na całym obszarze polskich prowincji, rząd uzyskał poważne uzasadnienie intelektualne dla wprowadzanych posunięć. Od roku 1864, kiedy zasada istinnyj russkij czełowiek  stała się jedynym kryterium oceny kandydatów, którzy starali się o stanowiska w służbie państwowej, większość Polaków została automatycznie wykluczona. W tym czasie zasada rosyjskiej narodowości była już tak samo silnie zabarwiona emocjonalnie, tak intensywnie odczuwana i tak ekskluzywna jak jej polski odpowiednik.

W oczach wielu zachodnich obserwatorów nieszczęścia spowodowane przez wcielenie Polski do cesarstwa rosyjskiego mają często charakter w gruncie rzeczy instytucjonalny. Ponieważ rosyjska autokracja pozostawała w kontraście do polskich tradycji, wyobrażano sobie, że kilka modyfikacji struktury rządu — parę ustępstw na rzecz lokalnej autonomii, kilka gestów w kierunku demokratyzacji — w jakiś sposób uleczy dolegliwości Polaków. Stąd też, gdy polskie powstania powtarzały się mimo reform wprowadzanych przez tak zwanych „liberalnych carów”, opinia Zachodu skłonna była stracić cierpliwość i uwierzyć w rosyjski stereotyp niewdzięcznego, niepoprawnego i anarchistycznego Polaka. W gruncie rzeczy, cała sprawa miała o wiele głębsze podłoże. Tradycja społeczna Księstwa Moskiewskiego, wymagająca całkowitej uległości wobec władzy i całkowitego podporządkowania się jednostki celom zbiorowości, była o wiele za silna, aby mogły nią wstrząsnąć czysto konstytucyjne reformy. W samej rzeczy, historia Rosji obfituje w przypadki, gdy najbardziej oświecone i pozornie postępowe deklaracje konstytucyjne zbiegały się w czasie z najczarniejszymi okresami despotyzmu.

Według moskiewskiego sposobu myślenia, jakiekolwiek rozluźnienie formalnych struktur autokracji nieuchronnie wymaga zaostrzenia nadzoru i kontroli ze strony odpowiedzialnych władz. Na tej samej zasadzie prześladowania będące dziełem najbardziej tyrańskiej polityki można zazwyczaj zamaskować, ogłaszając program reform skrajnie wyzwoleńczych, a jednocześnie pozbawionych wszelkiej mocy prawnej. Zagraniczni komentatorzy, którzy pozorom reform wprowadzonych przez Piotra Wielkiego czy przez konstytucję Stalina przypisywali rzeczywistą wartość oraz interpretowali je w świetle zachodnich pojęć dotyczących reguły prawa lub też nawet brytyjskiej zasady fairplay, nieodmiennie nie potrafili zrozumieć, o co chodziło. Polacy żyjący pod rosyjskimi rządami przeszli trudną szkołę tej prawdy.

Zawsze wtedy, gdy car zmuszony był do wprowadzenia ustępstw natury konstytucyjnej — tak jak to miało miejsce w latach 1815, 1861 i 1906 — Polakom dawano do zrozumienia, że mogą oczekiwać rzeczywistej poprawy własnej sytuacji. Zamiast tego odkrywali, że carska biurokracja, której działanie zakłócały wynikające z tych ustępstw ograniczenia swobód, traktuje owe liberalne posunięcia jako okresowe zmiany stanowiska i natychmiast zaczyna uparcie dążyć do odzyskania dawnej pozycji —jeśli trzeba, ignorując reformy konstytucyjne — oraz do ponownego wprowadzenia dawnych form kontroli. W wieku XIX — podobnie jak w XVIII — reforma nie była zapowiedzią spokoju, lecz konfliktu: dla Polaków zaś — zapowiedzią klęski. Była to sytuacja, w której konstytucjonaliści i demokraci nigdy nie mieli żadnych szans na zwycięstwo. Albo ustępowali dobrowolnie i z góry rezygnowali ze swoich ideałów, albo też buntowali się i, po krótkim okresie wolności, zostawali siłą zmuszeni do ustąpienia.

Była to, oczywiście, rzecz dobrze znana w Rosji, a nieliczni rosyjscy dysydenci, którzy żywili propolskie sympatie, tłumaczyli to na korzyść Polaków. Jednym z takich „ludzi Zachodu”, którego zresztą w końcu władze uznały za umysłowo chorego, był pisarz Piotr Czaadajew, który podczas wojen napoleońskich znalazł się jako młody oficer w Polsce i przyłączył się do polskiej loży masońskiej w Krakowie. „Mówiąc o Rosji”, pisał Czaadajew, „ludzie wyobrażają sobie zawsze jakąś szczególną formę rządu (…). Tymczasem wcale tak nie jest. Rosja to zupełnie inny świat: podległy woli, samowoli, despotyzmowi jednego człowieka. W sprzeczności z prawami współistnienia, Rosja kroczy jedynie w kierunku swojego własnego zniewolenia, a także zniewolenia sąsiednich ludów ”[73].

Najbardziej rzucający się w oczy przykład duchowej przepaści, jaka dzieliła ludzi, którzy kształtowali oświecone opinie w Polsce, od tych, którzy czynili to w Rosji, stanowią polskie powiązania Fiodora Michajłowicza Dostojewskiego.

Mimo polskiego nazwiska, zarówno wychowanie, które pisarz odebrał w Moskwie, jak i jego poglądy były z gruntu rosyjskie. Niektórzy spośród krytyków sugerowali, że głęboko skrywane wątpliwości na temat własnej rosyjskości mogły mu podpowiadać ekstremalnie szowinistyczną postawę, jakiej hołdował. Bez względu na to, jakie mogły być tego powody, pisarz czuł się w obowiązku łączyć stanowisko nieugiętego obrońcy wszystkiego, co rosyjskie, z patologiczną nienawiścią do wszystkiego, co polskie. W jego powieściach Polaczyszki  tworzą istną galerię łobuzów, oszustów, ladacznic, kłamców, szachrajów i bestii. Epizod z Braci Karamazow, w którym dwóch głupich polskich szlachciców niechętnie pije toast za „Rosję w granicach z 1772 roku”, po czym okazuje się, że obaj są szulerami, to zaledwie jeden z wielu przykładów. Dla historyka jest jednak rzeczą interesującą, że niewątpliwa stronniczość Dostojewskiego — w odróżnieniu od postawy jego czytelników — nie wynikała ze zwykłej ignorancji. Mówił biegle po polsku i dokładnie znał polską literaturę — szczególnie dzieła Mickiewicza. Co więcej, spędził kilka lat na wygnaniu na Syberii w towarzystwie polskich współwięźniów, z którymi prowadził długie i ożywione dyskusje i którzy mieli mu posłużyć za model do wielu spośród najbardziej żywych literackich portretów. Jeden z jego współwięźniów, Szymon Tokarzewski (1821—1900), napisał dość szczegółową relację z tych spotkań, odmalowując obraz doprawdy godny uwagi. Można sądzić, że Dostojewski, rosyjski oficer, który został skazany na śmierć za udział w zbrojnym spisku i który w ostatniej chwili uniknął kuł plutonu egzekucyjnego, oraz Tokarzewski, polski właściciel ziemski i idealista, skazany na 2000 batów i dziesięć lat katorgi za popieranie krucjaty księdza Ściegiennego, walczącego o wyzwolenie chłopów, powinni mieć ze sobą wiele wspólnego. Oto dwóch ludzi wyznających szczytne zasady, wykształconych, reprezentujących podobną pozycję społeczną, którzy wspólnie znoszą skutki straszliwie niesprawiedliwej kary, jaką ponieśli za prawo do własnej tożsamości; tymczasem ich wzajemne niezrozumienie było całkowite:

Ilekroć zwracając się do nas, Polaków, mawiał „my szlachta”, ja przerywałem mu zawsze:  

— Przepraszam pana, ja myślę, że w tym ostrogu nie ma’ szlachty, są tylko ludzie praw pozbawieni, są katorżnicy.  

Wówczas pienił się ze złości.  

— A pan, oczywiście, rad jesteś z tego, żeś katorżnikiem, krzyczał ze złością i ironią (…). 

Dostojewskij nienawidził Polaków, ponieważ z rysów i z nazwiska, niestety znać było pochodzenie polskie, mawiał, że gdyby wiedział, iż w jego żyłach płynie chociaż jedna kropla krwi polskiej, kazałby ją natychmiast wypuścić. Jakże boleśnie było słuchać, gdy ten spiskowiec, ten skazaniec za wolność i postęp, wyznawał, że wówczas dopiero uczuje się szczęśliwym, kiedy wszystkie ludy przejdą pod panowanie Rosji (…). Według Dostojewskiego, na świecie jeden tylko istniał naród wielki, do misji wspaniałych przeznaczony, naród rosyjski.  

Francuzi, twierdził on, jeszcze trochę podobni są do ludzi, lecz Anglicy, Niemcy, Hiszpanie to są wprost karykatury. Literatura innych narodów, w porównaniu z literaturą rosyjską — jest prostą parodią literatury (…). Jakimże więc sposobem wychowaniec korpusu kadetów, Teodor Michajłowicz Dostojewskij, dostał się do katorgi jako więzień stanu? [74]

Nie trzeba dodawać, że Tokarzewski, którego po powstaniu styczniowym znów zesłano na Syberię na kolejne dwadzieścia lat, równie małą sympatią darzył Rosję, co Dostojewski Polskę. Zasadnicza różnica między nimi polegała na tym, że podczas gdy Polak był tylko jednym z wielu nieznanych więźniów politycznych, Rosjanin był jednym z największych geniuszy światowej literatury, który swoje uprzedzenia mógł przekazywać czytelnikom całego świata. Dlatego też powiedziano o nim, że „był największym wrogiem, jakiego Polska kiedykolwiek miała”[75].

Dla większości polskich czytelników niemożliwość pogodzenia ze sobą rosyjskich i polskich tradycji politycznych jest rzeczą tak dalece nie ulegającą wątpliwości, że wielu z nich mogłoby kwestionować pomysł włączenia zarysu zasad, na których opierał się rząd w Rosji, do pracy poświęconej dziejom Polski. Jest to jednak niezaprzeczalnie konieczne, a związek między obiema sprawami nie ulega wątpliwości. Jest rzeczą niestosowną uważanie ziem zaboru rosyjskiego za tereny pozostające po prostu „pod rosyjską okupacją”. Były to ziemie nie tylko okupowane, ale przyłączone i wcielone w podstawowy organizm polityczny Rosji. Chociaż zachowały swoje specyficzne cechy — podobnie jak wszystkie inne prowincje cesarstwa — to jednak stanowiły część Rosji w tej samej mierze, co Ukraina, Krym czy Zakaukazie. Z wyjątkiem sytuacji Królestwa Kongresowego wiatach 1815—32 i 1861—64 nie można ich było porównać do sytuacji Wielkiego Księstwa Finlandii, które wprawdzie zostało odłączone od Szwecji i zaanektowane w 1815 r., ale nigdy nie było w pełni wcielone do Rosji w sensie politycznym czy konstytucyjnym. Polakom niełatwo pogodzić się z tą prawdą, że największa pośród trzech części podzielonej. Polski nie cieszyła się nawet taką nominalną odrębnością, jaką dziś przyznaje się nierosyjskim republikom Związku Radzieckiego. Chociaż może to zabrzmieć jak sprzeczność, Polska była integralną częścią Rosji; Warszawa i Wilno jako Варшава i Вильно były miastami rosyjskimi, a Polacy w Rosji — bez względu na to, czy im się to podobało, czy nie — byli poddanymi cara. Żyli pod rządami nie tradycji polskiej, ale tradycji rosyjskiej, której supremacja w polskich prowincjach cesarstwa nie uległa w okresie między pierwszym rozbiorem a pierwszą wojną światową żadnym poważnym zagrożeniom. Co więcej, rosyjska tradycja nie była bytem abstrakcyjnym. Troista zasada leżąca u podstaw rosyjskich rządów znajdowała urzeczywistnienie w strukturze prawa i instytucji państwowych, a w czyn wprowadzały ją zastępy urzędników, których wytrwałe działania na przestrzeni półtora wieku nie mogły oczywiście nie dotknąć ludności ani nie wywrzeć na niej swego piętna.

Najważniejszą instytucją państwową była rosyjska armia. Stanowiła żelazny kapitał autokratycznej władzy i nieprzerwanie wywierała wpływ na życie wszystkich mieszkańców cesarstwa. Dzięki ustanowieniu stałych garnizonów i okręgów wojskowych wpływy te były szczególnie widoczne na tych terenach polskich, które tworzyły europejską granicę cesarstwa. Synom szlacheckich rodów zapewniała zaszczytną karierę, a od poborowych chłopów wymagała dwudziestu pięciu lat służby. Jej rola w sprawach wewnętrznych kraju nie ustępowała znaczeniu, jakie miała dla obrony przed wrogiem z zewnątrz. Na przestrzeni całego XIX wieku była największą stałą instytucją wojskową na świecie; a w 1916 r. osiągnęła swą maksymalną liczebność — około siedmiu milionów żołnierzy. Była podstawowym narzędziem integracji społecznej, łącząc kolejne pokolenia rosyjskich i nierosyjskich żołnierzy we wspólnym trudzie i braterstwie broni żołnierskiego życia.

Była także ośrodkiem ważnego sektora gospodarki. Na terenie rosyjskiej Polski utrzymywała olbrzymie garnizony w Warszawie, Lublinie, Wilnie, Grodnie i Białymstoku; wybudowała potężne fortyfikacje w Warszawie, Modlinie (Nowogieorgijewsk), Dęblinie (Iwangorod) i Brześciu Litewskim (Briest—Litowsk), dzięki czemu powstał tzw. polski trójkąt. Choć unikano tworzenia regimentów złożonych wyłącznie z Polaków, wielu z nich odznaczyło się we wszystkich wojnach prowadzonych przez cesarstwo. W epoce napoleońskiej w „chorągwiach białoruskich” służyło bardzo wiele polskiej szlachty. Polacy byli w szeregach wojsk Suworowa we Włoszech, Polacy walczyli z Kutuzowem i przeciwko Kutuzowowi, Polacy uczestniczyli w wojnach tureckich, Polacy bili się na Kaukazie i na Krymie, Polacy dotarli w 1878 roku do murów Konstantynopola, w latach 1904—05 bili się z Japończykami w Mandżurii, Polacy w armii rosyjskiej walczyli przeciwko Polakom w armiach państw centralnych na wschodnim froncie pierwszej wojny światowej. Polacy byli we wszystkich formacjach wojsk rosyjskich, które tłumiły kolejno każde z polskich powstań.

Cywilny aparat biurokratyczny cesarstwa był zorganizowany według zasad wojskowych. Składał się z czternastu szczebli hierarchicznej drabiny; każdy z nich odpowiadał określonej randze wojskowej i każdy miał własne mundury i własne insygnia. Podobnie jak wojsko, uważano pracę w biurokracji rosyjskiej za odpowiednie miejsce dla szlachty, której majątki traktowano nie tyle jako własność prywatną, ile jako nagrodę za służbę państwu. W scentralizowanym państwie autokratycznym nie było miejsca dla indywidualnych inicjatyw, natomiast kompetencje drobnych urzędników obejmowały wszystkie sfery życia codziennego. Jeśli wierzyć w obraz, jaki odmalował Gogol, czynownik — rewizor, biurokrata — był pośmiewiskiem w społeczeństwie, zwłaszcza wśród inteligencji. Ale dla większości ludności był to również ktoś, kogo należało szanować i kogo trzeba się było bać. Według rosyjskiej tradycji, droga w górę szczebli aparatu carskiej służby była miarą społecznego sukcesu. Natomiast w tradycji polskiej była to oznaka służalczości. Szlachta polska była przyzwyczajona do zarządzania własnymi majątkami i kierowania własnymi sprawami, a także do wybierania własnych urzędników.

Pomijając już nieudolność przypisywaną wyznawcom Kościoła rzymskokatolickiego, a także późniejszą politykę rusyfikacji, niewielu szanujących się Polaków wykazywało naturalne predyspozycje do pełnienia służby w aparacie biurokracji czy do posłuszeństwa wobec wydawanych przez ten aparat poleceń. Wielu historyków zgodziłoby się z poglądem, że podstawową wadą rosyjskiej biurokracji było tworzenie nieprzebytej przepaści między klasą rządzącą a rządzonymi. Było to najbardziej widoczne w rejonie zachodnim.

Aparat policyjny w Rosji był czymś niepowtarzalnie skomplikowanym, a jego kompetencje pokrywały się częściowo z kompetencjami władz zarówno cywilnych, jak i wojskowych. Żandarmerię cywilną uzupełniały specjalne formacje wojskowej policji, a pod koniec XIX wieku — dodatkowe oddziały policji kozackiej. Od czasu objęcia tronu przez Mikołaja I nadzór nad działalnością policji sprawował III Oddział Kancelarii Osobistej Cesarza, który zatrudniał tzw. ochranę, czyli tajną policję. Zakres kompetencji III Oddziału określał ukaz z 3 lipca 1826:

1. Wszystkie rozporządzenia i wszystkie raporty we wszystkich przypadkach należących do wyższych instancji policji.  

2. Informacja o wszelkich sektach i schizmach istniejących w państwie.  

3. Doniesienia w sprawie fałszywych banknotów, monet, dokumentów, etc. (…)  

4. Informacja na temat wszystkich osób pozostających pod nadzorem policji (…).  

5. Zesłanie, rozmieszczenie i kontrole miejsca pobytu wszystkich jednostek podejrzanych i szkodliwych.  

6. Nadzór i kierownictwo nad wszystkimi instytucjami więziennictwa.  

7. Wszystkie rozporządzenia i polecenia dotyczące cudzoziemców zamieszkałych na terenie Rosji, wjeżdżających do kraju lub opuszczających go.  

8. Raporty dotyczące wszystkich bez wyjątku zaszłości.  

9. Wszelkie informacje statystyczne mające znaczenie dla służb policyjnych [76].

We wszystkich przypadkach poważniejszych zamieszek lub politycznej działalności wywrotowej działanie sądów cywilnych można było wzmocnić, powołując trybunały wojskowe. Nic więc dziwnego, że służba w policji przyciągała najbardziej ambitne jednostki i była sama w sobie uważana za elitarny odłam służby publicznej. W osobach Aleksieja Arakczejewa (1769—1834) za panowania Aleksandra I, Benkendorfa i Orłowa za Mikołaja I oraz K. P. Pobiedonoscewa za Aleksandra III — wydała kilku spośród najbardziej wpływowych ludzi cesarstwa oraz najbliższych doradców cara. Władza policji obejmowała wszystkie sfery życia, a jedynym jej ograniczeniem były zasoby energii i pomysłowości jej niezliczonych agentów. Z upływem czasu policja carska nauczyła się sama wymyślać


убрать рекламу




убрать рекламу



problemy, które potem miała rozwiązywać. Działając na podstawie dającej pełne zabezpieczenie zasady prowokacji, podżegała spiski, które potem demaskowała, i organizowała związki zawodowe po to, aby następnie penetrować ich szeregi. Chociaż jej działalność obejmowała cały obszar cesarstwa, istniały szczególne powody do zwiększonej czujności w prowincjach zachodnich, gdzie „schizmy”, „sekty”, „szkodliwe jednostki”, „cudzoziemcy” i „granice”, nie wspominając już o „fałszywych banknotach” czy „zaszłościach”, zdarzały się szczególnie często. W oczach imperium cierpiącego na obsesję bezpieczeństwa teren powtarzających się polskich powstań musiał zasługiwać na szczególną uwagę.

Aparat policyjny wspierała sieć państwowych fortów i więzień. Potężna cytadela Aleksandra, zbudowana w Warszawie w latach 1832—35 na koszt miasta, wkrótce stała się symbolem carskiego ucisku. Cieszący się złą sławą dziesiąty pawilon — siedziba Stałej Komisji Śledczej — był pierwszym etapem drogi, a czasem także miejscem ostatniego spoczynku wszystkich więźniów politycznych.

Granice cesarstwa, których europejska część biegła przez środek dawnego terytorium Polski, były bezustannie strzeżone. Zwłaszcza z nadejściem epoki kolei żelaznej, kiedy gwałtownie wzrosła liczba podróżnych, podjęte środki ostrożności nie miały sobie równych w całej Europie. Wojsku i policji pomagały ubrane w zielone mundury oddziały straży granicznej. Rozmieszczono je w trzech strefach. Strefę pierwszą obsługiwały oddziały wojska stacjonujące w ustalonych odległościach wzdłuż całej długości granicy. Tam gdzie szczególnie obawiano się napięć, żołnierze byli rozstawieni w kilkumetrowych odstępach, kilometr za kilometrem, jak sięgnąć okiem. Strefa druga obejmowała pas szerokości dwóch czy trzech wiorst rozciągający się za linią graniczną, patrolowany przez ruchome oddziały konnicy. Strefa trzecia wreszcie rozciągała się na odległość dalszych 150 wiorst od granicy i obejmowała niemal wszystkie ważniejsze miasta Polski i Litwy. Wszystkie porty, drogi, stacje kolejowe i hotele mogły być w każdej chwili poddane bezapelacyjnej rewizji; wszyscy podróżni podlegali śledztwu; wszyscy, którzy mieli kontakty z zagranicą, byli z góry traktowani jak potencjalni przestępcy. Polacy, których życie kulturalne łączyło ze sobą tereny wszystkich trzech zaborów i którzy często mieli majątki lub krewnych po obu stronach granicy, byli szczególnie podejrzani, na co reagowali z pełną fantazją. W wioskach i miasteczkach położonych w pobliżu granicy z Prusami Wschodnimi, Śląskiem i Galicją kwitły agentury przemytu i nielegalnych przejazdów. W pełni wykorzystywano nocne ciemności i sekretne ścieżki. Urzędników i żołnierzy można było przekupić. Konspiratorów i wywrotową literaturę przemycano w jednym kierunku, natomiast Żydów i innych nielegalnych emigrantów — w drugim. Każdy rabin w Rosji wiedział, że udający się do Ameryki Żydzi z Płocka czy Brodów spotkają swych współwyznawców na „księżycowym szlaku”. Każdy rewolucjonista był pewien, że peronówka kupiona w godzinie porannego szczytu na dworcu w Sosnowcu pozwoli mu spokojnie dojechać do niemieckich Katowic. Każdy zdesperowany uciekinier mógł mieć nadzieję, że na południowym brzegu Wisły między Sandomierzem i Krakowem będzie na niego czekać pomocna dłoń jakiegoś polskiego chłopa. Jednocześnie zaś władze rosyjskie niepotrzebnie hamowały regularny ruch.

Przewodniki ostrzegały zachodnich turystów, że jeśli chcą uniknąć niepożądanej zwłoki w podróży, nie powinni wyściełać walizek gazetami.

Równie złożony był system cenzury. Po raz pierwszy wprowadził go Piotr Wielki, z zastosowaniem do dzieł teologicznych, a w r. 1803 wyniesiono cenzurę do rangi powszechnie obowiązującego systemu. Za czasów Mikołaja I, i ponownie pod koniec XIX wieku, cenzura nabrała proporcji ważnej gałęzi przemysłu.

Obejmowała dwanaście podstawowych agend: ogólną, kościelną, wychowawczą, wojskową, teatralną, literacką, prasową, pocztową, prawną, międzynarodową, zagraniczną oraz dotyczącą spraw bezpieczeństwa, a także najwyższą tajną komisję, której zadaniem było cenzurowanie pracy cenzorów. Jej celem było kontrolowanie wszelkiej wiedzy i wszystkich źródeł informacji. W prowincjach zachodnich narzucała swe ograniczenia wszystkim tekstom pisanym w językach innych niż język rosyjski i poruszającym tematy, które nie cieszyły się aprobatą — związane z polityką, sprawami płci czy katolickiej teologii. Była szczególnie sroga wobec wszelkich przejawów zainteresowania historią Polski: najmniejsza wzmianka o „złotej wolności”, „elekcjach”, „konstytucji”, „Rzeczypospolitej” i — co najgorsze — „powstaniach” była uznawana za akt podżegania do buntu. Aby nie naruszyć statusu cara, we wszystkich popularnych dziełach historycznych należało mówić o „królu polskim” jako o „wielkim księciu polskim”. W rezultacie takiej polityki, poczynając od epoki romantyzmu, wszystkie niemal klasyczne dzieła polskiej literatury musiały być wydawane za granicą — w Austrii lub Niemczech czy nawet we Francji lub Anglii. Żadnego z dramatów Mickiewicza, Słowackiego czy Krasińskiego nigdy nie wystawiano w Warszawie. Małostkowość cenzorów stała się wręcz przysłowiowa. Już w 1784 r. zakazano publikacji pierwszego tomu historii Polski pióra Naruszewicza, ponieważ ambasador Katarzyny w Warszawie wystąpił przeciwko temu, że mówiąc o prehistorii Słowian, autor wyznaczył Polakom bardziej doniosłą rolę niż Rosjanom. W sto lat później, w r. 1888, skonfiskowano pierwszy tom dwutomowego słownika duńsko-angielskiego autorstwa Georga Brandesa: cenzorzy wyszli z założenia, że na podstawie jednego tylko tomu nie da się odtworzyć tajnego szyfru.

Ten, kto wie niezbyt wiele o ustroju carskiej Rosji, dowiaduje się z najwyższym zdziwieniem, że wiele spośród najbardziej rygorystycznych mechanizmów caratu często wprawiano w ruch, stosując je jako środki czysto administracyjne pod wpływem zwykłego kaprysu jakiegoś urzędnika. Więzienia były pełne — nie skazanych, lecz podejrzanych, „oczekujących na okazję udzielenia policji pomocy w prowadzeniu śledztwa”. Podejrzanym przysługiwało mniej uznanych praw niż skazanym. Zesłanie na Syberię mogło nastąpić po prostu w wyniku cofnięcia ofierze zezwolenia na dalszy pobyt w dotychczasowym miejscu zamieszkania.

Postępowanie takie często stosowano wobec osób, których nie można było oskarżyć o żadne przestępstwo, ale których czasowa nieobecność w danym miejscu była pożądana z takich czy innych oficjalnych względów. Nadzorowi i innym dokuczliwym praktykom nie można się było sprzeciwiać, skoro obowiązkiem każdego lojalnego obywatela była współpraca z władzami. W takich okolicznościach nierzadko przywilejem i ulgą bywało doprowadzenie przed oblicze sądu lub uzyskanie określonego wyroku skazującego na karę więzienia. Ale i ten przywilej był dla wielu niedostępny. Przestępstwem podlegającym karze była skarga wniesiona przez chłopa pańszczyźnianego przeciwko panu, a także doniesienie o niewłaściwym postępowaniu oficera złożone przez prostego żołnierza.

Rolę kluczową w strategii cara odgrywało wychowanie, w działaniu państwa zaś — Ministerstwo Oświaty. Właśnie w szkołach i na uniwersytetach polscy uczniowie i studenci po raz pierwszy bywali poddawani systematycznym próbom zmiany systemu postaw i lojalności wyniesionych z rodzinnych domów. Tam właśnie spotykali się z krytycznym nastawieniem i konspiracyjną działalnością rosyjskiej inteligencji. Zewnętrzną oznaką oficjalnej polityki był w szkołach obowiązek wkuwania na pamięć tytułów i dat urodzin nie kończących się litanii wielkich książąt i księżnych oraz nieustające kontrole przeprowadzane przez rządowych inspektorów. Nic jednak nie jątrzyło tak bardzo, jak przymus używania języka rosyjskiego. Po r. 1864 w Warszawie doszło do wręcz absurdalnej sytuacji: polscy nauczyciele musieli po rosyjsku uczyć polskie dzieci języka polskiego, w myśl oficjalnie obowiązującego mitu, że język polski jest, językiem obcym”. W okresie rządów Aleksandra Apuchtina (1822—1904), który był kuratorem warszawskiego okręgu szkolnego w latach od 1879 do 1897, działalność donosicieli politycznych odgrywała ustaloną rolę w utrzymywaniu dyscypliny wśród studentów.

Ważnymi ośrodkami polskiej nauki na wyższych szczeblach były uniwersytet w Wilnie (do 1822 r.), liceum w Krzemieńcu (do 1832 r.). Szkoła Główna w Warszawie (w latach 1862—69) oraz (po roku 1898) Politechnika Warszawska. Na rosyjskich uniwersytetach w Dorpacie w Estonii, w Charkowie (od 1805 r.), w Petersburgu (od 1819), w Kijowie (od 1843), w Odessie (od 1865) i w Warszawie (od 1869) było wielu Polaków — zarówno wśród wykładowców, jak i wśród studentów. W połowie wieku połowa studentów uniwersytetu w Kijowie rekrutowała się spośród ludności polskiej.

Rusyfikacja przynosiła opłakane skutki wszystkim, których dotykała. Małostkowość mechanizmów jej działania doprowadzała Polaków do wściekłości i umacniała w nich poczucie krzywdy; niepowodzenia — osłabiały ducha carskich urzędników. Jej czołowym propagatorem był feldmarszałek Iosif Hurko (1828—1901), generał-gubernator Warszawy w latach 1883—94. Dla Polaka było już rzeczą dość irytującą, gdy zjawiając się na dworcu kolejowym w Warszawie czy Wilnie, natykał się na peronach na tablice zapisane cyrylicą lub gdy widział, że nazwy ulic i sklepowe szyldy noszą dwujęzyczne napisy. O wiele większym szokiem była jednak świadomość, że ktoś, kto się nie nauczył rosyjskiego, nie jest w stanie obronić się w sądzie i że tysiące umiejących czytać i pisać polskich dzieci nie potrafi przebrnąć przez tekst należący do ich rodzimej literatury. Książki drukowane po polsku można było wprawdzie sprowadzić z zagranicy, ale i tak nie umiałyby ich czytać dzieci, które nauczono jedynie cyrylicy. Zmniejszający się analfabetyzm stawał się pod rosyjskimi auspicjami groźbą wynarodowienia Polaków. W coraz większym stopniu jedyną szansą zapewnienia sobie pozycji w carskiej służbie stawało się dla Polaka wyrzeczenie się własnego pochodzenia. Polityka, której celem było propagowanie asymilacji, stwarzała rosnące poczucie wzajemnej alienacji. Maria Skłodowska, która spędziła dzieciństwo w Warszawie, tak przedstawiała atmosferę napięcia panującego w szkolnej klasie w 1878 r.:

Szeroko otwarły się drzwi. Inspektor Homberg obrzuca nieufnym spojrzeniem klasę.  

Ale w klasie jest wszystko w największym porządku. Dziewczęta bardzo pilnie, z marsem na czółkach, mozolą się nad dziurkami, na katedrze lśni bielą kart duża rosyjska książka. I na wzrok inspektora odpowiadają uczennice wzrokiem tak obojętnym i spokojnym, jak gdyby żadnego w ogóle wrażenia nie robiła na nich jego ciężka postać, jego twarz nalana — i ten nienawistny mundur. I jakby się żadna z nich nie bała jego malutkich oczek, biegających za szkłami okularów w złotej oprawie. (…) Wszystko się udało! Chociaż tak strasznie prędko dzisiaj wszedł do klasy — prawie natychmiast po dzwonku, którym woźny nas zaalarmował (…).  

I przełożona uspokaja się. Równym, urzędowym tonem, w „urzędowym” języku oczywiście, objaśnia.  

— W klasie są dwie godziny robót tygodniowo.  

— A? Dobrze — mówi inspektor. A potem do „Tupci” — pani czytała im głośno? Co to za książka? (…)  

— Bajki Kryłowa. Zaczęłyśmy je właśnie dzisiaj…  

Na szczęście Homberg nie pyta (…). Ruchem niby mimowolnym podnosi pulpit jednej — drugiej ławki… Nie. Nic podejrzanego tam nie ma. Żadnych „nieprawomyślnych” (czytaj: polskich) książek ani zeszytów. (…)  

Ciężko siadł Homberg na krześle, uprzejmie mu podsuniętym przez nauczycielkę.  

— Pani zechce wywołać którąś z uczennic.  

W swej ławce koło okna Maria Skłodowska instynktownie odwraca twarz, nagle pobladła (…). Lecz równocześnie wie dobrze, że to będzie ona. Wie, bo przecież prawie zawsze ją wywołują przy wizycie inspektora (..,). Wstaje, jak we śnie, na dźwięk swojego nazwiska (…).  

Homberg ma minę do głębi znudzoną i obojętną.  

— Zmów pacierz.  

Głosem obojętnym Maria recytuje poprawnie „Ojcze Nasz”. Jednym z najwymyślniejszych upokorzeń stosowanych przez cara było zmuszanie dzieci polskich do powtarzania co dzień w języku rosyjskim modlitw kościoła rzymskokatolickiego. (…)  

— Jakie są imiona władców, którzy panowali w naszej ojczyźnie od czasu carowej—matuszki Katarzyny II? (…)  

— Paweł I, Aleksander I, Mikołaj I, Aleksander II, obecnie najmiłościwiej nam panujący.  

Inspektor jest zadowolony. Dziecko mówi pewnie, używa odpowiednich, przepisowych zwrotów (…).  

Teraz Homberg wymieniać każe dziewczynce nieskończoną litanię imion i tytułów członków tego rodu „obecnie najmiłościwiej nam panującego”. Wielkich książąt, wielkich księżniczek, wszystkich, jak należy, „po imieni i otczestwie” (tj. z imienia ojca). Litania jest długa, lecz Mamusia recytuje ją bez ząjąknienia i Homberg uśmiecha się coraz uprzejmiej, nie widząc, czy może nie chcąc widzieć, że twarz dziecka staje się coraz twardsza i coraz bledsza.  

(…)  

— Nu, dobrze, dobrze. A jak brzmi tytuł batiuszki—caria?  

— Jewo impieratorskoje wieliczestwo.  

— A mój tytuł jak brzmi?  

— Wasze wysokobłagorodje.  

Homberg jest rzeczywiście zadowolony. Ta orientacja w tytułach podbiła go do reszty.  

Bo dziwną ma ów człowiek pasję w tym kierunku. Znajomość tytułów wydaje mu się nierównie ważniejsza od umiejętności rachunków, czytania, pisania (…).  

W tej klasie inspekcja skończona. Homberg wstał, lekko skinął głową na pożegnanie i dostojnym krokiem poszedł do sąsiedniej sali.  

— Chodź do mnie, dziecko — mówi „Tupcia” z tkliwością, o jaką nikt by jej nie posądził, kto jej dobrze nie zna.  

I serdecznie, długo całuje dziewczynkę, która na piersiach jej wybucha gwałtownym płaczem [77].

Każdy Rosjanin, który śmiał okazać sympatię dla polskiego języka czy polskich obyczajów, narażał się na kłopoty. Tak na przykład niejaki pułkownik Krupskij, który po upadku powstania styczniowego pełnił funkcje komendanta w pewnym polskim miasteczku, został przez władze wojskowe zdegradowany z tego właśnie powodu. Wysunięto przeciw niemu zarzut, że publicznie mówił po polsku oraz tańczył poloneza. Długa walka o odzyskanie dobrej opinii zaważyła na życiu całej jego rodziny i przyczyniła się do tego, że jego córka, Nadieżda Krupska, towarzyszka życia Lenina, została zagorzałą rewolucjonistką. Jak więc widać, w polityce rusyfikacji w Polsce można dostrzec czynnik, który przesądził o zaciętości najwaleczniej szych przeciwników cara. Ulgi wprowadzone po 1905 roku nie zdążyły już naprawić zniszczeń, jakich dokonały poprzednie dziesięciolecia.

Jest jednak rzeczą niewątpliwą, że rusyfikacja wywarła istotny wpływ na wiele doniosłych aspektów życia. Sądząc z zewnętrznych pozorów, pod koniec XIX wieku Warszawa miała cechy kosmopolitycznej metropolii, gdzie polski koloryt lokalny być może modyfikował nieco cechy wspólne miastom w całym carskim imperium, ale nie mógł ich całkowicie przysłonić.

WARSZAWA I OKOLICE  

PRZYJAZD. Większe hotele wysyłają powozy na dworce kolejowe (…).  

ODJAZD. Bilety na koleje państwowe można nabyć za przedpłatę w wysokości 10—20 kopiejek; bagaż można zarejestrować za dodatkową opłatą, nie niższą niż 50 kopiejek, na ul. Długiej 30 i ul. Moniuszki 2; biura czynne są w godzinach 9—4, w niedziele i święta 9—12. Biura Międzynarodowej Spółki Wagonów Sypialnych mieszczą się w Hotelu Bristol (…).  

DWORCE KOLEJOWE. Warszawa ma pięć dworców kolejowych. Na lewym brzegu Wisły:  

l. DWORZEC WIEDEŃSKI (Foksal Warszawsko—Wiedeński) dla pociągów odjeżdżających w kierunkach na Kraków, Wiedeń, Toruń, Berlin i Sosnowiec. Stojący przy wyjściu policjant wręcza podróżnemu kontramarkę z numerem powozu. 2. DWORZEC KOWELSKI (Foksal Warszawsko—Kowelski), na południowy zachód od cytadeli, dla pociągów odjeżdżających w kierunkach na Mławę (Marienburg), Lublin, Kowel (Kiew) i Moskwę. (Trzy pociągi ekspresowe dziennie, dodatkowy pociąg do Moskwy odjeżdża z dworca brzeskiego). 3. DWORZEC KALISKI (Foksal Warszawsko—Kaliski), w pobliżu Dworca Wiedeńskiego, dla pociągów odjeżdżających w kierunkach na Łódź i Kalisz (pociągi ekspresowe z dworców Brzeskiego i Kijowskiego). Na prawym brzegu Wisły (Praga): 4. DWORZEC PETERSBURSKI (Foksal Warszawsko—St.Petersburski) dla pociągów odjeżdżających w kierunku na Wilno, Dyneburg i Petersburg. 5. DWORZEC BRZESKI (Foksal Warszawsko—Brzeski) dla pociągów odjeżdżających w kierunkach na Brześć Litewski, Moskwę, Kijów, Odessę, oraz w kierunku granicy (Wiedeń). Poszczególne dworce są ze sobą połączone liniami dojazdowymi.  

HOTELE. * Hotel Bristol, Krakowskie Przedmieście 44, hotel pierwszej klasy, pokoje od 3 rb., śniad. ‘A, dejeuner (12—3), l ‘/2, kolacja (5—8) 2; loża 1 rb.; * Hotel de l’Europe (Europejski), Krakowskie Przedmieście 13; Gra«(/—/fote/5ró/)/(Bruhlowski), ul.hr.Kotzebue \’l; Hotel Polonia, Al. Jerozolimskie 53, nowo otwarty, naprzeciw Dworca Wiedeńskiego; Hotel de Rome (Rzymski), Nowosenatorska 1, chętnie odwiedzany przez właścicieli posiadłości wiejskich (…).  

Pensjonat Wielhorska, Jasna 4. Pokoje 1—4, utrzymanie 1 — 1½ rb. Siedziba Protestanckiego Stowarzyszenia Młodych Kobiet (Jungfrauenverein), Widok 20, oraz Home Français, Warecka 15, przeznaczone dla nauczycielek i młodych kobiet podróżujących samotnie.  

RESTAURACJE. Hotel Bristol, * Hotel Brühl (monachijskie i pilzneńskie piwo beczkowe), * Hotel de l’Europe, Polonia Palące Hotel, Hotel de Rome, Versailles, Aleje Ujazdowskie, Hotel d’Angleterre: kawiarnia—restauracja Ostrowskiego, róg Złotej: obiad(l—5) 75 kop., Wróbel, Mazowiecka 14, ob. 50 kop., kuchnia chwalona przez klientów.  

WINA: Lijewski, Krakowskie Przedmieście 8, Ermitage, róg Widok i Marszałkowskiej, w pobliżu Dworca Wiedeńskiego, plat dujour 40 kop., Fukier, po zachodniej strome Rynku Starego Miasta (nr 27), stara winiarnia, która swe obecne skromne miejsce zajmuje od 1590 r. (…)  

KAWIARNIE I CUKIERNIE. Kawa 15 kop., herbata 10—15 kop., czekolada 20 kop., także zimne mięsa i piwo. Lardelli, Nowy Świat 27 w pobliżu skrzyżowania z Alejami Jerozolimskimi… Semadeni, Teatr Wielki (…) wraz z mleczarnią (…). Warszawskie ciasta zasługująna polecenie. Dobre mleko można nabyć we wszystkich większych mleczarniach.  

TEATRY. Teatr Wielki, na placu Teatralnym — opera i balet, loża 6 ‘A — 14 rb., parter od l rb. 40 kop. do 4 rb. 75 kop., nieczynny w lecie. Teatr Rozmaitości, w zachodnim skrzydle Teatru Wielkiego — dramat polski, Teatr Polski — komedie i dramaty. Maty Teatr, Moniuszki 5, w budynku Towarzystwa Miłośników Muzyki — sztuki współczesne. Teatry drugiej klasy: Teatr Nowoczesny, Boduena 4 — krótkie dramaty, komedia i operetka (przedstawienia o 8 i 10 wieczorem), Teatr Nowy (wyłącznie w lecie), Teatr Nowości — operetki i komedie, wyłącznie w zimie. Polski Teatr Letni w Ogrodzie Saskim, parter od rb. 50 kop. do 3 rb. 35 kop. Teatry rewiowe: Aąuarium, Renaissance. Kabaret: Oaza. Cyrk wyłącznie w zimie.  

WYPOCZYNEK I ROZRYWKA. Vallee Suisse (Dolina Szwajcarska), ul. Szopena 5, tor do jazdy na wrotkach, dobra muzyka w letnie wieczory (wst. 30 kop.), koncerty symfoniczne we środy i soboty (50 kp.); Bagatela — w lecie operetka, w okresie zimowym orkiestra symfoniczna koncertuje niemal codziennie w holu siedziby Towarzystwa Miłośników Muzyki.  

DOROŻKI. Kurs w obrębie rogatek miejskich 20, w godzinach nocnych (12—7 rano) — 35, zaprzęg dwukonny — 35 rb. 50 kop., bagaż 10 i 15 kop. od puda. Zwykłe jednokonne dorożki jadą powoli, ale dorożki dwukonne, zaprzężone w dobre konie, jeżdżą bardzo szybko. Woźnice dorożek z ogumieniem oczekują od klientów napiwku w wysokości 20—50 kop.  

TRAMWAJE ELEKTRYCZNE, (taryfa od strefy: pierwsza klasa — 7, druga klasa — 5 kop.)  

Główne skrzyżowania linii: Krakowskie Przedmieście (pomnik Mickiewicza) dla linii O, l, 3, 5, 7, 9, 17, 18, 22; Aleje Ujazdowskie, Dworzec Wiedeński, Dworzec Petersburski, Dworzec Brzeski, Stacja Wilanów. O (linia obwodowa), od pl. Zbawiciela, przez Marszałkowską, Złotą, Karmelicką, Nalewki, Miodową, Krakowskie Przedmieście, i Al. Ujazdowskie na pl. Zbawiciela; trasa 7 ‘/4 mili, czas przejazdu 62 min.  

STATKI PAROWE. Niewielkie pasażerskie stateczki parowe (50 kop.), (restauracja na pokładzie), odjazd z przystani przy Moście Aleksandra, regularne kursy w dół i w górę Wisły w okresie letnim (od maja do października), po południu i wieczorem (…).  

BANKI. Bank Państwowy, Bielańska 10, czynny w godz. 10—3; Bank Handlowy, Włodzimierska 27, Bank Kredytowy, ul. hr. Kotzebue 8.  

KONSULATY. Konsul brytyjski, H. M. Grove, Służewska 3 (10—2), Konsul amerykański, T. E. Heenan, Al. Ujazdowskie 18 (10—3). Oddział Rosyjsko—Brytyjskiej Izby Handlowej.  

LEKARZE (ze znajomością języka angielskiego). Dr Horodyński, Nowogrodzka 34, dr Raum (chirurg), Bracka 5, dr Solman, al. Jerozolimskie 63, dr Zaborowski (choroby kobiece), al. Jerozolimskie 58. Szpital Ewangelicki: Karmelicka 10 (…).  

KOŚCIOŁY. Msza św. w jeż. angielskim (godz. 11) ul. Hortensji 3, kapelan: ks. H. C. Zimmerman. Kościół protestancki, niemiecki Kościół reformowany. Kościoły rzymskokatolickie otwarte przez cały dzień.  

ZBIORY DZIEŁ SZTUKI ITP. Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych, czynne codziennie 10—7, wst. 30 kop.. Zbiory Chojnowskich czynne codziennie 10—3, wst. 30 kop.  

Belweder otwarty wyłącznie w okresie zimowym, codziennie z wyjątkiem sobót, 10—3. Wstęp za biletami wydawanymi gratis przez Zarząd Pałacu.  

Łazienki otwarte codziennie z wyjątkiem sobót, 10—6; w święta 1—6; w okresie zimowym 10 — 3 lub 1—3.  

Muzeum Przemysłu i Handlu, czynne codziennie z wyjątkiem poniedziałków, 10—3, wst. 20 kop., w niedzielę — 5 kop.  

Zamek królewski otwarty dla zwiedzających codziennie z wyjątkiem sobót, 1—6.  

Galeria Malarstwa, wstęp wolny, wtorki, czwartki i niedziele, 11—3.  

Biblioteka Uniwersytecka czynna w dni powszednie 10—4, w okresie wakacyjnym w poniedziałki, środy i piątki 11—2.  

Paląc w Wilanowie otwarty w dni powszednie 2—6.  

GŁÓWNE TRASY TURYSTYCZNE (jednodniowe). Zamek Królewski, ulice w okolicy Krakowskiego Przedmieścia, Marszałkowskiej i Ogrodu Saskiego, widok z okienka na wieży kościoła protestanckiego; Aleje Ujazdowskie, zwłaszcza o zmroku. Pałac w Łazienkach, Katedra Św. Jana, Stare Miasto, Most Aleksandra. Ci, którzy mają nieco więcej czasu, nie powinni rezygnować z wycieczki do Wilanowa.  

Warszawa (ang. Warsaw, niem. Warschau, fr. Varsovie). Stolica Generalnej Guberni Warszawskiej, czyli Polski, ważny węzeł kolejowy, leży po lewej stronie Wisły, na wysokim, stromo opadającym ku rzece brzegu doliny (120—130 stóp), która ma w tym miejscu od ‘A do ‘A mili szerokości i stopniowo przechodzi na zachodzie w rozległą falistą równinę. Miasto liczy 872 500 mieszkańców, w tym 15 000 protestantów, 300 000 Żydów i liczną załogę garnizonu. Jest ośrodkiem życia intelektualnego w Polsce, a charakter miasta o wiele bardziej przypomina miasta Europy Zachodniej niż Rosję. Jest siedzibą generała-gubematora Warszawy, gubernatora cywilnego, arcybiskupów Kościołów rzymsko— i grekokatolickiego, komendanta okręgu wojskowego miasta Warszawy oraz 15, 19 i 23 korpusu armii; mieści się tu również rosyjski uniwersytet i rosyjska wyższa szkoła nauk technicznych. Miasto, które jest podzielone na 12 „uczastków”, czyli okręgów policyjnych (włącznie z Pragą), składa się ze Starego Miasta, Nowego Miasta rozciągającego się w kierunku na pomoc. Woli, Mokotowa i kilku innych przedmieść.  

Na prawym brzegu Wisły rozciąga się Praga. Rzekę przecinają trzy mosty. Ulice tętnią życiem; główne centrum handlowe ciągnie się wzdłuż ulic Marszałkowskiej i Krakowskiego Przedmieścia. Całe dzielnice miasta są zamieszkałe przez ludność żydowską, której brak dbałości o osobistą higienę stał się już wręcz przysłowiowy. Warszawa jest silnym ośrodkiem przemysłu (przemysł maszynowy, wyroby z drewna, skóry i wyroby tytoniowe) i prowadzi ożywiony handel” .[78]

Gdyby piekielna machina rosyjskiego rządu kiedykolwiek działała zgodnie ze swoim przeznaczeniem, przyszłość Polaków, a także wszystkich innych mniejszości, przedstawiałaby się niewątpliwie zupełnie beznadziejnie. Jednak na szczęście dla nich miała ona kilka istotnych wad konstrukcyjnych. Przepaść, jaka oddzielała wolę autokraty od sposobów wcielania tej woli w życie, była równie rozległa jak samo cesarstwo. Życie stawało się do zniesienia dzięki połączeniu nieskuteczności w działaniu ze zmiennością kaprysu i resztkami chrześcijańskiego sposobu myślenia. Zwłaszcza na niższych szczeblach biurokracja była rozkosznie skorumpowana. Można było liczyć na pobłażliwość inspektorów w egzekwowaniu obowiązujących przepisów, jeśli tylko w polu widzenia nie pojawiał się naczelny inspektor. Na obowiązek służby w polskich guberniach, pośród wrogo nastawionej ludności, patrzono z obrzydzeniem. Ludzie ambitni szybko wracali do stolicy. Maruderzy i opieszalcy prędko uczyli się łatwego życia. Chociaż w sensie geograficznym Warszawa nie jest zbyt odległa od Petersburga, z administracyjnego punktu widzenia niewątpliwie zaliczała się do tzw. głuchej prowincji — w sposób niewytłumaczalny „głuchej” na głos cara. W całkowicie scentralizowanym cesarstwie jedno jedyne niesprawne ogniwo w łańcuchu rozkazów mogło wystarczyć do sparaliżowania całego działania. Urzędnicy, których jedynym zajęciem było interpretowanie zarządzeń, często interpretowali je w sposób dość ekscentryczny —jako wyraz swojej własnej osobowości — lub też zupełnie je ignorowali. Decyzje będące skutkiem czyjegoś kaprysu można było spotkać w każdej możliwej dziedzinie. Skrajna pobłażliwość była czymś równie częstym, co skrajna brutalność. Wśród warstw piastujących odpowiedzialne stanowiska wciąż pozostawały żywe wartości chrześcijańskie. Poczynając od cara, w dół aż po najskromniejszego urzędnika, polityczny obowiązek rygorystycznego przestrzegania przepisów pozostawał w ostrym konflikcie z chrześcijańskim obowiązkiem okazywania łaski i przebaczenia. Sędziowie, którzy ferowali mające stanowić przykład dla innych wyroki w sprawach wytaczanych przywódcom buntów i spisków, często łagodzili lub anulowali kary wymierzane wspólnikom oskarżonych. Żołnierze, którym kazano traktować rebeliantów i zdrajców z krwawą bezwzględnością, bywali jednocześnie nagradzani za czyny wielkoduszne i pełne poświęcenia.

Z przyczyn nie znanych zwykłemu obywatelowi jeden urzędnik mówił „tak” tam, gdzie inny mówił „nie”. Tak wyglądał wieczny rosyjski paradoks. Autokracja znajdowała usprawiedliwienie i rację trwania w zwalczaniu tych samych przywar, do których zachęcała i które paraliżowały jej działanie. Było to koło zbyt błędne, aby można je było łatwo przerwać. A jednak carat nie był ani tak monstrualny, ani tak konsekwentny, jak to mogłaby sugerować reputacja, którą zaczął się cieszyć w późniejszym okresie. Chociaż bywał zdolny do bezsensownego okrucieństwa, w praktyce okazywał się bardziej ludzki i bardziej łagodny od wielu rządów, którymi może się pochwalić wiek dwudziesty.

Z drugiej strony jednak, nie można nie doceniać negatywnej potęgi cesarstwa rosyjskiego. Mimo że car nie potrafił rządzić swoimi polskimi prowincjami tak harmonijnie, jak by sobie tego mógł życzyć, to z całą łatwością powstrzymywał wszystkich innych od wszelkich prób ingerencji. Siła odmowy była nieograniczona i bardzo skuteczna w działaniu. Armii, policji, granic, cenzorów, fortyfikacji i więzień nie utrzymywano jedynie na pokaz. Na froncie wewnętrznym wszystkie spiski i powstania na przestrzeni półtora wieku tłumiono bez większych trudności. Natomiast na froncie międzynarodowym można było czerpać ogromne korzyści z tradycyjnej roli cara jako bojownika praworządności. Żaden z europejskich monarchów nie wplątałby się nierozważnie w konflikt z potężnym imperium, którego brutalna siła stanowiła gwarancję międzynarodowego prawa i porządku. Dopóki mocarstwa rozbiorowe trzymały wspólny front, Sprawa Polska nie mogła zostać poruszona. Protesty dyplomatyczne można było uprzejmie odsuwać na bok. Sami z siebie, Polacy nie mieli żadnych możliwości przeprowadzenia znaczących zmian. W Rosji natomiast nie zmieniało się nic, dopóki nie pojawił się bodziec w postaci zagrożenia z zewnątrz. Reformy Aleksandra II sprowokowała kampania krymska Brytyjczyków i Francuzów. Rewolucję 1905 roku i ustanowioną w jej następstwie Dumę umożliwiły zwycięstwa Japończyków w Mandżurii. To Niemcy ostatecznie wypędzili carską władzę z polskich prowincji w latach 1915—16, a w roku następnym pchnęli poddanych cara ku rewolucji.

Żadna miara postępu społecznego czy gospodarczego nie była w stanie zmienić sytuacji politycznej. W miarę upływu XIX wieku udział rosyjskiej Polski w bogactwach i rozwoju cesarstwa szybko wzrastał. Uprzemysłowienie i urbanizacja zaczęły się tu o wiele wcześniej niż w centralnej Rosji. W roku 1914 Warszawa liczyła już 900 000 mieszkańców, Łódź — 230 000, Wilno — 193 000, Sosnowiec — 100 000. Po roku 1830, gdy usunięto wewnętrzne bariery celne, polscy producenci uzyskali dostęp do rozległego rosyjskiego rynku. Od roku 1864, czyli od momentu ostatecznego zniesienia pańszczyzny, masy ludności wiejskiej mogły się swob


убрать рекламу




убрать рекламу



odnie przenosić do miast. Pojawiła się miejska klasa pracująca, a wraz z nią zaczątki burżuazji z silnymi powiązaniami niemieckimi i żydowskimi. Obie te klasy liczyły teraz jedną trzecią ogółu ludności. Nowe grupy społeczne zaczęły tworzyć nowe partie polityczne — zarówno legalne, jak i nielegalne. Wydarzeń tych jednak nie można żadną miarą uznać za „kroki na drodze do niepodległości”. Mikołaj II nie był ani trochę bardziej skłonny pozwolić Polakom na secesję niż Mikołaj I.

Polacy zaś w Rosji roku 1914 nie dysponowali żadnymi skuteczniejszymi środkami do przeprowadzenia własnych roszczeń niż w roku 1814. To nie postęp, ale wojna światowa przełamała władzę Rosji nad Polską.

Pomimo swych oczywistych wad carat nie prowadził polityki nadmiernej dyskryminacji w stosunku do polskich obywateli. W oczach polskich był oczywiście w najwyższym stopniu „antypolski” — dokładnie tak samo, jak był „antysemicki” w oczach Żydów czy „antyukraiński” w oczach Ukraińców. Znaczy to jednak tylko tyle, że na wszystkie przejawy niezależnej woli reagował tym samym bezwzględnym sprzeciwem. Do moskiewskiej tradycji należało oczywiście i to, aby najgorzej traktować samych Rosjan. Mówiąc słowami Mickiewicza, „klątwa ludom, co swoje mordują proroki”[79]. Carat dokładał wszelkich wysiłków, aby swój własny naród ciemiężyć najdotkliwiej. Żaden Polak, Żyd czy Ukrainiec nie mógł twierdzić, że traktowano go z większą surowością niż rewolucjonistów, sekciarzy czy spiskowców wywodzących się z ogółu populacji rosyjskiej. Jest prawdą, że Polacy nie dostawali żadnej odpowiedzi na wysuwane przez siebie żądania niepodległościowe. Ale jest także prawdą, że mieli swój udział tak w dostatkach, jak i w cierpieniach będących do podziału w danym momencie. Inne były ich oczekiwania, a inne obiektywne trudności. Niestety, carat nie dbał o spełnienie oczekiwań.

Oczywiście, w końcu nadszedł moment, w którym próby wcielenia dawnych prowincji polskich do Rosji poniosły chlubną porażkę. Integracja polityczna nie prowadziła do asymilacji społecznej. Przeciwnie —jej skutkiem była rosnąca polaryzacja społeczeństwa. W odróżnieniu od sytuacji, jaka panowała przed 1871 r. w Austrii czy Prusach, gdzie dobry obywatel mógł pogodzić własny polski patriotyzm z lojalnością wobec Habsburgów czy Hohenzollernów, w Rosji ludzi zmuszano do dokonania wyboru między sprzecznymi lojalnościami. Każdy, kto w dalszym ciągu mówił po polsku, wyznawał religię katolicką i utrzymywał więzi z polskimi przyjaciółmi, automatycznie stawał się podejrzany w oczach władz politycznych. Aby im dowieść, że zasługuje na ich zaufanie, i aby zakwalifikować się jako kandydat do objęcia odpowiedzialnego stanowiska, Polak musiał porzucić ojczysty język, nawet w domu rodzinnym, odrzucić katolicyzm czy judaizm, przyjmując prawosławie, oraz wyrzec się krewnych i przyjaciół. W takiej atmosferze Rosjanie i Polacy byli nieuchronnie zmuszani do życia we wzajemnym odseparowaniu. Kontakty społeczne między obiema narodowościami stopniowo się kurczyły. W Warszawie czy w Wilnie, a nawet w mniejszych ośrodkach,

Polacy trzymali się własnego środowiska. Tworzyli własne zamknięte kręgi, prowadzili ze sobą własne interesy, zakładali własne tajne stowarzyszenia. Ich dzieci zawierały małżeńskie związki między sobą i z niechęcią patrzono na wszystkich, którzy odważali się łamać niepisane prawa narodowej solidarności. Okoliczności skazały ich na miłość do własnej ojczyzny i nienawiść do władców. Całym sercem i całą duszą udawali, że Rosja nie istnieje.

Trudno jest wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie doświadczył życia w podobnych warunkach, czym właściwie była Rosja dla owych zniechęconych pokoleń Polaków. Współcześni pisarze często dawali wyraz temu trudnemu położeniu za pośrednictwem metafor i wyrazistych obrazów czynnego ucisku, które nie zawsze mogą być pojmowane dosłownie. Otrzymawszy nauczkę w postaci kolejnych powstań, centralny rząd w Petersburgu w coraz większym stopniu starał się nie tyle na modę pruską zmusić Polaków do uległości, ile raczej wyczerpać i znużyć, pozbawiając ich wszelkich zasobów duchowych i kulturalnych, które sprawiają, że ludzkie życie staje się możliwe do zniesienia. W granicach autokratycznego cesarstwa liczącego 150 milionów ludzi, które w coraz większym stopniu musiało się zajmować tłumieniem niepokojów w samym sercu rosyjskiej ziemi, 15 milionów Polaków nie mogło liczyć na to, że uda się im znaleźć posłuch dla własnych odśrodkowych interesów. Ich opór miał zostać stłumiony nie za pomocą kuł i batogów z wołowej skóry, ale na drodze duchowych ograniczeń, urzędowego ostracyzmu i „wewnętrznego wygnania”. Była to w znacznej mierze wojna psychologiczna, a nie fizyczna. Najdłuższe konfrontacje miały miejsce nie wśród tumultu barykad, ale w ciszy prywatnych ludzkich sumień. Tak wyglądała owa wysoce zwodnicza sytuacja, która kazała Piłsudskiemu nazwać Rosję „azjatycką bestią ukrytą pod europejską maską”. Nieco później jeden z następców Piłsudskiego, marszałek Śmigły—Rydz, obawiając się konieczności wyboru między poddaniem się Rosji lub Niemcom, jasno sformułował swoją opinię. Była to opinia oparta na znajomości rosyjskiego świata, w którym większość Polaków dorastała, z jaką wielu z nich skłonnych byłoby się zgodzić. „Niemcy zniszczą nasze ciało”, powiedział, „Rosjanie zniszczą naszą duszę”[80].

Nastrojem przeważającym w rosyjskiej Polsce był więc nastrój samotności, pustki i frustracji. Dla rządu w Petersburgu problemy „Priwislinja ”, z jego wiecznymi krzywdami i nieuleczalną niebłagonadiożnostją , nie miały większego znaczenia. Dla Polaków Rosja była pustynią, gdzie wołanie o to, co było im drogie, nigdy nie zasłużyło sobie na uwagę. Podróżując w 1825 r. przez tereny południowej Rosji, Adam Mickiewicz odnalazł obraz, który stał się dokładnym wyrazem tych uczuć:


Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,  
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi;  
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,  
Omijam koralowe ostrowy burzanu.  
Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;  
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;  
Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi?  
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.  
Stójmy! —jak cicho! — słyszę ciągnące żurawie,  
Których by nie dościgły źrenice sokoła;  
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,  
Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.  
W takiej ciszy! — tak ucho natężam ciekawie,  
Że słyszałbym głos z Litwy. — Jedźmy, nikt nie woła [81].

Rosja rzadko pozwalała Polakom usłyszeć choćby echo tego, co chcieliby usłyszeć. Dla nich była pod wieloma względami pustynią.

Wśród ogółu Rosjan sprawa Polski wciąż budziła niewiele współczucia. W okresie wielkiego wieku literatury rosyjskiej, który poprzedził rewolucję, często odwoływano się do polskich wątków, ale niewiele z tych komentarzy miało pochlebny charakter. Patologiczna nienawiść Dostojewskiego do Polaków niewątpliwie była w swej zjadliwości czymś wyjątkowym. A jednak znalazła niejedno odbicie w opiniach wyrażanych przez jego literackich współbraci. W Annie Kareninie Tołstoj użył swego protagonisty Karenina, aby za jego pośrednictwem wyrazić stanowisko przeważające wśród wykształconej części społeczeństwa rosyjskiego ówczesnej epoki. „Polacy”, powiedział Karenin, zupełnie tak jakby informował swoich słuchaczy o jakimś mało znanym fakcie, „nie są Rosjanami, ale teraz, kiedy zostali członkami naszego narodu, dla swojego własnego dobra powinni się zrusyfikować”. Trzeba było naprawdę wybitnego umysłu, aby się przebić przez grubą pokrywę tak potężnej ignorancji i samozadowolenia i pod spokojną powierzchnią polskich prowincji w Rosji dostrzec pokłady frustracji, pogardy i nienawiści. Aleksander Blok, ten najbardziej rosyjski ze wszystkich rosyjskich poetów, autor Scytów i Dwunastu, był jednym z nielicznych, którzy poznali Polskę i którym udało się zrozumieć Polaków. Ojciec poety, Aleksander Lwowicz Błok, był profesorem prawa publicznego na rosyjskim uniwersytecie w Warszawie i kiedy zmarł w listopadzie 1909 roku, syn sumiennie wyruszył w podróż z Moskwy, aby wziąć udział w pogrzebie. Ta zimowa podróż na „podwórko Rosji”, do tego „zapomnianego przez Boga i rozdartego ranami kraju”, „przytłoczonego ciężarem obrazy i wprzęgniętego w jarzmo zuchwałej przemocy”, wycisnęła na nim trwałe piętno i stała się bezpośrednią inspiracją wiersza Wozmiezdije  (Odwet):


Szyny, żandarmi, na przystankach  
Latarnie, szwargot, pejsy długie —  
I oto w chorym mżeniu ranka  
Polska — podwórko Rosji drugie…  
Tu zemsta każdy kąt przenika —  
Chimera rozjuszona bólem.  
I zemstą posąg Kopernika  
Tchnie, zapatrzony w pustą kulę…  
„Zemsta!” — w żelazie zimnym dzwoni,  
Dygocze echem nad Warszawą  (…)[82]

W niecałe sześć lat po podróży Błoka do Warszawy miasto zostało zdobyte przez wojska niemieckie. Zabór rosyjski został unicestwiony nie przez zemstę Polaków, lecz za sprawą wojny światowej.




III. PREUSSEN.

Zabór pruski (1772—1918)

 Сделать закладку на этом месте книги

Podobnie jak termin „rosyjska Polska”, nazwa „pruska Polska” nie miała ustalonego znaczenia. W oficjalnym języku na ogół obejmowano nią jeden tylko obszar: Wielkie Księstwo Poznańskie, które w latach 1815—48 cieszyło się pewną autonomią. Pod tym względem — i w odniesieniu do tego samego okresu — był to więc ścisły odpowiednik ograniczonego znaczenia nazwy „rosyjska Polska”, używanej na określenie Królestwa Kongresowego. W bardziej powszechnym użyciu terminem tym określano wszystkie ziemie, które Królestwo Pruskie odziedziczyło po dawnej Rzeczypospolitej Królestwa Polskiego i Litwy, a więc nie tylko zie— mię poznańską (Wielkopolskę i Kujawy), ale także Prusy Zachodnie (Królewskie), a w okresie dwunastu lat od r. 1795 do r. 1807 — Prusy Południowe (Mazowsze), Nowy Śląsk (ziemię częstochowską) i Prusy Nowowschodnie (ziemie suwalską i białostocką). Były to w nomenklaturze pruskiej tzw. „nasze polskie prowincje”[83].

W oczach Polaków jednak nazwa „pruska Polska” obejmowała w okresie późniejszym całość terenów Królestwa Pruskiego zamieszkanych w większości przez ludność polską lub w jakiś sposób w przeszłości z Polską związanych. W ten sposób zaczęto nią określać zarówno Śląsk, jak i Pomorze czy nawet Prusy Wschodnie. (Patrz Mapa 2).



Mapa 2. Zabór pruski (1773—1918)

Przez większą część XIX wieku element słowiański, zamieszkujący te prowincje, nie uważał się za Polaków i był powszechnie określany mianem „polskojęzycznych Prusaków”. Na początku wieku Ślązacy, Kaszubi i protestanccy Mazurzy mieli słabsze poczucie polskości niż mówiący po niemiecku mieszkańcy Gdańska.

Na przestrzeni całego okresu nowożytnego Królestwo Pruskie podlegało nieustającym przeobrażeniom. Doświadczyło kilku zasadniczych zmian, dotyczących zarówno podstawy terytorialnej, jak i ustroju konstytucyjnego. Oświecony despotyzm Prus pod rządami Fryderyka Wielkiego nie przeżył śmierci swego twórcy w 1786 r. Za czasów Fryderyka Wilhelma II (1786—97) oraz w pierwszej połowie okresu panowania Fryderyka Wilhelma III (1797—1840) epoka rewolucyjna stała się świadkiem upadku monarchii oraz szeregu klęsk politycznych i strat terytorialnych. Prusy straciły prowincje nad Renem, po czym ponownie je odzyskały; utraciły część prowincji polskich i zdołały je częściowo odzyskać; kraj poddano również całej serii eksperymentów konstytucyjnych i administracyjnych. Ale na mocy postanowień kongresu wiedeńskiego w 1815 roku państwo pruskie ponownie się ukonstytuowało, stając się poważnym zagrożeniem dla tradycyjnej supremacji Austrii w germańskim świecie. Prusy odgrywały pierwszoplanową rolę zarówno w Związku Niemieckim, jak i w Niemieckim Związku Celnym. Za panowania Fryderyka Wilhelma IV (1840—61) przeszły od okresu konserwatywnej reakcji do okresu reform i rewolucji, przyjmując narzuconą im konstytucję z roku 1850. Za Wilhelma I (1861—88), a także pod rządami Bismarcka, stały się organizatorem i głównym bastionem Cesarstwa Niemieckiego. Po roku 1871 zachowały odrębną strukturę państwową, ale mimo to wielu historyków byłoby skłonnych twierdzić, że odrębność ich interesów oraz ich tożsamość zostały skutecznie wchłonięte przez interesy i tożsamość całej Rzeszy. Nie ulega wątpliwości, że imperializm i szowinizm Wilhelma II (1888—1918) jaskrawo odbijały od dawnych, trzeźwiejszych tradycji państwa pruskiego.

W obrębie zmieniających się ram Królestwa Pruskiego element polski nie znajdował żadnych możliwości stałej egzystencji. W r. 1800, kiedy Warszawa leżała w Prusach, Polacy stanowili ponad 40% ogółu ludności. Przez krótki czas wizja państwa germańsko-słowiańskiego wydawała się bardzo realna. Jednak po roku 1815 procent ludności polskiej gwałtownie się zmniejszył. Mimo stałego wzrostu bezwzględnej liczby Polaków ich względna liczebność w stosunku do ludności niemieckiej stale malała. W roku 1905 3 miliony Polaków stanowiły już tylko nieliczną mniejszość liczącego 56 milionów cesarstwa niemieckiego[84].

Arena politycznej działalności Polaków kurczyła się proporcjonalnie do tej liczby. Przed rokiem 1848 Sejm oraz prowincjonalne instytucje Wielkiego Księstwa Poznańskiego tworzyły coś w rodzaju naturalnego miejsca spotkań polskich polityków. Przez pewien czas wyglądało na to, że Wielkie Księstwo może odegrać rolę koordynatora dla Polaków ze wszystkich trzech zaborów. Potem wraz ze zduszeniem Wielkiego Księstwa uwaga zwróciła się ku „Polskiemu Kołu” w pruskim Landtagu w Berlinie, a następnie, po roku 1872, ku cesarskiemu Reichstagowi.

Według terminologii niemieckiej, nowożytne Prusy miały charakter Obrigkeitsstaat , czyli „państwa autorytarystycznego”. Chociaż nie udało im się ani rozwinąć mistycznej ideologii autokracji, ani zbudować sprawnej machiny absolutyzmu, funkcjonowały, opierając się na zasadzie, że wola władcy i jego rządu góruje nad wszystkim innym. Typowe dla ich ustroju były nie tyle rygorystyczne idee czy instytucje, ile ów nieprecyzyjnie definiowany, lecz groźny „pruski duch”. Mówiąc słowami jednego z ich najmniej krytycznie nastawionych wielbicieli, „pruskość była stylem życia, instynktem, przymusem (…), w którym naród pragnie i działa jako ponadjednostkowa całość (…) nie jest to instynkt stadny, ale coś niezwykle potężnego i wolnego, czego nikt, kto doń nie należy, nie jest w stanie zrozumieć”[85]. Była to tradycja stworzona przez trwającą nieustannie przez trzy stulecia walkę o skonsolidowanie w jedno królestwo rozproszonych posiadłości Hohenzollernów i przez stałe zagrożenie i niepewność, jakie się z tą walką wiązały.

Z powodów praktycznych swobody obywatelskie zostały zredukowane do minimum, a gdy już się pojawiły demokratyczne instytucje, nie dopuszczono do tego, aby stały się w pełni odpowiedzialne przed narodem. Podobnie jak w Rosji, władca w Prusach miał zwyczaj rządzić, a ludzie mieli zwyczaj słuchać.

Pruski autorytaryzm był więc pod kilkoma istotnymi względami bardzo podobny do rosyjskiej autokracji. Armia, na przykład, była przedmiotem licznych przywilejów, a od czasów Fryderyka Wilhelma I i jego lange Kerls,  czyli „długich grenadierów”, pełniła rolę podstawowego narzędzia sukcesów państwa pruskiego. Jej stan liczebny był ogromny, a sprawność bojowa — od Fehrbellina po Sedan — wręcz legendarna. Nie da się zaprzeczyć, że militaryzm pruski był czymś dość szczególnym. Podczas gdy armia rosyjska stosowała metody brutalnego przymusu, tak wobec ludności cywilnej, jak i przeciw własnym żołnierzom, Prusacy pielęgnowali w sobie szczery entuzjazm dla ludzi noszących mundury. Pod wpływem napoleońskiej Francji Schamhorst i Gneisenau zarzucili metody przymusowego wcielania do wojska oraz brutalną dyscyplinę wcześniejszych okresów.

W XIX wieku żołnierz pruski był nie tylko najlepiej wyćwiczonym żołnierzem w Europie; był on także żołnierzem najlepiej dowodzonym, najlepiej karmionym i najlepiej uzbrojonym, a maszerował w takt najlepszej muzyki wojskowej na świecie.

Biurokracja również przypominała swój autokratyczny odpowiednik. Pruski inspektor, ze swoim pince-nez i gumową pieczątką, był w tej samej mierze postacią śmieszną, co budzącą strach. Ale, niestety, cieszył się nie tylko reputacją człowieka małostkowego, ale także i nieprzekupnego.

Policja pruska stanowiła odzwierciedlenie sumienności i dokładności całego systemu biurokracji. Minister spraw wewnętrznych łączył obowiązki policyjne z funkcjami politycznymi i do roku 1822 nosił tytuł „kanclerza państwa”, czyli premiera. Dalekosiężnej władzy cenzury oraz metody aresztu w trybie przyspieszonym używano w walce z przeciwnikami politycznymi wszelkiego autoramentu — od skromnych dziennikarzy w rodzaju Karola Marksa, po wysokich duchownych w rodzaju arcybiskupa Kolonii czy Wrocławia. Rewolucyjne skłonności Marksa niewątpliwie podsycała świadomość, że jego teść, Ferdynand Henning von Westphalen, sprawował urząd ministra spraw wewnętrznych w Berlinie połowy XIX wieku.

Armia i administracja pruska opierały się na ukształtowanej przez tradycję kaście arystokratów służby państwowej. Junkrzy umożliwili Hohenzollernom narzucenie władzy zróżnicowanym pod wieloma względami miastom i regionom królestwa i nadal stanowili trzon „militarno-administracyjnej cytadeli”. Od dawnej armii von Moltkego po nową Reichswehrę von Seeckta w latach dwudziestych XX wieku pełnili rolę strażników konserwatywnych wartości i skutecznie odpierali wyzwania rzucane przez liberalizm i socjalizm. W osobie Ottona Edwarda Leopolda von Bismarck—Schönhausena, od r. 1862 premiera Prus i kanclerza Rzeszy w latach 1871—90, znaleźli najgenialniejszego wyraziciela swych tradycji. Pod koniec XIX wieku ich malejące wpływy na terenie całych Niemiec wsparło .pojawienie się grupy arystokratów przemysłowych — „baronów fabrycznych”, takich jak rodziny Donnersmarck, Hohenlohe, Lichnowski czy Schaffgotsch, których ogromne bogactwa pochodziły z dochodów czerpanych z przedsiębiorstw przemysłowych. Dopóki źródła potęgi obu tych grup były skupione w prowincjach wschodnich — na Pomorzu, w Prusach Wschodnich czy na Śląsku, dopóty wpływy lojalistycznej arystokracji stanowiły potężny hamulec dla aspiracji Polaków.

Pod wieloma względami życie w Prusach różniło się jednak od życia w sąsiednich cesarstwach. Po pierwsze, państwo pruskie stanowiło Reichstaat  — wspólnotę polityczną, działającą w ramach prawa. Chociaż instytucje polityczne nigdy nie były niczym poza „fasadową demokracją”, system władzy zwierzchniej działał na zasadzie uregulowanych procedur i na podstawie obowiązujących środków prawnych. Miał do swojej dyspozycji solidną, dobrze naoliwioną i skuteczną w działaniu biurokratyczną machinę, której konstrukcja i sposób działania były powszechnie znane i ogólnie podziwiane. Ale była to machina, której można było używać z jednakową skutecznością zarówno do celów zdrowej administracji, jak i dla zdławienia mniejszości lub elementów stawiających opór. Tak więc, podczas gdy w Rosji Polacy rozpoznawali ucisk w irracjonalnych i samowolnych kaprysach władz carskich, w Prusach napotykali nań w postaci dającej się w pełni przewidzieć pedantem drobnych urzędników wspieranych literą i majestatem prawa.

Zasad tolerancji religijnej na ogół przestrzegano. Chociaż nie jest niczym niewłaściwym mówić o protestantyzmie jako o religii panującej, zwłaszcza po utworzeniu w r. 1817 Kościoła Narodowego, konformizm religijny nie stanowił zasadniczego kryterium awansu społecznego czy politycznego. Od czasu napływu francuskich hugonotów w XVII w. kalwinizm prosperował tak samo dobrze jak luteranizm. Żydzi utracili wprawdzie autonomię komun, jaką cieszyli się za czasów Rzeczypospolitej Polskiej, ale wielu z nich zdobyło sobie wybitną pozycję, wysoki też był stopień dobrowolnej asymilacji. Do lat siedemdziesiątych XIX w. przeszkody rzucane pod nogi wyznawców religii rzymskokatolickiej były, co najwyżej, przeszkodami natury nieformalnej. Słynny Kulturkampf  Bismarcka został wypowiedziany w 1873 r. w odpowiedzi na przyłączenie się do cesarstwa katolików z Nadrenii i Bawarii i nie znajdował żadnych precedensów w dawniejszych dziejach Prus.

W Prusach istniała stara tradycja sprawowania władzy nad społeczeństwem z pozycji ojca opiekującego się swymi dziećmi. Obowiązek poprawy warunków życia i troski o losy uboższych i bezbronnych elementów społeczeństwa był zasadą głęboko zakorzenioną w pruskiej etyce. Zasada ta sięga wstecz do tradycji protestanckiego pietyzmu z XVII i XVIII w., kiedy to zbudowano wyprzedzający swoją epokę system szkół, sierocińców, przytułków i szpitali i kiedy ludzie w rodzaju Augusta Hermana Francke i kręgu jego przyjaciół z uniwersytetu w Halle nauczali cnót wprowadzanego w czyn chrześcijaństwa. Sprawiła ona, że proces wyzwalania chłopów pańszczyźnianych, podjęty wiatach 1807—23, został w Prusach całkowicie zakończony na długo przedtem, zanim w Rosji w ogóle się rozpoczął.

Wpływ takiego stanowiska jest widoczny w postawach przedstawicieli obu krańców politycznej skali — w dziełach Ferdynanda Lassalle (1825—64), Żyda z Wrocławia, założyciela socjalizmu państwowego, a także Bismarcka, którego projekt systemu ubezpieczeń społecznych, pochodzący z 1878 r. i pomyślany jako sposób ochrony robotników przed skutkami choroby i nieszczęśliwych wypadków, daleko wyprzedzał epokę. Taka „ojcowska” postawa władz stępiła ostrze protestów wymierzonych przeciwko krzywdom społecznym, dzięki czemu żądania narodowego wyzwolenia ograniczały się do sfery politycznej.

Życie kulturalne było bardzo rozwinięte. W epoce rewolucyjnej Berlin, ową „Spartę Północy”, ożywiał bezprecedensowy wybuch wspaniałych osiągnięć w dziedzinie literatury i filozofii. Skromny dorobek epoki oświecenia z czasów Fryderyka Wielkiego został całkowicie przyćmiony przez dzieła Kanta, Hamanna, Schlegla, Fichtego, Hegla i Schopenhauera (który, nawiasem mówiąc, urodził się w 1788 r. jako obywatel polski w Gdańsku). Herder, Niebuhr i Ranke założyli szkołę filozofii, którą podziwiano i naśladowano w całej Europie. Humboldt, Chamisso i Bunsen w dziedzinie nauk przyrodniczych, zaś Savigny i Eichhom w dziedzinie prawoznawstwa — zaliczają się w szeregi pionierów reprezentowanych przez siebie dyscyplin. Kleist, Lessing i Novalis wyprowadzili literaturę niemiecką z zastoju. Początkowo Królewiec, a następnie Berlin stały się ośrodkami importu myśli z kontynentu Europy. Z wnętrza kraju i spoza jego granic przyciągały one ludzi utalentowanych i ambitnych; niemało z nich trafiło w szeregi pruskiej służby państwowej. W intelektualnych salonach Henrietty Herz czy Racheli Levin filozofowie i poeci mieszali się z politykami i arystokracją. Duch naukowej dociekliwości do głębi przeniknął społeczność ludzi wykształconych i — pojawiając się na samym początku epoki reform — wywierał przemożny wpływ na wszystkie dziedziny życia. Mimo że państwo działało, opierając się na zasadzie władzy autorytatywnej, wszystkie zmiany polityczne w Prusach poddawano wnikliwym debatom i szczegółowo omawiano na wyższych szczeblach. Co więcej, wybitny poziom życia umysłowego w Prusach utrzymywał się. Dzięki takim ludziom, jak Treitschke, Mommsen czy Max Pianek, Berlin mógł się w roku 1900 pochwalić takim samym statusem, jaki reprezentował sto lat wcześniej. Wobec braku jakiegokolwiek porównywalnego rozwoju umysłowego na ziemiach polskich Polacy byli nieuchronnie wciągani w kręgi kultury niemieckiej.

Rewolucja przemysłowa dotarła do Prus stosunkowo wcześnie. Pierwszą hutę wybudowano w okręgu Ruhry w latach osiemdziesiątych XVIII w., na Śląsku — w r. 1794. W r. 1847 otwarto pierwszą linię kolejową. Od samego początku przemysł i urbanizacja skupiały się w rękach niemieckich — nawet w prowincjach polskich. Ugrupowania i stronnictwa polityczne powstające w wyniku przemian gospodarczych i społecznych także znajdowały się w rękach niemieckich. Zarówno socjalizm w ogóle, jak i ruch związkowy w szczególności miały charakter ogólnoniemiecki, a więc były z gruntu przeciwne jakimkolwiek próbom wtrącania się w sprawy państwa pruskiego. Zatem zupełnie niezależnie od oficjalnej polityki wielu Polaków w Prusach wierzyło, że modernizacja idzie ramię w ramię z germanizacją. Tendencja ta utrzymywała się aż do końca wieku, kiedy do miast Śląska, Wielkopolski i Kujaw zaczęła napływać nowa fala nie zasymilowanego polskiego proletariatu i kiedy, w ramach tzw. Ostflucht, czyli „ucieczki ze Wschodu”, znaczna liczba Niemców zaczęła się przenosić do prowincji centralnych i zachodnich. W owej epoce nauki i przemysłu Prusy mogły się poszczycić jednym z najnowocześniejszych społeczeństw w Europie, a ich polscy obywatele mieli pełną swobodę korzystania z wynikających z tego faktu dobrodziejstw. Komfort życia był podporą dla panującego systemu władzy. Ogólne granice szybkich przemian społecznych i gospodarczych wyznaczała ustalona tradycja reform. Doniosłe w skutkach dzieła Steina, Hardenberga i Humboldta dały początek programom, które miały być rozwijane i rozszerzane przez całe stulecie. Na przestrzeni jednego tylko dziesiątka lat, między rokiem 1808 a 1818, można dostrzec początki emancypacji społecznej, reform municypalnych oraz reorganizacji aparatu administracyjnego: zaczątki nowoczesnej armii i nowoczesnego systemu oświaty, opartego na koordynacji sektorów nauczania podstawowego, średniego i uniwersyteckiego. Z reformą konstytucyjną zwlekano do roku 1847. Ta jedna jedyna zwłoka stała się w latach 1848—50 powodem jedynego poważnego kryzysu w nowożytnych dziejach Prus. W odróżnieniu od ustrojów absolutystycznych, które z braku przeprowadzonych w porę reform zazwyczaj szły chwiejnie niepewną drogą wiodącą od jednej katastrofy do drugiej, równy strumień pruskich rządów rzadko ulegał zakłóceniu. Konserwatyzm pruski bardzo przypominał pod tym względem oświeconą politykę torysów w Wielkiej Brytanii, którzy wytrącając broń z ręki swych radykalnych przeciwników, regularnie i skutecznie bronili ustalonego porządku. Z jedynym wyjątkiem wydarzeń roku 1848 w Prusach nie było żadnego kryzysu o szerszym zakresie, który polski ruch narodowy mógłby wykorzystać dla wysunięcia własnych separatystycznych żądań. W takim kontekście zakres czynnej polityki polskiej był z konieczności bardzo ograniczony. Nic też dziwnego, że na przestrzeni XIX wieku odrębne struktury życia Polaków w granicach Prus zaczęły się gwałtownie kurczyć. Wyraźnego odrodzenia polskiej świadomości narodowej, jakie nastąpiło z początkiem XX w., nie da się łatwo wyjaśnić na podstawie wydarzeń z wcześniejszych lat.

Prawa Polaków do autonomii w obrębie Królestwa Pruskiego zostały troskliwie obwarowane traktatem wiedeńskim. Nie stosowano ich nigdy do Polaków mieszkających na Pomorzu, w Prusach Zachodnich czy na Śląsku, a na terenie Wielkiego Księstwa Poznańskiego postanowień kongresu przestrzegano zaledwie przez 30 lat. Ukonstytuowane w r. 1815 Wielkie Księstwo miało obszar ok. 29 000 km2 i liczyło 776 000 mieszkańców. Na każdych dziesięciu z nich ośmiu używało języka polskiego jako języka ojczystego. Przysięga wierności składana przez szlachtę mówiła o „królu tej części Polski, która znajduje się pod pruskim zarządem”. Namiestnik Księstwa, czyli Staathalter , książę Antoni Radziwiłł, był Polakiem, a język polski był oficjalnym językiem w szkołach, sądach i rządzie.

Członków lokalnego Landsratu, czyli Sejmu, wybierała szlachta, a posłowie mieli prawo wnosić petycje do króla. Po r. 1831 jednak zaczęto wprowadzać coraz surowsze ograniczenia. Urząd namiestnika zniesiono. Nowy Oberprdsident, czyli naczelny prezes Księstwa, Eduard Flottwell, wprowadzał w życie nowo ustalone restrykcje. Ogłoszono konfiskatę majątków szlachty, która udzielała pomocy uciekinierom i uczestnikom powstania listopadowego. Sejm elekcyjny zniesiono. Udzielano poparcia niemieckim szkołom i stowarzyszeniom. Po r. 1849 — w następstwie nieudanego buntu — w Wielkim Księstwie Poznańskim zniesiono ograniczoną w 1831 r. autonomię. Nigdy też nie brano poważnie pod uwagę wysuwanych w latach późniejszych żądań jej przywrócenia.

Rewolucyjny nacjonalizm polski przyciągał niewielu zwolenników i nie odnosił żadnych sukcesów. W latach czterdziestych XIX w. w Poznaniu powstało kilka tajnych organizacji — w tym Związek Plebejuszy. W lutym 1846 r. aresztowano 254 osoby należące do działającej na terenie Prus grupy przygotowującej ogólnopolskie powstanie, organizowane przez działające na emigracji Towarzystwo Demokratyczne. W następnym roku, w wyniku przeprowadzonego w Berlinie procesu, ośmiu głównych oskarżonych o zdradę — w tym Ludwika Mierosławskiego — skazano na śmierć; egzekucji jednak nie wykonano. Więźniowie zostali uwolnieni, pośród masowych demonstracji, w momencie wybuchu rewolucji w Berlinie, 20 marca 1848 r. Mierosławski natychmiast udał się do Poznania, aby stanąć na czele Komitetu Narodowego, który zawiązano, wykorzystując moment nieuwagi ze strony władz pruskich. Utworzono polską m


убрать рекламу




убрать рекламу



ilicję, którą uzbrojono w kosy. A jednak łatwo można przecenić rewolucyjny charakter tych wydarzeń. W kwestii politycznej Komitet nie domagał się niepodległości, ale skutecznej autonomii; milicji nie powołano do walki przeciwko Pmsom, lecz w obawie przed rosyjską interwencją. Na mocy paktu zawartego w Jarosławcu w dniu 11 kwietnia Komitet został rozwiązany, po zaakceptowaniu obietnic generała von Willisena, dotyczących wprowadzenia polskiej administracji. Grupę Mierosławskiego, złożoną z tych członków milicji, którzy odmówili złożenia broni, rozproszyło pruskie wojsko; Fryderyk Wilhelm IV pisał do swojej siostry, carycy: „Mam nadzieję, że liczni rebelianci przekroczą granicę Królestwa Polskiego, gdzie Paskiewicz będzie ich mógł powiesić”. Odpowiedź carycy brzmiała: „Powieś ich sam”. Obietnice von Willisena zignorowano. Wielkie Księstwo przekształciło się w Provinz-Posen , a z jego herbu usunięto białego orła. Był to jedyny i ostatni rewolucyjny wybuch w pruskiej Polsce przed grudniem 1918 r.[86]

Proces zintegrowania prowincji polskich z całością jednolitego systemu ustrojowego Prus stanowił element ogólnych przemian, zachodzących we wszystkich częściach Królestwa, od Renu po Niemen. Od r. 1850 nowa konstytucja zapewniała szerokie uprawnienia prawodawcze skleconemu na nowo pruskiemu Landtagowi, który składał się z dwóch izb: Herrenhaus  było „izbą lordów” i składało się z około 240 dziedzicznych i piastujących dożywotnio swój urząd członków, mianowanych przez monarchę; Abgeordnetenhaus  natomiast, czyli niższa „izba gmin”, składało się z 352—453 wybieralnych posłów. Król sprawował ścisłą kontrolę nad powoływaniem i rozwiązywaniem Landtagu, podobnie jak nad Staatsratem, czyli radą ministerialną, wojskiem, sądownictwem, administracją i lokalnymi organami władz. Prawo głosu przysługiwało wszystkim mężczyznom powyżej 25 roku życia, przy czym głosujący byli podzieleni na trzy klasy według kryterium majątkowego. Każda klasa powoływała własne kolegium elektorów, których zadaniem był z kolei wybór postów. Według tego systemu, każdy poseł klasy pierwszej był wybierany przeciętnie 480 głosami, poseł drugiej klasy — 1920 głosami, poseł trzeciej klasy wreszcie — 9600 głosami. Prawo wyborcze było więc niewątpliwie niekorzystne dla chłopów i robotników, co w przypadku wschodnich prowincji kraju oznaczało, że element polski od samego początku znajdował się na gorszych pozycjach: tylko szlachta polska była w stanie dojść do głosu w obu izbach. Poczynając od roku 1871, rząd pruski został zdominowany przez konfederacyjną machinę Cesarstwa Niemieckiego. Podczas gdy król pruski i jego ministrowie przyjęli kierunek narzucony przez centralne instytucje, w celu wyboru posłów do Reichstagu, czyli parlamentu Rzeszy, należało wprowadzić dodatkowe procedury wyborcze. W okresie od 1872 do 1888 r. przeprowadzono również reorganizację lokalnego rządu. Prusy miały być odtąd podzielone na 14 prowincji, z których pięć — Pomorze, Poznańskie, Śląsk, Prusy Zachodnie oraz Prusy Wschodnie — zamieszkanych było częściowo przez ludność polską. Każda z prowincji została podzielona na okręgi (Regierungsbezirke ), każdy okręg zaś — na powiaty miejskie i wiejskie (Stadtkreise  i Landkreise ). Mimo iż na wszystkich szczeblach — w Landtagu, w radach okręgów (Bezirksrat ) i w radach powiatów (Kreiserat ) — działały demokratyczne instytucje wyborcze, wszystkie urzędy władzy wykonawczej były zawsze obsadzone urzędnikami mianowanymi przez władze centralne, przed którymi byli oni również odpowiedzialni. Na tych terenach, które nie zostały oddane Polsce w latach 1918—21, owe odrębne pruskie instytucje funkcjonowały aż do pojawienia się faszystów w 1933 roku.

Zarówno nastroje, jak i możliwości Polaków mieszkających na terenie Prus w o wiele większym stopniu odpowiadały polityce ugody niż rewolucji. W Poznaniu gorącym zwolennikiem postawy ugodowej był dr Karol Marcinkowski (1800-46), miejscowy lekarz i filantrop, który w 1838 r. zainicjował budowę Bazaru Polskiego — kompleksu złożonego z klubu, sklepu z wyrobami rzemieślników polskich oraz księgami. W r. 1841 Marcinkowski założył Towarzystwo Pomocy Nauk, zajmujące się przydziałem stypendiów dla niezamożnych studentów.

Wśród duchowych spadkobierców Marcinkowskiego wymienić można Karola Libelta (1807—75), byłego rewolucjonistę i jednego z oskarżonych w procesie berlińskim, który nawrócił się pod wpływem nieudanej przygody z 1848 r., filozofa Augusta Cieszkowskiego (1814—94), który zainicjował powstanie nie cieszącej się długim życiem Ligi Polskiej, i przede wszystkim Hipolita Cegielskiego (1815—68), który rozpoczął skromnie karierę jako sprzedawca w Bazarze, a został czołowym przemysłowcem i właścicielem największej fabryki w mieście. Zarówno Libelt, jak i Cegielski mieli związki z lokalną prasą i obaj zostali wybrani do pruskiego Landtagu. Pod ich przywództwem ruch polski w Wielkopolsce nabrał swych charakterystycznych cech: bardzo zrównoważony i bardzo burżuazyjny, był pod wieloma względami żywym naśladownictwem niemieckich cnót. Polacy w Wielkopolsce świadomie starali się prześcignąć niemieckich sąsiadów, grając w ich własną grę. „Jesteś polska gospodyni ”, nawoływał napisany w r. 1872 artykuł, „rób oto lepsze, czyściejsze masło, miewaj lepsze warzywo, płótno, owoc i drób, niż Niemcy mają. Tym ratujesz siebie i Polskę! (…) Nauka, praca, rządność i oszczędność, oto nasza broń nowa ”[87].

Oświata była sprawą podstawowej wagi. W epoce rozbiorów Prusy nie dysponowały niczym, co można by porównać ze szkołami Komisji Edukacji Narodowej w Polsce (o których źródła pruskie mimo to wyrażały się z pogardą, nazywając je „wioskami Potiomkina”). Ale po r. 1809, pod nadzorem Humboldta, powstał solidny, trzystopniowy państwowy system oświaty. Uniwersytety w Halle, Berlinie, Królewcu i Wrocławiu reprezentowały wybitny poziom i przyciągały szereg najwspanialszych umysłów epoki. Wspierała je, na poziomie nauczania średniego, sieć państwowych gimnazjów, otwieranych we wszystkich większych miastach. Nauczanie podstawowe prowadzono w Volkschulen , które pojawiły się we wszystkich parafiach. W r. 1848 do szkół uczęszczało 82% dzieci. Jak większość przemian zachodzących w Prusach, reformy szkolnictwa były inspirowane charakterystycznym połączeniem motywów liberalizmu i autorytaryzmu. Zasadę zapewnienia dzieciom powszechnej oświaty propagowali, z jednej strony, zwolennicy humanitarnego postępu, dla których był to istotny czynnik w walce przeciwko pracy dzieci, z drugiej strony zaś — dowództwo armii, której trzeba było światłych rekrutów. Metody pedagogiczne rozwijały się głównie pod wpływem teorii Jeana-Henriego Pestalozziego (1746—1827), którego traktat zatytułowany Jak Gertruda uczy swoje dzieci  (1801) był podstawowym podręcznikiem w seminariach dla nauczycieli jeszcze długo potem, jak wywarł niezatarte wrażenie na Humboldtcie. Teoretycznie dzieci pruskie należało uczyć ufności we własne siły i wypełniania dyktowanych przez sumienie obowiązków w atmosferze mającej raczej rozbudzać i rozwijać wrodzone zdolności jednostki, niż narzucać jej ścisły zewnętrzny kodeks wartości. W praktyce jednak były one skazane na łaskę tępych rzesz wykształconych w państwowych instytucjach nauczycieli, najczęściej zstępujących do wiejskich szkółek z wyżyn boskiego natchnienia sierżantów, którym powierzono misję poboru do kultury. Stąd też — w sposób dość niejednoznaczny — oczekiwano od nich, że będą rozwijać w uczniach zarówno cnoty „niezależnego, kierującego się własnym sumieniem człowieka”, jak i automatyczne odruchy lojalnych i wdzięcznych poddanych. Wielki nacisk kładziono na wykształcenie techniczne. Istniało jednak wyraźne rozróżnienie między praktycznymi umiejętnościami i przysposobieniem do zawodu, których uczono w Volkschulen , uznając je za odpowiednie dla szerokich mas, a duchem naukowej dociekliwości, który był zarezerwowany dla gimnazjalnej elity. Niepokoje Polaków —jeżeli w ogóle istniały — ogniskowały się wokół kwestii języka. Choć do lat siedemdziesiątych XIX w. nie podejmowano większych wysiłków zmierzających do zdławienia szkół polskich, równie mało starano się o to, aby je wspierać czy udzielać im finansowej pomocy z państwowych funduszy. Polskie instytucje szkolnictwa wyższego nie istniały; poza Wielkopolską jedynym państwowym gimnazjum, w którym językiem wykładowym był język polski, było gimnazjum w Chełmnie w Prusach Zachodnich.

Jeśli chodzi o szkolnictwo stopnia państwowego, szkoły polskie zakładano wszędzie tam, gdzie większość ludności mówiła po polsku; mimo to naukę prowadzoną w języku polskim uważano za coś w rodzaju wstępu do nauczania języka niemieckiego i jako środek służący przygotowaniu dzieci do podjęcia nauki na szczeblach wyższych, zgermanizowanych. Sytuacja przypominała więc położenie Walii czy zachodniej Szkocji, gdzie władze brytyjskie preferowały nauczanie języka angielskiego. Po r. 1872 germanizację zaczęto wprowadzać systematycznie na wszystkich poziomach szkolnictwa. W 1911 r. w samej tylko Wielkopolsce sieć szkół obsługiwała dwumilionową ludność — wystarczy te liczby porównać z sytuacją panującą w rosyjskim Królestwie Kongresowym, gdzie zaledwie 4000 szkół musiało wystarczyć na potrzeby pięciokrotnie niemal liczniejszej populacji.

W Wielkopolsce analfabetyzm był już wtedy zlikwidowany. Ale Polacy nie byli całkowicie zgermanizowani. Polską oświatę propagowały dobrowolne zrzeszenia w rodzaju Towarzystwa Oświaty Ludowej założonego w Poznaniu czy — przede wszystkim — Towarzystwo Czytelni Ludowych, które po r. 1880 na terenach od Bochum po Bydgoszcz utworzyło sieć dwóch tysięcy polskich bibliotek.

Nie jest niczym zaskakującym, że najbardziej jednoznaczne określenie postaw Prus wobec Polaków było dziełem samego Bismarcka. W okresie powstania styczniowego na terenie rosyjskiej Polski ludzie, którzy mieli nadzieję, że Bismarck podejmie interwencję przeciwko Rosji i ustanowi na nowo państwo polskie pod protektoratem Prus, puścili w obieg niejedną dyplomatyczną plotkę. Powinni byli być mądrzejsi: kanclerz już wcześniej bardzo wyraźnie sformułował swoje osobiste uczucia w stosunku do Polaków. „Osobiście współczuję ich sytuacji”, pisał w 1862 r., „ale jeśli chcemy istnieć, nie możemy uczynić nic innego, jak tylko ich wytępić. Nie należy winić wilka o to, że Bóg uczynił go takim, jakim jest, co nie znaczy oczywiście, że nie powinno się go zastrzelić, gdy tylko trafi się po temu okazja”. Bismarck był rzeczywiście przekonany, co zresztą ambasador brytyjski w Berlinie wiernie przekazał do Londynu, że Prusy „zostałyby poważnie skompromitowane”, gdyby powstała niepodległa Polska; prawdopodobnie przystąpiłby do walki przeciwko Polakom, gdyby Rosjanom nie udało się samodzielnie stłumić powstania. Nieco później, w r. 1867, szczegółowo wyraził swe przekonania. Zaatakowany w Landtagu przez pewnego polskiego posła, który zacytował zdanie Macaulaya w sprawie zbrodni rozbiorów i który domagał się uznania „polskich praw”, Bismarck wystąpił z jedyną w swoim rodzaju tyradą w obronie postępowania pruskiego rządu — zarówno w przeszłości, jak i w teraźniejszości:

Rzeczpospolita Polska zawdzięczała swe zniszczenie w o wiele mniejszym stopniu cudzoziemcom niż przechodzącej wszelkie pojęcie gołosłowności tych, którzy reprezentowali naród polski w czasie, gdy był on dotknięty rozłamem (…). Udział Niemców w okaleczeniu Polski był koniecznym ustępstwem na rzecz zasady samozachowania (…). Panowie, jeśli występujecie przeciwko prawu podboju, to nie czytaliście zapewne historii waszego własnego kraju. W ten właśnie sposób tworzą się państwa (…). Polacy sami setki razy popełniali zbrodnię podboju (…). Po bitwie pod Tannenbergiem spustoszenia, jakich dokonali Polacy w Prusach Zachodnich, sprawiły, że zaledwie trzy z dziewiętnastu tysięcy niemieckich wsi pozostały nietknięte. (…) Polonizację wprowadzano ogniem i mieczem, germanizację — kulturą. (…)  

[W obecnych czasach] Germanizacja czyni zadowalające postępy (…) mówiąc to, nie mamy na myśli szerzenia niemieckiego języka, ale szerzenie zasad niemieckiej moralności i niemieckiej kultury, wprowadzenie uczciwości i sprawiedliwości, polepszenie sytuacji chłopów, dobrobyt miast. Z pogardzanego, okrutnie wykorzystywanego wasala jakiegoś szlacheckiego tyrana chłop zmienił się w wolnego człowieka, właściciela ziemi, którą uprawia. Nikt go już nie ograbia z wyjątkiem lichwiarskiego Żyda. Niemieccy farmerzy, niemieckie maszyny i manufaktury przyczyniły się do rozwoju rolnictwa i gospodarki. Linie kolejowe i dobre drogi podniosły ogólny poziom dobrobytu (…). Zorganizowane według niemieckiego systemu szkoły zapewniają podstawowe wykształcenie polskim dzieciom. Gimnazja nauczają wyższych nauk — nie pustymi, mechanicznymi metodami jezuickich mnichów, ale na solidny, niemiecki sposób, który pozwala człowiekowi na samodzielne myślenie. Tego, czego nie dokona szkoła, dopełnia służba w armii. W wojsku młody polski chłop uczy się mówić i czytać po niemiecku. Dzięki temu, czego się nauczył w swojej kompanii czy szwadronie, oraz dzięki kontaktom z niemiecką ludnością miast garnizonowych poznaje idee, które wzbogacają i wyzwalają jego słaby i skrępowany umysł (…). Zamiast bezustannie narzekać, Polacy powinni rozejrzeć się wokół siebie i z wdzięcznością uznać to wszystko, co zrobiono dla ich kraju i ludności pod pruskimi rządami (…). W prowincji wielkopolskiej znajdują się szkoły (…), gimnazja, (…), seminaria, przytułek dla głuchoniemych, zakład dla umysłowo chorych, szkoła ogrodnicza… Mogę z dumą powiedzieć, że ta część dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, która obecnie znajduje się pod zarządem Prus, cieszy się takim dobrobytem, lojalnym bezpieczeństwem i powszechnym przywiązaniem, jakich nigdy dotąd nie zaznała, o jakich nawet nigdy nie mogła marzyć, znajdując się w granicach królestwa polskiego od początków jego dziejów (…). Polskojęzyczni mieszkańcy Prus nie ulegli pokusie udziału w demonstracjach organizowanych przez mniejszość złożoną ze szlachty, rządców i robotników (…). Na duńskich i czeskich polach walki nasi polscy żołnierze dowiedli swego oddania królowi własną krwią i męstwem właściwym swojej rasie (…). Z całą możliwą bezstronnością, z pełnym pragnieniem zachowania sprawiedliwej oceny mogę was zapewnić, że sposób rządzenia Polaków był sposobem haniebnie fatalnym i że jest to powód, dla którego nie powinien nigdy zostać przywrócony do istnienia (…) 6[88].

Bismarck powrócił do tematu l kwietnia 1871 r. W wyniku niedawnych wyborów Wielkopolska wysunęła grupę dwudziestu „opozycjonistów o sztywnych karkach”, którzy odważyli się wystąpić przeciwko groźbie wcielenia Wielkiego Księstwa, wraz z pozostałą częścią Prus, do cesarstwa niemieckiego. Wyszydziwszy demagogię polskich księży podczas minionej kampanii wyborczej, kanclerz przypomniał następnie posłom, że zostali wybrani po to, aby reprezentować interesy Kościoła katolickiego i że „nie otrzymali mandatu do reprezentowania w tej Izbie polskiego ludu ani polskiej narodowości”. Potem z gryzącą ironią zaatakował ich tajne plany współpracy z Polakami na terenie Rosji, zmierzające do przywrócenia państwa polskiego w jego historycznych granicach:

Ludność prowincji Zachodniej Rosji składa się w dziesięciu procentach z Polaków rozproszonych po jej terenie — potomków dawnych zdobywców lub renegatów należących do innych ras, oraz w 90% z ludzi, którzy mówią tylko po rosyjsku, modlą się po rosyjsku i płaczą po rosyjsku (zwłaszcza gdy się znajdą pod polskim panowaniem) i którzy stoją po stronie rządu rosyjskiego w jego walce z polską szlachtą (…). To w imieniu tych sześciu i pół miliona Polaków domagacie się władzy nad dwudziestoma czterema milionami w tonie wskazującym na to, że uważacie za najgłębszą i najohydniejszą tyranię i upokorzenie to, że nie pozwala się wam już dłużej tych ludzi uciskać i znęcać się nad nimi (…). Panowie, wzywam was przeto, abyście się zjednoczyli z większością swoich polskich braci w Prusach (…) i wspólnie z nimi uczestniczyli w dobrach płynących z cywilizacji, jaką wam oferuje państwo pruskie (…). Uczciwie sięgnijcie po należną wam część owoców naszego wspólnego trudu [89].

Siła argumentów Bismarcka jest niezaprzeczalna. Ale ton jego wypowiedzi nie bardzo świadczy o zamiarze złagodzenia sytuacji. Na przestrzeni mającego nastąpić dwudziestolecia, w epoce Kulturkampfu i Komisji Kolonizacyjnej, stosunki niemiecko-polskie musiały ulec ostremu pogorszeniu.

Chociaż Kulturkampf vae był wymierzony wyłącznie przeciwko prowincjom polskim, wkrótce właśnie tam jego wpływy zaznaczyły się z największą ostrością. W r. 1872 na mocy dekretu ministerialnego język niemiecki stał się językiem wykładowym we wszystkich szkołach państwowych; jedynym wyjątkiem była nauka religii. Język polski został nawet zakazany jako obcy i nie wolno go już było używać jak dawniej podczas lekcji języka niemieckiego dla dzieci polskich.

Nauczycielom zabroniono wstępowania do polskich i katolickich stowarzyszeń; za podejmowanie pracy w okręgach nieniemieckich oferowano im rekompensatę finansową — tzw. Ostmarkenzulagen . Wszyscy absolwenci, z księżmi włącznie, musieli zdawać egzamin z kultury niemieckiej. W r. 1876 wprowadzono język niemiecki jako język obowiązujący we wszystkich sądach i urzędach państwowych, od poczty po kasy biletowe na dworcach kolejowych[90]. Zaostrzono przepisy o imigracji i prawie stałego pobytu. W 1885 r. policja pruska wypędziła z kraju 30 000 Polaków i polskich Żydów, którzy nie potrafili się wylegitymować wymaganymi dokumentami[91]. Chociaż po r. 1890 Caprivi wprowadził pewne ulgi, kampanii nie poniechano. Nic nie mogło wywrzeć silniejszego wpływu na umocnienie się świadomości narodowej Polaków.

Kampania Kulturkampfu dotknęła Polaków także i dlatego, że w większości byli oni wyznawcami religii rzymskokatolickiej[92]. Metropolita pruskiej Polski, arcybiskup gnieźnieński i poznański, Mieczysław Ledóchowski (1822—1902), szedł z władzami na kompromis dopóty, dopóki ich żądania ograniczały się do spraw nieistotnych. W r. 1872 przyjął zakaz śpiewania hymnu Boże coś Polskę podczas Mszy św. Ale kiedy inspektorzy rządowi zaczęli się wtrącać do nauczania religii w szkołach i do sposobu kierowania seminariami duchownymi, ostro zaprotestował. W 1874 r., wraz ze swym nadreńskim kolegą po fachu, arcybiskupem Kolonii, został aresztowany i wtrącony do więzienia. Po dwóch latach aresztu zesłano go do Rzymu. Jego los podzieliło 90 polskich księży; wielu innych nękano i gnębiono. Jednym jedynym gestem Bismarck sprawił, że polskość została w Prusach na zawsze utożsamiona z katolickością. Na Śląsku skierował w ten sposób bieg polskiego ruchu narodowego w ręce radykalnych księży pokroju ks. Jana Kapicy z Tych czy ks. Józefa Szafranka (1807—74) oraz katolickich publicystów w rodzaju redaktora pisma „Katolik” Karola Miarki (1825—82). Podobnie jak w sprawach oświaty, w kwestii religii represje przyniosły skutki odwrotne do zamierzonych.

Polskie poczucie narodowe istotnie odżyto w kontekście takiej niejednoznacznej polityki. Jeśli polscy posłowie uskarżali się w Landtagu na antypolskie metody stosowane we wschodnich prowincjach, to posłowie niemieccy niemniej uparcie powracali do rosnącego zagrożenia niemieckiej supremacji. W latach osiemdziesiątych XIX wieku przybysz z zagranicy nie zauważyłby żadnych polskich wpływów w Szczecinie, a tylko niewielkie — we Wrocławiu czy Gdańsku. Ale w Poznaniu, podobnie jak w szeregu mniejszych miast na wschodzie i południowym wschodzie, element polski — choć drugoplanowy — wciąż zdecydowanie zaznaczał swóją obecność:

POSEN  

HOTELE, (żaden nie jest w pełni hotelem pierwszej klasy). Hotel de Dresden, Wilhelms—Str. 21, pokój z pełnym utrzymaniem 3, wstęp —’li, ob. 2’/2, śn. ^4 DM. De Rome, Wilhelms—Platz l, z restauracją^..) De l ‘Europę, Wilhelms—Str. 1; De France, Wilhelms—Str. 15, odwiedzany przez Polaków (…).  

TEATRY. Stadt—Theater, Wilhelms—Platz, dramat i opera, Victoria, Neustadter—Markt, wyłącznie w lecie; Teatr Polski, Berliner—Str., wyłącznie w lecie.  

WYPOCZYNEK I ROZRYWKA. Shilling nad Wartą, za Shillings—Thor, Ogród Zoologiczny i Feldschloss Garten, za Berliner—Thor; Schweizerhof, Yictoria—Park, Eichwald 3DM (…).  

POSEN (poi. POZNAŃ), stolica prowincji o tej samej nazwie, kwatera główna 5 Korpusu Armii, pierwszorzędne fortyfikacje. 68 300 mieszkańców (w tym ponad połowa Niemców oraz 1/4 Żydów), garnizon liczący 7000 załogi, położony u zbiegu Cybiny i Warty. Jedno z najstarszych miast polskich, od końca X w. siedziba biskupów, do 1296 rezydencja królów polskich.  

Napływ ludności niemieckiej zapewnił mu pozycję ważnego ośrodka handlowego (…) w wiekach średnich [Poznań] był członkiem Ligi Hanzeatyckiej. Nowa część miasta, wyraźnie odbijająca od starszych i biedniejszych dzielnic, została wybudowana po przejęciu miasta przez Prusy w 1815 r., co uchroniło miasto od upadku, do jakiego przywiodły je wojna i inne nieszczęścia. W niedziele i święta ulice ożywiają wesołe i dziwaczne stroje chłopstwa, zwłaszcza tzw. Bambrów, którzy są dalekimi potomkami frankońskich imigrantów, choć obecnie mogą pod każdym względem uchodzić za prawdziwych Polaków.  

Wjeżdżając do miasta od strony Dworca Centralnego, uzyskujemy widok na górujące nad miastem fortyfikacje (…) Idąc wzdłuż Miihlen-Strasse (…) lub St. Martin-Strasse, wychodzimy na rozległy i piękny Wilhelms-Platz, od strony wschodniej zamknięty budynkiem Stadt—Theater.  

Przed teatrem wznosi się pomnik poświęcony żołnierzom 5 Korpusu Armii, którzy polegli pod Nachodem w 1866 r. Na rogu Wilhelms—Strasse znajduje się Biblioteka Raczyńskich, budynek ozdobiony rzędem 24 kolumn doryckich i mieszczący 30 000 woluminów, ofiarowanych miastu przez hrabiego Raczyńskiego (otwarta codziennie w godz. 5—8) (…). Prostopadle do Wilhelms—Platz biegnie Wilhelms—Strasse, jedna z głównych arterii komunikacyjnych miasta (…).  

Na pomocy ulica przechodzi w Kanonen—Platz, gdzie mieści się ogromny nowy budynek kwatery głównej wojska, przed którym stoi pomnik upamiętniający wojnę z lat 1870—1, z posągiem Wilhelma I dłuta Barwalda (…). Dalej w kierunku na południe wznosi się Schlossberg z pałacem królewskim, w którym mieszczą się obecnie archiwa miej skie (otwarte 9—1) oraz zbiory Towarzystwa Miłośników Historii Ziemi Poznańskiej. U południowego końca Wilhelms—Strasse, na dziedzińcu kościoła Św. Marcina, wznosi się pomnik poety polskiego, Adama Mickiewicza (zm. 1855).  

W kierunku na wschód od Wilhelms—Platz rozciąga się Alte Markt (…) Rathaus wznoszący się na Alte Markt został wybudowany w r. 1508, a następnie odrestaurowany w r. 1535 przez Giovanniego Battistę di Quadro, architekta włoskiego, który dobudował loggię. Z barokowej wieży, wysokiej na 214 stóp, rozciąga się rozległy widok (…). Dzielnicę leżącą w kierunku północno—wschodnim zamieszkują niemal wyłącznie Żydzi; jedna z ich synagog znajduje się przy Dominikan—Str. (…) Przedmieścia Poznania leżące na prawym brzegu Warty noszą nazwę Wallischei (poi. Chwaliszewo) i Schrodka; są one zamieszkane głównie przez ludność polską należącą do uboższych klas społeczeństwa. Poza nimi (…) Katedra, wzniesiona w swym obecnym kształcie w r. 1775, mało interesująca pod względem architektury, ale mieszcząca w sobie kilka wybitnych dzieł sztuki. (…) Wspaniała Złota Kaplica, wzniesiona w 1842 r. w stylu bizantyjskim przez stowarzyszenie polskiej szlachty. Piękna pozłacana rzeźba w brązie dłuta Raucha, przedstawiająca pierwszych polskich królów (ich prochy spoczywają w sarkofagu naprzeciwko) (…).  

Muzeum hrabiego Melżyńskiego oraz zbiory polskiego towarzystwa Gesellschaft der Freunde der Wissenschafter mieszczą się w tym samym budynku przy Muhlen—Str. 35. W skład zbiorów wchodzą obrazy (małej wartości i wątpliwej autentyczności), biblioteka, kolekcja monet oraz zabytków z czasów prehistorycznych (czynne codziennie 12—5,wst. l DM, niedziele 10 f.; katalog i napisy tylko w języku polskim) (…).  

Znajdujący się w pobliżu kościół protestancki Pauli—Kirche został wybudowany w latach 1867—9. Fort Winiary zapewnia najlepszy widok na rozległą okolicę (bilety do nabycia w biurze komendanta, Wilhelms—Platz 16, w cenie 50 f.) [93].

Na wsi twarde przepisy stosowane w kwestii własności ziemi nie przynosiły pożądanych efektów. W 1886 r. Bismarck założył pruską Komisję Kolonizacyjną (Ansiedlungskommission ), której zadaniem było propagowanie niemieckiego osadnictwa. W oczach rządu był to środek zaradczy mający zrównoważyć drastyczny proces „ucieczki ze Wschodu” (Ostflucht ), która na przestrzeni dwudziestolecia poprzedzającego wybuch I wojny światowej pozbawiła prowincje wschodnie około 3 milionów ludności niemieckiej. W oczach Polaków natomiast był to przejaw agresji obliczonej na wypędzenie Polaków z ich ziemi. Uzbrojona w kapitał wyjściowy w wysokości 500 milionów marek, Komisja miała uprawnienia do wykupu opuszczonych majątków, a następnie odsprzedawania ich zaaprobowanym przez siebie nabywcom. Mimo to w okresie 27 lat swego istnienia, do r. 1913, nie zdołała zapobiec ani spadkowi bezwzględnej liczby niemieckich właścicieli ziemi, mieszkających w swoich majątkach, ani też kurczeniu się całości areału znajdującego się w ich rękach. Okazywało się, że często po prostu pośredniczy w przechodzeniu ziemi od jednego niemieckiego właściciela do innego. Mimo to, podnosząc cenę ziemi z 587 na 1821 marek za hektar, zachęciła właścicieli do sprzedawania swoich ziem każdemu, kto zechciał je kupić — bez względu na to, czy był to Niemiec czy Polak. Z wyjątkiem doliny Noteci (Netzedistricf), gdzie zainstalowano solidną grupę 22 000 niemieckich rodzin, straty Komisji równoważyły, lub raczej przewyższały, jej zyski. Przeciwwagą dla jej poczynań stała się działalność założonego w 1897 r. Banku Ziemskiego oraz polskich spółek rolniczych. W r. 1913 Związek Spółek Zarobkowych, działający pod patronatem księdza Piotra Wawrzyniaka, zrzeszał już w swoich szeregach prawie 150 000 chłopów. Dekret z 1908 r., nadający Komisji uprawnienia wywłaszczania „nieodpowiednich” właścicieli, nigdy właściwie nie wszedł w życie[94].

Kampania przeciwko polskiej własności ziemskiej zrodziła jednego z ludowych bohaterów pruskiej Polski: Michała Drzymałę (1857—1937). W 1904 r. Drzymale udało się zdobyć działkę ziemi w powiecie wolsztyńskim; dowiedział się jednak, że w myśl przepisów wprowadzonych przez Komisję Kolonizacyjną, jako Polak, nie ma prawa wybudować na tej ziemi domu. Zatem, aby przepis ominąć, zainstalował się w cygańskim wozie i mieszkał w nim przez dziesięć lat, uparcie uniemożliwiając sądom próby wyrugowania go z ziemi. Przypadek Drzymały zyskał szeroki rozgłos w całych Niemczech, a nawet doczekał się wzmianek w prasie zagranicznej. Był bardzo typowy dla konfliktu narodowościowego w Prusach, gdzie elementem dominującym była warstwa chłopska, a władze państwowe ograniczały się do stosowania obwarowanych prawem metod dokuczliwego nękania[95].

Na zasadzie paradoksu Kulturkampf i Komisja Kolonizacyjną stały się bodźcem dla uczuć, których zdławienie miało w założeniu być ich podstawowym celem. Z punktu widzenia Polaków, było to najlepsze, co mogło się im przytrafić.

Bez tego polskiego ruchu narodowego mogłoby w Prusach nie być wcale. Do czasu gdy niemiecki aparat urzędniczy postanowił zacząć nękać Polaków, germanizację uważano powszechnie za oczywiste przeznaczenie niemieckich poddanych państwa Hohenzollernów. W końcu, oświeceni Anglicy i Amerykanie tej samej epoki uważali na ogół, że nieanglojęzyczni mieszkańcy ich krajów muszą w którymś momencie ulec anglizacji. Jednorodność pod względem kulturowym przyjmowano jako uznany warunek konieczny współczesnej cywilizacji. Tak na przykład angielski poeta i pedagog Matthew Arnold, który swoje oficjalne memoranda, wydawane w okresie pełnienia obowiązków inspektora szkolnego, opierał w znacznej mierze na znajomości niemieckiego systemu oświaty, w pełni usprawiedliwiał „wchłanianie narodowości poszczególnych prowincji”. Chociaż żywo interesował się sprawami Walii i chociaż napisał studium na temat literatury celtyckiej, był jednocześnie przekonany, że „im prędzej język walijski zniknie (…) tym lepiej”. Ministerstwa Oświaty, które coraz energiczniej wtłaczały angielską kulturę do szkół podstawowych w Walii, zasługiwały, jego zdaniem, na pochwałę.

Nie można zatem przyklejać polityce germanizacji w pruskiej Polsce etykiety czegoś wyjątkowo barbarzyńskiego. W ogólnych zarysach pokrywała się ona z analogicznymi programami modernizacji społecznej, wprowadzanymi w życie na terenie całej Europy (a także, mutatis mutandis, z programami kulturowej polonizacji opracowywanymi w niepodległej Polsce po r. 1918). Godna uwagi była może tylko sumienność i nieustępliwość w jej prowadzeniu, a w konsekwencji — gwałtowność reakcji Polaków.

Od tego czasu stało się rzeczą jasną, że stanowisko nowej Rzeszy Niemieckiej w kwestii poczucia narodowego Polaków będzie o wiele bardziej wrogie niż nastawienie dawnego rządu pruskiego kiedykolwiek w przeszłości. Z perspektywy czasu rok 1871 rysuje się jako punkt zwrotny. Akt proklamacji Rzeszy Niemieckiej, który się dokonał w pałacu wersalskim i który miał się okazać tak groźny w skutkach dla Europy Zachodniej, rzucił cień także na Europę Wschodnią. Od tego momentu dobry Prusa


убрать рекламу




убрать рекламу



k miał nie tylko pokazać, że jest lojalnym poddanym swego króla; musiał także sprostać swej reputacji „najlepszego z Niemców”. Zjednoczenie ziem niemieckich uczyniło z niemieckości probierz obywatelskiej szacowności w sposób, który nie miał w historii precedensu. W latach wcześniejszych nikt nigdy nie uważał, że polscy poddani państwa pruskiego są pod jakimkolwiek względem mniej „pruscy” niż obywatele będący Niemcami, Duńczykami, Francuzami czy Litwinami. W swym słynnym przemówieniu An mein Volk  (Do mego ludu), wygłoszonym we Wrocławiu 17 marca 1813 roku z okazji ponownego przystąpienia Prus do wojny z Napoleonem, Fryderyk Wilhelm III zwracał się osobno do ludów wchodzących w skład jego królestwa — mieszkańców Brandenburgii, Prus, Śląska, Litwy — apelując do nich o podjęcie wspólnego wysiłku w walce ze wspólnym ciemięzcą. W owym czasie autor przemówienia, kanclerz Theodor von Hippel, nie uważał ani polskojęzycznej części ludności, ani też Niemców za godnych osobnej wzmianki. Istnieje wiele pochodzących z tego czasu materiałów, które wskazują na to, że polskojęzyczni poddani króla pruskiego uważali się nie tyle za „pruskich Polaków”, ile za „polskich Prusaków”; w okresie późniejszym podobne sformułowanie mogłoby uchodzić za wewnętrzną sprzeczność. Pomysł klasyfikowania mieszkańców Królestwa na podstawie języka, jakiego używali, był zupełnie obcy epoce przednacjonalistycznej. W r. 1835, w odpowiedzi na jedną z wcześniejszych prób przeprowadzenia spisu językowego ludności, pan na Łęgowie (Langenau) na Mazurach, Samuel von Polenz, zredagował następujący elaborat:

W tutejszych dobrach jest 52 męskich osobników i 59 żeńskich osobników, władających zarówno niemiecką, jak i polską mową, 8 osób rodzaju męskiego i 11 osób rodzaju żeńskiego, które tylko po polsku mówią, ale też nieco gadają łamaną niemczyzną, 15 osób rodzaju męskiego i 12 osób rodzaju żeńskiego, które mówią tylko po niemiecku, jedna osoba rodzaju męskiego, która mówi po niemiecku, polsku, francusku, łacinie, a także trochę po grecku, jedna osoba rodzaju męskiego, która mówi po niemiecku, łacinie, francusku i hebrąjsku, jedna osoba rodzaju męskiego, która mówi po rosyjsku, 16 osobników męskich i 19 żeńskich, którzy jeszcze żadnym językiem nie mówią ani nie piszą, a tylko krzyczą i gaworzą [96].

Byłoby oczywiście rzeczą zupełnie niewłaściwą, gdyby urzędnik obarczony zadaniem policzenia ludności niemieckojęzycznej uznał na podstawie tego elaboratu, że wśród mieszkańców Łęgowa jest 175 „Niemców” i 20 „Polaków” (w tym ów jedyny Rosjanin). Ale byłoby równie niesłusznie wyobrażać sobie, że większość z nich była Polakami. Byli po prostu jednocześnie Niemcami i Polakami, wszyscy zaś — bez względu na język, jakim się posługiwali — byli przede wszystkim Prusakami.

Rozróżnienia tego rodzaju, zrozumiałe dla każdego, kto żył za panowania Fryderyka Wilhelma, były czymś zupełnie nie do pomyślenia w epoce Wilhelma.

Tak więc na przestrzeni XIX w. stosunki między nacjonalizmem polskim i niemieckim uległy całkowitemu odwróceniu. W okresie przed 1848 r. zarówno Polacy, jak i Niemcy uważali się nawzajem za sprzymierzeńców w walce przeciwko imperiom dynastycznym. W dziedzinie polityki Prus kwestia zjednoczenia Niemiec miała zwolenników w lewicy. Broniła jej liberalna opozycja, podczas gdy konserwatywny dwór i rząd panicznie się jej bały; uważano ją za rzecz całkowicie możliwą do pogodzenia z niezależnością Polski. Karol Marks był tylko jednym z tych wielu postępowych Niemców, poruszonych tragedią powstania z 1831 roku i procesem berlińskim z r. 1847, którzy aspiracje Polaków i Niemców włączali w ramy jednego programu. Wraz z Engelsem dowodził:

Nikomu jednak niepodległość narodu polskiego nie jest bardziej niezbędna niż właśnie nam, Niemcom. Na czym opiera się głównie potęga reakcji w Europie od roku 1815, a po części nawet od pierwszej rewolucji francuskiej? Na Świętym Przymierzu rosyjsko-prusko-austriackim. Co zaś cementuje to Święte Przymierze? Rozbiory Polski, które przyniosły korzyść wszystkim trzem Sprzymierzonym. (…)  

Oczywiście nie chodzi tu o stworzenie jakiegoś pozoru Polski — pisali — idzie o stworzenie państwa zdolnego do życia. Polska musi zajmować co najmniej obszar z 1772 roku, musi mieć nie tylko dorzecze swych wielkich rzek, lecz także ich ujścia i musi chociażby nad Bałtykiem posiadać duży pas wybrzeża [97].

Sam Marks trwał przy tych poglądach do końca życia. Ale rok 1848 zapoczątkował epokę niepewności. W r. 1848 uwagi niemieckich liberałów nie uszedł fakt, że Polacy z Poznańskiego starali się przeszkodzić pełnemu zjednoczeniu Niemiec.

Jednym z tych, którzy ostro zareagowali, był Fryderyk Engels. Pisząc do Marksa 23 maja 1851 r. w sprawie Wielkopolski, dał wyraz opiniom, które jeszcze trzy lata wcześniej byłyby całkowicie nie do przyjęcia:

Im więcej rozmyślam nad historią, tym jaśniej widzę, że Polacy są une nation foutue [narodem skazanym na zagładę], którym można tylko dopóty posługiwać się jako narzędziem, dopóki sama Rosja nie zostanie wciągnięta w wir rewolucji agrarnej. Od tej chwili Polska nie będzie już miała żadnej raison—d‘etre [racji bytu]. Polacy nie zapisali się nigdy w historii niczym prócz walecznych i głupich bijatyk. Nie można nawet przytoczyć ani jednego wypadku, w którym Polska, choćby tylko w stosunku do Rosji, reprezentowałaby z powodzeniem postęp lub dokonała czegoś o historycznym znaczeniu [98].

Kontrast między tym, co pisali Marks i Engels w 1848 r., a tym, co pisał Engels w r. 1851, pięknie ilustruje zmianę, jaka jeszcze wtedy zachodziła w niemieckiej opinii. Sam Engels odwołał swój antypolski wybuch, aby utrzymać solidarność z Marksem. Ale w przypadku większości Niemców zmiana frontu okazała się trwała. Za rządów Bismarcka zjednoczenie Niemiec zaakceptowała pruska prawica, a po roku 1871 zarówno lewica, jak i prawica witały zjednoczoną i zwycięską Rzeszę z taką samą radością. Wszelkie próby kwestionowania integralności cesarstwa były traktowane jako przejawy zdradzieckiego zagrożenia powszechnego bezpieczeństwa i dobrobytu. We wszystkich nacjonalistycznych debatach warstwy rządzące Prus wykazywały skłonność do przyjmowania wyniosłej i neutralnej pozy, osądzając każdą formę nacjonalizmu — bez względu na to, czy był to nacjonalizm polski czy niemiecki —jako rzecz wulgarną, niepotrzebną i poniżej własnej godności. Ale w tej samej mierze, w jakiej poglądy Prusaków stopniowo poddawały się wpływom nowych uniesień Rzeszy, mogła rosnąć wrogość Niemców w stosunku do polskiego nacjonalizmu. Polacy zaś odpowiadali pięknym za nadobne.

W ostatnich dziesięcioleciach przed wybuchem I wojny światowej postawy obu stron uległy zaostrzeniu. Po stronie niemieckiej histeryczny szowinizm epoki Wilhelma II czynił szybkie postępy. W 1894 r. w Poznaniu założono niemieckie stowarzyszenie do spraw wschodnich pod nazwą Deutscher Ostmarkenverein , którego zadaniem było propagowanie niemieckiej kultury i niemieckich interesów.

Znane Polakom jako „Hakata” (od pierwszych liter nazwisk trójki jej założycieli: F. Hansemanna, H. Kennemanna i H. Tiedemanna), stowarzyszenie szybko zyskało sobie opinię potężnego ekstremistycznego lobby. Niektóre z jego haseł nasuwali na myśl nazistowskie przemowy o Lebensraum[99]. Nasilały się małostkowe antypolskie posunięcia. Zniemczano nazwy ulic i oficjalne napisy — nawet na tablicah cmentarnych i w publicznych szaletach. Nazwę „Inowrocław” zmieniono na Hohensalza , podobnie jak nazwy wielu innych miejscowości. Premie wypłacano już nie tylko nauczycielom, ale wszystkim niemieckim urzędnikom, którzy godzili się obejmować stanowiska we wschodnich prowincjach. Poznań miał więcej pracowników administracji rządowej niż jakiekolwiek inne miasto imperium. Dzięki specjalnym dotacjom budowano szkoły, linie kolejowe, biblioteki i muzea.


Czyniono wszystko, aby podsycić i rozpalić poczucie braku bezpieczeństwa wśród niemieckiej części ludności. Za szowinistyczną modą poszli nawet socjaliści. Max

Weber, który na dowód lojalności wstąpił w szeregi Związku Wszechniemieckiego, przy jakiejś okazji oświadczył publicznie: „Tylko my, Niemcy, mogliśmy zrobić z tych Polaków istoty ludzkie”[100]. Wśród Polaków nastroje narodowościowe rozszerzały się na warstwy społeczne i obszary, które dotąd rzadko uważały się za polskie.


Polski ruch narodowy, znany niemieckim oficjałom jako Agitationspartei, zapuszczał korzenie we wszystkich polskich prowincjach. W Wielkopolsce osiągnął rozmiary prawdziwego ruchu masowego. W maju 1901 r. w miejscowości

Września (Wreschen) w pobliżu Poznania rozpoczął się strajk szkolny będący protestem przeciwko wprowadzeniu języka niemieckiego jako języka wykładowego na lekcjach religii. Dzieci, które nie przyszły do szkoły, poddano chłoście. Rodziców, którzy udzielili im poparcia, wtrącono do więzienia. W latach 1906—07 strajki ogarnęły niemal połowę szkół na terenie prowincji. Na Śląsku w latach dziewięćdziesiątych pojawiła się polska prasa, a także — w osobach Wojciecha Korfantego (1873—1939) i Adama Napieralskiego (1861—1928) — pierwsi polscy posłowie do Reichstagu. Wśród Kaszubów stało się popularne niesłychane hasło, ukute przez poetę Hieronima Derdowskiego: „Nie ma Kaszeb bez Polonii i bez Kaszeb Polsci ”. W Prusach Wschodnich w 1890 r. wybrano w Olsztynie pierwszego w dziejach kandydata na posła do Landtagu. Zakrojone na tak szeroką skalę odrodzenie poczucia narodowego było rzeczą nie do pomyślenia jeszcze w poprzednim pokoleniu.


W tym stadium rozwoju wydarzeń przejawy nacjonalizmu niemieckiego i polskiego z pozycji bezstronnego obserwatora wydawały się do siebie uderzająco podobne. Jeden i drugi kultywował mity na temat wyłączności własnej rasy i kultury; oba były przekonane o własnej niepowtarzalnej misji wprowadzenia cywilizacji do wschodniej Europy; każdy widział w drugim „reakcyjną” przeszkodę na drodze do zdobycia własnych „praw” i uzurpatora „w pradawnym kraju swych przodków”. Polski szlachcic, który sprzedawał swoje majątki Komisji Kolonizacyjnej, był uważany za renegata w tej samej mierze, co Niemiec, który ożenił się z Polką.


W Prusach epoki fin de siecle ’u rozniecaniu wzrastających antagonizmów polsko—niemieckich służyły historyczne symbole. Poddając się rozgorączkowanej wyobraźni późnego gotyckiego romantyzmu, Niemcy ze wschodnich prowincji odczuwali pokusę przyjęcia na siebie roli potomków zakonu Krzyżaków — owej ustawionej w bojowym szyku garstki wyćwiczonych i oddanych sprawie rycerzy, dzielnie stawiających czoło naporowi pogańskich band. Nie było czystym przypadkiem, że podczas oficjalnej wizyty cesarza Wilhelma II w Malborku z okazji uroczystości związanych z ukończeniem odbudowy zamku władcę powitali wysocy urzędnicy ubrani w wypożyczone z teatru kolczugi, hełmy i peleryny krzyżowców. Przemówienia cesarza, w których kładł nacisk na chlubną przeszłość „Niemieckiego Wschodu”, były zręcznie obliczone na to, aby trafiać w czułe miejsca Polaków. Polacy ochoczo przyjmowali rzucane im wyzwanie. Podnosiło ich na duchu przypomnienie średniowiecznych zapasów, w których Królestwo Polskie odniosło w końcu pełne triumfu zwycięstwo. Wojny XIV i XV wieku staczali na nowo uczeni i dziennikarze na łamach wszystkich czasopism i popularnych magazynów epoki. W 1900 r. Henryk Sienkiewicz wydał swą bestsellerową powieść Krzyżacy — polski odpowiednik Ivanhoe Waltera Scotta — której bohater, młody Polak Zbyszko, dokonuje wzruszających, pełnych odwagi czynów, aby wydrzeć swą ukochaną Danuśkę ze szponów nikczemnych rycerzy Wielkiego Mistrza. W r. 1910, z okazji pięćsetnej rocznicy bitwy pod Grunwaldem, ogłoszono powszechną subskrypcję na pokrycie kosztów pomnika mającego upamiętnić zwycięstwo Polaków. Wypędzeni z terenu Prus przez wrogość pruskich urzędników autorzy projektu zmuszeni byli postawić swój pomnik w austriackiej Galicji, w Krakowie, gdzie 15 lipca jego odsłonięcia dokonał Ignacy Paderewski, przy akompaniamencie porywającego hymnu, którego słowa napisała specjalnie na tę okazję Maria Konopnicka:



Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród,  
Nie damy pogrześć mowy!  
Polski my naród, polski lud,  
Królewski szczep piastowy,  
Nie damy, by nas zniemczył wróg…  

— Tak nam dopomóż Bóg!  

Do krwi ostatniej kropli z żył  
Bronić będziemy Ducha,  
Aż się rozpadnie w proch i w pył  
Krzyżacka zawierucha.  
Twierdzą nam będzie każdy próg…  

— Tak nam dopomóż Bóg!  

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz  
Ni dzieci nam germanii.  
Orężny wstanie hufiec nasz,  
Duch będzie nam hetmanił,  
Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg…  

— Tak nam dopomóż Bóg! [101]


Mimo takich przejawów animozji aspiracje polityczne Polaków w Niemczech do końca pozostały skromne. Lojalność wobec Prus nie straciła na sile; uznanie dla solidnych korzyści materialnych płynących z niemieckich rządów było rzeczą powszechną; uczucie nienawiści do Rosji łączyło wszystkich[102]. W miarę jak konflikt między dwoma wielkimi cesarstwami stawał się coraz bardziej prawdopodobny, sporadyczne nadzieje na zjednoczoną Polskę ustępowały na ogół obawom przed rosyjską inwazją, na którą były oczywiście narażone wszystkie wschodnie prowincje. W Reichstagu Koło Polskie zachowało swój społeczny konserwatyzm oraz taktyczną ostrożność. W okresie kanclerstwa Capriviego w zamian za czysto nominalne ustępstwa członkowie Koła głosowali unisono z rządem z tak niezawodną monotonią, że prezes Koła, Józef Teodor Kościelski (1845—1911), zyskał sobie przydomek „niemieckiego admirała”. W r. 1914 Polacy bez mrugnięcia okiem głosowali za przyznaniem kredytów wojennych. Ich poparcie dla wojennych trudów państw centralnych zyskało błogosławieństwo arcybiskupa Likowskiego.

Podczas wojny zdarzało się czasem, że polscy poborowi w niemieckiej armii pisali do domu listy w tonie płomiennej nadziei, że z wojennej zawieruchy wyłoni się niepodległa Polska. Znaczne podniecenie wywołało zajęcie Warszawy przez niemieckie wojska w sierpniu 1915 roku; w tym samym roku, 18 grudnia, zadowolony z siebie Reichstag ustąpił przed żądaniami ponownego utworzenia Królestwa Kongresowego pod auspicjami Niemiec. Nie uczyniono jednak nic w kierunku przyłączenia do niego innych polskich prowincji w Prusach, nie było żadnej możliwości, aby je od Prus odłączyć. Przez cały czas trwania Wielkiej Wojny setki tysięcy Polaków maszerowało w takt marsza Preussens Gloria , przez cały czas myśląc wyłącznie o tym, aby utrzymać krok. Regimenty pomorskie, śląskie, pruskie i poznańskie służyły na wszystkich frontach, odznaczając się w boju. Nigdy nie było ani cienia buntu, żadnego spisku, żadnego „wschodniego powstania”, dopóki ta cudowna niemiecka muzyka nie ucichła nagle ze swojej własnej woli.


W 1918 r. pustka, jaką pozostawiła po sobie rewolucja w Berlinie i abdykacja Kajzera, była tym bardziej bolesna, że poprzedziły ją tak wielkie ofiary. 26 grudnia Ignacy Paderewski przejechał przez Poznań w drodze do Warszawy, przypłynąwszy uprzednio do Szczecina na pokładzie niszczyciela Floty Królewskiej, „HMS Concord”.

Powitał go wybuch powszechnych uczuć. Tłumy wyszły na ulice. Niemiecki garnizon przepędzono. Po krótkotrwałych zamieszkach prowincja została wyzwolona. Dwa miesiące spontanicznego buntu wystarczyły dla odkupienia 125 lat „obcej okupacji”. Posen znów stał się Poznaniem i dołączył do Rzeczypospolitej Polskiej[103].


Na innych terenach porozumienie polsko-niemieckie nie nastąpiło tak prędko. Traktat wersalski przyznawał Polsce część Pomorza, tzw. Korytarz, ale Gdańskowi pozostawiał status Wolnego Miasta, sprawę zaś Górnego Śląska, Olsztyna i Kwidzyna (Marienwerder) pozostawiał decyzji powszechnego plebiscytu. Trzy powstania śląskie nie przyniosły rozwiązania problemu. Ostateczna likwidacja zaboru pruskiego nastąpiła dopiero w 1945 roku. Towarzyszyło jej masowe wygnanie milionów Niemców. Stare pruskie motto głosiło: Suum cuique  — „każdemu to, co mu się należy”, i tak się też stało. Postanowienie nr 46 wydane 27 lutego 1947 przez Sojuszniczą Radę Kontroli głosiło: „państwo pruskie wraz z centralnym rządem i jego agenturami zostaje niniejszym zniesione”. Był to akt brutalnej sprawiedliwości dziwnie przypominający rozbiór sprzed stuleci. Ostateczny rozbiór Prus okazał się jeszcze bardziej ostateczny niż rozbiory Polski.



IV. GALICJA.

Zabór austriacki (1773—1918)

 Сделать закладку на этом месте книги

Mierzony trwaniem królestw, żywot Królestwa Galicji i Lodomerii był krótki i niewesoły. Gdy je utworzono w 1773 r., obejmowało tereny oddane Austrii na mocy pierwszego rozbioru Polski; w r. 1795 powiększyło się o okręg północny, zwany „Nową Galicją”, uzyskany po trzecim rozbiorze. W r. 1809, po nieudanej kampanii przeciwko Księstwu Warszawskiemu, musiało zrezygnować z części niedawno uzyskanych posiadłości. Ale w r. 1815, po kongresie wiedeńskim, odzyskało większą część dawnej Nowej Galicji, z wyjątkiem Krakowa, oraz otrzymało rekompensatę w formie leżących na wschodzie ziemi czortkowskiej (Czortkiw) i tarnopolskiej (Ternopil). W r. 1846 Królestwo odziedziczyło pozostałości byłej Rzeczypospolitej Krakowskiej, konsolidując w ten sposób swoją podstawę terytorialną, która miała pozostać nie zmieniona przez cały dalszy okres jego istnienia. (Patrz Mapa 3).

Mapa 3. Austriacka Galicja (1773—1918)

Dobrze znane rozróżnienie między Galicją Zachodnią, na zachód od Sanu, i Galicją Wschodnią, na wschód od tej rzeki, jedynie przez krótki czas pokrywało się z formalnym podziałem administracyjnym — w latach 1848—60 i 1861—67; w potocznym użyciu jednak zachowało się do końca XIX wieku. Zgodnie z oficjalną fikcją historyczną, nowe królestwo miało być restauracją dawno zapomnianego królestwa średniowiecznego, podlegającego niegdyś Koronie Węgierskiej; nazwę zaś wywodziło od nazw pradawnych księstw ruskich Halicza (Galicja) i Włodzimierza (Lodomeria). W gruncie rzeczy brak mu było naturalnej spójności. Zajmując długi, kręty pas ziem leżących na pomoc od łańcucha Karpat i rozciągający się od Odry na zachodzie po Zbrucz na wschodzie, miało powierzchnię ponad 45 000 km2 i stanowiło największą odrębną prowincję cesarstwa austriackiego. Jego nieobecni właściciele, cesarze habsburscy, rezydowali w odległym Wiedniu. Jego gubernatorzy i namiestnicy, poczynając od mianowanego w 1773 r. hrabiego Johanna Pergena po mianowanego w 1917 r. hrabiego Karla Huyna, byli lojalnymi sługami Habsburgów. Stolica Lwów (Lemberg, Lviv) nigdy nie miała aspiracji wykraczających poza ambicje solidnej prowincjonalnej szacowności. Czołowy ośrodek kulturalny, Kraków, żył w cieniu wspanialszej, zdruzgotanej przeszłości. Galicja, zrodzona z grzesznego paktu Marii Teresy z Rosją i Prusami, od początku była dzieckiem nie chcianym i nigdy nie dożyła wieku pełnej dojrzałości. Zgasła w październiku 1918 r. — i tylko nieliczni opłakiwali jej śmierć.


Dom panujący Habsburgów, w którego granicach powstała Galicja, nie był jej w stanie zapewnić bezpiecznego i stałego środowiska. W ciągu stulecia po pierwszym rozbiorze Austria doświadczyła wielorakich klęsk politycznych i ustrojowych eksperymentów. Pobożny absolutyzm Marii Teresy (1740—80) ustąpił miejsca ambitnym, lecz nietrwałym reformom jej syna, Józefa II (1780—90). Okresy panowania Leopolda II (1790—92) i Franciszka II (1792—1835) zostały zakłócone wstrząsami ery rewolucyjnej, kiedy to uległo zagładzie dawne Święte Cesarstwo Rzymskie (1809), zastąpione imperium austriackim. Reakcyjnym i nieugiętym rządom Mettemicha, którego supremacja trwała przez ponad 30 lat aż do końca panowania Ferdynanda I (1835—48), położyła kres rewolucja 1848 roku. Długi okres panowania Franciszka Józefa I (1848—1916) obfitował w szereg dogłębnych przemian. Od stanowiska absolutystycznego, jakie władca ten reprezentował we wczesnych latach swoich rządów, przeszedł on do okresu nieśmiałych eksperymentów, które rozpoczęły się dyplomem październikowym z 1860 r., zapowiadającym zmiany ustrojowe, a zakończyły wraz z wydaniem w 1867 r. tzw. Ausgleichu, stanowiącego początek dualistycznej monarchii austro-węgierskiej[104]. W późniejszych latach cesarz czynił daleko idące ustępstwa wobec żądań wprowadzenia demokracji i praw mniejszości, a w r. 1907 przyjął demokratyczną ordynację wyborczą. Umarł w listopadzie 1916 r., w momencie gdy Austria znajdowała się już na granicy upadku, pozostawiając swemu ciotecznemu wnukowi Karolowi 1(1916—18) słabe nadzieje na skuteczne rządy. Przez cały ten okres rząd cesarski w Wiedniu był tak bardzo nękany własnymi trudnymi do rozwikłania problemami, że nie mógł poświęcać zbyt wiele uwagi szczególnym interesom Galicji[105].


Przez ponad wiek, licząc od pierwszego rozbioru, cesarstwo austriackie wykazywało zatem większość ujemnych cech właściwych sąsiadującym z nim cesarstwom rosyjskiemu i pruskiemu. Państwo wkraczało we wszystkie dziedziny życia społecznego i politycznego. Wymiar pracy chłopów pańszczyźnianych ustalały oficjalne Robotpatente , czyli „świadectwa pracy”; obowiązki kleru określał gubernator w swoim placetum , czyli „oświadczeniu o aprobacie”. Jurysdykcję szlachty zastąpiła jurysdykcja mandatariuszy, opłacanych wprawdzie przez właścicieli ziemskich, lecz odpowiedzialnych przed władzą państwową. Opodatkowanie znacznie przekraczało poziom podatków w dawnej Polsce, godząc w tych, którym najtrudniej było mu sprostać, a zwłaszcza w chłopów. Armia odgrywała pierwszoplanową rolę w sprawach publicznych, stwarzając okazję do kariery uprzywilejowanym synom szlachty, a od chłopów wymagając obowiązku służby wojskowej. Aparat biurokracji cesarstwa był liczny, potężny, hierarchiczny i wręcz przysłowiowo formalny; na terenie Galicji jego personel składał się głównie z napływowych Niemców i Czechów. System policyjny był wysoko rozwinięty. Nadzorowi i stałemu nękaniu elementów uznanych za niegodne zaufania towarzyszyły bliskie powiązania z siłami policyjnymi Rosji i Prus. Granic, których najbardziej eksponowane odcinki przebiegały w poprzek równiny galicyjskiej na północ od łańcucha Karpat, pilnowały silne garnizony. Cenzura nie pozostawiała zbyt wiele miejsca dla wyobraźni. Chociaż w tym katolickim cesarstwie popierano tradycyjny kult maryjny, to jednak galicyjskim poddanym cesarza zalecano, aby swe modlitwy kierowali nie do „Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski”, lecz do „Najświętszej Maryi Panny, Królowej Galicji i Lodomerii”.


Jednakże pod koniec wieku Austria nie mogła już sobie rościć niemal żadnych pretensji do statusu wielkiego mocarstwa. Miała niewiele z pruskiej gorliwości i dynamiki i nic zgoła z rosyjskiej ambicji. W odróżnieniu od Berlina czy Petersburga Wiedeń był zdecydowanie jowialny i dobroduszny. Sam Franciszek Józef przyznawał, że dzieła Johanna Straussa zapewne okażą się o wiele trwalsze niż jego własne. Osaczony przez sprzeczne dążenia 17 uznanych narodowości, rząd cesarski musiał się troszczyć przede wszystkim o to, aby przetrwać. Po militarnych porażkach, które odbiły się szerokim echem — klęsce poniesionej we Włoszech w 1859 r., a następnie w r. 1866 w bitwie pod Sadową (Königgratz) z rąk armii pruskiej — Austria szybko przeszła w sferę niemieckich wpływów. Do końca wieku utraciła niemal wszystkie możliwości wywierania jakichkolwiek niezależnych wpływów na sprawy międzynarodowe.


Znalazłszy się w sytuacji peryferyjnej prowincji chylącego się ku upadkowi cesarstwa, Galicja zawsze stanowiła łatwy cel szyderstw. Z natury rzeczy nie miała ani środków, ani chęci do rozwiązywania swych problemów. Pod względem gospodarczym była jednym z najbardziej zacofanych terenów cesarstwa. Miała zbyt mało naturalnych bogactw i zasobów, aby móc zaspokoić potrzeby ludności, której liczebność wzrosła z 4,8 miliona w 1822 r. do 7,3 miliona w r. 1900: w takiej samej proporcji wzrastało jej zubożenie. Cesarska kopalnia soli w Wieliczce przynosiła niewiele lokalnych korzyści — poza wybudowaniem jednej z pierwszych w cesarstwie linii kolejowych, Kaiserferdinandsnordbahn , prowadzącej z Wiednia do Krakowa, która została otwarta w 1848 r. Galicyjskie zagłębie naftowe w Borysławiu, odkryte w latach sześćdziesiątych, dawało w r. 1908 ponad 2 miliony ton ropy naftowej, ale płynący z niego strumień krótkotrwałych dochodów nie trafiał do kieszeni mieszkańców dzielnic nędzy, którzy gnieździli się wokół naftowych szybów. Uczniowie powtarzali sobie znane powiedzonko, że żyją w „Golicji i Głodomerii” — goli i głodni.


Społeczeństwo Galicji było w najwyższym stopniu spolaryzowane: garstka arystokratycznych rodów — Tarnowscy, Zamoyscy, Potoccy, Gołuchowscy, Lubomirscy i inni — którym w latach osiemdziesiątych XVIII w. przyznano status szlachty cesarstwa, żyła na szerokiej stopie i w wielkim stylu. Ale przeważali ubodzy chłopi. Jeszcze w 1887 r. stanowili oni 81% mieszkańców Galicji, przy czym większość była analfabetami. Z ich punktu widzenia problem zachowania lub zniesienia pańszczyzny — a przetrwała ona do r. 1848 — był kwestią natury akademickiej. Pod względem gospodarczym w ich życiu nie nastąpiła żadna istotna poprawa. Natomiast samych właścicieli ziemskich z trudem można by uznać za klasę zamożną. Ogólna liczba zarejestrowanych właścicieli ziemskich nie przekraczała 2000 rodzin, wykazując dramatyczny spadek w porównaniu z sytuacją, jaka panowała za czasów dawnej Rzeczypospolitej. Z tych trzystu było cudzoziemcami: albo napływowymi Żydami (jak na przykład ojciec Lewisa Namiera), którym nie wolno było kupować ziemi w Rosji, albo urzędnikami związanymi z aparatem administracji. Natomiast większość nie zarejestrowanych właścicieli ziemskich, którzy nie korzystali z praw przysługujących ich stanowi, miała tak wielkie długi i obciążenia hipoteczne, że nie była w stanie żyć dalej na takiej stopie, do jakiej przywykła. Obliczono, że zaledwie 400 rodzin mogło słusznie uważać się za przedstawicieli niezależnej szlachty. Liczba ta pozostaje w rażącym kontraście z 200 000 urzędników państwowych, 180 000 kupców żydowskich i 220 000 żydowskich karczmarzy i posiadaczy różnego rodzaju licencji.

Proces wyłaniania się zdolnej do życia warstwy drobnych posiadaczy ziemskich i dzierżawców wciąż się opóźniał na skutek uświęconych tradycją podziałów ziemi między dzieci oraz szkodliwych skutków chronicznego przeludnienia. Rozwój silnej klasy średniej hamowały niedostatki handlu i przemysłu; szkodziła mu też nieproporcjonalnie wysoka liczba drobnych przedsiębiorstw będących własnością Żydów oraz ich niewspółmierny udział w handlu hurtowym i uprawianiu wolnych zawodów. Natomiast w obrębie społeczności żydowskiej poważnym hamulcem było już samo istnienie rzesz miejskiej biedoty, a także chroniczne poczucie zagrożenia. Poza krańcami Królestwa — Borysławiem i Księstwem Cieszyńskim na terenie austriackiego Śląska — przemysłowy proletariat nigdy w Galicji nie istniał.


Układ narodowościowy był beznadziejnie skomplikowany. Nie jest ściśle zgodne ze stanem faktycznym twierdzenie, że Niemcy (3% w r. 1882) gnębili Polaków, że Polacy (45%) uciskali Rusinów, że Rusini (41%) ciemiężyli Żydów ani że Żydzi (11%) z racji swej rzekomej przewagi gospodarczej trzymali za gardło wszystkich innych. Ale tego rodzaju fałszywe przekonania, dość powszechnie panujące w Galicji, oddają właściwą atmosferę nie kończących się kłótni i konfliktów, które dzieliły separujące się nawzajem od siebie i rywalizujące ze sobą grupy narodowe. Każda z mniejszości w tej części Europy czuła się w ten czy inny sposób uciemiężona, a wszystkie gorzko się skarżyły na dyskryminację. W początkowych dziesięcioleciach dziejów Galicji Polacy podzielali rozgoryczenie wszystkich swoich sąsiadów. Po 1867 r., kiedy za sprawą wyłącznie wiedeńskiej polityki zostali przyłączeni do Madziarów z Węgier i Niemców z Austrii jako jedna z trzech „panujących ras” dualistycznej monarchii, stali się przedmiotem rosnącej zazdrości ze strony innych mniejszości.


Osiągnięcie jakiejkolwiek spójności kulturowej było rzeczą prawie niemożliwą. Za panowania Marii Teresy językiem urzędowym Królestwa była łacina.


W czasach Józefa II funkcję tę przejął język niemiecki. W latach 1867—69 język niemiecki zastępowano kolejno w szkołach, sądach i urzędach językiem polskim.

Ale Rusini nadal mówili po rusku; Żydzi mówili jidysz, a jedni i drudzy domagali się prawa do oświaty w swoich ojczystych językach. Dostępu do świata wielkiej kultury broniono wszystkim z wyjątkiem polskich literati , a także licznych intelektualistów, którzy wyemigrowali do Wiednia, Pragi lub Niemiec.


Przez większość omawianego okresu nowożytna demokracja w ogóle nie wchodziła w grę. Przez pierwsze 95 lat Galicją zarządzano jako integralną prowincją scentralizowanego cesarstwa. Arystokratyczny Landesrat [106] prowincji odgrywał wyłącznie rolę doradczą i


убрать рекламу




убрать рекламу



nie zbierał się przez dziesiątki lat. Ustanowiony po r. 1867 rząd[107] zasłynął z przedwyborczych manipulacji i przekupstwa. Epoka nowożytnej polityki partyjnej cieszyła się siedmioletnim zaledwie okresem burzliwej egzystencji — w okresie przed wybuchem I wojny światowej.


Kompleks czynników gospodarczych, społecznych, narodowych, kulturowych i politycznych przyczyniał się do wzrostu nędzy, w jakiej żyła większość ludności. „Nędza galicyjska” stała się przysłowiowa. Pewien dobrze poinformowany badacz znalazł w 1887 r. sposób, aby wykazać, że przeludnienie wsi galicyjskiej przerosło przeludnienie we wszystkich innych częściach Europy i zbliża się do poziomu panującego w Chinach i Indiach. Według owego opracowania, ogólne efekty mało wydajnych metod stosowanych w rolnictwie łączyły się z usztywnieniem i konserwatyzmem postaw, rujnującym systemem podatkowym oraz niesłychaną wręcz liczbą nieproduktywnych drobnych urzędników; w wyniku fatalnych warunków bytowych, które kazały ludziom żyć na granicy śmierci głodowej, co roku umierało około 50 000 osób; a jedna czwarta ludności mogłaby spokojnie wyemigrować, po to, aby reszta doczekała się najmniejszej choćby poprawy sytuacji. Ze wszystkich ziem trzech rozbiorów Galicja miała najwyższy przyrost naturalny i najwyższe wskaźniki śmiertelności, a także najniższy współczynnik przyrostu demograficznego i najniższą średnią życia. Była w sytuacji gorszej niż Irlandia na początku okresu wielkiego głodu.

W porównaniu z poziomem życia w Anglii w tym samym okresie przeciętny mieszkaniec Galicji wytwarzał zaledwie jedną czwartą ilości podstawowych środków żywnościowych, spożywał mniej niż połowę przeciętnej angielskiej racji żywnościowej, był właścicielem zaledwie jednej dziesiątej przeciętnego stanu posiadania oraz otrzymywał tylko jedną jedenastą część dochodu, jaki przeciętnemu angielskiemu farmerowi przynosiła ziemia; natomiast płacił — w stosunku do dochodów — dwukrotnie wyższe podatki. Niekoniecznie trzeba święcie wierzyć w przytaczane przez Szczepanowskiego[108] liczby, żeby wyciągnąć z lektury jego pracy oczywiste wnioski. Wszystkie dostępne statystyki wskazują na to samo. Galicja mogłaby łatwo uchodzić za najuboższą prowincję Europy[109].



Ustalając budżet Galicji, nie brano pod uwagę jej interesów. Zaokrąglone liczby za rok 1887 wskazują, że dochód z podatków państwowych i lokalnych wyniósł ogółem 60 milionów zł. Z tej sumy 34 miliony trzeba było wydać na pensje dla urzędników państwowych, 10 milionów — na cele obronne, co najmniej zaś 12 milionów odprowadzono w gotówce do skarbca cesarskiego w Wiedniu.

Po spłaceniu 6 milionów zagranicznych długów i wydaniu 5 milionów na utrzymanie linii kolejowych Królestwo miało już niemały deficyt. Deficyt roczny oceniano na sumę 21 milionów. Nietrudno sobie wyobrazić, jak niewiele pieniędzy zostawało na inwestycje, instytucje użyteczności publicznej czy cele społeczne lub oświatowe.


Dla wielu chłopskich rodzin emigracja była jedyną szansą przeżycia. W okresie 25 lat przed wybuchem I wojny światowej Galicję opuściło na zawsze ponad 2 miliony osób. W samym tylko 1913 roku wyemigrowało aż 400 000, czyli prawie 5% ogółu ludności. Niektórzy przenieśli się na sąsiednie tereny przemysłowego Śląska, zwłaszcza do Księstwa Cieszyńskiego, gdzie element polski rozrastającej się społeczności górników w Karwinie szybko osiągnął zdecydowaną przewagę. Inni udali się do Francji czy Niemiec. Ale większość wsiadała w Hamburgu na statki odpływające do Ameryki, włączając się w nieprzerwany strumień zniechęconych i uciemiężonych mieszkańców Europy, którzy przechodzili przez Ellis Island w drodze do kopalń w Pensylwanii lub na tereny pogranicza na Środkowym Zachodzie.


Najbardziej sensacyjne wydarzenie w dziejach Galicji miało miejsce w r. 1846. Władze zostały uprzedzone o konspiracyjnej akcji, którą Mierosławski zamierzał rozpocząć 21 lutego jednocześnie w Prusach, Krakowie i Galicji. W Poznaniu policja pruska bez większych korowodów aresztowała przywódców. Ale władze lokalne w Austrii chyba wpadły w panikę. Stanąwszy w obliczu zagrożenia w postaci niewielkich grupek uzbrojonej polskiej szlachty, szykującej się do wymarszu na miejsce spotkania w Krakowie, starosta obwodu tarnowskiego, Johann Breini von Wallerstein, zwerbował do pomocy miejscowe chłopstwo. Postarał się w szczególności o wsparcie ze strony Jakuba Szeli (1787—1866), krewkiego chłopa ze wsi Smarzowa, znanego z wygranych sporów z miejscowymi dziedzicami. Szela zabrał się do dzieła, organizując bandy chłopów pańszczyźnianych, którym obiecano uwolnienie od pańszczyzny w zamian za wystąpienie przeciw panom. Wśród zamętu napadano na majątki biorących udział w spisku ziemian. Szlachtę, dziedziców, rządców i stawiających opór urzędników wyrzynano z zimną krwią. Niewinni cierpieli pospołu z winowajcami. W krótkim czasie chłopskie bandy zaczęły na dowód swej gorliwości posyłać władzom obcięte głowy szlacheckich ofiar. Zdaje się, że w niektórych przypadkach zapłacono im za ten towar solą. Sytuacja całkowicie wymknęła się spod kontroli. Niewielkie szlacheckie powstanie przekształciło się w bunt chłopski o szerokim zasięgu. W niektórych okręgach zrównano z ziemią 90% szlacheckich dworów. W okolicach Bochni atakowano wszystkich bez wyboru austriackich urzędników. W Tatrach, we wsi Chochołów, grupa górali dowodzona przez miejscowego księdza wikarego i jego organistę wzniosła w górę sztandar niepodległości Polski. Minęło prawie trzy tygodnie, nim wojska austriackie, których przybycie opóźniło powstanie w Krakowie, zjawiły się, aby przywrócić porządek. Do tego czasu wymordowano ponad 2000 polskiej szlachty.

Pozostali na placu boju uczestnicy „zapustów” zostali rozpędzeni. Szelę aresztowano dla zachowania pozorów, ale wkrótce wynagrodzono jego trudy, przyznając mu rozległy majątek na odległej Bukowinie. Dla władz austriackich był to groźny przykład ekscesów, do jakich może doprowadzić lojalność — w równej mierze co rebelia. Polakom natomiast brutalnie uświadomiono, że nie można liczyć na to, aby mówiący po polsku chłopi wsparli polską szlachtę w jej patriotycznych przedsięwzięciach. Ale dla chłopów było to wyzwalające doświadczenie o pierwszorzędnym znaczeniu. Raz strząsnąwszy ze siebie feudalne więzy, niezbyt byli skłonni poddać im się na nowo. Jeśli zaś chodzi o całą Galicję, żakieria z 1846 r. wydobyła na światło dzienne niedostatki istniejącego ustroju i przygotowała grunt dla ewentualnej autonomii[110].


W dwa lata później Galicja odczuła uderzenie fali rewolucyjnych zamieszek w innych częściach cesarstwa. W marcu z Wiednia nadeszły wieści, że Metternich zbiegł, a cesarz Ferdynand zapowiedział reformy konstytucyjne; w Krakowie powstał Komitet Narodowy, we Lwowie — Rada Narodowa. W „adresie lwowskim” z 19 marca 1848 r. grupa wybitnych obywateli Galicji wystąpiła do cesarza z żądaniem wyzwolenia chłopów i przyznania prowincji autonomii. Pod wpływem chwilowego uniesienia ich lojalistyczne sentymenty skorygowali posłowie, którym powierzono doręczenie petycji, tak że ostatecznie — w jawnej sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem — doręczony cesarzowi w Wiedniu dokument domagał się przyznania Polsce niepodległości. W składzie delegacji, która w imieniu Galicji uczestniczyła w posiedzeniach parlamentu w Wiedniu w okresie od lipca do października, znalazło się kilkanaście barwnych postaci mocno wygadanych chłopów. Uczestniczyli oni czynnie w znoszeniu pańszczyzny. Kierował nimi — głównie podczas głosowania — gubernator Galicji Franz von Stadion (1806—53).

Funkcję prezydenta parlamentu sprawował w zastępstwie nieobecnego Strobacha lwowski demokrata Franciszek Smółka (1810—99). Ale armia cesarstwa nie straciła zimnej krwi. W kwietniu austriacki garnizon stacjonujący na Wzgórzu Wawelskim zbombardował Kraków, który jako pierwszy ze zbuntowanych miast cesarstwa został przywołany do porządku. Lwów został potraktowany podobnie i poddał się w listopadzie. Do tego czasu generał Windisch-Grätz zdążył już ponownie wkroczyć do Wiednia. W grudniu skompromitowany cesarz abdykował, oddając tron swemu bratankowi, Franciszkowi Józefowi, i Austria powróciła do dawnych absolutystycznych metod postępowania. Minister spraw wewnętrznych, Aleksander Bach, wspomagany przez stan wyjątkowy, jakiego wymagała nie zakończona wojna z Węgrami, zdołał zdławić wszelką opozycję polityczną. Raz jeszcze plany autonomii Galicji trzeba było odłożyć na bok. (Patrz rozdz. XV tomu II).


Jednak nie zapomniano o niej i stopniowo stała się faktem, jako swego rodzaju produkt uboczny militarnych klęsk cesarstwa i ciągnącej się walki konstytucyjnej między Austrią i Węgrami. Walkę o autonomię po raz pierwszy podjęła na nowo grupa konserwatywnych arystokratów pod przywództwem hrabiego Agenora Gołuchowskiego (1812—75), którego pozycja pozwalała wywrzeć nacisk na Wiedeń w kierunku ustępstw, mających być ceną za niezłomną lojalność wobec Korony, co tym samym stwarzało pewną możliwość wykorzystania galicyjskich Polaków jako przeciwwagi dla węgierskich secesjonistów i niemieckich radykałów. Gołuchowski, który był w r. 1849 gubernatorem Galicji, namiestnikiem w latach 1850—59, 1866—68 i 1871—75 oraz premierem cesarskiego rządu w latach 1859—60, spełniał rolę ogniwa łączącego dwór Habsburgów z grupą polskiej szlachty, zwaną „Podolakami”. Podobnie jak nawrócony były radykał Florian Ziemiałkowski (1817—1900), patrzał on na kwestię autonomii z punktu widzenia angielskich wigów, widząc we wprowadzanych w odpowiednim czasie ustępstwach konstytucyjnych najlepszy środek do utrzymania dominacji interesów ziemiaństwa.

Jednocześnie miał nadzieję odeprzeć ataki bardziej wojowniczo nastawionych federalistów ze Smółką na czele, zmierzających do utworzenia „potrójnej monarchii”, w obrębie której Galicja cieszyłaby się takim samym statusem równego partnera w federacji jak Austria i Węgry. Walka polityczna trwała przez ponad dziesięć lat i zakończyła się kompromisem możliwym do przyjęcia dla każdego z protagonistów. Początkowe ustępstwa cesarza na rzecz autonomistów, którzy wysuwali bardziej umiarkowane żądania dotyczące kwestii instytucjonalnych, zostały zrównoważone późniejszymi ustępstwami na rzecz federalistów, którzy żądali bardziej radykalnych zmian w dziedzinie polskiej kultury i oświaty. Pierwszy krok uczyniono w 1860 r. w następstwie katastrofalnej w skutkach wojny z Piemontem. Projekt Gołuchowskiego dotyczący „decentralizacji”, o której mówił dyplom październikowy Franciszka Józefa (przyznający większy zakres władzy sejmom krajowym kosztem centralnej Rady Państwa), został rozszerzony i poprawiony przez jego następcę na stanowisku premiera, Antoniego Schmerlinga, w tzw. patencie lutowym z 1861 r., który ostatecznie wprowadzał w Austrii ustrój parlamentarny, uwzględniał także odrębne instytucje prawne i administracyjne na terenie Galicji, ale ścieśniał kompetencje sejmów krajowych na rzecz uprawnień wiedeńskiej Rady Państwa. Krok drugi podjęto podczas kryzysu wywołanego klęską pod Sadową. W grudniu 1866 r. wnioskowi postawionemu w sejmie galicyjskim i domagającemu się wcielenia w życie projektów autonomii towarzyszył pełen lojalności adres skierowany do cesarza: „Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy”. Lojalność doczekała się zasłużonej nagrody. W „prawie podstawowym” cesarza wydanym 21 grudnia 1867 r. i sankcjonującym zmiany ustrojowe, uchwalone w ramach ugody (Ausgleich), Galicja nie została pominięta. Utrzymano zarówno wybieralne ciało ustawodawcze, Sejm Krajowy, jak i ciało władzy wykonawczej prowincji, czyli Wydział Krajowy. Ale federaliści nadal nie czuli się usatysfakcjonowani. Boleśnie przeżywając rozczarowanie wynikające z faktu, że Galicja otrzymała mniej uprawnień niż Węgry, w 1868 r. podjęli uchwałę sejmową, zwaną rezolucją i żądającą dalszych reform. We Lwowie odbyły się demonstracje, w wyniku których rząd poczuł się zmuszony ustąpić. W 1869 r. język polski, który nieco wcześniej został dopuszczony do szkół i sądów, zastąpił niemiecki we wszystkich sprawach oficjalnych; w r. 1870 Uniwersytet Jagielloński został upoważniony do przywrócenia języka polskiego jako podstawowego języka wykładowego; w r. 1871 w Wiedniu utworzono Ministerstwo do Spraw Galicji, którego zadaniem miało być dbanie o interesy Królestwa w rządzie cesarstwa; w r. 1872 w Krakowie założono Akademię Umiejętności pod patronatem rodziny cesarskiej. W ten sposób Galicja otrzymała środki, dzięki którym organy nowej autonomicznej administracji mogły uzyskać wykształcony personel, rekrutujący się spośród miejscowej ludności.


Działający w latach 1867—1918 rząd Galicji charakteryzował się interesującą mieszaniną ciał centralnych i zdecentralizowanych. Namiestnik, który sprawował obowiązki dawnych gubernatorów, był mianowany bezpośrednio przez cesarza i ze swojej rezydencji we Lwowie kierował pracą władz wykonawczych. Wspólnie ze swoim zastępcą w Krakowie kontrolował starostów 79 okręgów administracyjnych (Bezirke), czyli powiatów, oraz podlegających im naczelników gmin wiejskich. Jego władza nie obejmowała wojska, urzędu poczt i telegrafów, kolei państwowych, dóbr koronnych oraz lasów państwowych, nad którymi nadzór sprawował bezpośrednio Wiedeń. Ciało ustawodawcze, czyli Sejm Krajowy, wybierano na podstawie skomplikowanego systemu kurialnego kolegiów elektorskich. Poza trzynastoma posłami, którzy zasiadali w Sejmie ex officio (biskupi, rektorzy uniwersytetu i prezes Akademii Umiejętności), w jego skład wchodziło 44 posłów wybieranych przez ziemian i reprezentujących grupę około 2000 zarejestrowanej szlachty mającej prawa elektorskie, 3 posłów reprezentujących członków galicyjskich Izb Handlowo—Przemysłowych, 20 posłów reprezentujących miasta posiadające prawa miejskie oraz 74 posłów zgłaszanych przez resztę gmin, których wybierali przedstawiciele społeczności chłopskiej. W kurii ziemian każdy poseł był bezpośrednio przedstawicielem grupy około 52 głosujących; w kurii gmin jeden poseł reprezentował pośrednio aż 8792 wyborców! W sumie czynnie głosowało poniżej 10% ludności. Plebs miejski był z głosowania wyłączony całkowicie. Zgodnie z intencjami swych pierwszych zwolenników Sejm nie miał innych możliwości poza spełnianiem funkcji forum zapewniającego patronat i wpływy warstwy posiadaczy ziemskich. Jego decyzje ustawodawcze podlegały prawu sprzeciwu ze strony cesarza, z którego upoważnienia działał namiestnik, kontrola nad działalnością Wydziału Krajowego zaś była czysto formalna. Mimo to w dziedzinie działalności publicznej, wymiaru sprawiedliwości oraz oświaty miał on pewne możliwości podejmowania skutecznych akcji. Była to w owym okresie jedyna instytucja na ziemiach polskich, która zapewniała efektywny udział w rządach choćby części polskiej ludności.


Zdobycie autonomii było sygnałem do odrodzenia się wszystkich form polskiej świadomości narodowej. Weszły w modę patriotyczne demonstracje. W 1869 r. otwarcie grobowca Kazimierza Wielkiego, którego przypadkiem dokonał robotnik zatrudniony przy pracach w krypcie wawelskiej katedry, stało się powodem niecodziennych przejawów powszechnej radości. Uroczystość ponownego pogrzebu doczesnych szczątków wielkiego Piasta przyciągnęła dziesiątki tysięcy uczestników. Przypadająca w tym samym roku trzechsetna rocznica zawarcia unii lubelskiej stała się podobnym pretekstem do uroczystych obchodów, a we Lwowie wzniesiono z tej okazji imponujący Kopiec Unii. Uroczystości odsłonięcia patriotycznych pomników — wykonanego przez Teodora Rygiera pomnika Adama Mickiewicza na Rynku w Krakowie w r. 1898 czy pomnika grunwaldzkiego w r. 1910 przyciągnęły tłumy widzów z terenu wszystkich trzech zaborów.


Turystę odwiedzającego w tym czasie Galicję uderzało wszechobecne pomieszanie lokalnych wpływów słowiańskich z wpływami cesarskiej Austrii. Opisując w r. 1905 Lwów dla potrzeb czytelników anglojęzycznej wersji przewodnika po Austro—Węgrzech, Karl Baedeker przywiązywał jednakową wagę do jego polskich i niemieckich powiązań.


LEMBERG  


HOTELE. Hot. George, pokoje od 3 k. Śniad. 90 h.; Hotel Imperiał, Grand Hotel, Hotel Metropole. Hotel de l‘Europe, Hotel de France.  


RESTAURACJE. W Hot. George, Grand Hotelu i Hotelu de l’Europę; Stadtmilller, Krakowska—Str.; Restauracja Kolejowa na Dworcu Głównym.  

KAWIARNIE. Teatralna, Ferdinands—Platz, Wiedeńska, Heilige—Geist—Platz.  

TRAMWAJ ELEKTRYCZNY od Dworca Głównego na Wały Hetmańskie i stąd dalej do Parku Kilińskiego i na Cmentarz Łyczakowski. Dorożki konne także oferują kursy po mieście.  

WICEKONSUL BRYTYJSKI, prof. R. Załoziecki.  


LEMBERG (pol. Lwów, franc. Leopol) stolica Galicji 160 000 mieszkańców (‘A Żydów), jest siedzibą arcybiskupów Kościołów rzymskokatolickiego, ormiańskiego i grekokatolickiego.  

W mieście znajduje się 14 kościołów rzymskokatolickich, katedry: ormiańska i protestancka, dwie synagogi, a także kilka klasztorów rzymsko- i grekokatolickich. Samo miasto jest niewielkie, a najpiękniejsze budynki położone są na czterech przedmieściach (Halickie, Łyczakowskie, Krakowskie i Żółkiewskie). Miasto jest od strony wschodniej ograniczone Wałami Gubematorskimi, od zachodu zaś Wałami Hetmańskimi, z posągami hetmana Jabłonowskiego, który bronił miasta przed Turkami w 1695 r., oraz króla Jana III Sobieskiego, dłuta Barącza. Na  

Ringu, czyli głównym placu miasta, ozdobionym czterema pięknymi monumentalnymi fontannami, wznosi się Rathaus, wybudowany w latach 1828—37. Ze szczytu wysokiej na 260 stóp wieży rozciąga się rozległy widok na miasto. Katedra rzymskokatolicka, wzniesiona w XV wieku w stylu późnogotyckim, została odrestaurowana w XVIII w. w stylu rokoko. Katedra ormiańska reprezentuje styl ormiańsko—bizantyjski (XV w.). Przed jej fasadą wznosi się pomnik Św. Krzysztofa. W kościele Dominikanów znajduje się pomnik hrabiny Dunin—Borkowskiej dłuta Thorvaldsena. Katedra grekokatolicka, zbudowana w stylu bazyliki, stoi na wzniesieniu na Georgs—Platz.  


Piękny budynek Instytutu Politechniki na Georgs—Platz, ukończony w 1877 r., mieści duże laboratorium chemiczno—techniczne i również pod innymi względami jest dobrze wyposażony. Na Słowacki—Str., naprzeciw parku, znajduje się budynek Sejmu, wybudowany w latach 1877—81 według projektu Hochbergera, z malowidłem Matejki (Unia lubelska z 7569 r.) w sali obrad. Na Kleparowska—Str. wznosi się Invalidenhaus z czterema wieżami. — W teatrach (nieczynnych w lecie), przy Skarbkowska-Str. pokazuje się polskie sztuki i polsko-włoskie opery (arie solowe na ogół po włosku, partie chóralne — po polsku). W pobliżu teatru, w kierunku na południe, znajduje się Muzeum Przemysłu, otwarte w dni powszednie 9—2, wst. 40 h., w niedziele 10—12, wst. wolny; biblioteka czynna w dni powszednie 11—2, w niedziele 10—1, wstęp wolny.  


Uniwersytet (ok. 2000 studentów) został założony w 1783 r. przez cesarza Józefa II. Od strony południowej przylega doń Ogród Botaniczny. Wydział medyczny i kliniki znajdują się na Piekarska—Str.  


Instytut Narodowy Ossolińskich na przedmieściu Halickim mieści bibliotekę, zawierającą głównie literaturę i prace dotyczące historii Polski, a także zbiory obrazów, zabytków historycznych, monet itp. (czynne codziennie z wyjątkiem poniedziałków 10—1, we wtorki i piątki 3—5, wstęp wolny). Muzeum Dzieduszyckich zawiera cenne zbiory przyrodnicze i jest otwarte dla zwiedzających po uprzednim zgłoszeniu u kustosza.  


Na południe od miasta rozciąga się rozległy park Kilińskiego (z restauracją), ulubione miejsce spacerów mieszkańców, z pomnikiem polskiego bohatera narodowego, Jana Kilińskiego, dłuta Markowskiego. Piękne widoki na miasto oglądać można z Unionshilgel oraz ze szczytu Franz—Josef—Berg (1310 stóp wys.) [111].


Po r. 1867 na scenie politycznej Galicji rozpoczął się okres względnej stabilizacji. Agenor Gołuchowski nadal sprawował funkcję namiestnika, aż do swojej śmierci w r. 1875. Zarówno Ziemiałkowski, który w latach 1873—88 pełnił urząd ministra do spraw Galicji, jak i Smółka, który w okresie od 1881 do 1893 był prezydentem Izby Posłów cesarskiego Reichsratu, zapewnili sobie pozycje polityków najwyższej rangi. Biorąc pod uwagę fakt, że obaj byli w młodości skazani na karę śmierci za zdradę stanu, wyniesienie to można uważać za oznakę nadejścia nowych i bardziej pokojowych czasów. Ich pojawienie się w Wiedniu zbiegło się w czasie z rozkwitem kariery młodszego pokolenia Galicjan, którzy piastowali eksponowane stanowiska w rządzie cesarstwa. Profesor Julian Dunajewski (1824—1907) był ministrem finansów, Kazimierz Badeni (1846—1909) — premierem, Agenor Gołuchowski syn (1849—1921) ministrem spraw zagranicznych — to zaledwie trzej spośród wielu ludzi, których kariera poprowadziła ze Lwowa do Wiednia.

Pod koniec stulecia rola przywódcy galicyjskich konserwatystów przypadła Wojciechowi Dzieduszyckiemu (1848—1909), profesorowi filozofii ze Lwowa, ministrowi do spraw Galicji w latach 1906—07. W okresie, w którym zaczęły się pojawiać partie demokratyczne, poszerzył on skład pierwotnej grupy „Podolaków”, odstępując od jej początkowo wyłącznie arystokratycznej struktury w świadomie podjętym celu obrony tej polskiej organizacji przed rosnącą falą ukraińskiego i żydowskiego nacjonalizmu. Pod tym względem jego stanowisko było bardzo podobne do postawy Romana Dmowskiego w rosyjskiej Polsce. Powtarzano z pewnym naciskiem, że „neokonserwatyści” galicyjscy przyjęli linię polityczną wyprzedzającą program Stronnictwa Narodowo—Demokratycznego na całym terenie ziem polskich. W epoce powszechnego prawa do głosowania, w ostatnich latach poprzedzających wybuch wojny światowej, było rzeczą zupełnie naturalną, że zwolennicy Narodowej Demokracji poczynili wielkie postępy wśród polskiego elektoratu, zbierając w ten sposób plon z zasianego przez „Podolaków” ziarna.


Masowe partie polityczne rozwijały się powoli, ale skoro udało im się już przebić na powierzchnię, zaczęły wyrastać w znacznej obfitości. Ich przywódcy znaleźli się zarówno w Sejmie Krajowym, jak i w austriackim parlamencie. W wyniku panujących warunków prawie wszystkie nowo powstające partie były antyklerykalne i antyarystokratyczne. Poza narodowymi demokratami do najważniejszych należało Polskie Stronnictwo Ludowe, założone w 1895 r. Jego wpływowy organ, „Przyjaciel Ludu”, wywierał doniosły wpływ na chłopów, rozbudzając ich świadomość narodową i polityczną. Kosztowało to redaktora naczelnego, Bolesława Wysłoucha (1855—1937), założyciela stronnictwa, niejeden wyrok odsiedziany za kratkami[112]. W 1911 r. partia rozpadła się na trzy odłamy. Przywództwo przeszło od skrzydła radykalnego, PSL—Lewicy Jana Stapińskiego (1867—1946), do będącego zwolennikiem ostrożniej szej polityki odłamu PSL—Piast, na czele którego stali Wincenty Witos (1874—1945) i Jan Dąbski (1880—1931)[113]. W odróżnieniu od nich członkowie Polskiej Partii Socjalno—Demokratycznej kierowali swój program socjalistyczny pod adresem z konieczności ograniczonych kręgów zwolenników. Jej przywódcy, Bolesław Drobner (1883—1968), Ignacy Daszyński (1866—1936) i Jędrzej Moraczewski (1870—1944), jak wszyscy socjaliści polscy w tym okresie, nie mogli zgodzić się co do tego, czy priorytet należy przyznać rewolucji społecznej czy też niepodległości narodowej[114]. Wpływy nowo powstałych partii znacznie osłabiał konflikt dotyczący kwestii narodowej, jak również wzrost powstających równolegle partii politycznych tworzonych przez społeczności: niemiecką, ukraińską i żydowską. W świecie rozproszonej polityki większość partii polskich ograniczała się do łagodzenia swoich teoretycznych programów w celu zapewnienia sobie wzajemnej pomocy. W parlamencie przedstawiciele wszystkich organizacji partyjnych tworzyli wspólny front w ramach Koła Polskiego. Nacjonalizm i populizm były w gruncie rzeczy jedynymi dwoma ruchami, które miały w tym czasie jakiekolwiek szansę na odniesienie sukcesu. Socjalizm budził z konieczności mniejsze zainteresowanie, czego dowodem jest apokryficzna historyjka o pewnym polskim socjaliście z Warszawy, którego na granicy galicyjskiej zatrzymał patrol policyjny. Gdy oficer zapytał działacza, czym według niego jest socjalizm, ten odpowiedział: „Walką robotników z kapitałem”, na co otrzymał niezrównaną odpowiedź: „Wobec tego może pan przejść na teren Galicji, ponieważ nie mamy tu ani robotników, ani kapitału”[115].


Osiągnięcia galicyjskich Polaków w dziedzinie kultury i oświaty nie wymagają reklamy. Stary Uniwersytet Jagielloński na nowo powrócił do życia. Podobnie jak uniwersytet we Lwowie i Politechnika Lwowska, refundowana w 1877, zyskał sobie światową sławę. Jego Wydział Historii pod kierunkiem Szujskiego i Dobrzyńskiego, Wydział Medycyny pod kierunkiem Józefa Dietla i Wydział Fizyki pod kierunkiem Z. F. Wróblewskiego i K. Olszewskiego — wniosły wybitny wkład w rozwój swoich dyscyplin. Akademia Umiejętności, ze swoimi pięcioma oddziałami, reprezentującymi różne nauki, nawiązała ważne kontakty międzynarodowe, stając się zaczątkiem współczesnej Polskiej Akademii Nauk[116]. Towarzystwa naukowe, biblioteki, muzea, wydawnictwa, księgarnie, teatry, kawiarnie oraz czasopisma i dzienniki Lwowa i Krakowa stwarzały rynek intelektualny, który sięgał poza granice trzech imperiów. Lwów był siedzibą Ossolineum, instytucji założonej w 1817 r. przez Józefa Maksymiliana Ossolińskiego (1748—1826) dla propagowania polskiej sztuki i nauki. Miasto stało się też miejscem narodzin w 1886 Polskiego Towarzystwa Historycznego oraz najstarszego polskiego czasopisma z tej dziedziny, „Kwartalnika Historycznego”. Kraków był siedzibą Muzeum Czartoryskich, które w 1876 r. otwarło podwoje dzięki hojności syna księcia Adama Jerzego, księcia Władysława Czartoryskiego (1828—94). Dało ono pomieszczenie galerii sztuki, bibliotece i archiwum. Słynny Stary Teatr w Krakowie wystawił wiele sztuk z klasycznego repertuaru polskiego, pełniąc rolę patrona „złotego wieku” polskiego dramatu. Zarówno w Krakowie, jak i we Lwowie istniały duże teatry miejskie wzorowane na Paryskiej Operze. Mówiąc o kawiarniach, które pełniły rolę klubów intelektualnych, nie sposób nie wspomnieć o ważkiej roli dyskusji i sporów, jakie rozbrzmiewały w zadymionych salach krakowskiej Jamy Michalikowej czy lwowskiej Szkockiej. W wyniku korzystnych warunków politycznych liczba książek i czasopism wydawanych w Galicji przekraczała liczbę wydawnictw, jakie ukazywały się łącznie w zaborach rosyjskim i pruskim. Spośród bogatego wachlarza osobowości, dzięki którym polskie życie kulturalne utrzymywało się u szczytu rozwoju, niełatwo wybrać kilka zaledwie typowych przykładów. Galicja wydała wielu wspaniałych ekscentryków, ale i wielu zasłużonych pedantów. Pod pewnymi względami na czoło wybijał się świat teatru — we wczesnym okresie dzięki komediom Aleksandra Fredry (1793—1876), później za sprawą Stanisława Wyspiańskiego. Ale postaciami najwybitniejszymi byli chyba owi niezwykle utalentowani i wszechstronni ludzie, którzy z niesłabnącą błyskotliwością przerzucali się od jednego rodzaju twórczości do drugiego. Jednym z nich był Tadeusz Boy—Żeleński (1874—1941), lekarz z zawodu, autor niezwykle popularnej monografii historycznej Marysieńka Sobieska, jeden ze stałych autorów krakowskiego kabaretu. W charakterze niejako działalności ubocznej dokonał samodzielnie jednego z największych dzieł w annałach polskiej kultury, przekładając na język polski pełny zestaw francuskiej klasyki, liczący przeszło sto tomów[117].

Inną postacią podobnego pokroju był profesor Karol Estreicher (1827—1908), dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej, który dzielił swój czas między krytykę literacką i pracę nad epokową Bibliografią polską w 22 tomach. Wypada też w tym miejscu wymienić Wilhelma Feldmana (1868—1919), który był w życiu politycznym socjalistą, żydowskim asymilacjonistą, a podczas wojny światowej — posłem w Berlinie z ramienia Legionów Piłsudskiego. Jego popularny zarys Współczesna literatura polska (wyd. l, pt. Piśmiennictwo polskie ostatnich lat dwudziestu, 1902) oraz specjalistyczne Dzieje polskiej myśli politycznej w okresie porozbiorowym (1914—20) szybko zdobyły sobie pozycję standardowych dzieł. Znajdował również czas na propagandę polityczną, pisanie powieści i krytykę literacką: jako krytyk Feldman był przeciwnikiem opozycji występującej przeciwko Młodej Polsce. Na koniec należy wspomnieć jeszcze o Michale Bobrzyńskim, historyku, pedagogu i namiestniku Galicji.


Ukraiński ruch narodowy był pod wieloma względami bardziej zaawansowany w Galicji niż po przeciwnej stronie granicy, na terenie Rosji, chociaż przez długi czas nie zgadzał się na przyjęcie etykiety „ukraiński”. Wcześniejsze niż w Rosji uwłaszczenie chłopów i pełna spokoju ducha postawa władz austriackich umożliwiły stały rozwój ruchu narodowego na przestrzeni drugiej połowy XIX wieku. Kościół unicki nie cierpiał w Galicji takich prześladowań, jakie musiał znosić w Rosji, mógł się zatem zajmować organizowaniem szkolnictwa podstawowego w języku ruskim. Literatura ruska miała własną „triadę” pisarzy romantycznych, którzy w 1837 r. wydali swój pierwszy zbiór poezji ludowej. We Lwowie działał od 1848 r. „Narodnyj Dim”, od 1864 — ruski teatr, od roku 1874 wreszcie — pierwsza ruska szkoła średnia. Inicjatywa w sprawach organizacyjnych spoczywała przez pewien czas w rękach Starorusinów — ugrupowania szczególnie zainteresowanego sprawą reform religijnych i stara


убрать рекламу




убрать рекламу



jącego się — między innymi — przywrócić naukę języka staro-cerkiewno-słowiańskiego. Po r. 1882, kiedy podczas pewnego austriackiego procesu o zdradę wyszło na jaw, że Starorusini otrzymywali tajne subsydia od ambasadora carskiego, publiczna uwaga przeniosła się na młodsze ugrupowanie narodowców, czyli ludowców. Od tego czasu aktywność polityczna nasiliła się. Wysuwano żądania reformy społecznej, powszechnego prawa do głosowania, subsydiowanych przez państwo szkół z językiem ruskim, ściślejszych kontaktów z Ukraińcami w Rosji oraz utworzenia „Wielkiej Ukrainy od Sanu po Don”. Narodowcy byli pierwszym ugrupowaniem w Galicji, które nazywało się Ukraińcami, ale już wkrótce nazwą tą miano określać wszelkiego rodzaju ugrupowania i wspólnoty — od aktywistów, wywodzących się z kół intelektualistów w miastach, po chłopskie grupy karpackich Hucułów i Łemków, którzy uprzednio mieli niewielkie poczucie wspólnej tożsamości.


Na przełomie wieków w Galicji pojawił się cały wachlarz ukraińskich partii politycznych. Pośród wielu wybitnych ludzi największym szacunkiem cieszyli się socjalista i powieściopisarz Iwan Franko (1856—1916), profesor historii lwowskiego uniwersytetu Michał Hruszewski (1866—1934) i metropolita lwowski, arcybiskup Andrzej Szeptycki (1865—1944). Tarcia między Ukraińcami i Polakami były jednak nieuniknione. Sytuacja panująca w okresie przed wybuchem I wojny światowej, kiedy Ukraińcy nawoływali do wcielenia Galicji w obręb planowanego przez siebie państwa narodowego w charakterze „Zachodniej Ukrainy”, podczas gdy Polacy nawoływali do jej wcielenia w granice niepodległej Polski jako „Wschodniej Małopolski”, doskonale ilustruje panujące w Galicji brutalne uprzedzenia i nie dające się ze sobą pogodzić aspiracje[118]. Wielu obywatelom starszego pokolenia tego rodzaju nacjonalistyczne politykierstwo musiało się wydawać czymś z gruntu „niegalicyjskim”.


Okres między 1908 a 1913, na który przypadało namiestnictwo Michała Bobrzyńskiego, nie zajmuje zbyt wiele miejsca we współczesnych pracach historycznych. Historyk-mediewista, który poświęcił się swoim badaniom i kierownictwu Rady Szkolnej, a jako polityk pozostawał nieodmiennie Kaisertreu , nie znajduje dziś wielu wielbicieli. Urząd namiestnika objął po hrabim Andrzeju Potockim, który został w 1908 r. zamordowany przez ukraińskiego terrorystę. Ale zamiast domagać się odwetu, za swoje główne zadanie uważał godzenie walczących ze sobą grup narodowych. Podczas lokalnych wyborów w 1911 r. uformował „blok namiestnika”, skupiający kandydatów, którzy byli skłonni udzielić poparcia jego programowi reformy ordynacji wyborczej oraz rozwoju oświaty na Ukrainie. Po zwycięstwie bloku przeciwko Dobrzyńskiemu opowiedzieli się katoliccy biskupi, galicyjscy konserwatyści oraz — najgwałtowniej ze wszystkich narodowi demokraci. W ich oczach namiestnik był zdrajcą polskiej sprawy. A jednak właśnie w okresie rządów Bobrzyńskiego w Galicji ujawniły swą działalność Legiony Piłsudskiego, które tu właśnie rozpoczęły manewry i szkolenie rekrutów.

Dobrzyński przymykał oczy na ich akcje, uznając je za niezbędny element austriackiej polityki zagranicznej, pozbawiony znaczenia dla wewnętrznych spraw Galicji. Styl jego rządów cechowała zatem tolerancja: cele jego polityki były ograniczone, a zamiary uciszenia narodowościowych namiętności nie przyniosły mu niczyjej wdzięczności. W r. 1913 złożył rezygnację, zmęczony stałymi atakami ze strony rodaków. Był pierwszym i ostatnim namiestnikiem Galicji, który próbował rządzić krajem w sposób demokratyczny i bezstronny. Zaledwie w rok po jego rezygnacji wybuchła wojna. Była to dla Galicji ostatnia szansa. Poza krótkim okresem w 1917 r., w którym pełnił funkcję ministra do spraw Galicji w rządzie austriackim, Bobrzyński całkowicie wycofał się z czynnego życia politycznego. Do końca bronił stanowiska lojalności wobec Austrii — nie ze ślepego oddania dla Habsburgów, ale z obawy przed niszczycielskimi siłami, które mogłyby zająć ich miejsce. Mimo wszystko, według wszelkich norm politycznej integralności, jego działalność polityczna jest godna odnotowania. Potrafił wyjść poza sytuację, w której jedna narodowość usiłowała narzucić swóją wolę reszcie społeczeństwa, i bez większego powodzenia próbował wprowadzić jakieś lepsze rozwiązanie. Nie prześladował działaczy i rewolucjonistów, którzy zrzeszali się na terenie zarządzanego przez niego Królestwa, starając się raczej o stworzenie takich warunków, w których bunty i spiski byłyby zbędne. Jak wielu spośród Galicjan, nad którymi sprawował rządy, nie darzył sympatią nacjonalizmu. Ale jego wkład w życie własnego narodu, a także w życie jego sąsiadów, był znaczący[119].


O losie Galicji przesądzili ludzie i siły, których działalność przebiegała daleko poza sferą wpływów kogokolwiek z Galicji. W sierpniu 1914 r. armia rosyjska przetoczyła się ze wschodu przez kraj, docierając do przedmieść Krakowa.

W r. 1915 nadciągnęła z zachodu kontrofensywa niemiecka, przemierzając prowincję w przeciwnym kierunku. Wycofujący się Rosjanie przyjęli taktykę spalonej ziemi. Wsie równano z ziemią, koleje, mosty i fabryki demontowano, szyby naftowe w Borysławiu podpalono, deportowano — wraz z inwentarzem żywym i zapasami żywności — ponad milion chłopów. W 1916 r. na wschodnim horyzoncie pojawił się ponownie generał Brusiłow i niszcząc wszystko na swej drodze, zaczął się przedzierać w stronę Karpat. W latach 1917—18 Galicja wchodziła w skład austriackiej strefy wojskowej; pustoszyli ją wygłodzeni uchodźcy, wojskowe rekwizycje i oddziały armii, które nie zachowały wiele z dawnej dyscypliny. Jej rozpaczliwe położenie było gorsze od sytuacji najbardziej niszczonych przez wojnę obszarów Belgii i północnej Francji. Pod koniec wojny Galicja zawisła w próżni, opuszczona przez wszystkich po upadku władz monarchii austro-węgierskiej. Dzieląc losy dynastii, której interesom miała służyć w myśl politycznych założeń, wraz z nią zatonęła bez śladu.


W latach późniejszych polscy komentatorzy przeważnie oglądali się wstecz na Galicję z uczuciem pobłażliwości lub nawet sympatii. Galicja była dla nich jedynym miejscem, gdzie utrzymano przy życiu polską kulturę i polskie ideały, podczas gdy inne zabory omdlewały pod uderzeniami młotów germanizacji i rusyfikacji. Była „Piemontem” wskrzeszonego narodu. Mimo że stosunkowo niewielu Galicjan czynnie interesowało się kwestią niepodległości Polski, doświadczenia Galicji niewątpliwie odegrały istotną rolę w przygotowywaniu Polaków do statusu niepodległego narodu, który im narzucono po zakończeniu wojny.


Trzeba jednak dostrzec w Galicji także Piemont nacjonalizmu ukraińskiego. Według ostatniego austriackiego spisu ludności, przeprowadzonego w 1910 r. na podstawie kryterium językowego, Rusini stanowili 40% ogółu mieszkańców Galicji, na terenie zaś wschodniej Galicji — aż 59%. Biorąc pod uwagę fakt, że mieli 2460 szkół podstawowych i 61 gimnazjów (w porównaniu z 2967 szkołami i 70 gimnazjami polskimi), można by twierdzić, że — w stosunku do liczby ludności — przewyższali Polaków, jeśli idzie o szerzenie narodowej kultury. Jeśli się uwzględni niemal całkowity brak perspektyw polityki separatystycznej w Rosji, Rusini niewątpliwie traktowali Galicję jako główną arenę wszelkich przyszłych wydarzeń politycznych. A jednak w sferze politycznej wciąż zajmowali pozycję drugoplanową. W kurii wielkiej własności ziemskiej mieli w r. 1914 zaledwie jeden mandat na 45; w kurii gmin — 48 na 105; wśród posłów do austriackiego parlamentu było tylko 25 Rusinów na ogólną liczbę 78.


Polacy utrzymywali, że mniejszą liczebność przedstawicieli Rusinów w organach władzy różnych szczebli należy przypisać niższemu poziomowi rozwoju społeczeństwa ukraińskiego; Ukraińcy twierdzili, że jest to wynik dyskryminacji. Wszelkie próby zapewnienia językowi ruskiemu takiej samej pozycji, jaką miały języki polski i niemiecki, spotykały się — poza sądownictwem — ze zdecydowanym oporem. Próby wprowadzenia go jako języka wykładowego na uniwersytecie lwowskim wywoływały bunty studentów. W tej sytuacji austriacki aparat biurokracji odczuwał silną pokusę, aby podtrzymywać skargi Ukraińców jako dogodny sposób na poskramianie bardziej wybujałego polskiego ruchu narodowego.

Czyniąc to, władze podniecały polsko-ukraińskie antagonizmy, które z chwilą upadku reżimu Habsburgów przerodziły się w otwartą walkę.


W epoce państw narodowościowych ład galicyjski należy niewątpliwie uznać za nieco anachroniczny. Mimo to w wieku, w którym nacjonalizm został zdyskredytowany w tej samej mierze, co poprzedzający go imperializm, wciąż jeszcze żyją ludzie, którzy z niekłamaną nostalgią wspominają „dawne dobre czasy” monarchii dualistycznej. W Krakowie istnieje przynajmniej jeden salonik, w którym portret Franciszka Józefa nadal zajmuje na ścianie poczesne miejsce. Nie brak Ukraińców ze Lwowa (dziś głównego miasta zachodniej Ukrainy w granicach ZSRR), którzy wciąż mają wątpliwości co do tego, czy wszystkie zmiany ostatnich sześćdziesięciu lat rzeczywiście były zmianami na lepsze. Od czasu do czasu można jeszcze spotkać jakiegoś osiemdziesięciolatka, który z werwą zagwiżdże melodię O du meine liebe Österreich  albo wyrecytuje z pamięci linijki, które powtarzał codziennie w szkole:



Boże wspieraj. Boże ochroń  
Nam Cesarza i nasz kraj!  
Tarczą wiary Rządy osłoń,  
Państwu Jego siłę daj! [120]


Inteligentnym mieszkańcom Galicji nie trzeba było tłumaczyć, że żyją w kraju biednym i zacofanym ani też, że są obywatelami najsłabszego z państw rozbiorowych. Jednocześnie jednak byli oni wolni od społecznych i politycznych nacisków, jakie ciążyły nad życiem Polaków w pozostałych zaborach. Byli wolni od imperializmu kulturowego Rosji i Niemiec, wolni od atmosfery ciągłych zakazów i nękających szykan wprowadzanych przez carat; wolni od gwałtownych przemian społecznych i manii samodoskonalenia się, która osaczała Polaków w Prusach. I za to byli Habsburgom szczerze wdzięczni. Wobec tego byli o wiele mniej skłonni przeklinać swój los, a o wiele częściej reagowali wzruszeniem ramion i chichotem. Wyraźna świadomość własnych ograniczeń oraz należyta ocena dobrych stron własnego położenia dawały im właściwe wyczucie proporcji i poczucie humoru, których brakowało gdzie indziej. Galicja wyprodukowała własny kontyngent romantyków, spiskowców, zwolenników „pracy organicznej”, fanatyków nacjonalizmu i polskich patriotów; ale wydała też mnóstwo lojalistów, konserwatystów, ludzi sentymentalnych, sceptyków i żartownisiów. Oglądany z Warszawy czy z Poznania świat wyglądał inaczej, niż gdy się go oglądało z Krakowa, choć niełatwo byłoby te różnice zdefiniować. W Galicji ludzie mieli zwyczaj przyglądać się sobie, mieli zwyczaj się śmiać. Na scenie w Jamie Michalikowej nic, nawet Historia Polski, nie było święte:



I nasz naród, przy pomocy nieba,  
W potędze kilka wieków trwał;  

Gdzie go tylko nie było potrzeba,  
Wszędzie się polski husarz pchał;  

Z czasem osłabł już zapał szlachcica,  
Coraz rzadszy bywał szabli błysk:  

Narodowa wciąż biła prawica,  
Ale tylko biła chłopa w pysk!  
(…)  

W końcu nawet już niebu to zbrzydło,  
Już nas Opatrzność miała dość;  

I rzekł Pan Bóg: „Wytracę to bydło,  
Bo już patrzeć na nich bierze złość”;  

(…)  

Za tę wielką, bardzo wielką winę  
Okrutnie nas pokarał Bóg,  
Bo wnet wiarę, WŁASNOŚĆ i rodzinę  
Wewnętrzny zaczął szarpać wróg;  

Lecz wstał rycerz w papierowej zbroicy  
I odwalać jął z grobowca głaz.  
Wstań, narodzie, użyj swej prawicy,  
Trzecie dzwonienie… ostatni czas!! [121]


Figlarne rymowanki Boya—Żeleńskiego nieraz stawały się sporym skandalem, nawet w Krakowie, a zwłaszcza wtedy, kiedy rzucał się na bardziej ryzykowne tematy, atakując życie duchowieństwa czy konwencjonalne obyczaje seksualne epoki.

W sprawach politycznych Boy—Żeleński był zawsze zatwardziałym sceptykiem,

łagodnie wyśmiewającym pogląd, że niepodległość narodowa okaże się cudownym lekiem na wszelkie dolegliwości. Jego satyryczny temperament i postawa sceptyka przywodzą na myśl Stańczyka; były one typowe dla dawniejszej galicyjskiej mody, która już wtedy ustępowała nacjonalistycznym tendencjom. Kres Austro-Węgier był zapewne istotnie rzeczą nieuchronną. Ale nie wszystko, co nastąpiło potem, musiało oznaczać zmianę na lepsze.


V. FABRYKA.

Proces uprzemysłowienia

 Сделать закладку на этом месте книги

Do połowy XX wieku żadna część Europy Wschodniej nie mogła uchodzić za teren, na którym przemysł odgrywałby rolę dominującą w życiu gospodarczym lub społecznym. W odróżnieniu od krajów Europy Zachodniej, w których zasadnicza rewolucja przemysłowa w wielu przypadkach dokonała się o sto lat wcześniej, na Wschodzie uprzemysłowienie często odwlekało się i nie przebiegało bez zakłóceń. Na ziemiach polskich, gdzie pierwsze słabo rozwinięte zakłady przemysłowe pojawiły się w latach czterdziestych XVIII w., postępowało z przerwami ponad dwa następne stulecia.


Wszelkie próby wtłoczenia historii uprzemysłowienia ziem polskich w sztywne ramy teoretycznego modelu natrafiają wkrótce na poważne przeszkody. We współczesnych opracowaniach wyróżnia się na ogół trzy stadia. Stadium najwcześniejsze, przypadające na okres od lat czterdziestych XVIII w. do r. 1815, charakteryzowało się szeregiem lokalnych prób podejmowanych na małą skalę, głównie przez magnatów ziemskich w celu podreperowania stanu ich prywatnych majątków. Nie wchodziły tu w grę żadne zasadnicze zmiany gospodarcze, następował natomiast postęp w dziedzinie techniki, nauki, rozwoju handlu, kapitału i organizacji pracy, kładąc podwaliny pod przyszły rozwój przemysłu. Pierwsze zakłady przemysłowe były ogniwami łączącymi tradycyjne rzemiosło i chałupnictwo z późniejszymi formami masowej produkcji. Następne stadium, które rozpoczęło się w r. 1815 i trwało do chwili wybuchu II wojny światowej, to okres zwany „pierwszym uprzemysłowieniem” Polski. Okres ten nie przyniósł pełnych skutków i dlatego nie uważa się, aby zasługiwał na miano przemysłowej „rewolucji”. (Współcześni polscy historycy chętniej używają terminu „przewrót” niż terminu „rewolucja”). Stadium ostatnie, obejmujące okres po roku 1945, to stadium „drugiego uprzemysłowienia”, podjętego przez PRL, które trwa do dziś[122].


Głównego ośrodka pierwszego uprzemysłowienia należy bez wątpienia szukać na terenie Królestwa Kongresowego. Tu także rozróżnia się trzy odrębne fazy.

W fazie pierwszej, od r. 1815 do r. 1864, podejmowane przez państwo próby popierania rozwoju przedsiębiorstw przemysłowych i — w niektórych przypadkach — przejmowania prawa ich własności i zarządzania nie przyniosły w pełni zadowalających wyników. Polskim eksperymentom z „pruską drogą do kapitalizmu”, jeśli je w ogóle podejmowano, brakowało zarówno zasobów kapitału, jak i wsparcia ze strony bazy przemysłu ciężkiego. Do r. 1850 inicjatywa zaczęła ponownie przechodzić w ręce prywatne: najczęściej były to konsorcja utworzone z połączenia rodzimego kapitału z majątków ziemskich i manufaktur z zagranicznymi koncernami. Następne dziesięciolecia przyniosły gwałtowne przyspieszenie rozwoju przemysłu górniczego, włókienniczego i metalowego, ale zwłoka we wprowadzaniu reformy agrarnej oraz utrzymywanie się na wpół feudalnej struktury społecznej nie pozwalały na żadną radykalną zmianę w kierunku zwiększenia liczebności populacji zatrudnionej w sektorze przemysłowym.


W drugiej fazie, w latach 1864—1918, ustąpiło wiele z wcześniejszych zahamowań i przemysł polski został wciągnięty na szerszy rynek europejskiego handlu, kapitału i pracy. W latach 1864—83 nastąpił masowy napływ zachodniego kapitału i maszyn. Ziemie polskie leżały w tym okresie na linii głównego podziału przemysłowej mapy Europy, oddzielającej wysoko rozwinięte tereny Niemiec od zacofanych połaci Rosji i Austrii. Po r. 1880 tę linię podziału dodatkowo uwypukliła wprowadzona przez Rosję ochronna bariera celna, za którą prosperowało dawne Królestwo Kongresowe. Na przestrzeni trzech dziesięcioleci poprzedzających wybuch I wojny światowej manufaktury polskie odgrywały wybitną rolę w gospodarce całego cesarstwa rosyjskiego. Sieć kolei szybko się rozbudowywała. Kwitła mechanizacja. Skupiska przemysłu przeobrażały krajobraz poszczególnych obszarów geograficznych. Kapitał inwestycyjny stawał się dostępny dzięki spadkowi dochodów z rolnictwa. Przedsiębiorstwa prywatne były wchłaniane przez publiczne spółki akcyjne. Małe fabryczki łączono w większe kompleksy. Chociaż prywatne rolnictwo i drobne przedsiębiorstwa produkujące na niewielką skalę nadal przeważały w ogólnym systemie gospodarki, w 1913 r. sektor przemysłowy osiągnął szczyt wydajności.


W fazie trzeciej, obejmującej okres międzywojenny, władze państwowe nowo powstałej niepodległej Rzeczypospolitej prowadziły trudną walkę o połączenie trzech odrębnych systemów przemysłowych w jedną zintegrowaną całość i — dyspomijać wyraźnie niewystarczającymi zasobami — o zbudowanie skutecznie działającej infrastruktury. Ich niepewnym krokom brutalny kres położyła II wojna światowa, a po jej zakończeniu okazało się, że — podobnie jak w innych dziedzinach życia w Polsce — trzeba wszystko zaczynać od samego początku.


Pierwsze uprzemysłowienie Polski stało się inspiracją dla wielu teoretycznych rozważań na temat gospodarki, zwłaszcza w odmianie marksistowskiej. Praca Róży Luksemburg Promyszlennoje razwitije Polszi  (Rozwój przemysłowy Polski), wydana w Petersburgu w 1899 r., dostarczyła teoretycznych argumentów, na których przez pierwsze 40 lat istnienia polski ruch komunistyczny opierał swoją strategię. Według Róży Luksemburg, przemysł polski tworzył integralną część gospodarki rosyjskiej i jako taki był podstawą j ej nadziei na to, że Rosja weźmie udział w nadchodzącej rewolucji proletariatu Niemiec i zachodniej Europy. Na tej samej podstawie Róża Luksemburg utrzymywała także, że niepodległość Polski będzie krokiem wstecz, którego jedynym skutkiem musi się okazać zaprzepaszczenie perspektyw na postęp Rosji i Europy w ogóle. (Niewątpliwie właśnie z tej przyczyny carski cenzor dał swoje placet na wydanie tej pracy)[123]. Oskar Lange (1904—65), pierwszy przedstawiciel Polski w Organizacji Narodów Zjednoczonych, którego Ekonomia polityczna ukazała się w 1959 r., interesował się bardziej typologią uprzemysłowienia. Według jego interpretacji, przemysł polski wykazywał cechy charakterystyczne dla typu „kapitalistycznego” i „socjalistycznego”, brak mu było natomiast cech typu „narodowo-rewolucyjnego”[124].


Modele niemarksistowskie okazują się jednak równie nieprzydatne. Tak na przykład teorię wzrostu ekonomicznego Rostowa można zastosować do opisu historii Królestwa Kongresowego; mogłaby ona wskazywać na to, że przemiana „tradycyjnego społeczeństwa” postępowała w sposób kapryśny na przestrzeni całego XIX wieku i że najistotniejszy etap przemysłowego „startu” nastąpił w ostatnich trzech dziesięcioleciach przed wybuchem I wojny światowej. (Patrz Mapa 4)[125]. Natomiast teoria ta nie wyjaśnia wcale sztucznych zakłóceń i nagłych odmian fortuny, które charakteryzowały historię gospodarczą Polski na przestrzeni długich okresów — podczas wojen napoleońskich, w połowie XIX wieku i ponownie w latach 1915—45. Można podejrzewać, że polityka międzynarodowa miała tu większe znaczenie niż czynniki czysto wewnętrzne.




Mapa 4. Uprzemysłowienie (ok. r. 1900)


Główny zarzut przeciwko przydatności wszystkich tego rodzaju modeli teoretycznych dotyczy jednak wątpliwej wartości założenia, że polska gospodarka ma za sobą jakąś ciągłą historię i że można ją badać i analizować jako spójny przedmiot. W rzeczywistości dzisiejsza gospodarka Polski nie jest produktem końcowym długiego procesu organicznego rozwoju. Działa, opierając się na nowej bazie terytorialnej, nowej infrastrukturze i nowej populacji; jej elementy składowe zostały połączone za sprawą politycznej inżynierii wielkich mocarstw przy końcu II wojny światowej. W okresach wcześniejszych elementy te były całkowicie wintegrowane w gospodarcze systemy Niemiec, Austrii i Rosji, od których zostały następnie oderwane w latach 1915, 1918—21 i w r. 1945. Traktowanie ich jako całości ekonomicznej w tych okresach, w których nie były ze sobą nawzajem powiązane, jest, mówiąc oględnie, anachronizmem. Problemu tego — który uczeni polscy zaszczycają wątpliwą etykietką „regionalizacji” — nie można beztrosko usuwać na bok. Z najróżniejszych subiektywnych powodów można na przykład żałować, że najważniejszy okręg przemysłowy Polski, Śląsk, został założony, rozbudowany i doprowadzony do stanu przemysłowej dojrzałości z inicjatywy Niemiec w ramach systemu ekonomicznego Prus i że przez cały czas rewolucji przemysłowej jego główne powiązania nie dotyczyły ziem polskich, lecz innych części Niemiec. Można żałować, że tak było, ale nie można temu przeczyć. Konglomerat śląskiego przemysłu nie stanowił elementu polskiej historii gospodarczej aż do r. 1945. W rezultacie historię polskiej industrializacji —jeżeli taki przedmiot w ogóle istnieje — można badać wyłącznie ze stanowiska empirycznego i w sposób fragmentaryczny.


Ze wszystkich gałęzi przemysłu polskiego najlepszym i najszlachetniejszym rodowodem cieszy się przemysł górniczy. Koło miejscowości Rudy w Górach Świętokrzyskich znajdują się ślady kopalni z czasów prehistorycznych, a także pozostałości podziemnej galerii datującej się z II w. n.e. Kopalnie soli w Wieliczce w pobliżu Krakowa są eksploatowane od co najmniej tysiąca lat, a za panowania Kazimierza III zostały jednym z pierwszych monopoli królewskich. W książęcych statutach z XIII w. wspomina się o kopalniach ołowiu i srebra w Olkuszu i Sławkowie. Od r. 1500 w Olkuszu mieściła się królewska mennica. We wczesnych wiekach górnictwo było zorganizowane według systemu gwarectw; górnicy byli ludźmi wolnymi, kapitału dostarczali krakowscy biskupi i patrycjusze, szczególnie Jost Ludwig Dietz, zwany Decjuszem (1485—1545) — historyk, pisarz, dyplomata, ekonomista, zarządca mennic i żupnik krakowski; wszyscy wielcy magnaci i wybitni dworzanie epoki chętnie dokonywali inwestycji. Był to interes niebezpieczny i czasochłonny. Budowa wielkiej galerii ponikowskiej w kopalni w Olkuszu, rozpoczęta w 1548 r., posuwała się w tempie jednego metra na sześć tygodni. W Wieliczce nieszczęśliwe wypadki eliminowały do 10% siły roboczej rocznie. Ale płaca i wyżywienie były dobre. W 1561 r. kantyna w Wieliczce przygotowała dla górników 1289 gęsi, 2049 kogutów, 1969 kur, 498 kapłonów, 9453 karpie, 380 szczupaków, 43 jelenie, 53 zające i 500 wołów: wszystko to stanowiło pożywienie około 800 mężczyzn, z których każdy zarabiał do 90 groszy tygodniowo (w czasie, gdy cały wół kosztował poniżej 60 groszy). Koszty pogrzebów pokrywał król[126].


W tym czasie istniał już też dobrze rozwinięty przemysł żelazny. Statut fundacyjny klasztoru Cystersów z 1179 r. wspomina o prawach przeora do wszystkich złóż mineralnych w okolicy Wąchocka nad rzeką Kamienną; właśnie tu zbudowano pod zarządem klasztoru pierwsze średniowieczne kuźnie. W 1500 r. Wąchock mógł się pochwalić 22 spośród ogólnej sumy 289 kuźni zarejestrowanych na terenie Królestwa. Kuźnie zbudowano na terenach lokalnych złóż rudy żelaza.

Metal wytapiano w piecach opalanych węglem drzewnym i hartowano za pomocą napędzanych strumieniem wody młotów. Według obliczeń, produkcja roczna nie mogła przekraczać 20 ton. W Gdańsku dokonywano obróbki szwedzkiej rudy i surówki, którą w formie stali lub żelaza, zwanego po angielsku Dantsick iron , eksportowano do Anglii. W 1612 r. syn przemysłowca, Walenty Roździeński, wydał w Krakowie poemat zatytułowany Officina Ferraria …, w którym opisywał techniki i niebezpieczeństwa produkcji żelaza. „Odniesione rany często goją się i pół roku”, pisał. „Nie brak pośród nas kalek, głuchych i kulawych”[127]. Roździeński tworzył w czasie, gdy magnaccy przedsiębiorcy zaczynali już konstruować piece nowszego typu. W 1598 r. kardynał Jerzy Radziwiłł (1556—1600), biskup krakowski, zlecił włoskiemu inżynierowi Giovanniemu Ieronimowi Caccia di Bergamo budowę pieca hutniczego w swych majątkach w Samsonowie w pobliżu Kielc. Był to początek Staropolskiego Okręgu Przemysłowego, a także przemysłu wojennego Rzeczypospolitej. Podobne urządzenia w Krzepicach i Pankowie koło Częstochowy wybudował marszałek koronny Mikołaj Wolski (1550—1630), a w XVIII w. w Janowie i Końskichinny kasztelan Rzeczypospolitej, Jan Małachowski (1698—1762). W r. 1781 Rzeczpospolita miała już 33 „wielkie kuźnie”, z których każda produkowała około 200 ton żelaza rocznie. Na przestrzeni dwustu lat produkcja wzrosła więc dziesięciokrotnie. Metal, dwukrotnie rozgrzewany w czasie dwóch kolejnych procesów obróbki, był wysokiej jakości. Ale perspektywy były niewielkie, jeśli wziąć pod uwagę postęp, jaki miał się dokonać w następnych dziesięcioleciach, które przyniosły mariaż żelaza z węglem.


Polski przemysł żelazny i węglowy rozwijał się w cieniu pruskich przedsiębiorstw na terenie sąsiedniego Śląska: był on ściśle związany z nazwiskiem Stanisława Staszica. Staszic był niemal równolatkiem Wilhelma Redena i podzielał jego entuzjazm dla geologii i górnictwa. W 1778 r., kiedy Reden został członkiem Pruskiego Zarządu Kopalń we Wrocławiu, Staszic rozpoczynał karierę zarządcy majątków Zamoyskiego. Przez 40 lat obserwował, jak Reden wprowadza na Śląsku wszystkie przemysłowe nowinki przywiezione z podróży do Anglii: w 1788 r. pierwszą pompę parową w kopalni węgla w Tarnowskich Górach; w 1796 r. — pierwsze piece hutnicze w Gliwicach i Chorzowie; w 1811 r. — gigantyczny piec koksowniczy w kopalni „Königin Luise” w Zabrzu. Do tego czasu Śląsk produkował już ponad 100 000 ton węgla i 20 000 ton stali. „Tylko pomyśleć”, pisał Staszic po drugiej stronie granicy, „że zabierają całą naszą rudę, chociaż do nas nie należą!” Szansa Stanisława Staszica nadeszła w latach 1816—24, kiedy to pełnił funkcje dyrektora generalnego Wydziału Przemysłu i Kunsztów Królestwa Kongresowego. Jako autor szczegółowej pracy przeglądowej z zakresu geologii ziem polskich, zatytułowanej O ziemiorodztwie gór dawnej Sarmacji… , mógł natychmiast przystąpić do realizacji planu budowy na ziemiach polskich „kombinatu” żelaznego przemysłu ciężkiego. W ciągu zaledwie ośmiu lat jego administracji unowocześniono wszystkie piece Staropolskiego Okręgu Przemysłowego; w Kaniowie wybudowano nowy piec hutniczy, któremu na cześć ówczesnego namiestnika, generała Zajączka, nadano imię „Józef”; rzekę Kamienną uregulowano, dzięki czemu jej silny prąd stał się źródłem energii napędowej; węgiel i koks sprowadzano z kopalń w Będzinie i Dąbrowie Górniczej, znajdujących się na terenach uzyskanych właśnie od Prus; w Białogonie uruchomiono produkcję miedzi i srebra, co posłużyło jako wsparcie reformy pieniężnej; w Warszawie otwarto Politechnikę, zapraszano licznych inżynierów z zagranicy oferując im korzystne kontrakty — znaleźli się wśród nich na przykład francuski wynalazca Philippe Girard, któremu powierzono funkcje konsultanta do spraw technicznych w Wydziale Górnictwa i zaoferowano wynagrodzenie w wysokości 5300 rubli rocznie, i Niemiec Ludwig Hauke, który był dyrektorem Wydziału, z pensją 1000 rubli rocznie.

Wszystkie te zmiany nastąpiły w ramach planów przebudowy Królestwa Kongresowego, podejmowanych przez Lubeckiego. Właśnie Lubeckiemu przypisuje się powiedzenie, że „węgiel i żelazo są dla przemysłu tym, czym chleb dla człowieka”. Mimo zmiennego powodzenia tych planów przyszłość polskiego przemysłu ciężkiego została zapewniona. W latach trzydziestych Bank Polski poważnie inwestował w produkcję stali. Ogromna Huta Bankowa, wybudowana w 1840 r. w Dąbrowie, była jednym z największych przedsiębiorstw przemysłowych tego typu w Europie — tak wielkim, że jej pełną moc przerobową można było wykorzystać dopiero w 20 lat później, kiedy uległy poprawie warunki rynkowe[128].


Na przestrzeni XIX wieku przemysł ciężki rozwijał się we wszystkich trzech częściach obszaru Śląska, leżącego u zbiegu granic pruskiej, rosyjskiej i austriackiej. Górny Śląsk rozrósł się do rozmiarów drugiego po Zagłębiu Ruhry ośrodka przemysłowego Niemiec. Zagłębie Dąbrowskie stało się głównym skupiskiem przemysłu na obszarze Królestwa Kongresowego, a także — do czasu rozwoju prze— my śni rosyjskiego po roku 1880 — w całym cesarstwie rosyjskim. Okręg ostrawski (Ostrava) w Księstwie Cieszyńskim był najbogatszym okręgiem przemysłowym

Austro—Węgier. Na wszystkich trzech terenach w przeważającej mierze niemi


убрать рекламу




убрать рекламу



ecki zarząd kierował polską siłą roboczą. Jednakże, mimo iż żadna z trzech części Śląska nie była zbytnio oddalona w sensie geograficznym od ośrodków przemysłowych leżących w sąsiednich zaborach, wzajemne powiązania między nimi były bardzo słabe. Z punktu widzenia Polaków presja ekonomiczna miała charakter „dośrodkowy”: istniały silne tendencje do prowadzenia rozbudowy ściśle w granicach poszczególnych państw rozbiorowych. Nie miało sensu przewożenie węgla z Katowic do Dąbrowy ani z Dąbrowy do Katowic. Wobec tego połączenia biegły z każdej z trzech części w kierunku na zewnątrz: do Berlina, Warszawy i Wiednia, nie przekraczały natomiast granic między zaborami. Żelazo docierało do Dąbrowy nie z pobliskiego Śląska, lecz z odległych stepów Zagłębia Donieckiego w południowej Rosji; ropa naftowa przyjeżdżała tam z Baku, zamiast z sąsiedniej Galicji.


Rozwój przemysłu włókienniczego przeszedł przez analogiczne stadia. Pod koniec XVIII w. dawne cechy prządków i tkaczy, których sytuacja pogarszała się wraz ze wzrostem liczby drobnych kupców i pośredników, a także na skutek wprowadzanych przez nie same ograniczeń — były już mocno osaczone przez magnackie manufaktury. Dawne ośrodki przemysłu chałupniczego — w Brzezinach, Kościanie, Bieczu i dziesiątkach innych małych miasteczek leżących po obu stronach śląskiej granicy — dawno już utraciły dobrobyt, jakim się cieszyły po wojnie trzydziestoletniej. Teraz groziło im, że zostaną wyparte przez nowe ośrodki położone dalej na wschód. Dawny eksport i handel z Niemcami przygasł. Królestwu wełny i płótna groziła inwazja potężnej Królowej Bawełny. Pierwsze fabryki tekstylne w Rzeczypospolitej wybudowali w pobliżu swojego pałacu w Nieświeżu na Litwie Radziwiłłowie. Za ich przykładem poszło wielu innych magnatów — zwłaszcza podskarbi Wielkiego Księstwa Litewskiego Antoni Tyzenhaus (1733— 85) z Grodna i brat króla, arcybiskup Michał Jerzy Poniatowski (1736—94), który w latach osiemdziesiątych wybudował fabryki w Łowiczu i Skierniewicach. Ku zgrozie swych kolegów z episkopatu arcybiskup przerobił swoje dwie rezydencje prymasowskie na tkalnie oraz namówił swojego królewskiego brata, aby nabył 34 spośród 225 akcji tego przedsiębiorstwa. W 1807 r. w Ozorkowie koło Łęczycy podjęto kolejny eksperyment: dawny majątek rodu Szczawińskich, składający się z dworu, młyna i dwustu hektarów ziemi, z której utrzymywało się cztery rodziny, został wykupiony z myślą założenia tam ośrodka przemysłu włókienniczego.

Miejsce wybrano ze względu na obfitość miękkiej wody potrzebnej przy bieleniu tkanin, a także z uwagi na dużą liczbę bezrobotnych, którzy mogliby podjąć pracę tkaczy. Teren wydzierżawiono konsorcjum złożonemu z dziesięciu sukienników i dwóch krawców; po dziesięciu latach zakłady zapewniały utrzymanie ponad dwóm tysiącom ludzi. W 1818 r. w pobliskim Zgierzu założono podobną osadę producentów tkanin wełnianych; rozwijała się ona równie pomyślnie. Te dwa miasta stały się prekursorami kilku innych, które miały się w najbliższym okresie rozwinąć w jeden z najbardziej przodujących rejonów przemysłu włókienniczego w Europie.


Natomiast przypinana Łodzi etykietka „polskiego Manchesteru” wydaje się mało uzasadniona — szczególnie w oczach kogoś, kto widział metropolię Lancasteru. Łódź nigdy nie miała aspiracji do takiej pozycji politycznej i kulturalnej, jaką zajmował Manchester Cobdena i Brighta[129], i była raczej następczynią niż pionierką w dziejach technologii przemysłu włókienniczego. Mimo to jej niezwykły rozwój w drugiej połowie XIX wieku, który nastąpił po kilku nieudanych startach, jest świetnym przykładem skomplikowanego charakteru procesu uprzemysłowienia w Polsce i koniecznego zbiegu licznych okoliczności, które go ostatecznie umożliwiły. W 1793 r., gdy Manchester ubierał już pół Europy, w osadzie zwanej Łodzią mieszkało zaledwie 191 dusz. W r. 1840, po dwudziestu latach poparcia ze strony państwa, miasto doszło do zaledwie 20 000 mieszkańców. Ale potem już nigdy nie oglądało się za siebie. W 1900 r. miało 315 000 ludności, w 1939 r. — 673 000, w 1971 r.—765 000.


Kolejne eksperymenty, które wyznaczają wczesne, czy też może przedwczesne, początki przemysłu tekstylnego w Łodzi, były dziełem Rajmunda Rembielińskiego (1775—1841), prezesa komisji województwa mazowieckiego, który podczas inspekcji przeprowadzanej w lipcu 1820 r. zatrzymał się w pobliżu wioski, narysował na piasku linię biegnącą w poprzek starej drogi łączącej Łęczycę z Piotrkowem i oświadczył, że w tym właśnie miejscu rząd Królestwa Kongresowego założy nowe miasto. Rembieliński, weteran powstania kościuszkowskiego i autor wydanej w 1804 r. sztuki Lord Salisbury, główny intendent wojsk Poniatowskiego, chciał dla państwa takich samych korzyści, jakie przypadły w udziale prywatnym przedsiębiorcom z pobliskiego Ozorkowa i Zgierza. Jego pierwszym przedsięwzięciem była produkcja materiałów wełnianych. Było rzeczą wiadomą, że po zakończeniu wojen napoleońskich wielu tkaczy ze Śląska i Saksonii pozostało bez pracy, podjęto zatem zorganizowane wysiłki sprowadzenia ich do Polski. Według modelowej umowy wypracowanej w Zgierzu, każdemu z nich oferowano l ,5 morgi gruntu, darmowe materiały na budowę domu oraz zwolnienie od czynszu, podatków i służby wojskowej na okres pierwszych sześciu lat. Rząd zobowiązał się wybudować bielamie i farbiamie, których zarząd miał spoczywać w rękach cechu tkaczy. W 1823 r. przybyło dziesięciu tkaczy; w r. 1824 przedłożono ofertę dostawy sukna na mundury dla polskiego wojska. W r. 1829 produkcja osiągnęła roczną wartość 35 milionów złotych. W sposób nieprzewidziany owych pionierów przemysłu wełnianego prześladowała plaga stałego braku surowca. Miejscowy dostawca, niejaki Ludwig Mamroth z Kalisza, stwarzał trudności twierdząc, że zagrożony jest jego dotychczasowy monopol na tym terenie. Czynnikiem o poważniejszym znaczeniu był fakt, że powstanie listopadowe wyeliminowało z gry głównego klienta pączkującego przemysłu; nadzieje na eksport do Rosji upadły z chwilą ponownego wprowadzenia bariery celnej. Drugi plan Rembielińskiego, którego realizację rozpoczęto w r. 1824, dotyczył produkcji płótna. Tym razem osadnikom oferowano po 3 morgi ziemi, z czego połowa miała być obsiewana lnem. Pierwszeństwo dawano imigrantom, którzy mieli świadectwo zawodowych 20 000 zł pewnemu przedsiębiorcy z pruskiego Śląska, który przedłożył plan osady złożonej z 42 domów, mającej powstać w pobliżu miejscowości Ślązaki. Już w r. 1829 wyprodukowano 120 000 metrów płótna. Ale i to przedsięwzięcie upadło wraz z klęską powstania listopadowego. Plan produkcji bawełny był więc trzecim z kolei projektem Rembielińskiego i dla jego rozkwitu niewątpliwie okazał się korzystny upadek poprzednich dwóch. Jego realizację powierzono najpierw

Christianowi-Friedrichowi Wendischowi, znanemu saskiemu przemysłowcowi z Chemnitz, którego koncesja datuje się z października 1824 r., a następnie Ludwigowi Geyerowi, także Saksończykowi, który w 1828 r. pojawił się w Łodzi, przywożąc ze sobą cały rodzinny majątek w wysokości 1000 talarów. Wendisch otrzymał 87 mórg ziemi i 180 000 pożyczki, którą wydał na budowę dwóch przędzalni i koła wodnego. W 1829 r. zmechanizowane zakłady wyposażone w 192 potężne przędzarki dostarczały surowca ręcznym krosnom stu tkaczy. W tym konkretnym przypadku mechanizacja, wspierana kredytem solidnej niemieckiej spółki, pozwoliła przetrwać kryzys 1830 r. Geyer zrozumiał lekcję. Przetrwawszy aż dziewięć lat dzięki pierwotnemu kapitałowi zakładowemu oraz skromnej pomocy w postaci 14 morgów gruntu i zaledwie 3000 zł pożyczki, teraz wystąpił do rosyjskiej dyrekcji Banku Polskiego w Warszawie z prośbą o pożyczkę w wysokości miliona złotych. Zapewniwszy sobie uzyskanie tej sumy, zamówił w Belgii wyposażenie całego kombinatu przędzalniczego z przędzarkami napędzanymi maszyną parową o mocy 50 koni mechanicznych. Od tej chwili Łódź przerzuciła się niemal całkowicie na produkcję bawełny, zdobywając sobie pozycję ośrodka obsługującego istną galaktykę miasteczek—satelitów: Pabianice, Aleksandrów, Konstantynów i Zduńską Wolę. Reorganizacja i modernizacja korzystnie zbiegły się w czasie z uruchomieniem w 1845 r. pierwszej polskiej linii kolejowej, biegnącej z Warszawy do Skierniewic i Rogowa. Kolejny kamień milowy przyniósł rok 1854, kiedy zakłady włókiennicze Geyera i Scheiblera w Łodzi przeszły na system mechanicznych tkalni. Odtąd można było dostarczać bawełnę na nieograniczony rynek rosyjski tak długo, jak długo trwało cesarstwo. Ulotna konstelacja przedsiębiorstw prywatnych i państwowych, postępu technicznego, obcego i rodzimego kapitału, kwalifikowanej i łatwo dostępnej siły roboczej, korzystnych przepisów celnych w połączeniu z korzystnymi układami rynkowymi oraz rozwijających się nowoczesnych środków transportu — pojawiła się we właściwym czasie i właściwym miejscu, dając początek najbardziej udanemu przedsięwzięciu pierwszego uprzemysłowienia Polski[130].


We właściwym czasie również odrodził się przemysł wełniany. Złe wiatry

1 r., które zdmuchnęły z powierzchni ziemi kompanie łódzkie, przyniosły dobre powiewy guberni grodzieńskiej, której położenie w granicach terenów strzeżonych rosyjską barierą celną odpowiadało ściśle położeniu Łodzi w stosunku do granicy polsko-pruskiej. Tkacze wełny, którzy w latach dwudziestych przywędrowali do Łodzi ze Śląska, w latach trzydziestych przenieśli się dalej, do Białegostoku. Dawne miasto Branickich stało się ważnym ośrodkiem produkcji sukna. Z początkiem XX wieku, wraz ze swoimi satelitami — Choroszczą, Fastami i Supraślem — tworzyło już kompleks miejski liczący ponad 100 000 mieszkańców.


Produkcja płótna kwitła w Żyrardowie w pobliżu Warszawy. Osada, założona w 1833 r. przez Philippe’a Girarda, francuskiego inżyniera z Wydziału Górnictwa, uzyskała od władz rosyjskich monopol na produkcję płótna na terenie Królestwa Kongresowego. W r. 1885 zakłady żyrardowskie zatrudniały już około 8500 robotników i całkowicie dominowały nad niewielkim miasteczkiem.


Do drugiej połowy XIX wieku główne zakłady włókiennicze na terenie rosyjskiej Polski zdążyły prześcignąć pod względem produkcji oba pozostałe zabory łącznie. Ani Legnica i Prudnik na pruskim Śląsku, ani Bielsko na Śląsku austriackim, ani wreszcie sąsiadująca z nim Biała w Galicji — nie mogły konkurować z Łodzią, Białymstokiem czy Żyrardowem. Na terenie Królestwa Kongresowego nowe spółki akcyjne wchłaniały mniejsze prywatne koncerny; doszło do tego, że w 1914 r. dziewięć firm zatrudniało niemal połowę ogółu siły roboczej. Tania praca kobiet stopniowo rugowała mężczyzn ze stanowisk nie wymagających specjalnych kwalifikacji. Wynagrodzenie stale wzrastało. Ogólna produkcja szła w górę sporadycznymi skokami, wynosząc polski przemysł włókienniczy na szczyt produkcji ogólnoeuropejskiej.


Nie należy przeceniać roli przemysłu górniczego, metalowego czy włókienniczego w kraju, w którym wciąż jeszcze przeważała gospodarka rolna. Sektor rolniczy, nadal podporządkowany interesom wielkich właścicieli ziemskich, miał równie duże znaczenie. Tartaki, młyny, rafinerie cukru, browary, gorzelnie, garbarnie i zakłady papiernicze można było spotkać w każdym polskim mieście i były one o wiele powszechniejsze niż kopalnie czy hutnicze piece. Przemysł maszynowy był nastawiony głównie na produkcję urządzeń rolniczych. Przetwórnie spożywcze — rafinerie cukru na Dolnym Śląsku i Kujawach czy browary w Żywcu i Okocimiu w Galicji — stanowiły w wielu przypadkach główne miejsca zatrudnienia. Nawet w Warszawie aż do końca wieku nie prześcignęły ich pod tym względem zakłady przemysłu metalowego.


Przemysł naftowy rozwinął się późno i był jedynym sektorem gospodarki, w którym czołowe miejsce zajmowała Galicja; przez krótki okres był to rozwój wręcz imponujący. Ropę naftową odkryto po raz pierwszy w 1850 r. w pobliżu Borysławia; już w 1853 r. sale szpitala miejskiego we Lwowie oświetlano naftowymi lampami. Dalsze złoża ropy i gazu odkryto wzdłuż północnych stoków Karpat. Technika głębokiego wiercenia, przywieziona z Kanady przez brytyjskiego inżyniera W. H. MacGarveya, przyniosła wspaniałe rezultaty. Produkcja wzrosła z 2300 ton w 1883 r. do 2 053 000 ton w r. 1909. Perspektywy Galicji, która stała się w tym czasie czwartym w skali światowej producentem ropy naftowej, oceniono jako najlepsze w Europie, po złożach w Baku i w Rumunii. W r. 1914 wielkie międzynarodowe konsorcja konkurowały ze sobą o koncesje. Wielkie kapitały zainwestowały w polską ropę francuskie Societe Anonyme de Limanowa , niemieckie Deutsche Erdoel AG , wiedeńskie Allgemeine Ósterreichische Boden Credit Anstalt  i brytyjska Premier Oil and Pipeline Co.Ltd.  W rezultacie wszystkie te pieniądze poszły na mamę. W 1915 r. wycofujące się wojska rosyjskie podpaliły szyby. Po wojnie spółkom francuskim, którym uczciwymi i nieuczciwymi metodami udało się wyprzeć niemal całą konkurencję, nie powiodło się zebranie kapitału wystarczającego na usunięcie strat. Produkcja osiągnęła poziom z 1909 r. dopiero w r. 1960, pod zarządem radzieckim[131].


Inicjatywa zagraniczna odgrywała zasadniczą rolę w rozwoju polskiego przemysłu. Na przełomie wieków udział obcego kapitału w produkcji przemysłowej Królestwa Kongresowego oceniano na 60%. Bank Handlowy Kronenberga dysponował kapitałem francuskiego Banku Kredytowego w Lyonie; Bank Dyskontowy w Warszawie miał powiązania z niemieckim Deutsche Bank. Wkład kapitału niemieckiego był największy. Pominąwszy rolę niemieckich przedsiębiorców, inżynierów i finansistów w tych gałęziach przemysłu na terenie Prus, które w końcu zostały przyłączone do Polski, działali oni czynnie także na terenie zaborów rosyjskiego i austriackiego. W Królestwie Kongresowym istotną rolę odgrywały także brytyjskie umysły, pieniądze i maszyny. Nazwisko braci Evans, którzy w 1882 r. założyli fabrykę maszyn, mającą się następnie rozwinąć w gigantyczną spółkę Lilpop, Rau i Loewenstein , zajmuje poczesne miejsce w kronikach polskiego przemysłu; podobnie zresztą jak nazwiska Johna Macdonalda, dyrektora uruchomionej w 1805 r. pierwszej w Polsce fabryki maszyn w Zwierzyńcu koło Zamościa, Williama Preachera, pierwszego dyrektora Huty Bankowej, czy Johna Pounds Pace’a, mechanika, który w 1830 r. stracił życie w hucie w Białogonie w następstwie nieszczęśliwego wypadku, podczas którego poły jego surduta dostały się w tryby koła zamachowego obrabiarki. Z zaufanych źródeł wiadomo, że obrabiarki, które Pace instalował z ramienia manchesterskiej firmy Richard Sharpe and Co., pracowały jeszcze w r. 1956[132].


Rozwój przemy słu był ściśle związany ze zmieniającymi się układami handlowymi, zwłaszcza na terenie Królestwa Kongresowego, gdzie zaznaczyły się wyraźne wpływy kolejnych zmian rosyjskiej polityki celnej. W latach 1819—32, a potem po r. 1850 Królestwo należało do rosyjskiego obszaru celnego i polskie towary można było swobodnie przesyłać na teren cesarstwa. Wyłączenie Królestwa z obszaru celnego w latach 1832—50, którego dokonano z przyczyn czysto politycznych, stało się jednym z głównych powodów znacznego spadku rozwoju przemysłu w tych latach. Podobne przemiany polityki celnej miały miejsce na granicy pruskiej. W latach 1823—25 Królestwo prowadziło z Prusami wojnę celną, zakończoną zawarciem umowy, na mocy której ograniczono zarówno import towarów z Prus, jak i eksport polskiego zboża. Ograniczenia dotyczące importu towarów z Niemiec, wprowadzone przez rząd carski w 1877 r., stanowiły dla Polski dalszą pomoc w ekspansji na rosyjski rynek. W latach osiemdziesiątych wytwórcy artykułów włókienniczych byli tak przerażeni rywalizacją ze strony Polaków, że kilkakrotnie występowali z petycjami o przywrócenie bariery celnej.

W r. 1890 handel Królestwa Kongresowego był już w 90% handlem z Rosją.


Silnym bodźcem dla przemysłu był także rozkwit kolejnictwa, który dotarł na ziemie polskie w szóstym i siódmym dziesięcioleciu XIX w. Wcześniejsze projekty — na przykład plan budowy połączenia kolejowego między Warszawą a Dąbrową — wysunięty w 1834 r. przez Bank Polski — nie przyniósł owoców. Ale w r. 1859 do linii wiedeńskiej dołączono połączenie z Dąbrową, a w latach następnych linie kolejowe połączyły Warszawę z Petersburgiem, Moskwą, Kijowem i Gdańskiem. W r. 1887 Królestwo Kongresowe miało już ponad 2000 kilometrów linii kolejowych. W następnych latach budownictwo kolejowe w pruskiej Polsce znacznie wyprzedziło pozostałe dwa zabory. W r. 1914 do granicy rosyjskiej prowadziło z Prus i Austrii pięćdziesiąt linii: tylko dziesięć z nich biegło dalej po stronie rosyjskiej. Ponadto, z powodu różnicy w rozstawie torów i istnienia trzech różnych układów hamulcowych, żaden tabor kolejowy nie mógł po prostu przejechać przez granicę. W rezultacie Druga Rzeczpospolita nie odziedziczyła po zaborach zunifikowanej sieci linii kolejowych[133].


Pierwsza wojna światowa była dla polskiego przemysłu równocześnie bodźcem i katastrofą. Z jednej strony, zwiększone zapotrzebowanie gospodarki wojennej spowodowało wzrost produkcji i zapewniło dodatkowe miejsca pracy, zwłaszcza mieszkańcom Górnego Śląska. Z drugiej strony, taktyka spalonej ziemi stosowana przez wojska rosyjskie, które wycofując się w r. 1915, zabrały ze sobą cały tabor, podobnie jak spustoszenia dokonane przez wojska niemieckie, które wywiozły do Niemiec całe polskie fabryki, zwłaszcza z terenu Łodzi, poczyniły niepowetowane szkody. Powojenny zastój okazał się wręcz katastrofalny. W r. 1920 produkcja węgla wynosiła zaledwie 72% produkcji przedwojennej, produkcja bawełny — 44%, produkcja surówki — 36%, produkcja ropy naftowej — 69%[134].


W okresie niepodległości, w latach 1918—39, przemysł polski zaczął rozwiązywać swe problemy praktycznie dopiero w przededniu wybuchu wojny, w latach 1939-45 zaś zaaplikowano Polsce ponownie katastrofy gospodarcze lat 1914—18, i to w zwiększonym wymiarze. Niemal wszystkie dziedziny życia gospodarczego znalazły się w stanie beznadziejnego paraliżu z powodu fizycznego zniszczenia fabryk, zdziesiątkowania i rozproszenia siły roboczej, demontażu i wywózki całego wyposażenia zakładów produkcyjnych. Trzeba jednak przyznać, że w momencie, w którym ustały walki, okazało się, że powojenny rząd jest pod pewnymi względami w lepszej sytuacji od swoich przedwojennych poprzedników. Źródła i zasoby mineralne nowo uzyskanych Ziem Zachodnich były o wiele bogatsze niż te, które utracono na Wschodzie. Zniszczenie przestarzałych urządzeń zapewniło miejsce nowoczesnemu wyposażeniu. Obecność w kraju milionów osób pozbawionych stałego miejsca pobytu, które można było osiedlać tam, gdzie sobie tego życzyli planiści, stworzyło jedyną w swoim rodzaju okazję do powiększenia warstwy proletariatu miejskiego oraz do zlikwidowania za jednym zamachem przeludnienia panującego na wsi. Drugie uprzemysłowienie Polski mogło się zatem rozpocząć pod nowymi rządami i w całkowicie nowych warunkach.




VI. LUD.

Powstanie mas ludowych

 Сделать закладку на этом месте книги

Sceptycy mogliby się zapewne zastanawiać, czy współczesne społeczeństwo polskie jest odpowiednim przedmiotem badań naukowych. W epoce, w której Polska na przemian istniała i nie istniała, w której zniszczeniu uległa większość polskich instytucji, w której potomkowie społeczeństwa okresu przedrozbiorowego zmieszali się ze społecznościami państw rozbiorowych, w której liczne sektory ludności odrzucały wszelkie poczucie polskiej tożsamości, trudno jest wyodrębnić takie zjawiska socjologiczne, które odnosiłyby się wyłącznie do ludności polskiej. Można opisywać warunki życia polskojęzycznego elementu w obrębie struktur społecznych Prus, Rosji czy Austrii, natomiast nie da się opisać żadnego organicznego procesu społecznego, który byłby specyficznie polski. Nie znaczy to, że brakuje historyków zajmujących się historią społeczną Polski. Sytuacja przypomina pod tym względem słynną Ligę Rudych Conan Doyle’a: oto z poduszczenia jakiegoś niewidzialnego rudowłosego orędownika stada rudych badaczy pojawiają się w Muzeum Brytyjskim, aby godzinami wypisywać z Wielkiej Encyklopedii Brytyjskiej wiadomości na temat rudych. Można podjąć tego rodzaju ćwiczenie, ale uzyskane wiadomości mają ograniczoną wartość — dla wszystkich, z wyjątkiem rudych.


Oczywiście, powtarzające się w latach 1772—1945 drastyczne zmiany bazy społecznej polskich ziem musiały wpłynąć na niezwykłe rozczłonkowanie tego przedmiotu. Nie kończące się rozbiory, aneksje, zmiany granic; masowa śmiertelność, deportacje i przesiedlenia; efemeryczna natura pojawiających się i znikających państw — wszystko to sprawiło, że termin „polskie społeczeństwo” co chwilę odnosił się do innego zbioru jednostek. Nawet jeśli historyk przyjmie założenie, że społeczeństwo polskie istniało jako spójny organizm, musi przyznać, że ten organizm składał się z licznych odrębnych komórek, które dzieliły się i nawzajem ze sobą zlewały, łączyły i znów oddalały bez żadnych dających się wyodrębnić prostych regularności. Porwane nici świadczące o braku ciągłości są równie dobrze widoczne, co łańcuchy ciągłości. Interwencje z zewnątrz wywierały mocniejszą presję w kierunku zmian niż działające autonomicznie wewnętrzne siły narodowych procesów społecznych. W tej części świata historia zachowywała się przez ostatnie przeszło dwieście lat jak gigantyczna maszynka do mięsa, mieląca swą nieszczęsną ludzką zawartość i narzucająca jej nowe układy i kombinacje bez żadnych względów dla ludzkich wrodzonych chęci i predylekcji. Społeczeństwo polskie, które ostatecznie wyłoniło się w 1945 r., mało przypominało dawne pięć stanów „demokracji szlacheckiej”, jakie znalazły się w trybach tej maszyny pod koniec XVIII wieku. Zasadnicze przemiany, jakie nastąpiły w tym okresie — zagłada dawnych stanów, powstanie nowych klas społecznych i, w czasach najnowszych, wytworzenie społeczeństwa bezklasowego — dokonywały się w sposób wyrywkowy i nie powiązany. Ostateczny wynik jest jednak oczywisty. Wielonarodowościowe, wielojęzyczne, wielowarstwowe społeczeństwo dawnej Rzeczypospolitej, rządzonej przez szlachecki polski „naród”, zostało na przestrzeni pięciu czy sześciu pokoleń przekształcone w społeczeństwo o wiele bardziej homogeniczne,. w którym „lud” — szerokie masy robotników i chłopów — został wyniesiony na pozycje pozornej supremacji[135].


Polska demografia cierpi na tę samą chorobę, która atakuje całą historię społeczną Polski. Dane statystyczne gromadzi się na podstawie kilku różnych regionalnych źródeł i przegrupowuje w kategorie, które są w sposób rażący ahistoryczne. Szerzą się terytorialne anachronizmy. Współcześni demografowie polscy często zakładają, że ziemie wschodnie leżące za Bugiem nie wchodzą w zakres ich właściwych historycznych rozważań, traktując jednocześnie ludność Ziem Zachodnich PRL tak, jak gdyby zawsze była ona częścią polskiego społeczeństwa. Rzadko można mieć pewność, że porównywane są ze sobą rzeczy, które istotnie mogą stanowić przedmiot porównań i — nawet jeśli tak jest — że owe porównania mają jakąkolwiek wartość historyczną. Tworząc na użytek swoich badań spójne i jednorodne kategorie, bez których istotnie wszystkie podawane przez nich informacje statystyczne byłyby pozbawione wartości, demografowie zadają kłam najistotniejszemu faktowi dotyczącemu współczesnego polskiego społeczeństwa, a mianowicie, że przez większość czasu nie stanowiło ono jednolitej całości. Naukowa dokładność pozostaje w bezpośrednim konflikcie z rzeczywistością historyczną.


Wzrost liczby ludności na ziemiach polskich od czasu rozbiorów nie jest łatwy do wyliczenia[136]. W 1772 r., w chwili pierwszego rozbioru, Polska i Litwa liczyły około 14 milionów mieszkańców. W r. 1795, w czasie drugiego rozbioru, na znacznie zmniejszonym obszarze mieszkało zaledwie 6 milionów. W XIX w. liczba ludności trzech zaborów — Królestwa Kongresowego, Wielkiego Księstwa Poznańskiego i Galicji — zwiększyła się z 8,3 miliona w r. 1820 do 23,7 miliona w r. 1914. Obliczenia oparte na danych z obszaru Drugiej Rzeczypospolitej wskazują spadek o 4,6 miliona: z 30,9 do 26,3 miliona w latach 1914—19, wzrost o 9 milionów, do 35 milionów, w okresie międzywojennym, a następnie kolejny spadek o ponad 6 milionów w okresie do roku 1945. W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej liczba ludności wzrosła z 23,9 miliona w 1946 r. do 32,8 miliona w 1976 r. Jeśli założyć, że liczby pochodzące z różnych źródeł są porównywalne, można dojść do pewnych zaskakujących wniosków. Po pierwsze, mimo masowej zagłady Żydów w latach 1941—44 straty, jakie podczas I wojny światowej poniosła rodzima ludność na skutek śmierci i deportacji (14,9%), były niewiele mniejsze niż te, które pociągnęła za sobą II wojna światowa (17,4%). Po drugie, straty wojenne, sięgające na przestrzeni XX wieku 11 milionów, nieznacznie tylko przewyższają przyrost naturalny krótkiego okresu dwudziestolecia międzywojennego. Po trzecie, mimo strat przyrost naturalny polskojęzycznej ludności, której liczba w ciągu dwóch stuleci od czasu pierwszego rozbioru powiększyła się z około 8 milionów w r. 1772 do mniej więcej 35 milionów w chwili obecnej, dotrzymywał kroku przeciętnej europejskiej.


Gęstość zaludnienia stwarza równie zawiłe problemy. W starej Rzeczypospolitej w 1772 r. wyrażała się ona liczbą 19,1 na km2. W w. XIX wzrosła na terenie Księstwa Poznańskiego z 30 osób na km2 w r. 1820 do 72 osób na km2 w r. 1910; w Galicji z 50 na 104, a w Królestwie Kongresowym — z 27 na 93. Biorąc łączne dane dla wszystkich trzech zaborów w tym samym okresie, wzrosła ona z 35,4 do 94,8 osób na km2. Przed wybuchem I wojny światowej ziemie polskie były pod tym względem podobne do terenów cesarstwa niemieckiego (104,2 osób na km2), plasując się na poziomie średnim między najgęściej zaludnionymi Wyspami Brytyjskimi (132 osoby na km2) a najrzadziej zaludnionymi obszarami europejskiej części cesarstwa rosyjskiego (21 osób na km2). Do roku 1939 gęstość zaludnienia w Drugiej Rzeczypospolitej spadła do 90 na skutek przyłączenia słabo zaludnionych wschodnich prowincji. W 1971 r. w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej wyniosła po włączeniu terenów zachodnich 105 osób na km2, czyli nieco więcej niż we Francji (94), natomiast znacznie mniej niż we Włoszech (180), Wielkiej Brytanii (228) czy Niemczech Zachodnich (239).

Jako kraj w przeważającej mierze katolicki, Polska w pewnych okresach słynęła z wyjątkowo wysokiego przyrostu naturalnego. W rzeczywistości opinii tej nie potwierdzają dostępne statystyki; można sobie też łatwo wyobrazić powody, dla których protestanckie źródła w Prusach rozpowszechniały ten mit. Tempo urodzeń podlegało znacznym i ciągłym zmianom. Pod koniec XIX wieku wysoki wskaźnik urodzeń (43,5%) był niwelowany przez niezwykle wysoki wskaźnik śmiertelności (26%). Przeciętna wieku nie przekraczała 40 lat. Biorąc pod uwagę całe stulecie, wskaźnik urodzeń na ziemiach polskich wynosił 0,75 i był niższy niż w Niemczech (0,85), Wielkiej Brytanii (0,93) czy Rosji (1,06). Przyrost naturalny wśród katolickich Polaków był niższy niż wśród Żydów i Ukraińców. W XX wieku wyjątkowe eksplozje demograficzne, mające zrównoważyć straty wojenne, trwały jedynie przez krótkie okresy. Dwukrotnie przyrost naturalny przekroczył o 100% średnią europejską: 14,3% w latach 1921—38 i 19% w latach 1946—56. Po II wojnie światowej gwałtownie się zwiększył, przekraczając 30% i na krótko zbliżając się do poziomu sprzed 50 lat; ale w latach sześćdziesiątych zaczął szybko spadać. Jak wiele innych krajów Europy, Polska przechodziła więc kolejne fazy „wyżu” i „niżu” demograficznego.

Przez cały okres historii nowożytnej, aż do wybuchu II wojny światowej, ludność Polski w przeważającej mierze trudniła się rolnictwem. Liczba mieszkańców miast w okresie trzeciego rozbioru oceniana na najwyżej 10%, w roku 1900 osiągnęła 18%; według spisu z 1931 r. — 27,4%, a według pierwszego powojennego spisu z 1946 r. — 31,8%. Polska pozostawała pod tym względem w tyle nie tylko za krajami zachodniej Europy, ale także za Czechosłowacją (65% w 1931 r.) czy nawet Związkiem Radzieckim (33% w 1939 r.).

Statystyki danych etnicznych są szczególnie podejrzane. Tam gdzie nierozerwalnie łączą się ze sobą pokrewieństwo rasowe, religia i język, nie może istnieć żadna rzetelna definicja „etniczności”. Na terenach mieszanego osadnictwa — zwłaszcza na peryferiach wschodnich i zachodnich — mieszane małżeństwa były na porządku dziennym, a rodziny dwujęzyczne i dwureligijne nie należały do rzadkości. Ludzie poddawani spisom z reguły udzielali za każdym razem innej odpowiedzi. Mimo to można śmiało stwierdzić, że począwszy od XVII wieku, element polski stale umacniał swoją pozycję wśród ogółu ludności. Z około 40% w r. 1650 liczba Polaków wzrosła w 1791 r. do 50% ogółu, w r. 1900 — do 65% (według kryterium języka); do 68,9% w r. 1931, do 88,6% w r. 1946 i wreszcie do 98,7% w r. 1951. Polska Rzeczpospolita Ludowa[137] jest — wyjątkowo — w przeważającej większości polska[138].


Eliminacja stanu szlacheckiego dokonała się przez stopniowe anulowanie jego prawnych przywilejów. W Galicji ograniczona liczba rodzin polskich senatorów została włączona w szeregi szlachty cesarstwa austriackiego. Rody Lanckorońskich, Gołuchowskich, Tarnowskich, Potockich, Czartoryskich, Lubomirskich i innych o podobnym statusie społecznym zachowały dawne p


убрать рекламу




убрать рекламу



rzywileje do końca XIX wieku. Także na terenie Prus właściciele ziemscy reprezentujący stan szlachecki uzyskali prawo rejestracji swoich tytułów i bez większych trudności przystosowali się do nowych warunków. Jedynie w Rosji władze zastosowały metody czynnej represji w stosunku do stanu, który uważały za nieuleczalnie wrogo nastawiony do caratu. Kolejne rejestracje — w r. 1800, w r. 1818 na Litwie i w r. 1856 w Królestwie Kongresowym — stały się okazją do usunięcia tysięcy polskich rodzin ze spisów szlacheckich. Tak samo kończyły się konfiskaty, rekwizycje i akcje odwetowe, jakie nieuchronnie następowały po każdym z powstań. W roku 1864 co najmniej 80% stanu szlacheckiego było już skutecznie declassés . Jedynie najbogatszym i mogącym się wykazać najlepszymi koneksjami pozwolono przyłączyć się do rosyjskiego dworianstwa . Przechodząc w jego szeregi, często przyjmowali nowy, rosyjski styl życia, który wymagał od nich ścisłego konformizmu politycznego i służby władzom i, przynajmniej do roku 1864, dopuszczał takie praktyki jak handel chłopami pańszczyźnianymi. We wszystkich zaborach najdotkliwiej ucierpiała liczna drobna szlachta. Ustalono, że w ostatnich latach istnienia Królestwa Kongresowego jedna czwarta zaścianków żyła na poziomie niższym od poziomu życia przeciętnego chłopa pańszczyźnianego. Utraciwszy wszelki status prawny, część spośród resztek owego stanu, który niegdyś nadawał ton życiu dawnej Rzeczypospolitej, z psim uporem trzymała się życia na wsi, podczas gdy inni przenosili się do miast, gdzie przechodzili do rzemiosła, służby państwowej, handlu lub wolnych zawodów; wielu tonęło bez śladu, roztapiając się wśród chłopstwa lub klasy pracującej. W r. 1921 konstytucja marcowa Drugiej Rzeczypospolitej formalnie zniosła stan szlachecki. Szlacheckie rody o „odwiecznej” genealogii — takie, które otrzymały od rządów mocarstw rozbiorowych tytuły „hrabiów” i „baronów” — utraciły wszelkie podstawy roszczeń do odrębnego statusu prawnego. (Patrz Rys. C).

Rys. C. Proces powstawania klas społecznych w XIX wieku

Zniesienie stanu szlacheckiego oraz jego przywilejów prawnych nie doprowadziło do całkowitego unicestwienia wielkiej własności ziemskiej, wpływów politycznych i statusu społecznego dawnych rodów szlacheckich. Największą siłę przetrwania wykazywały najpotężniejsze magnackie rody. W egalitarystycznej atmosferze Drugiej Rzeczypospolitej śmiesznie było zwracać się do jakiegoś Radziwiłła czy Zamoyskiego per „proszę pana”, „panie poruczniku” czy coś w tym rodzaju, ale też nie miało sensu zbytnie udawanie, że magnatów istotnie zredukowano do poziomu zwykłych obywateli. Jeszcze w 1919 roku w rozmowie z Sir Haroldem Nicolsonem podczas konferencji pokojowej w Paryżu Józef Potocki wyrażał się o swoim premierze, Ignacym Paderewskim, w sposób wysoce protekcjonalny: „Tak, wybitny człowiek, bardzo wybitny. Czy pan uwierzy, że on się urodził w jednej z moich wiosek? W Kuryłówce, mówiąc dokładniej. A jednak kiedy z nim rozmawiam, zawsze odnoszę wrażenie, że mówię do kogoś równego sobie… ”[139] Bo Radziwiłłowie, Potoccy i reszta ludzi ich pokroju wciąż byli wyjątkowi pod każdym względem. Natomiast większość szlachty szybko wtapiała się w ogół społeczeństwa. Parcelacja wgryzała się w ich majątki. Własność ziemska jako źródło dochodu z wolna chyliła się ku upadkowi. Przedstawiciele młodego pokolenia brali się do prowadzenia interesów, wybierali wolne zawody, politykę lub służbę państwową, wstępowali do wojska. Druga wojna światowa dopełniła procesu, który toczył się już od dawna. Prowincje wschodnie, w których koncentrowały się największe majątki, zostały przyłączone do Związku Radzieckiego. W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej reforma rolna z 1946 r. zakończyła się powszechnym rozdziałem ziemi. Dziś szlachcicem jest każdy i nikt.


Dawne mieszczaństwo zostało nie tyle zniszczone, ile przytłoczone. Reformy Sejmu Czteroletniego były wymierzone w drobną własność ziemską, której upadek postępował już od dwustu lat. Po rozbiorach Gdańsk (do r. 1815) i Kraków (do r. 1846) były jedynymi miastami, które mogły się nadal cieszyć choćby częścią dawnych przywilejów i zachować w ten sposób ów szczególny status prawny, dzięki któremu zrodziły się fortuny bogatych mieszczan. W Królestwie Kongresowym statuty miejskie zachowały moc prawną do lat 1869—70, kiedy to wprowadzono rosyjskie obyczaje, a wiele małych miasteczek całkowicie utraciło prawa miejskie. Na przestrzeni XIX wieku życie w miastach zmieniło się nie do poznania na skutek szybkiego rozwoju nowych przemysłowych miast czy przedmieść, których mieszkańcy żyli i pracowali, nawet nie wspominając starego ładu.

Mimo to przetrwały niektóre z dawnych instytucji. Zachowała się gildia — dogodny sposób organizacji systemu podatków handlowych. Nadal działały cechy reprezentujące interesy tych spośród dawnych rzemiosł, których nie zniweczyły nowe obyczaje zatrudniania masowej siły roboczej; zostały one ostatecznie zniesione dopiero w 1948 roku. Przejście od stanu mieszczańskiego, który określał zestaw szczególnych przywilejów prawnych, w szeregi burżuazji, którą określała szczególna funkcja społeczna i gospodarcza, w większości przypadków przebiegało niepostrzeżenie. To, czy mówiąc o sobie lub o własnych przyjaciołach, używało się określenia „mieszczanin” czy też „burżuj”, zależało wyłącznie od tego, czy chciało się być bardziej czy mniej uprzejmym.


Społeczność żydowską, która za czasów starej Rzeczypospolitej cieszyła się praktycznie pod wszystkimi względami statusem autonomicznej warstwy społecznej, teraz podporządkowano odrębnym systemom prawodawczym poszczególnych mocarstw rozbiorowych, co sprawiło, że społeczność ta zmieniła się nie do poznania. Do końca I wojny światowej zdążyła utracić odrębną tożsamość religijną! przywileje prawne, a najróżniejsze wydarzenia o charakterze społecznym, gospodarczym, kulturalnym i politycznym dokonały jej całkowitego rozbicia.


Proces wyzwalania chłopów pańszczyźnianych przebiegał na przestrzeni mniej więcej sześćdziesięciu lat obejmujących pierwszą połowę XIX wieku[140].

Postępował etapami, za sprawą różnych decyzji podejmowanych przez różne władze pod wpływem różnych motywów i był przeprowadzany różnymi metodami, z których każda miała swoje wady i swoje zalety. Jedna z tych metod, zastosowana po raz pierwszy w 1807 roku pod auspicjami Francji na terenie Księstwa Warszawskiego i w Prusach, polegała na tym, że po prostu stwierdzono, iż wszyscy są równi w obliczu prawa. Teoretycznie stwierdzenie takie stawiało chłopa na równi z jego panem. W praktyce, utrzymując prawo pana do posiadania ziemi oraz podkreślając, że nowe stosunki między panem a dzierżawcą ustalane są na mocy kontraktu, narażało chłopa na nowe formy ucisku. Odtąd chłop, który odmówił przyjęcia warunków pracy lub dzierżawy zaproponowanych przez pana, stawał wraz z rodziną w obliczu groźby eksmisji, braku dachu nad głową i nędzy. Podobnie jak podczas dalszych etapów znoszenia poddaństwa, można było znaleźć pretekst do zupełnego oczyszczenia ziem dworskich z chłopskich rodzin. Tego rodzaju „rugi” były dla chłopów postrachem i zniechęcały większość z nich do upierania się przy nowo uzyskanych swobodach. Tak więc przeważna część egalitarystycznych pomysłów pozostała wyłącznie martwą literą prawa. Zastrzeżona prawem wolność .osobista nie pociągała za sobą wolności gospodarczej. Kolejna metoda, zwana oczynszowaniem, zmierzała do przekształcenia dawnej daniny w formie pracy na polu pana w czynsz pieniężny, co miało zrównać dworskie majątki z ziemiami uprawianymi przez wolnych chłopów. Po raz pierwszy metodę tę zastosowano pod koniec XVIII wieku na terenach majątków miejskich należących do miasta Poznania oraz w latyfundiach Zamoyskich, Myszkowskich i Potockich; potem wprowadzono tę formę w Prusach, Królestwie Kongresowym i Rzeczypospolitej Krakowskiej. Na nieszczęście (z punktu widzenia chłopów), towarzyszyły jej zazwyczaj tzw. regulacje, na mocy których część posiadłości chłopskich była oddawana panu bez żadnej rekompensaty, wraz z prawem wolnego użytkowania lasów, pastwisk i wiejskich młynów. W ten sposób chłopa wrzucano na głęboką wodę gospodarki opartej na pieniądzu — wraz ze wszystkimi jej zaletami i niebezpieczeństwami. Jednocześnie zaś nie nabywał on prawa do posiadania ziemi.

Mogło się łatwo okazać, że zadanie zapracowania na czynsz i utrzymania rodziny ze zmniejszonej działki jest o wiele cięższe niż wywiązanie się z obowiązków nakładanych dawniej przez pańszczyznę. Tak więc na początku XIX wieku było już rzeczą powszechnie uznawaną, że zniesienie systemu feudalnego może się powieść tylko wtedy, gdy chłopi otrzymają prawo pełnej własności ziemi, na której pracują. Półśrodki mogły jedynie skomplikować i tak już zawiłe problemy. Coraz powszechniej kwestionowano skuteczność gospodarczą i wartość moralną pańszczyzny. Krok po kroku, centymetr po centymetrze rządy wprowadzały „uwłaszczenie”, na mocy którego chłopi uzyskiwali pełne prawo do ziemi.

Wiele jednak zależało od toczących się debat politycznych i od warunków, jakie właściciele ziemscy zdołali włączyć do rozmaitych statutów znoszących poddaństwo w każdym z trzech zaborów. Na terenie Prus pierwszy krok zrobiono w 1811 roku, kiedy to na mocy edyktu królewskiego wprowadzono możliwość wykupu majątków państwowych przez chłopów w zamian za cesję od jednej trzeciej do połowy uprawianych przez nich dotąd gruntów. Reforma z 1816 r. rozszerzała ten przepis na większe majątki prywatne. Ale tylko niewielka liczba zamożniejszych chłopów mogła mieć nadzieję na natychmiastowy wykup swoich gruntów; dla większości w grę wchodziło jedynie oczynszowanie. Możliwość wykupu ziemi dotyczyła wyłącznie tych chłopów, którzy byli już właścicielami wyposażenia swoich gospodarstw; wymagano wpłacania gotówką sumy równej wysokości czynszu za 25 lat. Proces ten posuwał się powoli naprzód przez czterdzieści lat.

W Wielkim Księstwie Poznańskim lokalna reforma z 1823 r. stanowiła jedyny przypadek, w którym regulacji terytorialnej na rzecz właściciela gruntów towarzyszyły wypłaty rekompensat na rzecz chłopów. Mimo to masowe rugi były rzeczą tak powszechną, że trzeba je było regulować prawnie. Gwałtownie rosła warstwa nie posiadających ziemi robotników rolnych. Ostatnią grupę chłopów pańszczyźnianych — obejmującą wieśniaków z drobnych prywatnych majątków nie przekraczających 25 morgów (6,4 ha) — zwolniono od obowiązku pańszczyzny w 1850 roku. Ogólnie rzecz biorąc, proces znoszenia poddaństwa chłopów na terenie Prus był brutalny, ale stosunkowo szybki. Pod pewnymi względami przypominał odbywającą się w tym samym czasie kampanię ogradzania w Anglii[141]; związane z nim cierpienia i naciski zostały jednak wtłoczone w ciasne ramy czterdziestu lat. W Austrii wolność osobistą oraz prawo posiadania ziemi przyznano chłopom za jednym zamachem, na mocy aktu cesarskiego z 7 września 1848 roku[142]. W przeciągu zaledwie dziesięciu lat gruntownej przemianie uległo ponad pół miliona majątków w Galicji. W tym przypadku rekompensaty wypłacił właścicielom rząd, który wkrótce wynagrodził sobie tę stratę, nakładając zarówno na chłopów, jak i na panów nowy podatek gruntowy. Niestety, działając w pośpiechu, utrzymano w mocy prawo pana do lasów i pastwisk i nie podjęto żadnych prób rozwikłania zamętu, jaki powstał wokół serwitutów (drobnych obciążeń nie związanych z obowiązkiem pracy na gruntach pana) i propinacji (nakładanego na chłopa obowiązku zakupu trunków w karczmach położonych na gruntach pana). W wyniku takiego stanu rzeczy spory ciągnęły się do końca XIX wieku. W Rosji poddaństwo utrzymało się najdłużej. Ukazy z lat 1846 i 1858 były pojedynczymi próbami wprowadzenia oczynszowania, ale uczyniły niewiele dla zaspokojenia rosnących żądań. Dopiero Aleksander II zdał sobie sprawę z tego, że jeśli rząd nie podejmie jakichś kroków „odgórnie”, chłopi podejmą je sami „oddolnie”. Na terenach przyłączonych do cesarstwa rosyjskiego zniesienie poddaństwa nastąpiło na mocy ukazu z 3 marca 1861 r. W Królestwie Kongresowym kwestia chłopska splotła się z polityką powstania styczniowego. Tu car. znalazł siew obliczu chłopstwa, które już od pół wieku cieszyło się wolnością osobistą i któremu dekrety ziemskie tajnych rządów powstańczych oferowały atrakcyjne warunki, nie mógł sobie zatem pozwolić na zwłokę. Ukaz z 18 marca 1864 był szczególnie łaskawy. Rosja poszła za przykładem Austrii, szukając korzyści politycznych w ustępstwach społecznych i udzielając właścicielom rekompensaty z funduszy uzyskanych w wyniku wprowadzenia nowych podatków.


Na krótką metę doraźne skutki zniesienia poddaństwa chłopów były dość nikłe. W wyniku regulacji w ręce chłopów przeszło rzeczywiście zaledwie poniżej połowy gruntów: 48,9% w Królestwie Kongresowym (w 1864 r.), podczas gdy aż 46% pozostało w rękach przedstawicieli warstwy dziedzicznych właścicieli ziemskich. Z punktu widzenia gospodarki, chłop nadal żył w sytuacji bez porównania gorszej niż jego były pan. Bezpośrednie korzyści odnieśli wyłącznie najbogatsi mieszkańcy wsi. Podczas gdy na przestrzeni następnych 30 lat niektórym chłopom udało się zwiększyć własny stan posiadania w drodze wykupu gruntów od zubożałych sąsiadów — tak szlachty, jak i chłopów — inni nie mieli żadnych szans na osiągnięcie dobrobytu. Liczba chłopów bezrolnych wzrosła czterokrotnie. Wielu z nich nie miało innego wyjścia, jak tylko na zawsze opuścić rodzinną wieś. W kwestii serwitutów nie zaproponowano żadnego wyraźnego rozwiązania. Wiele wsi utraciło wszelkie prawo wypasu bydła na dworskich pastwiskach oraz wyrębu drewna z dworskich lasów. Ich szansę na wygranie sprawy przeciwko panu w sądzie były znikome. Trwały tarcia, spory i szykany. Zastąpienie jurysdykcji dworskiej chłopskimi gminami nie przyniosło żadnych wyraźnych korzyści. W rosyjskiej Polsce gromada, czyli zgromadzenie chłopów, wybierała sołtysa i jego wójta; działalność obu urzędników była ściśle podporządkowana nakazom polityki carskiej. W ten sposób na miejsce ojcowskiej władzy miejscowego dziedzica pojawiła się władza obcej administracji. W Prusach i w Galicji miejscowego dziedzica dopuszczano do działalności wiejskiego aparatu administracyjnego, a jego uświęcona tradycją dominująca rola przeżywała bardzo powolny zmierzch.


Materialne warunki życia chłopów nie uległy zasadniczej poprawie. Wolność niekoniecznie pociągała za sobą dobrobyt. Stopa życiowa z trudem nadążała za naciskiem, jaki stwarzała eksplozja populacji. Nawet w Prusach klęska głodu wiatach 1863—66 wywołała na wsiach epidemię śpiączki; w Galicji emigrację uważano za jedyną alternatywę wobec egzystencji na granicy śmierci głodowej.

Pradawny system trójpolówki utrzymał się w wielu regionach aż do przełomu wieków, zapewniając nieuchronne nadejście regularnych okresów niedostatku chleba, zwłaszcza na przednówku. Porozrzucane z dala od siebie skrawki pól należących do jednej rodziny nie bywały scalane. Ziemniaki, czarny chleb i kapusta składały się na podstawowy wikt, który uzupełniały potrawy sporządzone z rzepy, fasoli, pokrzyw, prosa, gryki, perzu, lebiody czy nawet brzozowej kory, a czasem w niedzielę z mięsa. Nabiał najchętniej wywożono do miasta na targ, a czystą wodę pito częściej niż mleko, piwo, kawę czy wódkę. Normę stanowiła bezbarwna odzież, tkana i szyta w domu. Mężczyźni nosili płócienne koszule wyrzucone luźno na spodnie, ich żony zaś — płócienne chusty. Cudownie kolorowe regionalne stroje, które stały się takie modne po 1870 roku, wkładano tylko w niedzielę i ludowe święta. Buty ściągano, wychodząc z kościoła czy targu i zawsze, gdy pozwalała na to niezbyt sroga pogoda. Zbudowana z drewnianych bali i pokryta słomą chata, z piecem opalanym drewnem i niewielką ilością prymitywnych sprzętów w jednej izbie, zapewniała schronienie i absolutne minimum komfortu. Towary wytwarzane w manufakturach były kosztowne i niedostępne dla tych sektorów ludności wiejskiej, które znalazły się w przeważającej większości poza zasięgiem gospodarki pieniężnej. Zakupy ograniczały się niemal wyłącznie do narzędzi rolniczych.

Wykształcenie było sprawą wyjątkową. Dawne obyczaje zmieniały się bardzo powoli. Wszystkie przekonywające opisy polskiej wsi w XIX wieku podkreślają jej tradycyjne, odwieczne, ludzkie wartości:


…życie wrzało zwykłym głębokim bełkotem, pluskało jako ta woda bieżąca, rozlewało się wciąż jednakim, bujnym, rzeźwym strumieniem. Lipce żyły zwykłym, codziennym życiem: a to chrzciny wyprawiali u Wachników; zrękowiny odbywały się u Kłębów, choć i bez muzyki, ale zabawiali się, jak na Adwent przystało, to znowu zmarło się komuś, (…) to Jagustynka zapozwała znowu dzieci do sądów o wycugi; to insze jeszcze sprawy szły, drugie, a w każdej niemal chałupie coś nowego, że naród miał o czym redzić, z czego się śmiać albo i markocić; a zaś po różnych chałupach w długie wieczory zimowe zbierały się kobiety z kądzielą na oprzęd — co tam śmiechu było, mój Jezus, co zabawy, co gadek, co krzykań, że aż po drogach szły te gzy wesołe! A wszędy co swarów, przyjacielstw, zmawiań, zalecanek, wystawań przed chałupami, krętaniny, bijatyk, przemawiań uciesznych — jakoby w tym mrówczym albo pszczelnym rojowisku — że ino huczało w chałupach.  

A każden żył po swojemu, jak mu się widziało, jak mu sposobniej było, a społecznie z drugimi, jak Pan Bóg przykazał.  

Kto biedował, zabiegał, kłopotał się, kto się zabawiał i rad w kieliszki przedzwaniał z przyjacioły, kto się puszył i wynosił nad drugie, kto za dzieuchami się uganiał, kto chyriał i na księżą oborę poglądał, kto na ciepłym przypiecku legiwał — komu radość była, komu smutek, komu zaś ni jedno, ni tamto — a wszyscy żyli gwarno, z całej mocy, duszą całą [143].


Jak zwykle, chłopi odznaczali się głębokim przywiązaniem do ziemi, która była podstawą ich bezpieczeństwa i jedynym przedmiotem ich ambicji. Według badaczy orientacji leninowskiej, więź ta była słabsza wśród biedniejszego chłopstwa, które było niezdolne do konkurencji z kułakami; sądzono, że ich szeregi z pewnością będą się stawać coraz liczniejsze, stwarzając bogate zasoby zdrowego rewolucyjnego materiału. W opinii innych obserwatorów rozróżnienie między chłopami bogatymi, średniozamożnymi i biednymi jest rozróżnieniem fałszywym.

Bogaci chłopi wcale nie pragnęli stawać się farmerami na wielką skalę — czymś w rodzaju szlachty; trzymali się dawnych obyczajów, najmowali paru robotników, aby sobie ulżyć w pracy na starość, a jeśli przytrafiła im się choroba lub nadmiar córek, godzili się pokornie z nieuchronnym upadkiem swojej fortuny. Ubodzy chłopi nie oczekiwali od losu niczego poza tym, aby pozwolił im wychować zdrowych synów, znaleźć tym synom dobre żony, uniknąć długów i kupić silniejszego konia. „Średniacy” nie byli gatunkiem skazanym na wyginięcie — można ich było uważać albo za zubożałych bogaczy, albo też za wzbogaconych biedaków. Na przestrzeni kilku pokoleń każda chłopska rodzina z góry oczekiwała serii następujących po sobie okresów dobrobytu i przeciwności losu. Wszyscy przyjmowali dawną rutynę walki o utrzymanie się z ziemi za obowiązujący styl życia. Wszyscy patrzyli na świat — podobnie jak na pogodę — z fatalizmem zrodzonym ze stuleci poddaństwa. Wszyscy uważali się za odrębną rasę, równie odległą od rasy dziedziców czy rządowych inspektorów, co od rasy niewolników z fabrycznych hal lub bezrolnych najemników. Dziś — w ponad sto lat od zniesienia poddaństwa — spotyka się ich nadal, jak Polska długa i szeroka.


Wszystko zatem wskazuje na to, że polscy chłopi nie byli po prostu członkami określonej klasy społeczno-ekonomicznej. Podobnie jak chłopi rosyjscy, których zresztą do połowy XIX wieku bardzo przypominali, byli nosicielami odrębnej cywilizacji, tak jedynej w swoim rodzaju i tak prastarej jak cywilizacja ich szlacheckich panów. Już samą nazwę „chłop” wywodzono od słowa chlapi[144], oznaczającego niewolnika w społeczeństwach dawnych Słowian. Żyli rozproszeni w odizolowanych od siebie wioskach i nie mieli większych możliwości podejmowania skonsolidowanych akcji społecznych, ale ich siła biernego oporu stała się wręcz przysłowiowa. Ich odporność na wszystkie nowoczesne koncepcje dotyczące prawa i własności, ich głęboko zakorzeniona skłonność do kradzieży, podpaleń i spontanicznego gwałtu, niepowtarzalny rytm ich pracy, w której okresy morderczej harówki przeplatały się z długimi interwałami bezczynności i pijaństwa, ich ambiwalentny stosunek do „pana”, którego kochali i nienawidzili na przemian, ich nieuleczalna wiara w czarownice, ludową magię, zaklęcia, rytuały, cudowne eliksiry, magiczne uzdrawianie i wszelkie inne formy tego, co określa się mianem zabobonu, a ponad wszystko ich niezachwiane przekonanie, że ziemia należy do nich, bez względu na techniczne detale określające własność w sensie prawnym — wszystko to składało się na superkonserwatywną kulturę, której wartości uparcie starano się zachowywać mimo wszelkich przejawów dobrej woli ze strony reformatorów. W ciągu tych sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu lat, gdy duch wyzwolenia chłopów z poddaństwa unosił się w powietrzu, filantropijnie nastawiony dobry pan, który zechciał zapytać chłopów o zdanie, nieodmiennie otrzymywał tę samą odpowiedź, tak w Polsce, jak i w Rosji. „My wasi”, mówili chłopi, „a ziemia nasza”. Innymi słowy, chłopa nie bardzo obchodziła kwestia jego osobistej wolności. Podobnie jak w innych okresach dziejów, nie mieli szczególnych obiekcji wobec pańszczyzny, jeśli tylko niosła ze sobą większe poczucie bezpieczeństwa dzierżawy. W wieku XIX przekonali się do idei zniesienia poddaństwa dopiero wtedy, kiedy się zorientowali, że jest to najlepszy sposób na odwrócenie procesu naruszania majątków ziemskich, a zatem także na ograniczenie władzy pana nad „ich” gruntami. Dla chłopa, który był całkiem rad ze swego przypisania do ziemi i nie miał najmniejszego zamiaru opuszczać swojej wioski, samo zniesienie poddaństwa było pozbawione wszelkiego znaczenia. Ku własnej zgubie zarówno współcześni reformatorzy, jak i dzisiejsi teoretycy społeczeństwa zignorowali ten czynnik. W czasach późniejszych zwolennicy zmian politycznych, którzy opowiadali się za kolektywizacją wsi, stawiali państwo komunistyczne w roli pana feudalnego i nieodmiennie budzili płomienną nienawiść ze strony chłopów[145].


Mimo wszystko skutki zniesienia poddaństwa okazały się na dłuższą metę bardzo istotne. Odtąd chłopi mieli pełną swobodę poruszania się, mogli szukać innej pracy, zawierać umowy, kupować i sprzedawać, posyłać dzieci do szkół, organizować się w sensie politycznym. Niemal żadne z najistotniejszych wydarzeń społecznych ostatnich stu lat — poczynając od uprzemysłowienia rolnictwa po masową oświatę i masową politykę — nie mogłoby z pewnością mieć miejsca, gdyby klasa społeczna, która jeszcze w 1900 roku liczyła 65% ogółu mieszkańców ziem polskich, nie została uprzednio uwolniona od łańcuchów pańszczyźnianej niewoli. Zniesienie poddaństwa oznaczało kres społeczeństwa stanowego i było istotnym bodźcem dla wzrostu społecznej ruchliwości. Widziane z szerszej perspektywy, stanowiło podstawowy warunek pełnego wykorzystania nowej sytuacji gospodarczej oraz utworzenia nowych klas społecznych.


Proces upolitycznienia chłopstwa rozpoczął się wkrótce po zniesieniu poddaństwa. Jego charakterystyczne przejawy uwidoczniły się w latach sześćdziesiątych, w rozwoju ruchu spółdzielczego, zwłaszcza na terenie Prus; w latach dziewięćdziesiątych zaś — w powstaniu partii chłopskich, szczególnie na terenie Austrii.


Ruch spółdzielczy skupiał się początkowo wokół powszechnych Banków Kredytowych, które udzielały chłopom krótkoterminowych pożyczek na rozbudowę gospodarstw i zakup sprzętu rolniczego; wkrótce jednak objął swoim zasięgiem także inne dziedziny produkcji i rynku rolniczego. Kółka rolnicze ułatwiały swoim członkom hurtowy zakup opału, ziarna siewnego i nawozów, a także korzystną sprzedaż mięsa, zboża i nabiału. Odgrywały istotną rolę w szerzeniu na wsi oświaty i ulepszaniu metod uprawy i hodowli. Podejmując walkę z pruską Komisją Kolonizacyjną, wkroczyły w dziedzinę handlu nieruchomościami, wykupując grunt na warunkach konkurencyjnych w stosunku do rządu i odsprzedając go polskim chłopom. W tym samym okresie objęły swoją działalnością zwłaszcza na terenie Śląska — także rynek żywnościowy. Pod wpływem pionierskiej działalności księży pokroju Augustyna Szamarzewskiego czy Piotra Wawrzyniaka zachęcano robotników polskich do tworzenia spółek i zakupu żywności od polskich chłopów, co pozwalało na wyeliminowanie niemieckich lub żydowskich pośredników. Nie ulega wątpliwości, że wszystko to działało jako bodziec w kierunku rozbudzenia świadomości narodowej. W latach dziewięćdziesiątych za przykładem Prus poszła Austria, gdzie zaczęły się mnożyć tzw. Kasy Stefczyka — spółdzielnie oszczędnościowo—pożyczkowe, zorganizowane według zasad opracowanych przez Franciszka Stefczyka (1861—1924), oraz — z mniejszym powodzeniem — Rosja, gdzie po roku 1905 zaczęto podejmować próby tworzenia spółdzielczych magazynów żywności. W okresie międzywojennym ruch spółdzielczy, wsparty ustawą z r. 1920, potężnie się rozwinął. Związek Spółdzielni Spożywców „Społem”, podobnie jak późniejsze organizacje o zbliżonym charakterze, otwierał filie we wszystkich częściach Rzeczypospolitej i cieszył się poparciem wszystkich mniejszości narodowych. Według danych z 1937 r., na 12 860 spółdzielni składało się .7812 organizacji polskich, 3516 organizacji ukraińskich i białoruskich, żydowskie i 759 niemieckich; jeśli chodzi o charakter działalności, znalazło się wśród nich 5517 spółek kredytowych, 2973 rolno-spożywcze, 1804 spółdzielnie spożywców i 1498 mleczami. Ogólna suma członków przewyższała trzy miliony. Ponawiane próby podporządkowania ich działalności centralnej kontroli politycznej — podjęte w 1938 r. przez sanację, w r. 1939 przez hitlerowskich i radzieckich okupantów i wreszcie w r. 1948 przez demokrację ludową—potwierdzały pozycję ruchu spółdzielczego jako potężnego i niezależnego czynnika polskiego życia społecznego i gospodarczego. Jest rzeczą charakterystyczną, że Edward Abramowski (1868—1918), czołowy teoretyk polskiego kooperatywizmu i jeden z pionierów w dziedzinie psychologii społecznej, był zwolennikiem koncepcji anarchii etycznej, która wolnej woli autonomicznych ugrupowań społecznych przyznawała priorytet w stosunku do roszczeń nadrzędnej władzy państwowej[146].


W lipcu 1895 r. w obliczu perspektywy zbliżających się wyborów w Galicji grupa polityków, którzy od dawna aktywnie działali w kręgach chłopskich, założyła w Rzeszowie Stronnictwo Ludowe. Jakub Bójko (1857—1943), Jan Stapiński (1867—1946), długoletni wydawca „Przyjaciela Ludu”, Bolesław Wysłouch (1855— 1937), oraz ich współpracownicy wkrótce wysunęli się na czoło życia politycznego zarówno w samej Galicji, jak i w Wiedniu. W ciągu następnych dwudziestu lat doprowadzili do powstania partii, która przez pół wieku miała pozostać istotnym czynnikiem życia politycznego w Polsce. Jednakże z wielu przyczyn nie udało im się zmobilizować chłopstwa do utworzenia skonsolidowanej siły politycznej. Ich wpływy na terenie Prus, a także w Rosji, gdzie od roku 1915 działało Polskie Stronnictwo Ludowe, były ograniczone. Utrzymujące się różnice poglądów co do hierarchii ważności kwestii społecznych oraz taktyki politycznej, stosunku do posiadaczy ziemskich, kleru, mniejszości narodowych i będącego aktualnie u władzy rządu — prowadziły do bezustannych rozłamów. Już w r. 1914 prawicowe skrzydło PSL—”Piast” pod wodzą Wincentego Witosa (l 874—1945) rozstało się z radykalną PSL „Lewicą” Stapińskiego. Kolejne rozbicie nastąpiło w r. 1926, gdy od PSL oddzieliło się Stronnictwo Chłopskie Babskiego. Krótkie epizody, podczas których PSL pojawiało się w rządzie koalicyjnym Witosa w latach 1920—21,1923 i 1926, nie umocniły jego wpływów, podobnie jak udział w opozycji Centrolewu w 1929 r. czy utworzenie w r. 1931 zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Masowe odrodzenie się stronnictwa w latach 1944—47 wzbudziło jedynie wrogość Związku Radzieckiego i komunistów, którzy ostatecznie doprowadzili do jego skutecznego zdławienia[147].


Wśród nowo powstałych klas dziewiętnastowiecznego społeczeństwa najbardziej różna od wszystkiego, co istniało kiedykolwiek przedtem, była warstwa średnia, czyli ta część społeczeństwa, która znajdowała się pośrodku między dawną klasą właścicieli ziemskich, z jednej strony, a klasą chłopów i robotników, z drugiej. Skupiała się ona wokół rdzenia utworzonego przez stan mieszczański, którego odrodzenie zapowiadała konstytucja z 1791 roku, a wprowadzała w życie polityka Księstwa Warszawskiego; jej szeregi licznie zasilała zdeklasowana szlachta i Żydzi. Pokaźną część tej klasy stanowiła liczna warstwa biurokracji, nie znana w dawnej Rzeczypospolitej; przedsiębiorcy, handlowcy, przemysłowcy i finansiści; właściwa burżuazja; mniej od niej zamożna grupa złożona z rzemieślników i urzędników państwowych oraz — podobnie jak we wszystkich innych częściach Europy Wschodniej — wpływowa warstwa inteligencji. Jest rzeczą bardzo charakterystyczną, że w skład inteligencji wchodziła znaczna liczba Niemców, Żydów, Rosjan, a nawet Czechów i Węgrów; niektórzy z nich ulegli asymilacji, inni zachowali swą odrębność; niektórzy urodzili się już na ziemiach polskich, inni przybyli z odległych rejonów trzech mocarstw rozbiorowych. Działalność inteligencji uwidoczniała się w największym stopniu w miastach rosyjskiej Polski; na terenie

Prus i Galicji jej wpływy były mniejsze.


Pierwsi przedstawiciele burżuazji pojawili się pod


убрать рекламу




убрать рекламу



koniec XVIII wieku. Dwóch wybitnych spośród nich — Antoniego Potockiego zwanego „Protem” (1761— 1801), byłego wojewodę kijowskiego, który wielki majątek ziemski połączył z działalnością handlową i który był właścicielem floty handlowej na Morzu Czarnym, oraz Fergussona Piotra Teppera (zm. 1794), niegdyś właściciela sklepu na Rynku Starego Miasta w Warszawie, który pewnego razu pożyczył królowi Stanisławowi Augustowi ponad 11 milionów złotych — kryzys z r. 1793 doprowadził do bankructwa. W owym czasie każdy z ich prywatnych majątków oceniano na 70 milionów złotych, co było sumą w przybliżeniu trzykrotnie przewyższającą cały roczny budżet Królestwa. Wśród ich następców znalazły się całe dynastie bankierów i przemysłowców. Jakub Epstein (1771—1843), były oficer ze sztabu Kościuszki, dorobił się w Księstwie Warszawskim fortuny, zawierając kontrakty wojskowe z Francją. Jego trzeci z kolei syn, Hermann E. Epstein (1806—67), kierował urzędem ceł i akcyzy Królestwa Kongresowego, został wybrany prezesem Kolei Warszawsko—Wiedeńskiej i otrzymał od cara tytuł szlachecki. Wnuk, Mieczysław Epstein (1833—1914), był założycielem Warszawskiego Banku Dyskontowego, właścicielem huty „Zawiercie” i przez 30 lat prezesem warszawskiej giełdy. Leopold Kronenberg (1812—78), uczestnik powstania styczniowego, był właścicielem banków w Warszawie i Petersburgu oraz czynnym propagatorem rozbudowy kolei i przemysłu metalowego. Hipolit Wawelberg (1843—1901), finansista działający na równie szeroką skalę, ufundował w 1891 roku w Warszawie Szkołę Techniczną, która miała odegrać istotną rolę w rozwoju polskiej myśli technicznej. Jan

Bloch (1836—1902), nie koronowany król polskich kolejarzy, upamiętnił się proroczą książka Przyszła wojna (1898), w której trafnie przepowiedział skutki gospodarcze, jakie przyniosła Polsce wojna między Niemcami i Rosją. W świecie przemysłu pionierami mechanizacji byli czterej bracia — Anglicy — Thomas, Andrew, Alfred i Douglas Evansowie. Inżynier Stanisław Lilpop (1817—66) rozbudował ich zakłady, nastawiając je na produkcję taboru kolejowego i narzędzi. W Łodzi rodziny Fraenklów czy właścicieli przędzalni Poznańskich i Geyerów przewodziły rozkwitowi włókienniczych imperiów[148].


Wielkie burżuazyjne rody były równie nieliczne i równie bogate jak dawne magnackie klany. Jedne i drugie często łączyły się ze sobą przez małżeństwa dzieci.

Ich sukcesy opierały się na niezmordowanym i bezustannym mrówczym trudzie ludzi interesu mniejszego kalibru: kupców, maklerów, restauratorów, właścicieli zakładów pogrzebowych, agentów ubezpieczeniowych, rzemieślników — którzy obsługiwali rozrastające się miasta. W Polsce ową warstwę drobnomieszczaństwa znamionowała duża domieszka ludności żydowskiej, własny niepowtarzalny żargon, własne afektacje i wściekłe ambicje społeczne. Z wyjątkiem tych nielicznych obszarów, na których proletariat stanowił znaczną siłę, ona właśnie tworzyła jedyną poważniejszą barierę oddzielającą klasy wyższe od mas chłopskich.


Grupa pracowników aparatu państwowego składała się z ludzi wszelkiego autoramentu: z kilku tysięcy rosyjskich „arystokratów służby państwowej”, którym po powstaniach nadano ziemie na terenach polskich, ale także z profesorów, nauczycieli, inspektorów, urzędników, oficerów, policjantów oraz leśniczych zatrudnionych w lasach państwowych. Wobec silnego zabarwienia politycznego służby państwowej w XIX wieku tu właśnie ostro zarysowały się różnice postaw.

Zwłaszcza nauczyciele, stając na czele ruchu odrodzenia narodowego, natrafiali na szykany ze strony swych „lojalistycznych” kolegów.

W odróżnieniu od biurokracji liczba przedstawicieli wolnych zawodów była stosunkowo niewielka. Lekarze, prawnicy, dziennikarze i doradcy techniczni często mieli za sobą studia we Francji lub w Niemczech. W łonie tej właśnie warstwy najostrzej rysowała się rywalizacja między Żydami i pozostałą ludnością.

Wybitna pozycja biurokracji rzutowała na szczególny status inteligencji.

W odróżnieniu od sytuacji panującej w Europie Zachodniej, polskiej inteligencji nie dałoby się utożsamić — nawet w najogólniejszym sensie — z „warstwami wykształconymi”; pewien stopień niezadowolenia politycznego uważano tu za rzecz oczywistą. Warstwa ta wyłoniła się w Polsce po rozbiorach i przyjęła na siebie rolę strażnika narodowego dziedzictwa. Pisarze, krytycy, artyści i studenci, którzy stanowili jej rdzeń, wywodzili się z różnych klas społecznych, najczęściej spośród byłej szlachty. Do dominującego liczebnie elementu ludności polskiej dołączali naśladowcy i konkurenci wywodzący się ze wszystkich innych społeczności narodowych[149].


Ważnym przemianom uległa również rola i status kleru. Na terenie Rosji i Austrii ksiądz katolicki podlegał kontroli władz zarówno świeckich, jak i kościelnych. Kasata wielu zakonów klauzurowych i nauczających sprawiła, że księża parafialni znaleźli się w centrum konfliktów dotyczących kwestii oświaty, a więc politycznych. Mimo to kler był jedną z bardzo nielicznych grup społecznych, o której można by uczciwie powiedzieć, iż zachowała cechy odrębnego stanu.


W łonie warstwy średniej istniały zatem znaczne różnice i poszczególne elementy składowe, definiowane na podstawie kryterium majątku lub roli czy statusu społecznego, z konieczności musiały się na siebie nakładać. Ludzi tych jednoczyło tylko wspólne pragnienie, aby się odróżniać od mas pracujących. Ponieważ warstwa średnia rozwijała się głównie w miastach, można ją uważać za rodzaj miejskiego odpowiednika warstwy właścicieli ziemskich na wsi.


Z chwilą gdy siła robocza uzyskała swobodę przemieszczania się ze wsi do miast przemysłowych, rozpoczął się szybki wzrost proletariatu miejskiego. Mimo że pod względem liczebności polski proletariat nie mógł się równać z klasą robotniczą kraj ów Europy Zachodniej, on właśnie zadecydował o zasadniczej przemianie układu społecznego w kilku określonych regionach. Na Górnym Śląsku, w Zagłębiu Dąbrowskim i przede wszystkim w okolicach Łodzi powstały zupełnie nowe skupiska proletariatu w miejscach, gdzie w r. 1800 rozciągały się jeszcze dziewicze pola. We wszystkich głównych ośrodkach miejskich liczba mieszkańców wzrosła na przestrzeni XIX wieku co najmniej dziesięciokrotnie. W r. 1931 12,7% ogółu mieszkańców Drugiej Rzeczypospolitej było już ekonomicznie zależnych od zatrudnienia w przemyśle.


Warunki życia proletariatu z przełomu wieków nie zachęcają jednak do tego, aby je opisywać w superlatywach. Nędza, ucisk i postawy społeczne nasuwają na myśl Anglię z okresu wcześniejszego o sto lat. W Łodzi — a także w mniejszych miastach o podobnym charakterze — dla ludzi, którzy swymi korzeniami nadal tkwili w odwiecznym porządku życia na wsi, życie w przędzalni było czymś mrocznym, szatańskim i nieuniknionym zarazem. Organizowała je nowa rasa przedsiębiorców i dyrektorów, tak zwani Lodzermenchen , którzy siebie i swoich pracowników eksploatowali z taką samą nieludzką zajadłością, jak swoje maszyny:


“—Ale nam nie jest wszystko jedno, nam — fabryce, w której pan jesteś jednym z miliona kółek! Przyjęliśmy pana nie na to, żebyś tutaj produkował się ze swoją filantropią, a tylko, abyś robił. Pan wprowadzasz zamęt tutaj, gdzie wszystko polega na najdoskonalszym funkcjonowaniu, na prawidłowości i zgodności.  

— Nie jestem maszyną, jestem człowiekiem.  

— W domu. W fabryce od pana nie wymaga się egzaminów na człowieczeństwo ani egzaminów na humanitarność, w fabryce potrzebne są pańskie mięśnie i mózg pański i tylko za to płacimy panu — rozdrażniał się coraz bardziej. — Jesteś pan tutaj maszyną taką samą, jak my wszyscy, więc rób pan tylko to, co do pana należy. Tutaj nie miejsce do rozanieleń…  

Owionęło go suche, rozpalone powietrze.  

Olbrzymie czworoboki z blachy, wypełnione straszliwie rozpalonym i suchym powietrzem, brzęczały niby oddalone grzmoty, wymiotując nie kończący się pas materiałów kolorowych, suchych i sztywnych.  

Na niskich stołach, na ziemi, na wózkach, które suwały się cicho, leżały całe sterty materiałów i w tym suchym, jasnym powietrzu sali, której ściany były prawie ze szkła, paliły się przyćmionymi barwami złota przykopconego, purpury o fioletowym odcieniu, błękitu marynarskiego, starego szmaragdu — niby stosy blach metalowych o matowym, martwym blasku.  

Robotnicy w koszulach tylko i boso, z szarymi twarzami, z oczami zagasłymi i jakby wypalonymi tą orgią barw, jaka się tutaj tłoczyła, poruszali się cicho i automatycznie, tworzyli tylko dopełnienie maszyn.  

Czasem który patrzył przez szyby w świat, na Łódź, która z tej wysokości czwartego piętra majaczyła w mgłach i dymach poprzecinanych tysiącami kominów, dachów, domów, drzew ogołoconych z liści; to znów na drugą stronę, na pola, co szły w głąb horyzontu — na szarobiałe, brudne, zalane wiosennymi roztopami przestrzenie, majaczące gdzieniegdzie czerwonymi gmachami fabryk, które z oddalenia czerwieniły się wskroś mgieł bolesnych tonem mięsa odartego ze skóry, na odległe linie wiosek małych, przywartych cicho do ziemi, na drogi, co się wywijały wskroś pól czarną, cieknącą błotem wstęgą, migającą pomiędzy rzędami nagich topoli.  

Maszyny huczały bezustannie i bezustannie świstały transmisje uczepione pod sufitem  

(…), wszystko się poruszało w rytm tych olbrzymich pudeł metalowych suszarń, które odbierały towar mokry z drukami i wypluwały go suchym, i stały w tej olbrzymiej, czworokątnej sali, pełnej smutnych barw i smutnego światła dnia marcowego, smutnych ludzi, niby kapliczki boga—siły, rządzącego wszechwładnie.  

Borowiecki czuł się rozstrojony i z roztargnieniem oglądał towar (…).  

— Głupi chłopak — myślał o Hornie (…).  

Niektóre słowa Homa przychodziły mu na myśl, gdy patrzył na te tłumy ludzi w milczeniu pracujących.  

— Byłem taki — poleciał myślą do tamtych, dawnych czasów (…) ”[150].


Kwestia wynagrodzenia za pracę w przemyśle w epoce poprzedzającej pełną ekspansję gospodarki rynkowej jest ogromnie złożona. W historii Polski, gdzie należy uwzględniać trzy rozbiory, umyka ona wszelkim próbom uogólnień — z niniejszą włącznie. Ze względu na wielkie zasoby siły roboczej na wsi praca nie wymagająca kwalifikacji zawodowych była tania; przed zniesieniem poddaństwa musiała ona niejednokrotnie konkurować z darmową pracą chłopów pańszczyźnianych. Natomiast zawodowe kwalifikacje i usługi były w cenie. Zróżnicowanie musiało więc być znaczne. Wysoko wykwalifikowani technicy mieli możliwość uzyskiwania wysokich zarobków, robotnicy niewykwalifikowani — takich możliwości nie mieli. Mimo to, jeśli się weźmie pod uwagę bardzo niskie ceny żywności, za niskie pensje można było w gruncie rzeczy zadziwiająco wiele kupić. Według zestawień statystycznych sporządzonych przez Tadeusza Korzona dla ostatnich dni dawnej Rzeczypospolitej, Wielki Kanclerz Koronny zarabiał 14 000 złotych rocznie, profesor uniwersytetu — do 10 000 rocznie, architekt — 2000 zł, drwal do 1095 zł, a szeregowy żołnierz — 262 zł. W kuźni Małachowskiego w Końskich majster zarabiał do 8000 złotych rocznie, a najniżej opłacany robotnik — 4 złote tygodniowo. Jednocześnie zaś kilogram mięsa kosztował 20 groszy, para męskich butów — 15 złotych, a metr najcieńszego jedwabiu z manufaktury Tyzenhausa — 18 złotych; utrzymanie żebraka kosztowało warszawską policję 280 złotych rocznie. Można by z tego wywnioskować, że o wiele bardziej opłacało się być warszawskim żebrakiem niż królewskim żołnierzem. W czterdzieści lat później w kuźni w Białogonie angielski dyrektor techniczny, William Preacher, otrzymywał wynagrodzenie w wysokości 1040 rubli (co równało się 0 złotym) rocznie; Jan Hurhaut, mechanik, zarabiał 600 rubli, a zatrudniony w fabryce stolarz — 110 rubli. Komplet ubrania kosztował w tym czasie 200 złotych.


Polityczna aktywizacja proletariatu nastąpiła nieco później niż upolitycznienie chłopów. Organizację proletariackich partii politycznych poprzedziło spontaniczne tworzenie się związków zawodowych.

Polski ruch związkowy zaczął się na terenie Prus i Austrii w latach dziewięćdziesiątych, w Rosji zaś — po rewolucji z lat 1905—07. W pierwszych dziesięcioleciach poszczególne związki miały charakter wybitnie lokalny. Ich struktura była „horyzontalna” — każdy związek obejmował szeroki wachlarz zawodów i skupiał grupy reprezentujące różne interesy; mógł wywierać silne wpływy we własnym zakładzie lub okręgu, natomiast odpierał wszelkie starania zmierzające w kierunku scentralizowanej fuzji. Związki podlegały najróżniejszym patronatom politycznym. O ich względy ubiegały się organizacje nacjonalistyczne, kościelne organizacje charytatywne, stowarzyszenia żydowskie, niemieckie i ukraińskie, a w Rosji — także carska policja. Inspiracje socjalistyczne — a tym bardziej marksistowskie — należały do rzadkości. Głównym przedmiotem troski tych organizacji było wynagrodzenie i warunki pracy członków, a nie ideologia polityczna czy kwestia niepodległości narodowej. Próby utworzenia wspólnego frontu politycznego nieodmiennie kończyły się porażką. W okresie międzywojennym powstało co najmniej pięć odrębnych federacji związkowych, z których każda rościła sobie pewne prawa głosu w stosunku do całej klasy pracującej. Związek Stowarzyszeń Zawodowych, zdominowany przez lewe skrzydło PPS i w r. 1921 liczący około 501 000 członków, nieustannie rywalizował ze Zjednoczeniem Polskich Związków Zawodowych, zdominowanym przez Narodowych Demokratów i liczącym w 1919 r. około 570 000 członków. Każdy z nich rodził swoje własne organizacje pochodne, a obydwa zdołały uniknąć bezpośredniej kontroli ze strony rządu. Związki zawodowe o orientacji socjalistycznej, pod wodzą Jana Kwapińskiego (1885—1964), rozpoczęły udaną kampanię zjednoczenia robotników rolnych na wsi. Komuniści mimo trwających przez dziesiątki lat usiłowań nie poczynili większych postępów aż do roku 1945, kiedy to siłą przekształcili związki zawodowe w struktury „pionowe” podlegające władzy centralnej[151].


Partie, które starały się walczyć o sprawy proletariatu środkami bardziej świadomie politycznymi, rozdzierane były tymi samymi rozłamami, jakie stały się udziałem ruchu związkowego. Polska Partia Socjalistyczna powstała w r. 1892 — przypadkiem był to moment, w którym odrodzenie kwestii narodowej cieszyło się akurat większym zainteresowaniem niż nadzieje na utworzenie bezklasowego społeczeństwa. W wyniku takiego stanu rzeczy PPS musiała walczyć o uwagę nowo powstającej klasy robotniczej z organizacjami o charakterze mniej wyraźnie proletariackim. Między innymi wdała się w konflikt z Narodową Demokracją Dmowskiego i z jego nieposłusznym dzieckiem. Narodowym Związkiem Robotników, który począwszy od 1908 r., działał całkowicie niezależnie. Przez cały czas PPS doświadczała nie kończących się rozłamów i schizm. Rana, jaką stała się główna schizma z 1906 r., która popchnęła PPS—Lewicę na drogę prowadzącą ku antynarodowemu obozowi komunistycznemu, odłam zaś nazwany PPS—Frakcja Rewolucyjna ku obsesjom narodowowyzwoleńczym, nigdy się nie zagoiła. Kierując swą atencję ku rosyjskiej Polsce, PPS nie wywierała większych wpływów na tworzącą się Polską Partię Socjalno-Demokratyczną w Galicji czy maleńką Polską Partię Socjalistyczną zaboru pruskiego, z którymi ostatecznie połączyła się w kwietniu 1909 r. Jej burzliwa rywalizacja z komunistami, których program teoretyczny mógł się okazać bardziej atrakcyjny dla intelektualistów, a ich krecia robota prowadzona wśród szeregowych członków groziła rozsadzeniem masowej organizacji socjalistów, toczyła się przez całe dwudziestolecie międzywojenne. (Patrz rozdz. XXII tomu II).

Ambiwalentne stosunki PPS z Piłsudskim, który był swego czasu jednym z jej najbardziej zagorzałych działaczy, oraz z Legionami Piłsudskiego były źródłem nie kończących się komplikacji. Na krótko otarła się o władzę w rządzie Moraczewskiego w latach 1918—19, ale taka sytuacja już nigdy więcej się nie powtórzyła; jej eksperymenty z opozycją z chłopami w bloku Centrolewu w latach 1929—30 oraz z komunistami we Froncie Ludowym w latach 1935—36 — nie przyniosły większych sukcesów. Mimo to, zarówno w sejmie czy w senacie, jak i w związkach zawodowych i takich organizacjach młodzieżowych, jak Czerwo ne Harcerstwo czy Uniwersytet Robotniczy, PPS zachowała pozycję czołowej siły polskiej lewicy i — obok PSL — była jednym z dwóch masowych stowarzyszeń politycznych, jakie miały przetrwać II wojnę światową. Wśród jej przywódców znaleźli się Tomasz Arciszewski (1877—1955), Adam Ciołkosz (1901—78), Ignacy Daszyński (1866—1936) — przewodniczący partii wiatach 1921—28 i 1931—34, Herman Diamand (1860—1931) i Mieczysław Niedziałkowski (1893—1940)[152].


Na ogólnym tle rozwoju polskiego proletariatu rozwój Warszawy — największego miasta kraju i zarazem największego skupiska robotników miejskich — zajmuje szczególne miejsce. Powtarzające się w XIX wieku wrzenia polityczne prawie nie zakłócały gospodarczych i społecznych przeobrażeń. Powstania z lat 1794, 1830—31, 1863—64 i 1905—06 mimo ich ogromnego znaczenia psychologicznego należy traktować jedynie jako krótkie interludia w procesie ekspansji miasta.

W ostatnich dziesięcioleciach trwania starej Rzeczypospolitej Warszawa była już ważnym ośrodkiem handlowym, kładącym podwaliny pod przyszły przemysł.

W r. 1784, poza kuźnią królewską przy Barbakanie, warsztatami produkcji broni w arsenale, fabryką porcelany w Belwederze i szeroko znaną manufakturą powozów Dangla na ulicy Elektoralnej, Warszawa miała aż 66 browarów, 27 młynów i 31 cegielni. Po wojnach napoleońskich gwałtownie wzrosła liczba ludzi szukających pracy. Liczba mieszkańców miasta podskoczyła do 139 000 w 1840 r., 230 000 w 1861 r., 594 000 w 1900 r. i 764 000 w 1910 r. W drugiej połowie wieku przez Warszawę biegło pięć głównych linii kolejowych, a miasto urosło do rangi jednego z najważniejszych węzłów komunikacyjnych Europy Wschodniej. Wzdłuż nowo powstałych linii komunikacyjnych budowano zakłady produkcyjne — szczególnie na zachodnich i wschodnich przedmieściach. Przemysł metalowy stopniowo prześcignął sektor przetwórstwa spożywczego i włókiennictwa, stając się głównym źródłem zatrudnienia. W swoim czasie założono pełną sieć usług publicznych — głównie z inicjatywy zagranicznych koncesjonariuszy. Po niemieckiej gazowni (1865) uruchomiono także belgijską, następnie szwedzką centralę telefoniczną (1881), angielskie przedsiębiorstwo wodociągowo—kanalizacyjne (1882) oraz francuską elektrownię (1903). Sieć konnych tramwajów, która działała od r. 1865 do wybuchu I wojny światowej, wspomagała sieć wąskotorowych kolejek podmiejskich.


W śródmieściu pojawiały się ważne obiekty architektoniczne. Za czasów Królestwa Kongresowego Antoni Corazzi wykonał plan przebudowy dawnego placu Saskiego. Plac Bankowy ozdobiły neoklasycystyczne fasady pałacu Lubeckich, gmachów Ministerstwa Finansów i Banku Polskiego (1828). Pałac Staszica, w którym początkowo mieściło się Towarzystwo Przyjaciół Nauk — obecnie siedziba Polskiej Akademii Nauk — otrzymał nowe rosyjskie neobizantyjskie oblicze. Budowę zaprojektowanego przez Corazziego Teatru Wielkiego ukończono w 1834 roku. Po powstaniu styczniowym prace budowlane skupiały się na budowie dróg, mostów, biur, kościołów i domów mieszkalnych, których trzeba było nowym przedmieściom. Projektowano nowoczesne szerokie bulwary — Aleje Jerozolimskie, Nowy Świat — pomyślane jako szybkie arterie komunikacyjne. Krakowskie Przedmieście poszerzono i połączono z nowo wybrukowaną nadwiślańską trasą spacerową. Po 250 latach swobody Wisła została znów okiełznana trzema stałymi mostami: wiszącym mostem Aleksandra (1865), zbudowanym przez inżyniera Stanisława Kierbedzia (1810—99), strategicznie umieszczonym północnym mostem kolejowym (1876) oraz długim wiaduktem Poniatowskiego (1912).

Większość spośród dwunastu okręgów miejskich Warszawy otrzymała miejskie ratusze; kilka — na przykład w Skaryszewie czy na Pradze — zostało otoczonych placami i parkami. Trzynaście miejskich bram wyposażono w stylowe pawilony z arkadami. Pod względem stylów nowo budowane kościoły wykazywały taką samą różnorodność jak religie, których wyznawcom miały służyć. Styl neogotycki wybrano dla reformowanego kościoła protestanckiego na Lesznie i kościoła Św. Floriana na Pradze; w stylu neoromańskim wzniesiono kościół Św. Piotra i Pawła na Koszykach; kościół Św. Karola Boromeusza na Powązkach był neobarokowy, liczne cerkwie zaś reprezentowały styl neobizantyjski. Pierwsze plany budownictwa miejskiego objęły budowę robotniczych bloków mieszkalnych na Czerniakowie; organizację miejskiej służby zdrowia rozpoczęto budową otwartego w 1888 r. szpitala na Pradze, który stanowił filię starego szpitala Dzieciątka Jezus, a budowę ośrodków rekreacyjnych — od utworzenia w 1889 r. Komisji Plantacji, która miała się zająć planowaniem parków i zagospodarowaniem otwartych przestrzeni miejskich. Żadne z tych osiągnięć nie było niczym godnym szczególnej uwagi w skali ogólnoeuropejskiej, ale dzięki nim Warszawa nabrała wyglądu jednego z nowocześniejszych miast cesarstwa rosyjskiego. Znaczna część inicjatyw pochodziła zresztą od długoletniego prezydenta miasta, Rosjanina, generała Sokrata Starynkiewicza (1820—92), który niejednokrotnie interweniował u władz carskich w Petersburgu w sprawach dotyczących losów Warszawy. Nic jednak nie mogło skutecznie przesłonić górujących nad miastem symboli duchowego jarzma. W północnej części, na lewym brzegu Wisły, wyburzono domy zajmowane przez 15 000 mieszkańców, aby zrobić miejsce dla kolosalnej cytadeli Aleksandra (1831—65); w centrum architekt Henryk Marconi zaprojektował wspaniałe nowe więzienie (1835) w stylu renesansowym — okryty złą sławą „Pawiak”; na placu Saskim wyrosła nachalna sylweta soboru Św. Aleksandra Newskiego (1912). Cytadela i więzienie stanowiły oczywiste memento rosyjskiej władzy; sobór, z pięcioma złoconymi kopułami i wolno stojącą wysoką na 80 metrów dzwonnicą w stylu bizantyjskim — żywe wcielenie Świętej Rosji — był widoczny z każdego niemal skrzyżowania ulic.


Pod wieloma względami Warszawa nie była przygotowana na masowy napływ imigrantów ze wsi. Większość instytucji usługowych pojawiła się bardzo późno, a w dodatku okazały się one całkowicie niewystarczające w stosunku do potrzeb. W 1890 r. zaledwie co trzeci dom był wyposażony w bieżącą wodę, a tylko co piętnasty — w jakąkolwiek formę kanalizacji. Przeważająca większość warszawian tłoczyła się w wielopiętrowych czynszowych kamienicach, które były zbudowane na planie czworoboku, wokół podwórza, gdzie znajdowało się źródło wody w postaci pompy. Wiele ulic było nie wybrukowanych, a po obu stronach jezdni biegły otwarte ścieki. Energia elektryczna stała się powszechnie dostępna dopiero w ostatnich latach przed wybuchem wojny. Tyfus i gruźlica zbierały obfite żniwo. Śmiertelność sięgała 32 promille. System edukacyjny oferował jedynie podstawy wykształcenia. Jedyny rosyjski uniwersytet przyjmował absolwentów sześciu szkół dla chłopców i czterech szkół dla dziewcząt. Wstęp na tę uczelnię mieli prawie wyłącznie „protegowani” — synowie i córki rosyjskich urzędników.

Nauka na szczeblu podstawowym w ramach rosyjskiego państwowego systemu oświaty cieszyła się o wiele mniejszą popularnością niż prywatne lekcje na tajnych polskich lub żydowskich kompletach. W 1882 r. 46% mieszkańców miasta nie pobierało wykształcenia w żadnej formie. Lokalnym instytucjom rządowym nigdy nie zezwolono na większy rozwój. Z wyjątkiem krótkiego okresu w latach 1862—63, tzn. w czasie eksperymentu przeprowadzonego przez Wielopolskiego, od czasu stłumienia powstania listopadowego Warszawa podlegała bezpośrednio rosyjskiej władzy wojskowej. Prezydent miasta, mianowany przez cara, był kontrolowany przez wiceprezydenta, który zgodnie z ustaloną tradycją pełnił obowiązki naczelnego przedstawiciela Trzeciego Oddziału. Wszystkie akcje polityczne podlegały ścisłej kontroli policji. Pod tym względem Warszawa była pozbawiona swobód miejskich, normalnie przysługujących wszystkim innym miastom podobnej wielkości na terenie całej Rosji.


Społeczeństwo Warszawy zmieniło się nie do poznania. Na początku wieku plebs miejski składał się głównie z niezależnych rzemieślników i kupców, których w 1854 r. było w mieście ponad 15 000. W latach następnych rosnące armie siły roboczej szybko popadały w zależność od większych firm zarządzanych przez zamożnych przedsiębiorców. Liczba robotników przemysłowych wzrosła trzy, a następnie cztery razy i na przełomie wieku przekroczyła 40 000. W tym samym czasie zaczęła się też wyłaniać odrębna warstwa rozrośniętej ponad miarę biurokracji. Na górnych szczeblach drabiny społecznej znalazły się szczątki miejskiej magnaterii, którą zaczęła prześcigać nowa niemiecka i żydowska burżuazja — Fraenklowie, Epsteinowie, Rosenowie, Bergsonowie, Steinkellerowie i Kronenbergowie. Może dlatego, że w Warszawie tak wiele było nędzy i rozpaczy, ton jej życiu nadawali ludzie walczący, zachłanni i ambitni, zdecydowani za wszelką cenę wykorzystać szansę, jakie dawało im rozrastające się i przeludnione miasto. Koloryt ulic Warszawy tworzyli nie tylko pięknisie, eleganci, bohema i zamożni ludzie interesu, ale także żebracy, dziwki uliczne, żołnierze i rosyjscy sprzedawcy lodów, wśród których owa elita musiała się przepychać. Gwałtowne napięcia i szalone ambicje powielała literatura tej epoki, którą wyśmiewał Cyprian Norwid w swoim Przepisie na powieść warszawską’.



Weź głupiej szlachty figur trzy — przepiłuj,  
Będzie sześć — dodaj Żydów z ekonomem,  
Zamieszaj piórem albo batem wy łój,  
I dolej wody, aż stanie się tomem —  
Zagrzej to albo, gdy masz czas — umiłuj!  

Nareszcie pannę, zrumienioną sromem,  
Jak rzodkiew, zanurz — dla intrygi krótszej  
Dodaj wór rubli — zamieszaj — i utrzyj [153].


Na tle szybkiego wzrostu liczebnego ludności Warszawy szczególnie wybijał się rozwój społeczności żydowskiej. Z około 5000 w r. 1781 liczba Żydów wzrosła do 15 000 w r. 1810, do 98 968 w r. 1876 i do 219 141 według danych z cesarskiego spisu ludności z 1897 r. Liczby te stanowiły odpowiednio 4,5%, 18,1%, 23,8% i 33,9% ogółu mieszkańców miasta. Można to wyjaśnić częściowo gwałtownym zwiększeniem przyrostu naturalnego, częściowo zaś napływem żydowskich imigrantów z bardziej na wschód wysuniętych części strefy zasiedlenia.

Przeludnienie było ogromne. Srożyło się całkowite lub częściowe bezrobocie. W tej sytuacji trudno było uniknąć napięć społecznych. Warszawa ulegała stałej judaizacji i inwazji ludzi, którzy nie mogli sami się utrzymać. Ucieczka z getta — choć w pełni legalna — nie była rzeczą łatwą. Warunki życia wywoływały ciągłe komentarze, zwłaszcza ze strony obserwatorów reprezentujących lewicę, którzy uważali taki stan rzeczy za obrazę ludzkiego sumienia. Stefan Żeromski odmalował pełen wstrząsających szczegółów obraz tej rzeczywistości w swojej powieści Ludzie bezdomni :


…Wąskimi przejściami, pośród kramów, straganów i sklepików wszedł na Krochmalną.  

Żar słoneczny zalewał ten rynsztok w kształcie ulicy. Z wąskiej szyi między Ciepłą i placem wydzielał się fetor jak z cmentarza. Po dawnemu roiło się tam mrowisko żydowskie. Jak daw niej siedziała na trotuarze stara, schorzała Żydówka sprzedająca gotowany bób, fasolę, groch i ziarna dyni. Tu i ówdzie włóczyli się roznosiciele wody sodowej z naczyniami u boku i szklankami w rękach. Sam widok takiej szklanki oblepionej zaschłym syropem, którą brudny nędzarz trzyma w ręce, mógł wywołać torsje. Jedna z roznosicielek wody stała pod murem. Była prawie do naga obdarta. Twarz miała zżółkła i martwą. Czekała w słońcu, bo ludzie tamtędy idący najbardziej mogli być spragnieni. W ręce trzymała dwie butelki z czerwoną cieczą, prawdopodobnie z jakimś sokiem. Siwe jej wargi coś szeptały. Może słowa zachęty do picia, może imię Jego, Adonai, który nie może być przez śmiertelnych nazwany, może w nędzy i brudzie jak robak wylęgłe — przekleństwo na słońce i na życie…  


Z prawej i lewej strony stały otworem sklepiki, instytucje kończące się niedaleko od proga — jak szuflady wyklejone papierem. Na drewnianych półkach leżało w takim magazynie za jakie trzy ruble papierosów, a bliżej drzwi nęciły przechodnia gotowane jaja, wędzone śledzie, czekolada w tabliczkach i w ponętnej formie cukierków, krajanki sera, biała marchew, czosnek, cebula, ciastka, rzodkiew, groch w strączkach, kubły z koszernymi serdelkami i słoje z sokiem malinowym do wody.  


W każdym z takich sklepów czerniała na podłodze kupa błota, która nawet w upale zachowuje właściwą jej przyjemną wilgotność. Po tym gnoju pełzały dzieci okryte brudnymi  

łachmany i same brudne nad wyraz. Każda taka jama była siedliskiem kilku osób, które pędziły tam żywot na szwargotaniu i próżniactwie. W głębi siedział zazwyczaj jakiś ojciec rodziny, zielonkowaty melancholik, który od świtu do nocy nie rusza się z miejsca i patrząc na ulicę, trawi czas na marzeniu o szwindlach.  


O krok dalej rozwarte okna dawały widzieć wnętrza pracowni, gdzie pod niskimi sufitami skracają swój żywot schyleni mężczyźni albo zgięte kobiety. Tu widać było warsztat szewski, ciemną pieczarę, z której wywalał się smród namacalny, a zaraz obok fabrykę peruk, jakich używają pobo


убрать рекламу




убрать рекламу



żne Żydówki. Było takich zakładów fryzjerskich kilkanaście z rzędu. Blade, żółte, obumarłe dziewczyny, same nie czesane ani myte, pracowicie rozdzielały kłaki. (…) Z dziedzińców, drzwi, nawet ze starych dachów krytych blachą lub cegłą, gdzie szeregiem tkwiły okna facjatek, wychylały się twarze chore, chude, długonose, zielone, moręgowate i patrzały oczy krwawe, ciekące albo zobojętniałe na wszystko w niedoli, oczy, które w smutku wiecznym śnią o śmierci
 [154].


Czas nie przynosił poprawy. W ciągu pierwszego dwudziestolecia XX wieku, kiedy nieco spadło tempo wzrostu liczebnego proletariatu nieżydowskiego, warszawscy Żydzi mieli szansę uzyskać status bezwzględnej większości. W r. 1918 ich liczba osiągnęła 319 000, czyli 42,2% ogółu mieszkańców. Był to piękny paradoks; w przeddzień uzyskania niepodległości narodowej, w stolicy Polski żyło dosłownie tyle samo Polaków, co „nie-Polaków”. Warszawa nie tylko przygarnęła większą ilość Żydów niż jakiekolwiek inne miasto w Europie, ale dopiero zaczynała ustępować Nowemu Jorkowi prawa do nazywania się największym żydowskim azylem na świecie. Później warszawscy Żydzi wkroczyli w okres upadku.

W latach dwudziestych kolejny napływ fali ludności chłopskiej do miasta spowodował liczebny wzrost elementu polskiego, podczas gdy społeczność żydowska zaczęła maleć w wyniku emigracji wielu młodych ludzi na Zachód. Do r. 1939 liczba ludności żydowskiej wzrosła stosunkowo nieznacznie — do 375 000. Procentowa liczebność tej grupy w stosunku do liczby ogółu mieszkańców wynosiła 29,1%, a więc spadła do poziomu sprzed pięćdziesięciu lat.

W latach 1918—39, w okresie Drugiej Rzeczypospolitej, sukcesy reform społecznych w Polsce były dość ograniczone. Natomiast skutki społeczne II wojny światowej przyćmiły wszystko, co wydarzyło się na przestrzeni stulecia, jakie minęło od momentu zniesienia poddaństwa chłopów. Wszystkie klasy bez wyjątku padły ofiarą ataków ze strony faszystów i sowieckiego terroru. Klasy wykształcone i zamożne ucierpiały ponad wszelką miarę. Mniejszości narodowe zostały wyeliminowane. Inteligencję, właścicieli ziemskich, burżuazję i urzędników państwowych zdziesiątkowano. Niemal wszyscy ci, którzy przeżyli, utracili dawną własność i dawne źródła dochodu. Na skutek nagłego i przerażającego procesu eliminacji stosunkowo nienaruszone zostało tylko chłopstwo i proletariat.


Polska Ludowa nie potrzebowała zatem żadnej rewolucji społecznej. Zrównania społeczeństwa dokonała w głównej mierze wojna. Pod rządami Demokracji Ludowej masy ludowe miały objąć swe dziedzictwo.



VII. KOŚCIÓŁ.

Kościół rzymskokatolicki w Polsce

 Сделать закладку на этом месте книги

Naczelną troską Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce — jak w każdym innym kraju — było zawsze leczenie ludzkich dusz. Pierwszym obowiązkiem księży było szerzenie wiary, udzielanie sakramentów i pełnienie posługi wobec żywych i umarłych. Przez cały okres dziejów poświęcali oni uwagę raczej sprawom życia poszczególnych wiernych niż życiu publicznemu państwa i narodu. Widziane z katolickiej perspektywy, polskie tysiąclecie było okresem niezmordowanej walki z ignorancją i grzechem — walki, w której odwieczne wartości religii zawsze musiały brać górę nad przemijającymi względami panującego aktualnie ładu społecznego. Dochowując wierności zasadzie, że zbawienie jednej duszy wywoła w niebiosach większą radość niż przetrwanie na tej ziemi całego polskiego narodu, Kościół tradycyjnie uważał, iż nie może się zniżać do spraw przyziemnej polityki. Jest to punkt widzenia, którego nie mogą zlekceważyć nawet ci historycy, którzy byliby skłonni twierdzić, że cele katolików pojmują głębiej, niż są to w stanie uczynić sami katolicy.


Byłoby jednak rzeczą bezpodstawną twierdzić, że sprawy Kościoła da się w ogóle skutecznie oddzielić od świeckiego świata, w którym się one toczą. Nawet największy idealista wśród katolików przyzna, że postęp duszy dokonuje się za sprawą cierpień ciała, podczas gdy materialistycznie nastawieni komentatorzy bez większego trudu wyjaśniają poświęcenie się Kościoła sprawom duszy w kategoriach jego władzy, bogactwa i pozycji. Kościół rzymskokatolicki zawsze stanowił część świata polskiej polityki, bez względu na to, czy się to komuś podoba, czy nie. Nie tylko przez swą fizyczną egzystencję instytucji zamożnej, starej i cieszącej się powszechnym szacunkiem, ale także poprzez działania i postawy swych księży i wiernych wywierał potężny wpływ na przebieg wszystkich wydarzeń politycznych. Co więcej, dzieje Kościoła rzymskokatolickiego stanowią jedną z bardzo niewielu nici, nadających ciągłość dziejom Polski. Rodziły się i przemijały królestwa, dynastie, republiki, partie i rządy, ale Kościół zdaje się trwać wiecznie[155].


W wyniku rozbiorów dawna kościelna prowincja polska została poszarpana na kawałki. Sześć diecezji znajdujących się na terenie Galicji podlegało metropolicie lwowskiemu. Dalsze sześć diecezji wcielonych do Rosji podporządkowano metropolicie Mohylewa, który od tego czasu piastował urząd metropolity całego Kościoła rzymskokatolickiego w cesarstwie. Pięć diecezji włączono do Prus. Rolę metropolii gnieźnieńskiej, która w 1795 r. znalazła się na terytorium Prus, w r. 1807 — w Księstwie Warszawskim, a w 1815 r. ponownie w Prusach, przejęła w 1818 r. nowo utworzona metropolia warszawska, której arcybiskup na polecenie cara został głową Kościoła w Królestwie Kongresowym, obejmującym siedem istniejących tam diecezji. Ten układ utrzymał się przez następne stulecie, ulegając jedynie drobnym modyfikacjom. Metropolita Wrocławia, który zarządzał Kościołem na terenie Brandenburgii i Śląska, oraz biskup Warmii, którego kompetencje rozciągały się na całe Pomorze i Prusy Zachodnie, podlegali bezpośrednio Kurii Rzymskiej. Diecezja krakowska, która na jakiś czas spadła do poziomu wakującego wikariatu, została w 1875 r. zorganizowana ponownie i powierzona kolejno trzem spośród najwybitniejszych ówczesnych przedstawicieli polskiego Kościoła: kardynałowi Albinowi Dunajewskiemu (1817—94), kardynałowi księciu Janowi Puzynie (1842—1911) oraz kardynałowi księciu Adamowi Stefanowi Sapieże (1867— 1951). Podpisany w 1925 r. przez Watykan i Rzeczpospolitą Polską konkordat ustanawiał ponownie prowincję polską z pięcioma metropoliami: gnieźnieńsko-poznańską, warszawską, wileńską, lwowską i krakowską.


Urząd prymasa przeszedł podobne zmiany. Od kwietnia 1794 r., po śmierci (podejrzewano zresztą, że była to śmierć samobójcza) Michała Jerzego Poniatowskiego, brata króla i ostatniego prymasa Rzeczypospolitej, urząd pozostawał nie obsadzony. Godność prymasa sprawował wiatach 1806—18 hrabia Ignacy Raczyński (l741—1823), metropolita gnieźnieński, który był głową Kościoła w Księstwie Warszawskim, a następnie w Królestwie Kongresowym. W latach 1818—29 urząd ten przekazano jego następcom w Warszawie, ale w latach późniejszych nigdy go już ponownie nie zatwierdzono. W Galicji sprawował go, wyjątkowo, arcybiskup Andrzej Alojzy Ankwicz ze Lwowa (1774—1838). Po r. 1919 urząd prymasa Polski powrócił do metropolii gnieźnieńskiej i piastowało go kolejno zaledwie trzech duchownych: kardynał Edmund Dalbor (1869—1926), kardynał August Hiond (1881—1948), a od roku 1948 — groźny i surowy kardynał Stefan Wyszyński(1901—81).


W epoce rozbiorów rządy trzech mocarstw nie wahały się ingerować w sprawy religii w ogóle i w sprawy Kościoła w szczególności. W Austrii cesarz Józef II (1780—90) stał się inicjatorem polityki podporządkowania Kościoła państwu. Odwoływanie się do Rzymu było zakazane. Żadnych dekretów papieskich i biskupich nie wolno było publikować bez zgody cesarza. Szkoły kościelne i seminaria teologiczne przekształcono w świeckie kolegia pod zarządem państwowym. Zlikwidowano kilkaset klasztorów, których majątki uległy konfiskacie.


W Prusach duchowieństwo katolickie poddano nadzorowi protestanckiego konsystorza. Stopniowa likwidacja majątków klasztornych, rozpoczęta w r. 1816, dostarczała funduszy na utrzymanie świeckich księży oraz wzbogacała fundusz państwowy przeznaczony na cele oświatowe. Zajadły spór na temat mieszanych małżeństw, który toczył się w latach 1839—40, do złudzenia przypomina późniejsze wydarzenia Kulturkampfu z lat siedemdziesiątych.


W Rosji gwarancja wolności religijnej, łaskawie ogłoszona przez Katarzynę II w chwili pierwszego rozbioru, pozostawała w ostrej sprzeczności z długim i smutnym okresem prześladowań, którymi dręczono członków Kościoła rzymskokatolickiego, a zwłaszcza unitów. W przypadku katolików polityka caratu zmierzała w kierunku podporządkowania wszystkich spraw Kościoła bezpośredniej kontroli władz świeckich. Cel ten zamierzano osiągnąć na drodze ścisłego nadzoru wszelkich nominacji, całkowitego odcięcia dostępu do Rzymu, kontroli nad materialnymi środkami Kościoła, a — od r. 1801 — także przez utworzenie kontrolowanego przez państwo ciała nadzorującego: Świętego Kolegium w Petersburgu. Z chwilą wprowadzenia w życie takich ograniczeń można było bezpiecznie przestać zwracać uwagę na protesty i żądania Watykanu. Można było zignorować każdy dekret Rzymu — z rozwiązaniem zakonu jezuitów włącznie —jeśli tylko odpowiadało to celom Rosji. Postanowienia dwóch konkordatów, z lat 1847 i 1883, jawnie zlekceważono. Stosunkowo wcześnie zaczęto celowo oddawać administrację Kościoła rzymskokatolickiego na terenie Rosji w ręce ludzi niekompetentnych i pozostających w służbie cesarstwa, którzy nie mieli żadnych powodów, aby bronić powierzonej im instytucji przed atakami autokracji. Po powstaniu listopadowym zamknięto niemal połowę żeńskich klasztorów na terenie rosyjskiej Polski, a wypłacanie pensji duchownym przekazano państwu. Podjęcie korespondencji z Rzymem bez oficjalnej zgody władz karano deportacją w trybie przyspieszonym.

Wszystkie kazania, ogłoszenia i publikacje o charakterze religijnym musiały uzyskać aprobatę carskiej cenzury. Wszystkie seminaria miały być kontrolowane przez carską policję. Po powstaniu styczniowym rozwiązano większość katolickich zakonów. Skonfiskowano wszystkie majątki kościelne wraz z majątkami świeckich patronów katolickich beneficjów. Nadzór nad Świętym Kolegium powierzono Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, a pośrednictwo w załatwianiu wszelkich spraw między Świętym Kolegium a Kuriami poszczególnych diecezji oddano w ręce świeckich delegatów, mianowanych za aprobatą policji. W r. 1870 sprowokowano w diecezji wileńskiej otwarty konflikt, podejmując kroki w kierunku wprowadzenia liturgii w języku rosyjskim. Wszystko, co można powiedzieć na temat tolerancji religijnej w Rosji, to to jedynie, że nigdy nie podjęto próby zamknięcia wszystkich kościołów rzymskokatolickich[156].


Natomiast w przypadku unitów polityka caratu zmierzała do całkowitej eksterminacji. Ponieważ ich przodkowie odrzucili swego czasu prawosławie, traktowano ich jak zdrajców i renegatów. Ulubioną metodą było przymusowe nawracanie unitów na prawosławie. Kampania rozpoczęła się w r. 1773, gdy Katarzyna proklamowała dekret o wolności religijnej[157]. W ciągu następnych dziesięcioleci dawne polskie prowincje, Wołyń, Podole i Ukrainę, odwiedzała prawosławna „misja”, niosąc ze sobą ogień i miecz. W stawiających opór wsiach kwaterowano oddziały Kozaków, którym dawano pełną swobodę urządzania grabieży, hulanek i rzezi, dopóki nie wymogli na chłopach posłuszeństwa. Unickich duchownych stawiano wobec wyboru między uległością i gwałtem. Rodzicom grożono uprowadzeniem lub okaleczeniem dzieci. Tych, którzy stawiali opór, torturowano i zabijano. Apostatom udzielano hojnych nagród. Posuwając się szlakiem znaczonym krwią i upokorzeniem, szlakiem masowych samobójstw i nigdzie nie odnotowanego męczeństwa, „misjonarze” carycy przeprowadzili konfiskatę większości kościołów unickich oraz dokonali nominalnego nawrócenia mniej więcej czterech piątych ogółu ludności unickiej. Dwie dalsze operacje — jedna, przeprowadzona z inicjatywy Mikołaja I na terenie cesarstwa rosyjskiego w latach 1827—39, oraz druga, z inicjatywy Aleksandra II w dawnym Królestwie Kongresowym w latach 1873—75 — doprowadziły do nieuchronnego wyniku kampanii. W pierwszym przypadku, aby pozbawić unitów ochrony ze strony hierarchii katolickiej, car utworzył osobne Kolegium Unickie, po czym zarządził włączenie istniejących jeszcze diecezji unickich w ramy odpowiednich diecezji prawosławnych. Dla uczczenia tej okazji wybił medal z napisem „Rozłączeni nienawiścią w 1595, zjednoczeni miłością w 1839 ”. W przypadku drugim unicestwienie społeczności unickiej w prowincjach polskich posłużyło jako konieczny wstęp do rozpoczęcia polityki rusyfikacji. Jak zwykle, akcję podjęto pod groźbą kozackich dzid:


We wsi Pratulin w okręgu janowskim wojska otworzyły ogień, zabijając trzynaście osób.  

Ekspedycją dowodził namiestnik okręgu Kutanin oraz niejaki pułkownik Stein. Tych, którzy ocaleli, zakuto w łańcuchy i odesłano do więzienia w Białej, dokąd szli pieszo przy śpiewie hymnów (…). Pewien stary chłop, zwany Pikutą, odmówił posłuchu, a to, co powiedział, wszyscy mężczyźni z Pratulina powtórzyli w obecności namiestnika: „Przysięgam na moje białe włosy, na bezpieczeństwo mojej duszy, tak jak pragnę ujrzeć Pana Boga w chwili śmierci, że nie zaprę się ani słowa naszej wiary, jako też nie uczynią tego moi sąsiedzi. Święci męczennicy znieśli tyle prześladowań, a nasi bracia przelali tak wiele krwi, że mamy przymus ich naśladować”. Kiedy pewnej kobiecie kazano podpisać dokument o przyjęciu prawosławia, grożąc jej cierpieniem zsyłki na Syberię, kobieta odmówiła. „Wobec tego zabierzemy ci dziecko”. „Bierzcie”, powiedziała. „Bóg się nim zaopiekuje”. Pobłogosławiwszy zaś dziecko, oddała je w ręce zbójów. Nazywała się Kraiczka (…) [158].


Podobne sceny rozgrywały się w jednej wsi za drugą[159]. Wreszcie Kościół unicki został tak bardzo wyniszczony, że nie był już niemal w stanie skorzystać z dobrodziejstw krótkiego okresu tolerancji, jaki nastąpił w latach 1906—14. Tam gdzie to było możliwe, uniccy uciekinierzy chronili się wśród swych współwyznawców po drugiej stronie granicy, w Galicji. Terror, jakiemu ich poddawano — spowodowany krańcowym fanatyzmem prześladowców — był swego rodzaju duchowym poprzednikiem czystek ideologicznych przeprowadzanych za czasów sowieckich.


Prawdziwy stan nastrojów panujących w polityce Rosji można określić, między innymi, na podstawie dokumentów prawnych dotyczących stosunków między katolikami i prawosławnymi. Księżom katolickim nie wolno było udzielać sakramentów nikomu z wyjątkiem zarejestrowanych w księgach ich własnych parafii, a na mocy konkordatu z r. 1874 wszystkich, którzy przeszli z prawosławia na katolicyzm, czekała natychmiastowa zsyłka na Syberię do guberni tomskiej lub tobolskiej. Mieszane małżeństwa były praktycznie niemożliwe — nie z powodu reguły katolickiej określającej wymóg religijnego wychowania dzieci, ale ponieważ władze carskie rościły sobie prawo do przekazywania takich dzieci pod opiekę państwa. Jednocześnie wszelkiej zachęty udzielano katolickim apostatom. Pod warunkiem przyjęcia prawosławia uzyskiwali oni formalne uniewinnienie od popełnionych przestępstw, a ich żonom zezwalano na rozwód i ponowne małżeństwo. Byłym księżom katolickim, którzy otrzymali święcenia w Kościele prawosławnym, zezwalano, wbrew zwykłej praktyce Kościoła w Rosji, na zawarcie małżeństwa.


Stanowisko Watykanu było, mówiąc oględnie, niejednoznaczne. Mimo iż motywy postępowania poszczególnych papieży budzą pewne kontrowersje, pozostaje faktem, że Kurii Rzymskiej nie udało się przekonać polskich katolików o dobrych intencjach Ojców Kościoła. Przez cały okres rozbiorów Watykan dawał dowody braku zainteresowania, a czasem otwartej wrogości wobec polskich aspiracji. Zrażona istnieniem silnych powiązań między kwestią wyzwolenia narodowego i społecznym radykalizmem, Kuria nie widziała powodu, dla którego Kościół miałby występować do mocarstw rozbiorowych ze zbyt energiczną interwencją w sprawie Polaków. W czasach gdy w caracie upatrywano główną gwarancję ładu społecznego, słowa: „oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara”, były dewizą zalecaną we wszystkich sprawach politycznych. Polskich katolików wiecznie zachęcano, aby zwracali myśli ku sprawom wiecznym, sprawy zaś tego świata pozostawili legalnym, mianowanym w tym celu władzom. W latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku agonię dawnej Rzeczypospolitej uważano w Rzymie za zasłużoną karę dla jakobinów i wyznawców doktryny o wolnej woli, którzy rzekomo doprowadzili swój kraj do zguby. W latach po okresie napoleońskim utrzymanie Świętego Przymierza, a więc pośrednio także utrzymanie rozbiorów Polski, uznano za naczelne dyplomatyczne zadanie Rzymu. Pod koniec wieku encyklika papieża Leona XIII otwarcie zalecała zasadę trójłójalizmu wszystkim polskim biskupom. Byłoby, oczywiście, rzeczą niesłuszną wyobrażać sobie, że Watykan utrzymywał idealne stosunki z mocarstwami rozbiorowymi. Nieustannie powstawały problemy — nie tylko w sprawach dotyczących prawosławnej Rosji i protestanckich Prus, ale także katolickiej Austrii, gdzie nadal unosił się w powietrzu duch epoki cesarza Józefa. Żadne z panujących cesarstw nie miało ochoty przyznać Kościołowi katolickiemu nieograniczonej kontroli nad mianowaniem kościelnych dostojników, zarządzaniem kościelnymi dobrami czy wychowywaniem młodzieży. Watykan nie miał ochoty ryzykować z tego powodu dalszego pogorszenia się stosunków między Kościołem i państwem. Papieże istotnie nie mieli żadnych środków bezpośredniego wywierania nacisku na władców, którzy gwałcili deklaracje o tolerancji religijnej; jednakże powstrzymując się od publicznego zabierania głosu w obronie sprawiedliwości i współczucia, stracili wiele ze swej pozycji moralnej[160].


Brak poparcia Watykanu dla kolejnych polskich powstań wywołał w Polakach żywą urazę. Mimo że konfederaci barscy uważali się za bojowników wiary katolickiej, ani Klemens XIII, ani Klemens XIV nie powiedzieli jednego słowa w ich obronie. Klemens XIV otwarcie wyraził zadowolenie z pierwszego rozbioru, twierdząc, że „apostolska cesarzowa” Maria Teresa będzie mogła od tego czasu skuteczniej bronić interesów Kościoła. W 1792 r. Pius VI pobłogosławił wysiłki konfederacji targowickiej w kierunku „zapewnienia spokoju i szczęścia Rzeczypospolitej”. W 1793 r. odrzucił apele polskiego ambasadora o pomoc przeciwko Rosji, w r. 1795 zaś, przerażony konfiskatą kościelnych sreber i samosądem, jakiego wobec prałatów dopuścił się warszawski tłum, wydał hierarchii kościelnej polecenie pełnej współpracy z mocarstwami rozbiorowymi. W 1832 r. papież Grzegorz XVI potępił powstanie listopadowe słowami, które potem trudno było mu odwołać. „Te straszliwe nieszczęścia”, pisał w encyklice do biskupów polskich, „znajdują swe jedyne źródło w machinacjach siewców fałszu i kłamstwa, którzy używają religii jako pretekstu, aby podnosić głowę przeciwko uświęconej prawem władzy książąt”. W czasie powstania styczniowego Pius IX zwlekał z krytyką postępowania Rosjan aż do czasu, gdy powstańcy praktycznie ponieśli klęskę.

Jego encyklika z 24 kwietnia 1864 r., w której strofował „mocarza, który gnębi swych katolickich poddanych”, rozpoczynała się pełnym ubolewania zwrotem „Vae mihi quia tacui ” („Biada mi, żem trwał w milczeniu”). Pod koniec wieku powiązania polskiego ruchu narodowego z socjalizmem, zwłaszcza w ramach programu PPS, zaczęły budzić nieustanne obawy Kościoła. Dopiero w sierpniu 1920 r., kiedy to przyszły papież Pius XI, a ówczesny nuncjusz papieski w Warszawie, stanął na murach obronnych twierdzy w Radzyminie i osobiście przeklął nadciągające hordy antychrysta, Watykan po raz pierwszy jasno wyraził swoje współczucie wobec sprawy polskiej.


Pozorną obojętność Watykanu niełatwo było wytłumaczyć polskim katolikom, z których wielu trzymało się swej wiary jako jedynej pociechy w cierpieniu, jakie niósł im obcy ucisk. W kręgach intelektualnych i patriotycznych obojętność ta stała się przedmiotem nieokiełznanej satyry. Nikt nie mógł odmówić wymowy słynnej rozmowie z dramatu Słowackiego Kordian, w której polski bohater, uzyskawszy przywilej audiencji u Ojca Świętego, błaga go o pobłażliwość:


Sala adamaszkami wybita w Watykanie. Papież siedzi na krześle w złocistych pantoflach, kolo niego na złotym trójnogu tiara, a na tiarze papuga z czerwoną szyją. Szwajcar, odmykając drzwi dla wchodzącego Kordiana, krzyczy głośno:  


SZWAJCAR  

Graf Kordian, Polak!  


PAPIEŻ  

Witam potomka Sobieskich.  

(Wyciąga nogę — Kordian przyklęka i całuje.)  

Polska musi doznawać zawsze łask niebieskich?  

Dziękczynień modły niosę za ów kraj szczęśliwy,  

Bo cesarz jako anioł z gałązką oliwy,  

Dla katolickiej wiary chęci chowa szczere;  

Powinniśmy hosanna śpiewać…  


PAPUGA  

(cienko i chrapliwie)  

Miserere!!!  


KORDIAN  

W darze niosę ci. Ojcze, relikwiją świętą,  

Garść ziemi, kędy dziesięć tysięcy wyrżnięto  

Dziatek, starców i niewiast… Ani te ofiary  

Opatrzono przed śmiercią chlebem eucharisti;  

Ztóż ją tam, kędy chowasz drogie carów dary,  

W zamian daj mi łzę, jedną łzę…  


VII. Kościół. Kościół rzymskokatolicki w Polsce  


PAPUGA  

Lacrimae Christi…  


PAPIEŻ  

(z uśmiechem do papugi, machając chusteczką)  

Precz, Luterku, precz, mówię… Cóż, synu Poloniae,  

Byłeś w Piotra gmachu? W Cyrku, w Panteonie?  

Ostrzegam, bądź w niedzielę w chórze Bazyliki,  

Bo właśnie nowy śpiewak przyjechał z Afryki,  

Dej mi go przysłał Fezki… Jutro z majestatu  

Dam wielkie przeżegnanie Rzymowi i światu,  

Ujrzysz jak całe ludy komę krzyżem leżą;  

Niech się Polaki modlą, czczą cara i wierzą…  


KORDIAN  

Lecz garści krwawej ziemi nikt nie błogosławi.  

Cóż powiem?  


PAPUGA  

De profundis clamavi! clamavi!  


PAPIEŻ  

zmieszanie śmiechem usiłuje pokryć i spędza papugę)  

Precz, szatanku! (…)  

No mój synu, idź z Bogiem, a niechaj wasz naród  

Wygubi w sobie ogniów jakobińskich zaród,  

Niech się weźmie psałterza i radeł i sochy…  


KORDIAN  

(rzucając w powietrze garść ziemi)  

Rzucam na cztery wiatry męczennika prochy!  

Ze skalanemi usty do kraju powrócę…  


PAPIEŻ  

Na pobitych Polaków pierwszy klątwę rzucę.  

Niechaj wiara jak drzewo oliwkowe buja,  

A lud pod jego cieniem żyje.  


PAPUGA  

Alleluja! [161]


Ta scena, prawdziwie dantejska w swojej gorzkiej ironii, została napisana w 1833 r. jako literacka fikcja; okazała się jednak trafną diagnozą stanowiska papieża Grzegorza wobec powstania listopadowego. Bólu nie mogły złagodzić żadne przeprosiny i żadne sprostowania, ogłaszane przez Stolicę Apostolską w następnych latach. Krzywda już się dokonała. Później papież Grzegorz utrzymywał, że został wprowadzony w błąd przez rosyjskiego ambasadora, a wreszcie w tajnej mowie, wygłoszonej w konsystorzu, potępił „wrodzoną obłudę wrogów Kościoła”. Ale w Polsce dowiedziało się o tym tylko niewielu.


Mimo iż rząd carski odrzucał kompromis w sprawie katolików i unitów, naciski polityczne skłaniały Watykan do regulowania własnych stosunków z Rosją wszędzie tam, gdzie to było możliwe. Nie jest niczym dziwnym, że konkordat z 1847 r., podpisany z inicjatywy zwolennika reformy, Piusa IX, wkrótce okazał się martwą literą. Protesty mocarstw zachodnich zgłaszane podczas konferencji w Paryżu, gdzie zobligowano Rosję do złożenia ponownego zobowiązania w kwestii przestrzegania swobód religijnych, w rzeczywistości sprowokowały rząd carski do tym większych prześladowań katolików. Po stłumieniu powstania styczniowego nastąpiła fala terroru. Początkową rezerwę papieża zinterpretowano wówczas w Petersburgu jako oznakę słabości, a jego spóźnione protesty wywołały mściwą reakcję. Podczas audiencji w grudniu 1865 r. rosyjski chargé d’affaires  w Rzymie zuchwale oświadczył papieżowi, że „katolicyzm równa się rewolucji”.

Oficjalne zerwanie stosunków było nieuniknione. W następnym okresie Kościół katolicki w Rosji stał się przedmiotem zmasowanego ataku, który zakończył się dopiero z chwilą podpisania w 1883 r. drugiego konkordatu, równie nie rozstrzygającego i równie niezadowalającego jak pierwszy.

Po prostu nie było żadnego sposobu na to, aby zmusić autokratyczny rząd do przestrzegania zobowiązań.

W rezultacie prości ludzie w Polsce z silnym przekonaniem skłaniali się ku myśli, że Ojciec Święty ich opuścił, i wobec tego wierzyli, że praktykowany przez nich katolicyzm jest bardziej katolicki niż sam papież.


Tradycyjnych praktyk Kościoła broniono zażarcie przed wszystkimi nowatorskimi ideami epoki. Szeroki strumień filozofii spekulatywnej napływającej z Niemiec uważano w kręgach katolickich za nową reformację, a gdy polski mesjanizm począł przejawiać nie tylko polityczne, ale i religijne akcenty, jego zwolennicy wkrótce zasłużyli sobie na ostrą krytykę ze strony Kościoła. Z tego właśnie powodu surowo potępiono zarówno pisma Bronisława Trentowskiego (1808—69), wykładającego we Freiburgu, jak i działalność sekty adwentystów, utworzonej wśród polskich emigrantów w Paryżu przez Andrzeja Towiańskiego (1799—1878). Wśród wielu twórców, którzy wpisali siew szeregi obrońców konserwatywnych wartości Kościoła, znalazł się Feliks Kozłowski (1803—72), który opublikował krytykę Towiańskiego zatytułowaną Początki filozofii chrześcijańskiej (1845). Michał Grabowski (1804—63), przezwany „prymasem” katolickich publicystów, próbował zaćmić narodowościową twórczość romantyków, pisząc powieści historyczne zabarwione wyraźnie sentymentalnym i dewocyjnym kolorytem. Wspólnie z biskupem Ignacym Hołowińskim (1807—55) i kolegą po piórze Henrykiem Rzewuskim (1791—1866) Grabowski założył tzw. koterię petersburską — ugrupowanie superlojalistycznych i superkatolickich Polaków, skupionych w stolicy Rosji wokół „Tygodnika Petersburskiego”. Ciesząc się poparciem zarówno ze strony władz carskich, jak i hierarchii w Rzymie, koteria stanowiła ośrodek szczególnej odmiany polskiej opinii publicznej, która utrzymała się do końca XIX wieku.


Mimo to duchowieństwo polskie często podzielało radykalne ideały zwolenników narodowych i społecznych reform. Zwłaszcza niżsi duchowni, którym nie były obce niedostatki prostych ludzi i którzy uciążliwe nakazy biurokracji znali nie tylko z drugiej ręki, uprawiali daleko bardziej fundamentalną odmianę katolicyzmu niż ich zwierzchnicy, dostarczając politycznym ugrupowaniom epoki stałego dopływu działaczy. Nie sposób sobie wyobrazić jakąkolwiek pełną relację z dziejów konfederacji barskiej bez jeremiad i politycznych proroctw niemal legendarnego „Księdza Marka”[162]. Nieco później pojawił się na politycznej arenie ksiądz Franciszek Ksawery Dmochowski (1762—1808), który zaczynał jako skromny nauczyciel w zakonie pijarów; kariera czynnego polityka doprowadziła go do kołłątajowskiej Kuźnicy i do udziału w powstaniu kościuszkowskim. Miał też na swoim koncie ogromne osiągnięcia jako tłumacz — między innymi — Raju utraconego i Iliady, a wreszcie przejście na protestantyzm, małżeństwo i urząd sekretarza Towarzystwa Przyjaciół Nauk. W następnym pokoleniu wybitną pozycję zdobył sobie ksiądz Piotr Ściegienny (1801—90), początkowo wikary wsi Wilkołaz koło Bełza, później zaś inicjator słynnego politycznego spisku chłopów w Lubelskiem. Ksiądz Stanisław Stojałowski (1845—1911), inicjator akcji oświatowych na wsi i pionier kółek rolniczych, był założycielem Stronnictwa Chrześcijańsko-Ludowego w Galicji. W okresie międzywojennym wyrazicielem najbardziej nie cierpiących zwłoki żądań dotyczących reformy agrarnej był w sejmie II Rzeczypospolitej ksiądz Eugeniusz Okoń (1882—1949), płomienny mówca z Lubelskiego.

Nazwiska te tworzą jedynie skromny początek długiej listy anonimowych księży katolickich, którzy spędzali całe życie, pełniąc posługę w swoich parafiach i z bólem patrząc na nędzę swoich owieczek i opieszałość hierarchii. Jak można się było spodziewać, przeważająca większość nie buntowała się otwarcie, zachowując posłuszeństwo wobec tradycyjnego nakazu dyscypliny właściwej ich powołaniu. Ale ci, którzy decydowali się na bunt, występowali przeciwko złu społecznemu z furią, która często przewyższała gwałtowność wystąpień ich świeckich kolegów.

W okresie od 1864 do 1914 r. zesłano na Syberię ponad tysiąc polskich księży.

Panujące wśród nich nastroje trafnie oddaje napisany w 1842 r. List Ojca Świętego Grzegorza papieża do rolników i rzemieślników z R


убрать рекламу




убрать рекламу



zymu przysłany Piotra Ściegiennego. Ten polityczny traktat, ukryty pod przebraniem rzekomej encykliki nieszczęsnego papieża Grzegorza XVI, był przeznaczonym dla szarego człowieka przewodnikiem po zasadach chrześcijańskiego socjalizmu oraz listą szczegółowych postulatów programu rewolucji społecznej:


Idźcie i nauczajcie narody — są słowa Chrystusa.  

Ja, Grzegorz papież, w imię Jezusa Chrystusa syna Boga żywego temu, kto ten list z uwagą przeczyta tub pięć razy z uwagą słuchać będzie, nadaję 15 lat odpustu.  

W imię Ojca i Syna i Ducha św. Amen. (…)  

Wołałem już do tych, którzy was uciskają, aby was uznali za ludzi i nie uciskali was pańszczyzną, czynszami i rozmaitymi daninami; prosiłem nawet waszych królów, aby was nie przeciążali podatkami, na wojny jak bydło na rzeź nie pędzili i nie wytaczali waszej krwi dla swego interesu, (…) lecz serca ich zatwardziałe [głosu mego za wami przyjąć nie chcą]  

(…).  

Wy, moje dzieci, nie wiecie, co to jest szczęśliwość. Urodzeni w niewoli, sądzicie, że was Bóg na to stworzył, abyście żyli w niedostatku i nędzy, cierpieli głód i zimno, pracowali nie dla siebie, ale dla panów, żyli w najgrubszej ciemnocie (…).  

Otóż powiadam wam, że Bóg stworzył wszystkich ludzi, a zatem i was, abyście wolni używali wszystkich darów boskich, nie żyli w niedostatku i nędzy, nie cierpieli głodu i zimna, pracowali jedynie dla siebie, dla swoich żon i dzieci, dla starców i kalek (…).  

Bóg, moi bracia, dał wam ziemię, dał wam wolę, rozum i pamięć, dał wam wszystko, co jest potrzebne do wygodnego i szczęśliwego życia (…), jeżeli biednymi jesteście, to nie z woli  

Boga, ale z woli własnej lub z woli złych ludzi (…).  

Przykazuje zaś Bóg, abyście bliźniego swego kochali tak jak siebie (…).  

Bliźnim naszym jest każdy człowiek, czy katolik czy Żyd, czy Polak czy Rusin, czy Moskal czy Niemiec, czy żołnierz czy rzemieślnik, czy chłop czy pan, bo wszyscy ludzie są sobie braćmi, powinni się więc kochać jak przyjaciele.  

Nieprzyjacielem waszym jest ten człowiek, który pragnie waszego nieszczęścia (…).  

Nieprzyjaciele wasi nie są tak liczni, jest ich nawet tak niewielu, możecie im dać radę. Trzeba tylko chcieć.  

Jeżeli jeden drugiego bronić będziecie od napaści, obronicie się. A jeżeli jeden drugiego nie będzie bronił,ale obojętnie będzie patrzył na krzywdę bliźniemu wyrządzaną — wszyscy zginiecie (…).  

Widzicie lub słyszycie, że sąsiada, bliźniego waszego, na pańszczyźnie bijąnie pomagajcie tym okrutnym katom pastwić się nad biednym człowiekiem, ale go brońcie, bo co on dziś cierpi, wy jutro, a może dziś jeszcze cierpieć będziecie (…).  

Wy panów żywicie i okrywacie, a panowie w nagrodę dla nich waszej pracy pogardzają wami, nazywają was chamską duszą, psem, hyclem, złodziejem (…). Tak być nie powinno (…).  

Powinno być zaś tak:  

l. każdy gospodarz mający żonę i dzieci powinien mieć swój kawał ziemi (…).  

(…)  

3. każdy gospodarz powinien mieć własny dom, stodołę i oborę, własne bydło, własne sprzęty rolnicze.  

4. każdy człowiek powinien umieć czytać i pisać (…).  

Powiecie: jeżeli my powinności opłacać lub odrabiać nie będziemy, przyjdą żołnierze i przymuszą nas.  

— Żołnierze, moi bracia, nie powinni was do tego przymuszać. Któż są ci żołnierze, których się tak boicie? Są to wasze dzieci, wasi bracia, wasi krewni, wasi przyjaciele (…).  

Żołnierze powinni odstąpić panów i królów jako nieprzyjaciół rodu ludzkiego, a trzymać z chłopami (…).  

Skończą się niedługo, kochani bracia, wojny; człowiek człowieka nie będzie zabijał.  

Jeszcze jedną wojnę odbyć będziecie musieli, wojnę sprawiedliwą, bo w obronie życia własnego, w obronie życia waszych żon i dzieci, w obronie życia waszych bliźnich prowadzić ją będziecie, w obronie waszej wolności, waszych praw podniesiecie ją (…).  

Przyszła wojna będzie nie chłopów z chłopami, nie ubogich z ubogimi, ale chłopów z panami, ubogich z bogatymi, uciśnionych i nieszczęśliwych z ciemięzcami i w zbytkach żyjącymi. (…) staną chłopi, rolnicy; rzemieślnicy, Polacy i Rosjanie, z jednej strony, a panowie i królowie, Polacy i Rosjanie, z drugiej strony, i chłopi będą strzelali nie do chłopów, ale do panów (…).  

Wiecie, że pan trzyma za panem, Żyd za Żydem; niechże biedny i nieszczęśliwy trzyma za biednym i nieszczęśliwym (…).  

Panów i księży, którzy by was namawiali trzymać stronę monarchów, nie słuchajcie (…).  

Dobrych panów słuchajcie i kochajcie jak samych siebie, bo oni wiele dobrego dla was robią. (…)  

Powinniście się, kochane dzieci, przekonać, że ja, Grzegorz papież, (…) pragnę, gorąco pragnę waszego szczęścia. Dlatego nakazuję wam w imię Jezusa Chrystusa Syna Boga Żywego, abyście zachowali i dopełnili to, co wam tu z rozkazu samego Boga zalecę:  

Po pierwsze: (…) abyście gorzałki zupełnie nie pili dotąd, dopóki nie pokonacie nieprzyjaciół waszych. (…)  

Po wtóre: (…) aby w każdej wsi chociaż jednego chłopa oddać na naukę do księdza lub organisty (…)  

Po czwarte: Ponieważ królowie, urzędnicy, panowie—dziedzice i oficerowie, wielu nawet księży nie chcą was widzieć wolnymi (…),  

(…) najsurowiej wam nakazuję, abyście tego listu nie czytali człowiekowi nieznajomemu sobie, człowiekowi pijakowi, abyście o tym liście nie powiadali ani go nie pokazywali:  

szynkarzom, lokajom, pisarzom, ekonomom, żołnierzom nieznajomym, panom organistom, księżom nawet, a szczególniej wójtom i burmistrzom (…).  

Należy, powiadam wam, abyście wszyscy zrozumieli i poznali wszyscy własne dobro, własny interes, własne szczęście, a dopiero go otrzymacie, kiedy się wszyscy razem o nie dopomnicie. (…)  

Spodziewam się, moje kochane dzieci, iż zachowacie moje rady, które tu dałem wam, a w spokojności i uległości będziecie się usposabiali do wielkiej zmiany, jaka niedługo na waszą korzyść nastąpi [163].


Nagrodą za trudy była dla Ściegiennego bezterminowa zsyłka na ciężkie roboty na Syberię[164]. Ale słuch o nim nie zaginął. Ballady o księdzu Ściegiennym śpiewano na wsiach w Lubelskiem jeszcze w XX wieku.

Tkwiąc niby między młotem a kowadłem między superkonserwatywną postawą Watykanu, z jednej strony, a radykalnymi tendencjami niższego kleru, z drugiej, polscy biskupi nie mieli dużego pola politycznego manewru. W warunkach, jakie panowały od połowy XVIII wieku, było rzeczą wielce nieprawdopodobną, aby jakikolwiek duchowny o niezależnym umyśle został wyniesiony w szeregi episkopatu. W ostatnich dziesięcioleciach życia starej Rzeczypospolitej większość biskupów była opłacana przez Katarzynę II. W XIX wieku hierarchię ściśle wiązały z panującą elitą cesarstw więzy społeczne i rodzinne. Jej członkowie rodzili się z wrogim nastawieniem w stosunku do radykalnej polityki wszelkiego autoramentu. Co więcej, zdawali sobie dobrze sprawę z tego, że otwarte wyrażanie własnego zdania szybko skończy się pozbawieniem ich wszelkich wpływów. Los biskupów Załuskiego i Sołtyka, zesłanych w r. 1767 do Rosji na polecenie Repnina, był stałym memento dla niedoszłych męczenników, a wizja pustych biskupich tronów, przekazywanych pod zarząd świeckich urzędników, skłaniała do głębokich przemyśleń każdego, kto cenił sobie własną pozycję. Austriacy utrzymywali wakat na krakowskiej stolicy biskupiej przez 38 lat — od usunięcia z niej w r. 1835 biskupa Karola Saryusza Skórkowskiego (1768—1851). Urząd metropolity warszawskiego był obsadzony tylko przez osiem lat w okresie między rokiem 1829 a 1883, urząd metropolity wileńskiego zaś —jedynie przez 17 lat w ciągu stulecia od 1815 do 1918 r. Zaledwie jeden na każdych 15 biskupów sufraganów przewidzianych postanowieniami rosyjskiego konkordatu z 1847 r. rzeczywiście objął swój urząd w okresie, w którym obowiązywał dokument. Jeszcze bardziej upokarzająca była carska praktyka obsadzania wysokich stanowisk kościelnych ludźmi mianowanymi ze względów wyraźnie politycznych, bez aprobaty Rzymu. Wyniesienie Gabriela Podoskiego (1719—77) do godności prymasa Polski przez Katarzynę II miało dokładnie taką samą wymowę, jak powołanie przez nią Stanisława Bohusza—Siestrzeńcewicza (1731—1826), byłego luterańskiego kapelana w armii rosyjskiej, na urząd metropolity mohylewskiego, czy też nominacja niejakiego Józefa Siemaszki (zm. w r. 1868), niepohamowanego karierowicza, którego Mikołaj I mianował unickim biskupem Wilna i naczelnym administratorem Kolegium Unickiego. Tego rodzaju nominacje były obliczone na rozbicie wewnętrznej jedności Kościoła. Większość polskich biskupów żyła zatem w atmosferze słabo zamaskowanego zastraszenia. Wielu ulegało presji. Niektórym — zwłaszcza na terenie Prus — udawało się osiągnąć skuteczny kompromis z rządzącą nimi władzą polityczną. Ignacy Krasicki (l 735—1801), biskup warmiński, a potem prymas Polski, zręcznie dzielił swój czas między dwór Stanisława Augusta, gdzie zdobył sobie pozycję wybitnego przedstawiciela literatury polskiego oświecenia, oraz dwór w Berlinie, gdzie bywał częstym gościem pruskich królów. Nieco później, w okresie I wojny światowej, arcybiskup — a następnie kardynał — Aleksander Kakowski (1862—1938) spełniał rolę powolnej marionetki w niemieckiej Radzie Regencyjnej. Liczba polskich prałatów, którzy wybrali ścieżkę oporu, nie była zbyt wielka.


Mimo to episkopat miał swój wkład w listę patriotów i męczenników. W okresie represji, jakie towarzyszyły powstaniu styczniowemu, najdrobniejsza oznaka dysydenctwa mogła wywołać najstraszliwsze konsekwencje. W 1863 r. biskup wileński, Adam Krasiński (1810—91), został w trybie przyspieszonym skazany na dwadzieścia lat zesłania w głąb Rosji za to, że śmiał wystąpić z propozycją podjęcia się roli mediatora między carem i powstańcami. Podobny los spotkał arcybiskupa warszawskiego, Zygmunta Felińskiego (1822—95), mianowanego osobiście przez Aleksandra II, za poruszenie kwestii autonomii Polski w prywatnym liście do cara, który na skutek przecieku trafił do francuskiej prasy[165]. W 1868 r. biskupa płockiego, Wincentego Popielą (1825—1912), deportowano za to, że sprzeciwił się narzuconym kandydaturom świeckich delegatów do Świętego Kolegium. W 1869 r. biskup augustowski. Konstanty Łubieński (1825—69), zmarł na skutek złego traktowania w transporcie zesłańców do Rosji. Polska hierarchia w prowincjach wschodnich cierpiała jeszcze dotkliwiej podczas rewolucji rosyjskiej. Arcybiskup Jan Cieplak (1875—1926), ostatni katolicki metropolita mohylewski, został aresztowany przez bolszewików i zmarł wkrótce po powrocie z sowieckiego więzienia. Monsignore Konstanty Romuald Budkiewicz (1867—1923) z Wilna został — podobnie jak wiele anonimowych ofiar spośród niższego kleru — po prostu zastrzelony[166].


Pod koniec XIX wieku, mimo że Kościół katolicki trzymał się swojej konserwatywnej filozofii społecznej, był on w coraz większym stopniu wciągany we wszelkiego rodzaju posunięcia społeczne i kulturalne, a wreszcie — w politykę partyjną. Tradycyjne akcje dobroczynne na rzecz chorych, biednych i młodych rozszerzano, obejmując nimi fabryki, związki zawodowe oraz kręgi dziennikarskie i intelektualne. Chadecję założono w 1902 r. jako przeciwwagę dla rosnącej popularności socjalizmu i dla osłabienia wpływów Narodowej Demokracji Dmowskiego. Organizacja ta powstała w Wielkopolsce jako produkt uboczny konfliktu dotyczącego języka wykładowego w szkołach i dała początek narodzinom pokrewnych organizacji na terenie rosyjskiej Polski (Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich, r. 1905) i w Galicji (Stronnictwo Chrześcijańsko-Socjalne, r. 1908).

Pod względem liczebności chadecja wkrótce zdobyła sobie dominującą pozycję wśród polskiej klasy robotniczej, zwłaszcza w Wielkopolsce i na Śląsku. Wśród jej czołowych postaci znaleźli się: Wojciech Korfanty, Karol Popiel i biskup Stanisław Adamski (1875—1967). Jej głównymi organami prasowymi były „Polonia”, „Rzeczpospolita” i „Głos Narodu”. Nastąpił okres prawdziwego odrodzenia polskiego katolicyzmu. Znalazłszy się w samym sercu konfliktu społecznego, młodzi działacze katoliccy zostali zmuszeni do ponownego przemyślenia intelektualnych podstaw swojej wiary i do ponownego zdefiniowania własnych celów.

Wśród ogółu społeczeństwa zapanował kult św. Franciszka z Asyżu, którego Fioretti ukazały się właśnie w polskim przekładzie pióra Leopolda Staffa, zaspokajając żywą potrzebę przywrócenia cnót chrześcijańskiej prostoty i pokory w skomplikowanym, butnym i pogańskim świecie. W programie seminariów — zwłaszcza prowadzonych przez polskich dominikanów — nastąpiło żywe odrodzenie filozofii tomistycznej, które w pierwszych miesiącach niepodległości w 1918 r. zaowocowało założeniem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego[167].


Afirmacja właściwych katolicyzmowi cnót nadała nowy wymiar polskiemu życiu intelektualnemu. Takie dzienniki jak „Prąd” czy wychodzący w Krakowie jezuicki „Przegląd Powszechny”, a także pisarze i teolodzy, jak Walery Gostomski (1854—1915) czy Jacek Woroniecki (1879—1949), odżegnywali się od klerykalnego konserwatyzmu w tej samej mierze, co od „bezbożnego socjalizmu” czy „pozbawionego uczuć nacjonalizmu”. Nowe pokolenie katolickich intelektualistów, które pojawiło się na scenie życia publicznego przed I wojną światową, zajęło postawę neutralną w toczącej się debacie między socjalistami i nacjonalistami, między Piłsudskim a Dmowskim, między lewicą a prawicą. Obrażały ich bluźniercze mesjanistyczne metafory powstańców i ich wizje „Polski — Chrystusa narodów”, wprawiały w zakłopotanie ksenofobiczne, a nierzadko i antysemickie oświadczenia szowinistów. Chrześcijańskie miłosierdzie i lojalność w stosunku do Rzymu nie tylko kazały im wznosić się ponad małostkowe interesy narodowościowej polityki, ale również zapewniały określony moralny punkt widzenia wobec wszystkich spraw o doniosłym znaczeniu. Na przestrzeni XX wieku, wraz ze stałym spadkiem akcji polskiego nacjonalizmu i polskiego socjalizmu, oni i ich następcy wyłaniali się stopniowo jako najsilniejszy i najbardziej niezależny element polskiej inteligencji. Bez nich Kościół rzymskokatolicki nie mógłby absolutnie aspirować do swej obecnej roli bastionu niekomunistycznej kultury i centrum lojalnej opozycji[168].


Pod pewnymi względami ekstremistyczne formy polskiego nacjonalizmu wkraczały jednak w sferę życia religijnego. Zawsze istniała silna pokusa uczynienia z katolicyzmu jedynego kamienia probierczego określającego narodową tożsamość i nie brakowało ani duchownych, ani też ludowych demagogów, którzy tej pokusie ulegali. Płynące stąd niebezpieczeństwa były oczywiste. Kiedy apologeta chrześcijaństwa oświadczał, że „jest tylko tylu dobrych Polaków, ilu jest dobrych katolików”, prawdopodobnie uważał, że wnosi w ten sposób pewien wkład w kształtowanie moralności publicznej[169]. W gruncie rzeczy jednak tylko niepotrzebnie obrażał wszystkich Polaków nie będących katolikami oraz wszystkie niepolskie mniejszości wśród mieszkańców Polski. W kraju, w którym członkowie

Kościoła rzymskokatolickiego tworzyli jedynie dwie trzecie ogółu ludności, takie oświadczenia zupełnie się nie opłacały. Mimo to zawsze istniał taki odłam opinii publicznej, dla której Kościół rzymskokatolicki nie był dość patriotyczny. Praktykowanie łacińskiego obrządku mszy św. oraz posłuszeństwo Kościoła w Polsce wobec Kurii Rzymskiej stawały się przyczyną ponawianych żądań utworzenia takiego Kościoła, w którym władza kościelna byłaby podporządkowana władzy świeckiej. W samej Polsce żądania tego rodzaju nigdy nie znalazły szerszego odzewu. Warto się jednak przyjrzeć postawie władz politycznych Polski Ludowej, które zaakceptowały i udzielały poparcia schizmatyckiemu Polskiemu Narodowemu Kościołowi Katolickiemu, założonemu w 1875 r. w USA w odpowiedzi na politykę używania w liturgii języka angielskiego, stosowaną przez duchowieństwo irlandzkie w Ameryce. Przez pewien czas po zakończeniu II wojny światowej komuniści mieli nadzieję, że ich oficjalne poparcie dla Polskiego Kościoła Narodowego spowoduje poważny rozłam w szeregach polskich katolików. Ale taki rozłam na większą skalę nigdy nie nastąpił, a wprowadzenie liturgii w języku ojczystym, zalecone przez Sobór Watykański II, usunęło wszelkie szansę na jakikolwiek poważniejszy rozdział[170].


Natomiast długotrwałą schizmę szczególnej natury wywołały nie tyle nadmierne tendencje narodowościowe, ile nadmiar uświęconej tradycją dewocji.

W 1893 r. powstał w Płocku tajny Zakon Nieustającej Adoracji Najświętszej Marii Panny, znany pod nazwą mariawitów, założony przez zwolenników i zwolenniczki byłej klaryski, Feliksy Kozłowskiej (1862—1921). Zainteresowanie widzeniami mateczki Feliksy wkrótce zmieniło się w skandal, gdy zakon jednogłośnie wybrał własnego biskupa. Plotki o orgiastycznych praktykach i pseudohipnotycznej kontroli matki przełożonej nad fanatycznymi „niewolnicami Maryi” doprowadziły do otwartego konfliktu. W 1906 r., podczas ataku miejscowych chłopów na mariawicki kościół w Lesznie w pobliżu Warszawy, zginęło dwanaście osób.

W Rzymie cuda mariawitów zdyskredytowano jako zwykłe halucynacje, a cała sekta została objęta oficjalną ekskomuniką. Niemniej udało się jej przetrwać. Przez większość życia jego założycielki Kościół Mariawitów cieszył się ochroną władz carskich. Potem odziedziczył wielkie majątki ziemskie i rozpadł się na dwie odrębne frakcje: Starokatolicki Kościół Mariawitów z siedzibą w Płocku oraz wyznający bardziej rygorystyczne reguły Katolicki Kościół Mariawitów w Felicjanowie. Po osiemdziesięciu latach od chwili swego założenia, nadal rości sobie prawo do nominalnego zarządzania 63 parafiami[171].


W XX wieku Kościołowi rzymskokatolickiemu w Polsce nie udało się zebrać plonów, które wielu z jego przywódców uważało za w pełni mu należne. Nigdy nie zdobył sobie statusu Kościoła narodowej religii panującej. W okresie Drugiej Rzeczypospolitej, w latach 1918—3 9, rywalizował z całym wachlarzem religii i wyznań, a j ego wpływy polityczne ograniczały zdecydowanie antyklerykalne nastroje panującej elity. Podczas II wojny światowej ucierpiał nie mniej niż inne polskie instytucje. Chociaż nie podjęto żadnych wysiłków w kierunku całkowitego zamknięcia kościołów, terror faszystowski i sowiecki uderzał z taką samą siłą bez wyboru w wierzących i w niewierzących, w duchowieństwo i w ludzi świeckich. Straciło życie kilku biskupów i ponad trzy tysiące księży. Akty oporu —jak pełen wymowy gest kardynała Adama Sapiehy, który kazał podać gubernatorowi Hansowi Frankowi talerz zimnej owsianki, czy bohaterski czyn świętego ojca Maksymiliana Kolbego (1894—1941), który dobrowolnie wszedł do celi śmierci w obozie w Oświęcimiu[172] — nie poszły w zapomnienie. Do czasu wyzwolenia rozwiała się większość dawniejszych podejrzeń na temat „niepatriotycznych” czy „kolaboracjonistycznych” tendencji Kościoła.


W dzisiejszej Polsce główne wartości religii rzymskokatolickiej składają się na mieszaninę elementów starych i nowych. Z jednej strony, wciąż utrzymuje się bardzo silna tradycja dewocji, zwłaszcza wśród mas chłopskich. Chodzenie do kościoła jest normą. Wszyscy mieszkańcy wiosek, a także robotniczych dzielnic miast idą na mszę świętą i w pokorze spędzają na klęczkach długie minuty. Śpiew rozbrzmiewa pełnym głosem i wielką mocą. Skrupulatnie przestrzega się uczestnictwa w religijnych procesjach. W dni świąt kościelnych pustoszeją pola i fabryki. Doroczne pielgrzymki do Częstochowy czy Kalwarii Zebrzydowskiej przyciągają setki tysięcy, jeśli nie miliony wiernych. Kult maryjny kwitnie jak nigdy dotąd. W każdym niemal domu, obok krzyża lub nad krzyżem, wisi na ścianie obraz

Najświętszej Matki Bożej, Królowej Polski; odmawia się różaniec i śpiewa „Gorzkie Żale”. Nie utraciła też dawnego znaczenia tradycyjna pozycja księdza. Ksiądz proboszcz, „zastępca Boga”, cieszy się wielkim prestiżem społecznym. Uważa on za swoje prawo — i oczekuje się po nim, że będzie z niego korzystał — wyraźne wypowiadanie się we wszelkich sprawach publicznych. Hierarchia wymaga bezwzględnego posłuszeństwa i nie jest wolna od pewnej domieszki teatralności. Z drugiej strony jednak, duchowni są wykształceni i gruntownie obeznani z warunkami współczesnego życia. Intelektualiści katoliccy odgrywają wybitną rolę we wszystkich publicznych debatach. Za największą nowość wypada uznać fakt, że Kościół wszedł w rolę właściciela monopolu na religię — w stopniu nie spotykanym we wcześniejszych okresach historii Polski. Według Korzona, w r. 1791 katolicy stanowili 54% ogółu mieszkańców dawnej Rzeczypospolitej. W r. 1931, w II Rzeczypospolitej, było ich około 65%, w r. 1946, w Polsce Ludowej, jest ich 96,6%.

Taka sytuacja stwarza Kościołowi niczym nie zagrożoną platformę działania, z której — wobec braku wszelkiej opozycji politycznej — może utwierdzić własną pozycję głównego arbitra narodu w kwestii moralności; podstawowej i cieszącej się popularnością przeciwwagi w stosunku do niepopularnego komunistycznego reżimu[173].

To bardzo dziwne, ale w Polsce Ludowej, w sercu bloku komunistycznego, wyłonił się Kościół rzymskokatolicki w pełni rozkwitu, ufny we własne siły i bezpieczny jak nigdy przedtem.


Droga Kościoła jest zatem usłana niejednoznacznościami. Nie ulega wątpliwości, że Kościołowi zdarzało się zawieść Naród. Nie ulega wątpliwości, że zdarzało mu się przymykać oczy na krzywdę społeczną i polityczną niesprawiedliwość. Nie ulega wątpliwości, że okazywał się czasem niegodny głoszonej przez siebie wiary. Nie ulega jednak również wątpliwości fakt najważniejszy: od stuleci Kościół rzymskokatolicki uosabia najdawniejsze i najbardziej wzniosłe ideały uświęcone tradycją polskich dziejów.



VIII. KULTURA.

Oświata i dziedzictwo kulturowe

 Сделать закладку на этом месте книги

Kultura jest, mówiąc dosłownie, czymś, co można kultywować. W świecie biologii termin ten odnosi się do roślin, które można uprawiać na polu, lub do enzymów czy bakterii, które można hodować w laboratorium. W świecie spraw ludzkich dotyczy ogółu postaw, przekonań, zasad, wartości, założeń, odruchów, upodobań, umysłowych nawyków, umiejętności i osiągnięć, które odróżniają jedno społeczeństwo od drugiego i które mogą być przekazywane z pokolenia na pokolenie.

W życiu narodu polskiego — i innych mu podobnych — jest to najcenniejszy element narodowego dziedzictwa. Jest to jedyna rzecz, która niesie ze sobą zapowiedź wieczności[174].


Historycy rzadko zgadzają się ze sobą co do natury i źródeł kultury. Pisarze chrześcijańscy i postchrześcijańscy często dają do zrozumienia, że jest to coś pokrewnego duszy jednostki — coś wrodzonego, w cudowny sposób danego przez Boga, niepowtarzalnego, nieuchwytnego, a jednak wyraźnie rozpoznawalnego.

Marksiści utrzymują, że jest to emanacja sił społeczno-ekonomicznych — najwyższy produkt określonego stadium rozwoju, jaki osiągnęło dane społeczeństwo, wierząc, że kultura feudalna, kapitalistyczna czy socjalistyczna posiada prócz atrybutów artystycznych i intelektualnych także atrybuty materialne i organizacyjne.

Historycy orientacji pseudopsychologicznej i socjologicznej skłaniają się ku opinii, że kulturę można mierzyć, opisywać za pomocą kwestionariuszy i redukować do określonych „modeli”. Wszyscy jednakże zgodni są co do tego, że stanowi ona główną arenę dla konfliktów społecznych i politycznych. Każda grupa społeczna chce wykształcić swoje dzieci na swój własny obraz i podobieństwo. Każdy naród stara się uchronić własne wartości przed interwencją z zewnątrz. Każdy rząd ma nadzieję wyprowadzić swoich obywateli na ścieżki lojalności i ogólnej zgody. Na ziemiach polskich, których mieszkańcy mieli świadomość przynależności do różnych klas społecznych, narodów i państw, ludność musiała się stać przedmiotem najróżniejszych sprzecznych ze sobą roszczeń kulturowych.


Ci, którzy zachowali świadomość własnej odrębnej polskiej tożsamości, toczyli nieustępliwą walkę o obronę i rozwój kultury narodowej. W kraju, w którym fundamenty politycznej niezawisłości zostały podkopane już w połowie XVIII wieku, stanowiła ona często ostatnią linię obrony. Walka o polską kulturę zwracała się szczególnie ku dwóm grupom: ku wykształconej mniejszości, której świadomość narodowa była w pełni rozwinięta, oraz ku nieuczonym masom, w których świadomość przynależności narodowej czy politycznej trzeba było dopiero rozbudzić. Koncentrowała się na dwóch odrębnych, lecz wzajemnie ze sobą powiązanych kampaniach: pielęgnowaniu polskiego języka i kształceniu dzieci.


W odróżnieniu od innych języków Europy Wschodniej język polski już na długo przed rozbiorami był w pełni skutecznym instrumentem w służbie kultury.

W odróżnieniu na przykład od takich języków, jak czeski, słowacki czy ukraiński, których słownictwo i składnię musieli kształtować dziewiętnastowieczni gramatycy, czy język węgierski, którego można było używać tylko do określonych celów, polski język posiadał bogatą literaturę i był używany na co dzień przez wszystkie grupy społeczne we wszystkich dziedzinach sztuki, nauki i administracji. Jego rozwój poszedł dalej niż rozwój języka rosyjskiego i niemal dorównywał rozwojowi języka niemieckiego. Z całą pewnością można uznać, że do czasu rozwoju nowoczesnej techniki, jaki nastąpił pod koniec XIX wieku, był to jeden z ważniejszych języków Europy. Ważnym kamieniem milowym na jego drodze stało się wydanie w latach 1807—14 pierwszego zakrojonego na szerszą skalę słownika.

Jego autor. Samuel Bogumił Linde (1771—1847), pochodzący ze spolonizowanej rodziny szwedzkiej z Torunia, jako młody człowiek pracował w Bibliotece Załuskich. Jego Słownik języka polskiego do dziś pozostał pomocą dla wszystkich, którzy kiedykolwiek uczyli się po polsku[175].


Problem oświaty wysunął się na pozycję pierwszoplanową w polityce społecznej w ostatnich dziesięcioleciach dawnej Rzeczypospolitej; reformatorzy polityczni epoki oświecenia poświęcali mu wiele uwagi. W epoce wcześniejszej, w XVII wieku, Rzeczpospolita posiadała sieć 1500 szkół, pobudzanych do działania przez zdrową rywalizację między katolicką hierarchią a sektami protestanckimi. Do starszych fundacji — Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie i Akademii Lubrańskiego w Poznaniu (1519) czy Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego (1558) — dołączyły liczne wybitne akademie różnowiercze — kalwińskie w Nieświeżu i w większości miast litewskich, braci czeskich w Lesznie, arian w Pińczowie i Rakowie, luteran na całym terytorium Prus — oraz kolegia zakładane przez jezuitów i pijarów. Ale w roku 1750 cała sieć znajdowała się już w stadium upadku. Dawne fundacje przeżywały agonię. Większość protestanckich akademii zamknęła podwoje. Zarówno jezuici, jak i pijarzy popadli w bezmyślną rutynę, mechanicznie wyuczając swych uczniów pozbawionych znaczenia gramatycznych formułek. Rolę kluczową w procesie odrodzenia oświaty odegrał ksiądz Stanisław Konarski (1700—73), swego czasu prowincjał zakonu pijarów, którego szerokie zainteresowania łączyły w jeden splot liczne wątki oświecenia.

Jako wydawca serii Volumina Legum  (1732—39), poważnie przyczynił się do rozwoju badań prawniczych i ustrojowych; jako autor pracy O skutecznym rad sposobie (1760—63), włączył się w aktualną debatę polityczną; jako uczeń francuskich fizjokratów wreszcie — miał swój wkład w rozwój szeregu inicjatyw gospodarczych. W r. 1740 założył w Warszawie Collegium Nobilium dla kształcenia młodzieży szlacheckiej, w latach pięćdziesiątych zaś dokonał rewizji całego programu nauczania i filozofii oświaty swojego zakonu. Całe życie spędził na cierpliwym przygotowywaniu zmian, których nadejścia nie doczekał. W 1773 r., który był rokiem jego śmierci, nastąpiły dwa wydarzenia — wydalenie jezuitów oraz utworzenie Komisji Edukacji Narodowej — które otwarły przed oświatą zupełnie nowe perspektywy[176].


Komisja Edukacji Narodowej, nazywana czasem „pierwszym ministerstwem oświaty w Europie”, została utworzona na polecenie Sejmu 14 października 1773 roku; działała do kwietnia roku 1794. Funduszy dostarczyły skonfiskowane majątki jezuitów; w ciągu dwudziestu lat działania pod przewodnictwem Ignacego Potockiego (1750—1809) Komisja powołała do istnienia dwa uniwersytety, 74 szkoły średnie oraz 1600 szkół parafialnych. Jej głównym celem było zastąpienie dogorywających i rozbitych szkół katolickich spójnym systemem szkół państwowych, dla których inspiracją byłyby świeckie i narodowe ideały. Komisja zastąpiła łacinę językiem polskim jako wykładowym w szkołach i na uniwersytetach, propagując jednocześnie szeroki wachlarz przedmiotów nauczania, od języków nowożytnych po nauki przyrodnicze, i mając na uwadze zarówno potrzeby jednostki, jak i wymagania stawiane przez państwo. Dziewczęta m


убрать рекламу




убрать рекламу



iały otrzymywać wykształcenie tak samo jak chłopcy. Do przestrzegania higieny i uprawiania sportu, do zgłębiania tajników sztuki czy nauki położnictwa zachęcano w tej samej mierze, co do studiowania ksiąg. Oprócz dawnych świąt kościelnych miano też przestrzegać świąt i rocznic narodowych. Nauczycieli miano kształcić w szkołach państwowych, a ich uposażenie miało być zgodne z ogólnonarodową siatką płac. W 1775 roku założono Towarzystwo do Ksiąg Elementarnych, którego zadaniem było przygotowanie pełnego zestawu podręczników do wszystkich klas, opracowanych przez specjalistów z kraju i z zagranicy. Sekretarz Towarzystwa, były jezuita Grzegorz Piramowicz (1735—1801), sam napisał główny podręcznik dla nauczycieli szkół podstawowych, zatytułowany Powinności nauczyciela w szkołach parafialnych (1787), oraz ułożył pierwszą szkolną antologię poezji polskiej — Wymowa i poezja dla szkół narodowych (1792). Z innych ważniejszych podręczników warto wymienić: do matematyki pióra Simona L’Huillier z Genewy; do logiki autorstwa Francuza

Etienne Condillaca; do fizyki, napisany przez dyrektora Collegium Nobilium Jana Michała Hubego (1737—1807); do botaniki pióra proboszcza ciechanowieckiego, księdza Jana Krzysztofa Kluka (1739—96); gramatykę polską i łacińską Onufrego Kopczyńskiego (1735—1817); historię powszechną Kajetana Józefa Skrzetuskiego (1743—1806) i podręcznik do etyki pióra Antoniego Popławskiego (1739—99).

W trzeciej części swojej książki, adresowanej do uczniów zgłębiających podstawy „szacownego postępowania”, Popławski oświadczał śmiało, iż „wszyscy bez wyjątku urodziliśmy się wolni (…) i wszystkich nas jednoczą te same potrzeby, jakoż i wspólny udział w owocach niesionej sobie nawzajem pomocy”. Oświadczenie to, wydane drukiem w 1787 r., jest najlepszym dowodem, że duch postępu wyprzedzał w polskiej oświacie swoją epokę, gdy kraj przeżywał najczarniejszą polityczną tragedię. W owym czasie w rejestrach samych tylko szkół średnich Komisji zarejestrowanych było około 15 000 uczniów[177].

Osiągnięciom Komisji Edukacji Narodowej przyświecał patronat królewski.

Niezwykła energia Stanisława Augusta i otaczającego go kręgu ludzi w sferze działalności kulturalnej rodziła się z niemożliwości przeprowadzenia jakichkolwiek skutecznych reform we wszystkich innych dziedzinach. W ich ataku na monopol Kościoła w sprawach oświaty upatrywano najskuteczniejszego środka dla podkopania długoterminowych projektów partii konserwatywnej, której celem było zapobieżenie za wszelką cenę jakimkolwiek przemianom w Rzeczypospolitej.

Otoczenie króla było w pełni świadome nierównych szans, miało jednak nadzieję, że zwycięstwa na polu kultury okażą się trwalsze od długiej serii klęsk politycznych. Przemówienie króla do członków Komisji, wygłoszone w 1783 r., było pod tym względem wspaniałym proroctwem:

Wieleż już prac moich, wiele moich zamysłów, do polepszenia losu naszego wymierzonych, było nadaremnych. Ale to nie wygasi we mnie usilnej żądzy starania się, ile będę mógł, o dobro narodu. Póki tylko żyć będę, poty nie przestanę łożyć wszystkiego mego czasu i prac podejmować, i kosztu własnego łożyć dla Ojczyzny. Może iż Opatrzność, która nam już tyle goryczy zesłała, nie dopuści, jak mnie, tak i wam, za życia naszego cieszyć się szczęśliwym tych prac naszych skutkiem, może dopiero wtenczas z nich dla Ojczyzny wymkną korzyści, gdy nas kamień przywali grobowy. Ale gdy Ojczyzna taż będzie potem, co i teraz, gdy nasi potomkowie jej będą synami, będą Polakami, dość dla nas pobudki, abyśmy się przykładali do ich dobra. (…)  

Nie mówmy tak: „Opuścił nas Bóg na zawsze”, ale mówmy: „Karze nas Bóg, martwi nas teraz, ale znać, że to ma wyniść na lepsze nasze” [178].


Szczególną troską otoczono uniwersytety. Na początku Komisja zajęła nieprzyjazne stanowisko wobec kadry profesorskiej Krakowa i Wilna, twierdząc, że profesorowie „tylko owijają głowy młodych ludzi łaciną niby kapuścianymi liśćmi”. Ale pod wpływem reformatorskiego zapału Kołłątaja ta wrogość szybko zbladła. Hugo Kołłątaj (1750—1812), młody kanonik przy krakowskiej katedrze, przedstawił w 1776 r. memoriał O wprowadzeniu dobrych nauk do Akademii Krakowskiej. W 1782 r. został mianowany rektorem. W r. 1780 Komisja przeprowadziła reorganizację i jednocześnie sekularyzację zarówno Uniwersytetu Jagiellońskiego, jak i Akademii Wileńskiej. Każda z tych uczelni składała się teraz z dwóch kolegiów — Collegium Physicum i Collegium Moralium — z których pierwsze dzieliło się z kolei na trzy szkoły: matematyki, fizyki i medycyny, drugie zaś na szkoły teologii, prawa i literatury. W różnych okresach epoki rozbiorów to jednej, to drugiej z tych dwóch zreformowanych uczelni przypadało w udziale samotnie nieść kaganiec oświaty wśród potężnej powodzi przedsięwzięć podejmowanych przez rządy Rosji i Niemiec[179].


Duch Komisji Edukacji Narodowej unosił się ponad krajem jeszcze długo po jej rozwiązaniu. Przez kilka dziesięcioleci władze mocarstw rozbiorowych nie zwracały większej uwagi na szkoły w ich polskich prowincjach. Szczególnie rząd carski był dziwnie ospały. Na Litwie, Białorusi i Ukrainie szkoły polskie, powstałe przed rozbiorami, działały w dalszym ciągu. Polskie Liceum w Krzemieńcu na Wołyniu, założone w 1805 r., oferowało uczniom kursy na poziomie uniwersyteckim. W okręgu Uniwersytetu Wileńskiego, którego kuratorem był Adam Jerzy Czartoryski, działało 70 polskich szkół średnich oraz ponad tysiąc podstawowych.

W Księstwie Warszawskim i w Królestwie Kongresowym rozwój polskich szkół postępował bez poważniejszych zakłóceń. Komisja oświatowa Księstwa wprowadziła powszechną naukę na poziomie podstawowym. W r. 1820 studentów dla nowo założonego Uniwersytetu Warszawskiego (1816) dostarczały nie tylko rozliczne kolegia techniczne i zawodowe, ale także 1222 szkoły podstawowe i 35 szkół średnich, założonych przez poszczególne departamenty (po r. 1819 — województwa). Polski system oświatowy znacznie wyprzedzał w tym okresie wszystkie systemy istniejące na terytorium centralnej Rosji[180]. W Prusach natomiast państwowy system oświaty był od samego początku nastawiony na upowszechnianie kultury niemieckiej; z wyjątkiem Wielkiego Księstwa Poznańskiego (w okresie 1815—31) nie podejmowano żadnych prób w kierunku rozwoju odrębnego szkolnictwa polskiego. W Prusach nigdy nie było polskiego uniwersytetu. Od studentów chcących uzyskać wyższe wykształcenie automatycznie wymagano znajomości języka niemieckiego i musieli oni podejmować studia na uczelniach niemieckich. W Galicji oświata nadal pozostawała zdecydowanie w gestii Kościoła.

Szczególnie czynni byli na tym polu pijarzy i bazylianie. Z wyjątkiem trzech pierwszych klas szkoły podstawowej wszystkie lekcje prowadzono w języku niemieckim lub po łacinie. Poddany sekularyzacji Uniwersytet Lwowski (1784), a w latach 1795—1815 i 1848—70 także Uniwersytet Jagielloński w Krakowie — były instytucj ami niemieckimi. Rzeczpospolita Krakowska (1815—46) wprowadziła polski system szkolnictwa oparty na modelu Królestwa Kongresowego. (Patrz Mapa 5).



Mapa 5. Szkoły polskie w carskiej Rosji (1822)


W połowie XIX wieku nastąpił szereg istotnych zmian, zwłaszcza na terenie Rosji i Austrii. W wyniku napięć politycznych rząd carski został wyrwany z letargu. Następowały alarmujące nagłe zmiany w polityce. Okresy brutalnych interwencji ze strony państwa przeplatane były okresami niechętnej zgody. W r. 1850, podobnie jak to miało miejsce wcześniej w r. 1821, okresowe uwolnienie chłopów od obowiązku przymusowych opłat przeznaczonych na utrzymywanie szkół stworzyło groźbę całkowitego i natychmiastowego unicestwienia całej sieci szkół podstawowych. Na Litwie (w r. 1822) i w Królestwie Kongresowym (1839) polskim okręgom szkolnym odebrano autonomię, którą przywrócono jedynie w Warszawie, na krótki okres między latami 1861—64, za czasów Wielopolskiego. Począwszy od 1830 r., tendencje rusyfikacyjne w sposób oczywisty nasilały się. W Galicji natomiast działo się odwrotnie. Cały system szkolnictwa po nadaniu mu autonomii w r. 1867 został spolonizowany, włącznie z dwoma uniwersytetami. Tak więc, jeżeli na początku XIX wieku kultura polska rozwijała się w sposób najbardziej jawny w zaborze rosyjskim oraz w Królestwie Kongresowym, to odtąd jej rozwój popierały wyłącznie władze austriackie na terenie Galicji.


Punkt krytyczny nastąpił w latach osiemdziesiątych. W dwadzieścia lat po ostatecznym zniesieniu poddaństwa chłopów naciski wywierane przez rozwój przemysłu, urbanizację i gwałtowny przyrost ludności sprawiły, że kwestia masowej oświaty stała się czołowym problemem polityki społecznej. W Rosji i Prusach gwałtownie wzrastała liczba dzieci uczęszczających do polskich szkół — w czasie gdy kampanie zmierzające do całkowitego wykorzenienia polskiej kultury osiągały szczyt natężenia. W Galicji powstawały konflikty z ludnością ukraińską, która domagała się takich samych praw, jakie mieli Polacy. Jednocześnie jednak nowe pokolenie wykształconych Polaków, w którym na czoło wybijali się pionierzy emancypacji kobiet, było pozbawione jakiegokolwiek udziału w życiu politycznym. Przeczuwali oni nadejście chwili, w której język i uświęcone tradycją wartości polskiego społeczeństwa przestaną docierać do mózgów masowo „pranych” w działających pod auspicjami państwa instytucjach oświatowych. Terroryzm i działalność polityczna mogły się stać udziałem niewielu, ale działalność kulturalna była zadaniem dla mas. Tysiące młodych dziewcząt i chłopców, którzy wzdragali się przed podejmowaniem czynów nielegalnych, odnajdywało swoją życiową misję w walce o polską kulturę. W Rosji wzorem polskiego patriotyzmu końca XIX wieku był nie rewolucjonista z rewolwerem w kieszeni, ale młoda panna z dobrego domu z podręcznikiem ukrytym pod szalem. W Prusach i w Austrii, gdzie zakładanie organizacji politycznych było dozwolone prawem, nauczyciele polscy tworzyli rdzeń wszystkich ruchów narodowych.

Owo pokolenie revoltes  wyruszało w charakterze misjonarzy na swoje własne ziemie. Byli oni tak samo zdecydowani prowadzić dzieło tworzenia „prawdziwych Polaków”, jak władze — szkolić „dobrych Niemców” czy „dobrych Rosjan”.

Mając za tworzywo ten sam ludzki materiał, musieli występować nie tylko przeciwko potędze państwa, ale w znacznej mierze także przeciwko władzy Kościoła, który podejrzewał ich o skłonności świeckie, jeśli nie wręcz libertyńskie; przeciwko powszechnej obojętności „szacownych” obywateli i przeciwko konkurencyjnym akcjom misjonarzy innych ruchów narodowych działających na tym samym terenie. Mieli własne odrębne spojrzenie na rzeczywistość, w której istniejące mocarstwa, z całą swoją pompą i paradą, ze swymi instytucjami, granicami i fałszywymi lojalnościami, niebyły niczym więcej, jak tylko cienką przykrywką, przemocą nałożoną na odwieczne polskie ziemie i polski lud, oczekujący na swą wolność. Źródeł energii szukali w działalności tajnych kół polskich, które zbierały się w Mińsku i Kijowie, tak samo licznie jak w Warszawie, Poznaniu czy Krakowie. Czerpali obficie z całej współczesnej literatury — Buckle’a, Spencera, Taine’a, Johna Stuarta Milla, Darwina, Lassalle’a i nawet Marksa i — mimo iż nie mieli ochoty tego przyznać — pozostawali pod przemożnym wpływem proroków niemieckiego nacjonalizmu — Fichtego, Herdera i Nietzschego, których sukcesy napełniały ich jednocześnie podziwem i wstrętem. Podobałby się im epigram D’Azeglia z 1860 roku: „Teraz, gdy już stworzyliśmy Włochy, musimy stworzyć Włochów” — choć w odróżnieniu od Włoch, Polska jeszcze nie istniała.

Nietrudno wykazać, że obraz narodu taki, jakim go widzieli ci misjonarze, był dość fantastyczny. Dowodzi tego już sam fakt, że musieli atakować otoczone okopami stanowiska tych, których sami uważali za „Polaków”. W tym właśnie kontekście jeden z ich apostołów, Wacław Nałkowski (1851—1911), wprowadził swój precyzyjny podział na „nerwowców”, czyli „mózgowców”, z jednej strony, oraz bezwolną masę narodu jako całości, z drugiej. Masę tę podzielił z kolei na trzy typy. „Ludzie—drewna”, nieczuli na patriotyczne uczucia, prowadzą żywot bezmyślny i mechaniczny. „Ludzie—byki”, zdolni do patriotycznych porywów, lecz pozbawieni wystarczającej inteligencji, nie potrafią oderwać się od stada. „Ludzie—świnie” wreszcie, choć bardzo inteligentni, zabiegają jedynie o to, aby móc się „tarzać w błocie” („tarzanie się w błocie” było dla patrioty przenośnią określającą paranie się kulturą inną niż kultura polska). Nałkowski określił nawet pewne typy pośrednie: „krypto—świnie”, „byko—świnie” i „drewno—świnie”. Punktem wyjściowym wszelkich tego rodzaju tworów myślowych było założenie, że „naród”, tak jak go pojmowali misjonarze, stanowi jedyne Dobro. Widziana z takiej perspektywy kwestia kultury polskiej była idealistyczna i elitarystyczna zarazem[181].


Mimo to osiągnięcia misjonarzy były ogromne. W ciągu trzydziestu lat nieprzerwanej działalności owi patrioci kultury nie tylko zdołali zneutralizować wysiłki germanizatorów i rusyfikatorów, ale zaczęli nad nimi odnosić prawdziwe zwycięstwo. Pod koniec wieku państwowy system oświaty w pruskiej i rosyjskiej Polsce chwiał się już mocno pod naporem zalewu prywatnych, nieoficjalnych lub wręcz „podziemnych” akcji podejmowanych w celu umacniania i szerzenia polskiej kultury.


Największą sławę zdobył sobie chyba Latający Uniwersytet, założony w latach 1882—83 w Warszawie przez Jadwigę Szczawińską (1863—1910). Słuchacze uniwersytetu spotykali się co tydzień w innym miejscu, aby uniknąć wykrycia; wykłady znalazły poparcie ze strony takich profesorów—radykałów, jak Władysław Smoleński (1851—1926), Adam Mahrburg (1855—1913), Ludwik Krzywicki (1859—1941) czy mąż Szczawińskiej, filozof Jan Władysław Dawid (1859—1914).

Z czasem zorganizowano cztery odrębne fakultety, a także zaczęto wydawać dyplomy świadczące o ukończeniu studiów równie rygorystycznych, jak kursy uniwersyteckie oferowane przez sektor państwowy. Najbardziej znaną z wielu absolwentek była Maria Skłodowska—Curie. Po zalegalizowaniu Latającego Uniwersytetu w 1906 roku przyjął on nazwę Towarzystwa Kursów Naukowych, a następnie w roku 1918 przekształcił się w Wolną Wszechnicę Polską[182]. Instytucja ta do dziś znajduje naśladowców.

Życzliwi dobroczyńcy usiłowali ominąć system państwowy, fundując szkoły prywatne. W 1895 roku otwarła podwoje w Warszawie Wyższa Szkoła Techniczna, założona z inicjatywy dwóch miejscowych przemysłowców, Hipolita Wawelberga i Stanisława Rotwanda, w trzy lata później zaś — Politechnika Warszawska. Wobec braku polskiego uniwersytetu te dwie uczelnie przyciągały najlepszych nauczycieli i najzdolniejszych studentów. W ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku liczba szkół prywatnych w prowincjach nadwiślańskich podwoiła się, a w okresie ustępstw po rewolucji lat 1905—1907 — ponownie dwukrotnie wzrosła.

Samokształcenie nabrało wymiarów istnej manii. Adepci znajdowali wsparcie w „Poradniku dla Samouków”, na którego łamach pisywali wszyscy luminarze epoki. W prawdziwe osłupienie może wprawić fakt, że około jedna trzecia ogółu mieszkańców rosyjskiej Polski — tak starzy, jak i młodzi — uprawiała na przełomie wieku tę lub inną formę samokształcenia.


Szczególną wagę przywiązywano do bibliotek. W czasach gdy literaturę polską powszechnie uważano za wywrotową, zbiory książek trzeba było gromadzić i przechowywać w sekrecie. W r. 1873 było w Kaliszu tajemnicą poliszynela, że jedyny pełny zestaw nie okrojonych utworów zebranych pisarzy polskich w wydaniu Brockhausa (Lipsk 1858) można znaleźć na półkach w gabinecie namiestnika rosyjskiego, Rybnikowa, zapalonego słowianofila. Pewnej nocy książki Rybnikowa zostały ukradzione przez nieznanych sprawców, którzy zdeponowali je w miejskim więzieniu, gdzie syn komendanta podjął sie je strzec przed bystrym okiem ogłupiałych agentów ojca. W innych miejscach biblioteki publiczne powoływano do istnienia pod pokrywką organizacji religijnych lub społecznych.

W r. 1897 Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności zarządzało już dwudziestoma trzema filiami bibliotecznymi. Próba oczyszczenia półek z „upodlających dzieł” takich autorów, jak Hugo, Zola czy Dumas, doprowadziła najpierw do usunięcia konserwatywnego prezesa Towarzystwa, księcia Michała Radziwiłła, ze stanowiska, a następnie do zamknięcia bibliotek z rozkazu policji.

Podjęto zjednoczony wysiłek w celu udostępnienia polskiej kultury masom. Zarówno PPS, jak i Liga Polska Dmowskiego prowadziły szeroko zakrojone programy oświatowe, dla których silnym bodźcem stały się strajki szkolne z lat 1904—07. Kampanie oświatowe na wsi kryły się pod przebraniem „kółek pszczelarskich” czy „stowarzyszeń łowieckich”. W miastach oddani sprawie nauczyciele prowadzili lekcje w domach prywatnych, kierując swoje wysiłki pod adresem grup złożonych z wagarowiczów, dorosłych analfabetów i wszystkich chętnych. Raport złożony komendantowi rosyjskiej policji w Sosnowcu w 1911 roku ukazuje niepokojące dla władz rozmiary zjawiska w miastach tego obszaru:


Mam przeto zaszczyt donieść Waszej Ekscelencji o istnieniu w powierzonym mi okręgu następujących szkół nielegalnych:  


W osadzie Modrzejów:  


1. w domu Pergrichta, zięcia setnika Najera, uczy Rusek, człowiek niebezpieczny,  

2. w domu Szczekacza znajdują się dwie tajne szkoły żydowskie, kto tam uczy, trudno się dowiedzieć.  

Osada Modrzejów należy do rejonu policyjnego Dąbrowskiego.  

We wsi Niwka:  

3. w domu kopalni „Jerzy” Tow. Sosnowieckiego blisko lecznicy po drugiej stronie szosy uczy Maria Góralska, córka urzędnika tej kopalni,  

4. również w domu kopalni „Jerzy” tegoż Tow. przy ulicy Wesołej uczy Janina Drozdowska i jej siostra,  

5. w domu kopalni „Jerzy” tegoż Towarzystwa, gdzie mieści się sklep „Jutrzenka”, uczy w mieszkaniu zarządzającej tym sklepem ciotka czy matka zarządzającej, nazwisko mi nie znane,  

6. w domu kopalni „Jerzy” tegoż Towarzystwa przy ulicy Wesołej uczy matka Stanisława Chrzanowskiego, urzędnika tejże kopalni,  

7. w domu fabryki Mechanicznej Tow. Sosnowieckiego, w tzw. „Koszarach”, uczy Woźniczka, syn robotnika fabryki,  

8. w domu tejże fabryki Tow. Sosnowieckiego uczą córki urzędnika tej fabryki, Wieruszowskiego,  

9. w domu Szulima Lubelskiego — szkoła żydowska, kto uczy nie wiadomo,  

10. w domu Dudy uczy Filak, córka stróża kolei Warszawsko—Wiedeńskiej.  

Poza tym (…) jest jeszcze więcej szkół tajnych, których wykryć nie zdołałem.  

Wieś Niwka należy do rejonu policyjnego Ząbkowickiego.  

W niektórych z wyżej wymienionych szkół uczy się dość znaczna ilość dzieci (od 30—tu do 50-ciu) i przy tym na dwie zmiany, jak np. u Ruska, Góralskiego, Drozdowskich …[183]


Wybuch I wojny światowej położył nagły kres konfliktom dotyczącym kultury. Od tej chwili mocarstwa rozbiorowe poczęły w tej sprawie wykonywać ukłony w stronę Polaków w nadziei na zdobycie sobie ich poparcia w kwestiach politycznych. W 1916 r. Rada Regencyjna w Warszawie upoważniła ministerstwo edukacji do przeprowadzenia reorganizacji szkół i uniwersytetu w kierunku ich polonizacji. W ten sposób dawne Królestwo Kongresowe stało się terenem takiej samej polityki oświatowej, jaką prowadziła Austria na terenie Galicji. To zwycięstwo — odniesione po półtora wieku walki — samo w sobie nie przyniosło Polakom niepodległości narodowej, miało jednak doniosły wpływ na ukształtowanie się charakteru nowej Rzeczypospolitej, gdy w zaledwie dwa lata później niepodległość ta stała się faktem.

Pierwsze doświadczenia w dziedzinie kultury okresu niepodległości w latach 1918—39 przyniosły wiele rozczarowań. Straszliwy procent analfabetyzmu i zniechęcenie wielu mniejszości etnicznych, które nie potrafiły lub nie chciały porozumiewać się w języku polskim, przesądzały o tym, że dzieło misjonarzy kultury było wciąż jeszcze bardzo dalekie od zakończenia. I rzeczywiście, państwowi działacze oświatowi często uważali się za spadkobierców i pełnych patriotyzmu następców dawnych pionierów z okresu zaborów. W czasie II wojny światowej działania przeciwko kulturze przybrały najbardziej intensywną formę.

Podejmowano systematyczne wysiłki w kierunku całkowitego wykorzenienia kultury polskiej, nie tylko zabraniając jej wszelkich publicznych przejawów, tak jak to miała w zwyczaju polityka dawnej Rosji czy Prus, ale także mordując i rozpraszając przywódców i nauczycieli. Polacy reagowali w sposób instynktowny. Druk polskich książek, nauczanie polskich dzieci, organizacja polskich kursów uniwersyteckich i lektura polskiej literatury odbywały się tajnie, w podziemiu, we wszystkich okupowanych miastach, w leśnych kryjówkach partyzantów, wśród grup emigracyjnych w Londynie, Jerozolimie i Taszkiencie, a nawet w obozach koncentracyjnych. W roku 1945 zdobyte za cenę niewyobrażalnych poświęceń i ofiar przywiązanie tych, którzy przeżyli, do rodzimej kultury było silniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Dzieło dwóch stuleci zostało pomszczone. Stanisław August i wszyscy, którzy z takim poświęceniem szli w jego ślady, mieliby powód do radości.

W r. 1945 główny trzon polskiej kultury masowej — w odróżnieniu od zjawisk występujących w ramach wąskich ugrupowań społecznych — składał się z przynajmniej czterech nakładających się wzajemnie na siebie subkultur. Pierwszą z nich była kultura ludowa. Znaczna część proletariatu miejskiego wciąż jeszcze utrzymywała ścisły kontakt z rodzinnymi wsiami. Na skutek eliminacji szlachty i zdziesiątkowania szeregów przedwojennej burżuazji jedynie niewielka liczba rodzin nie mogła się pochwalić wiejskimi „korzeniami”. „Folklor” — stare przysłowia, ludowe porzekadła, opowieści i tańce, stroje chłopów — wszystko to nie było jeszcze wystawowymi eksponatami.

Drugie miejsce zajmowała kultura katolicka. Kościół nie pozostawił zadania krzewienia wiary łasce ślepego przypadku. Przeważająca większość polskich dzieci była ochrzczona i przeszła katechizację przygotowującą je do przyjęcia Pierwszej

Komunii św. Nawet ci, którzy później mieli odrzucić wiarę, znali doskonale język, naukę i praktyki religii katolickiej.

Trzecią subkulturę można by określić mianem „imitacji Zachodu”. Bezpośrednią reakcją Polaków na strawę kulturalną dostarczaną im przez oficjalne źródła było od dawna szukanie natchnienia w kulturze Zachodu. Zarówno w dziedzinie literatury, jak i idei politycznych, w muzyce, sztuce i modzie, w kulturze materialnej i w technice, to, co powstawało w Londynie, Paryżu, Rzymie czy Nowym Jorku, było automatycznie uważane za lepsze od wszystkiego, co narodziło się w Europie Środkowej czy Wschodniej. Sam już polski język, którego nigdy nie ociosywano siekierą rodzimego puryzmu, jest pełen wszelkiego rodzaju zapożyczeń z języków romańskich i zachodnioeuropejskich.

Czwartym, i być może najważniejszym, składnikiem polskiej kultury była kultura literacka. Na przestrzeni XIX wieku literatura polska poruszała wszystkie problemy epoki i uprawiała wszystkie znane jej gatunki literackie. Polska nie liczyła się być może na politycznej arenie świata, ale pod względem literatury pozostała wielką siłą, ustępując pierwszeństwa w Europie jedynie wielkiemu wiekowi literatury niemieckiej i rosyjskiej. Co więcej, w wyniku upowszechnienia oświaty wykształcony Polak mógł się teraz podzielić swymi myślami i zainteresowaniami z szeroką publicznością czytelniczą. Obniżenie procentu analfabetów z 33% w r. 1921 do 18% w r. 1937, które dokonało się za czasów sanacji, jest pod tym względem osiągnięciem o kapitalnym znaczeniu.

Skoro żadna z głównych subkultur nie zawdzięczała niczego byłym mocarstwom rozbiorowym, można uznać niewątpliwy sukces trwającej przez ponad dwa stulecia polskiej krucjaty kulturalnej. Domieszki elementów niemieckich i rosyjskich, niegdyś tak ważne dla polskiej kultury, zostały w znacznej mierze usunięte.

Z czysto narodowego punktu widzenia jest to ogromne zwycięstwo. A jednocześnie nie da się zaprzeczyć, że pod pewnymi względami kultura polska uległa zubożeniu. Zniknęło wiele z kosmopolitycznego, wielojęzycznego i międzynarodowego zabarwienia kultury wcześniejszych pokoleń. Ograniczenie się wyłącznie do języka polskiego, który przestał już być narzędziem międzynarodowej komunikacji nawet na terenie Europy Wschodniej, przyczyniło się do odizolowania społeczeństwa polskiego od reszty świata. Jeżeli przed I wojną światową wykształcony Polak obracał się na co dzień w kołach, w których oprócz języka polskiego używano języków niemieckiego, rosyjskiego i francuskiego, to jego potomek z czasu II wojny światowej musiał się już zadowolić ograniczonymi źródłami informacji przepuszczonej przez filtr ocenzurowanego tłumaczenia albo też ślęczeć godzinami nad podręcznikiem Eckersieya Język angielski dla cudzoziemców . „Ilościowemu” triumfowi polskiej kultury towarzyszyły zatem ograniczenia „jakościowe”.


IX. ŻYDZI.

Społeczność żydowska

 Сделать закладку на этом месте книги

Na przestrzeni wieków poprzedzających okres rozbiorów Rzeczpospolita Polski i Litwy przyciągnęła stopniowo największą w Europie społeczność żydowską.

Rozrastała się ona o wiele szybciej niż jakakolwiek inna grupa społeczna. Największe katastrofy — bunt Chmielnickiego i masakra pod Humaniem — tylko na pewien czas zahamowały jej rozwój. Ogólna liczba Żydów w Polsce wzrosła z około 200 000 w chwili narodzin Rzeczypospolitej w 1569 roku do niemal 800 000 w chwili jej upadku. W XIX wieku ziemie podzielonej rozbiorami Polski były największą na świecie przystanią dla zasobów siły roboczej i intelektualnego dynamizmu Żydów; w czasie gdy wielki exodus do Ameryki sięgnął szczytu, na ziemiach polskich żyło już 4/5 wszystkich Żydów świata. Mówiąc słowami Responsy nr 73 wybitnego krakowskiego rabina Mosze Isserlesa Remu (1510—72): „lepiej żyć o suchym chlebie, ale żyć w spokoju w Polsce ”. Według jednego z żartów słownych, tak ulubionych przez hebrajskich mędrców, Polin, czyli Polska, miało pochodzić od pohlin , co się tłumaczy „tu się odpoczywa”[184].

Na skutek zmieniających się warunków politycznych termin „polski Żyd” nabrał z czasem różnych konotacji. W swym pierwotnym znaczeniu określał on po prostu żydowskich mieszkańców byłego państwa polskiego i obejmował także ludzi, którzy zaczęli o sobie myśleć niejako o „polskich” Żydach, lecz jako o Żydach „rosyjskich”, „galicyjskich” czy nawet „niemieckich”. W czasach późniejszych odnosił się albo do obywateli żydowskich odrodzonych Rzeczypospolitych Polskich, albo do tego sektora żydowskiej ludności zamieszkującej kraje Europy Wschodniej, który wtopił się w polską kulturę i przyswoił sobie polski język.

Na przestrzeni XIX wieku społeczność żydowska była poddana działaniu tych samych sił powodujących radykalne przemiany, które dotykały wszystkich pozostałości umarłej Rzeczypospolitej. Pod wieloma względami przemiany te postępowały równolegle do przekształceń zachodzących w całej polskiej społeczności. Z początku los Żydów koncentrował się wokół ustroju stanowego dawnego królestwa; byli stanem, którego stare przywileje prawne były skazane na zagładę.

Pod koniec zaś był to już nowożytny naród, złączony jedynie więzami wspólnych początków i wspólnej tożsamości. Jak w przypadku wielu innych grup społecznych, żeby móc zbudować nowy ład, trzeba było najpierw zburzyć stary. Przy tej okazji wiele z elementów starego ładu znikało na zawsze. Zamiast się zmniejszać, rosło zamieszanie i niepewność. Równouprawnienie niekoniecznie oznaczało wyzwolenie, o czym mieli się przekonać także chłopi.

Równouprawnienie Żydów postępowało w różnym tempie i przebiegało na różne sposoby w każdym z trzech zaborów. Bezpośrednio po wydarzeniach roku 1763 zarówno Fryderyk Wielki, jak i Maria Teresa zaczęli od wypędzenia rzesz ubogich Żydów z powrotem do Polski, dokonując w ten sposób posunięcia, które miało „ochronić” ich nowych chrześcijańskich poddanych. W Galicji doniosłe reformy rozpoczął w 1782 r. Józef II, który uważał autonomię Żydów za anachronizm. Wprowadzając państwowy system oświaty i służbę wojskową oraz znosząc kahały, monarcha miał na celu włączenie Żydów w główny strumień życia publicznego i niemieckiej kultury. W Rosji, po okresie niezdecydowania, Katarzyna II podjęła realizację prostszego planu, który polegał na trzymaniu Żydów z dala od reszty ludności. W 1786 r. wprowadziła ograniczenie osadnictwa Żydów do terenu miast, a od roku 1791 — do strefy zakreślonej linią osiedlenia, która w ciągu kolejnych dziesięcioleci stopniowo się rozszerzała, obejmując 25 zachodnich guberni cesarstwa. Z wyjątkiem Krymu i Besarabii, obszar wyznaczony linią osiedlenia, tak jak go ostatecznie określono w 1835 r., w znacznej mierze pokrywał się z obszarem oderwanym od Polski i Litwy i przyłączonym do Rosji. W Księstwie Warszawskim spod postanowień dekretu z 1807 roku o wolności osobistej, który kładł ostateczny kres poddaństwu, wyłączono Żydów; dekretu tego nigdy zresztą w pełni nie wprowadzono w życie. W Prusach, gdzie Fryderyk II objął ograniczoną ochroną zamożnych Żydów reprezentujących p


убрать рекламу




убрать рекламу



ewne określone zawody, pełne równouprawnienie obywatelskie wprowadzono w 1812 roku. Tak więc pod koniec epoki napoleońskiej nadal utrzymywało się szereg niejednoznaczności i przeszkód prawnych. W Królestwie Kongresowym — podobnie jak w Prusach — przyznaniu Żydom równych praw obywatelskich w 1822 roku towarzyszyło zniesienie kahałów. Inne ograniczenia — na przykład klauzule De non tolerandis Judaeis  w statutach miejskich — utrzymały się do r. 1862. W prowincjach pruskich uzyskanych później, na mocy traktatu wiedeńskiego, zasadę równouprawnienia Żydów wprowadzono w życie dopiero w 1846 roku; w Austrii zwlekano z nią aż do roku 1848, a w niektórych aspektach szczegółowych — do roku 1867; w posiadłościach cara nigdy jej na stałe nie ustanowiono. W cesarstwie rosyjskim drakońskie środki wprowadzone przez Mikołaja I złagodzono na krótko podczas panowania Aleksandra II; po objęciu tronu przez Aleksandra III szybko je jednak przywrócono. Zgodnie z prawem z maja 1882 roku przepisy dotyczące terenów objętych linią osiedlenia miały być ściśle przestrzegane; Żydom zabroniono dostępu do wyższych stanowisk w armii i aparacie biurokracji; nie wolno im było kupować ziemi; ograniczano im dostęp do nauki na poziomie średnim i wyższym, do pewnych zawodów oraz do stanowisk w lokalnych organach rządowych. Przyszłe złagodzenia ograniczeń, wprowadzone w latach 1905—06, nie zdążyły jeszcze nabrać mocy, gdy całe cesarstwo zostało zmiecione z powierzchni ziemi. Tak więc, jeżeli w dawnej Rzeczypospolitej synowie Izraela mieli czasem uczucie, że są niewolnikami w ziemi egipskiej, to w Rosji wiedzieli z całą pewnością, że zostali uprowadzeni w niewolę babilońską. (Patrz Mapa 6).



Mapa 6. Tereny osadnictwa żydowskiego w Rosji


Na terenie wszystkich trzech zaborów narzucenie ludności żydowskiej instytucji pozostających pod zarządem najwyższej władzy państwowej miało wpływ na każdą dziedzinę ich życia. Stopniowe ograniczenie jurysdykcji kahału i wzrost znaczenia władz państwowych oznaczały, że po raz pierwszy w dziejach Żydzi stali się w pełni obywatelami krajów, w których żyli. Podczas gdy w Rzeczypospolitej Polski i Litwy sami kierowali własnymi sprawami, teraz musieli przyjąć obywatelską tożsamość podobną do tożsamości członków innych grup ludności. Z jednej strony bowiem, ściągali na siebie gniew biurokracji i niechęć innych podatników oraz poborowych. Z drugiej strony zaś, aby móc się stać podatnikami i poborowymi, musieli najpierw pojawić siew urzędowych rejestrach; natomiast aby się pojawić w rejestrach, musieli otrzymać nazwiska. W Austrii i Rosji rejestracja trwała od 1791 roku; w Prusach — w skład których wchodziła w owym czasie Warszawa — przeprowadzono ją na mocy Judenreglement  z 1797 r. W Galicji i w Prusach Żydom często nadawano nazwiska według nakazu niemieckich urzędników, którzy traktowali tę procedurę jako okazję do zademonstrowania swego bardzo ograniczonego poczucia poetyckiej inwencji. W ten sposób dano światu Apfelbaumów, Rosenblumów, Weingartenów, Goldfarbów, Silbersteinów, Schwartzkopfów i Weissmannów. W rosyjskiej strefie osiedlenia Żydzi często przyjmowali jako nazwisko nazwę rodzinnego miasta lub — jak wyzwoleni niewolnicy amerykańscy — nazwisko szlacheckiego właściciela majątku, w którym mieszkali. Tak więc obok Warschauerów, Wienerów, Posnerów, Minskerów i Pinskerów, pojawiali się żydowscy Potoccy, żydowscy Czartoryscy i żydowscy Wiśniowieccy.

Urzędową wrogość wyrażano na różne sposoby. W Galicji praktyki religijne obłożono specjalnymi podatkami. Podatek od świec oraz opłata ściągana na podstawie list obecności w synagogach były dla Żydów karą za ich przywiązanie do religii. W Królestwie Kongresowym podatek od alkoholu uderzał ze szczególną siłą w żydowskich arendarzy. W Rosji po roku 1805 werbowanie rekruta często przybierało formę masowej deportacji żydowskiej młodzieży męskiej z określonych roczników do odległych garnizonów cesarstwa. Żydowskie miasta położone w strefie osiedlenia poddawane były pod tym względem takim samym brutalnym praktykom, jak osady drobnej polskiej szlachty. Za panowania Mikołaja I na żydowskich rekrutów wywierano silną presję, starając się ich nakłonić do poddania się chrztowi. Ponawiano próby zdławienia żydowskiej oświaty. W 1835 r. wydano formalny zakaz używania języka hebrajskiego w szkołach i oficjalnych dokumentach; zarządzenie to nie przyniosło jednak natychmiastowych skutków na szerszą skalę. W drugiej połowie wieku rusyfikacja życia publicznego dotknęła Żydów w stopniu nie mniejszym niż Polaków. Lokalne pogromy, które nastąpiły po ogłoszeniu praw majowych, były organizowane w znacznej mierze przez rządowych prowokatorów. Pojawienie się popieranych przez policję band zwanych czarnymi sotniami, których zadaniem miało być podszczuwanie Żydów, było tylko najwyższym wyrazem głęboko zakorzenionego w oficjalnych kręgach przeświadczenia, że każdy Żyd może się okazać nielojalny.

Ruchliwość społeczna znacznie wzrosła. Żydowskie rodziny nie były już przywiązane do getta i mogły próbować przenosić się na przedmieścia, na wieś czy nawet do innych krajów. W Galicji często mawiano żartem, że jedyną udaną wyprawą roku 1848 był Długi Marsz Żydów dwukilometrową trasą wiodącą z Kazimierza do Krakowa. W rosyjskiej Polsce, w Warszawie i Łodzi, bogate rodziny żydowskie opuszczały śródmieście. Niektórzy Żydzi przechodzili przez granicę do Galicji, gdzie wolno im było kupować ziemię. Ograniczenia gospodarcze oraz dotkliwe przeludnienie zmuszały coraz liczniejsze szeregi Żydów do emigracji za granicę. Między rokiem 1800 a 1880 przyrost naturalny ludności żydowskiej w obrębie strefy osiedlenia wyrażał się liczbą rzędu 500 promille. Podobne warunki panowały w Galicji.

Pod koniec wieku groźba czynnych prześladowań pomnożyła szeregi emigrantów i sprawiła, że ciągły strumień zmienił się w gwałtowną rzekę, której szybki prąd płynął aż do wybuchu I wojny światowej. Statystyki podają różne dane, nie ma jednak wątpliwości, że liczba Żydów, którzy opuścili Polskę, była większa niż liczba tych, którzy pozostali. Wyjeżdżali etapami: najpierw do Wiednia lub Berlina, potem do Anglii lub Francji, przede wszystkim zaś do Ameryki. Niektórzy byli do wyjazdu dobrze przygotowani i podróżowali legalnie. Mieli zaproszenia od swojego Landmannschaftu  za granicą, dostawali bilety na podróż, a po przyjeździe na miejsce mieli zapewnioną pracę. Inni wyjeżdżali nielegalnie, zwłaszcza z terenu Rosji, nie mogli więc czynić żadnych przygotowań. Docierali do portów, gdzie sprzedawali się agentom, którzy zapewniali im darmową podróż do Ameryki w zamian za trzy, pięć lub siedem lat niewolniczej pracy po przybyciu na miejsce[185].

Dezintegracja polityczna i kulturalna postępowała w szybkim tempie. W świecie, w którym tradycyjne struktury wyraźnie zaczynały obracać się w gruzy, postawy wobec wszystkich aktualnych problemów ulegały wśród ludności żydowskiej stopniowej polaryzacji. Elementy konserwatywne, pozbawione możliwości rządzenia z pozycji władzy, za wszelką cenę starały się zachować czystość ortodoksyjnej religii żydowskiej. Wyzwanie, jakim stał się dla nich chasydyzm, którego pierwszy szczyt przypadł na wiek XVIII, w wieku XIX nabrało jeszcze większej siły. Element radykalny, ostro reagujący przeciwko władczym obyczajom kahału, skłaniał się ku asymilacji, socjalizmowi i marksizmowi, ostatecznie zaś — syjonizmowi. Nowi przywódcy żydowscy starali się załagodzić niezliczone antagonizmy, które powstawały nie tylko w granicach samej społeczności żydowskiej, ale także, wcześniej czy później, między Żydami i wszystkimi innymi ugrupowaniami narodowymi danego rejonu. W r. 1918, gdy upadek mocarstw rozbiorowych oznajmił nadejście nowej epoki, wachlarz żydowskiej polityki ukazywał wszystkie możliwe odmiany i połączenia interesów społecznych, religijnych i ideologicznych.

Mimo to tradycyjne praktyki judaizmu utrzymywały się wśród mas ludności żydowskiej przez cały wiek XIX. Rozłam między chasydyzmem a mitnaggedim [186] trwał wprawdzie nadal, ale wpływy reformowanego judaizmu, emanujące z konferencji rabinów, jakie odbywały się w Niemczech w latach czterdziestych, na ziemiach polskich odbijały się tylko słabym echem. Żydzi polscy byli znani zarówno ze swej pobożności, jak i ze swego poświęcania się badaniom teologicznym. Wśród zwolenników ortodoksji pradawna sztuka pilpul  (dosł. „pieprz”), czyli teologicznego dzielenia włosa na czworo, wciąż jeszcze znajdowała zapalonych wyznawców. Do dawnych akademii religijnych w Krakowie i Wilnie dołączyły nowe fundacje — na przykład słynna Yeshivot  (jesziwa) w Wołożyniu na Litwie, której rozkwit przypadł na lata 1803—93, czy szkoła talmudyczna w Mirze koło Grodna, działająca w latach 1815—1939. Zasady wykształcenia religijnego zostały poddane całkowitej rewizji, a pod wpływem ruchu zwanego musar  wzbogacono je o silny element etyki. Wśród nowej generacji nauczycieli zaznaczyła się wyraźna tendencja do ascezy — zwłaszcza w Nowogródku. Wśród chasydów zarówno środkowej Polski, jak i Litwy silne były wpływy HaBaD’u [187], co odróżniało społeczności zachodnie i północne od bardziej popularnych, mistycznych tendencji Wschodu.

Idąc za przykładem Elimelecha z Leżajska (1717—87), który pierwszy określił rolę i pozycję cadyka, powstały istne dynastie uczonych przywódców chasydyzmu, zakładane w takich miejscowościach, jak: Przysucha, Kock, Bełz, Międzybóż, czy — przede wszystkim — Gur (Góra Kalwaria koło Warszawy). Ród Alterów z Gur uważano powszechnie za dziedziczny szczep mędrców Sekty, a ich dwór stał się celem żydowskich pielgrzymek równie żarliwych i równie podnoszących na duchu, jak te, które ściągały katolickich chłopów do pobliskiego klasztoru Bernardynów i na drogę krzyżową. Z biegiem czasu ortodoksyjni rabini porzucili nadzieje na strumienie chasydyzmu. Utraciwszy wszelką jurysdykcję, nie mieli żadnych sankcji, które pozwoliłyby im narzucić innym posłuszeństwo w sprawach religii. Nigdy się wprawdzie nie pogodzili z praktykami religijnymi chasydów, ale w coraz większym stopniu skłaniali się ku tworzeniu wspólnego frontu religijnego w celu obrony judaizmu przed licznymi reformatorskimi ruchami epoki[188].


Pierwszym z takich ruchów była tak zwana Haskala, czyli żydowskie oświecenie. Ruch ten został zapoczątkowany pod koniec XVIII wieku w Berlinie, w kręgu Mojżesza Mendelssohna (1729—86), i zmierzał do rozszerzenia wyłącznie religijnych treści wykształcenia Żydów o takie elementy, które zapewniłyby im włączenie w główny nurt kultury europejskiej. Wyznawcy zasady Haskali, zwani maskilim , czyli „rozumiejącymi”, zyskali sobie wielu zwolenników w miastach Śląska, a na przełomie wieków także w Galicji, gdzie założono ponad sto żydowskich szkół z językiem niemieckim jako wykładowym. W r. 1816 rabin Lwowa uznał za stosowne objąć je zakazem. W następnych latach ruch rozszerzył się, ogarniając rosyjską strefę osiedlenia (gdzie pierwszą szkołę żydowską nowego typu założono w 1822 roku w Humaniu) oraz — w o wiele mniejszym stopniu — Królestwo Kongresowe. Przez pewien czas Haskala cieszyła się poparciem władz carskich, które dostrzegły w niej sposób na rozbicie solidarności wśród społeczności żydowskiej oraz skierowanie Żydów na drogę politycznej służalczości. Była to jednak żałosna pomyłka, jako że na dłuższą metę podstawowym osiągnięciem Haskali okazało się nie tyle podkopanie judaizmu, ile stworzenie podwalin współczesnego nacjonalizmu żydowskiego[189].

W odpowiednim czasie maskilim  stali się przedmiotem ataku ze strony reformatorów, którzy chcieli rozszerzyć główne idee Haskali na strefy życia politycznego i społecznego. Nie zadowalając się ograniczonymi programami oświatowymi, asymilacjoniści chcieli, aby Żydzi wyszli poza granice swoich ekskluzywnych społeczności i w pełni włączyli się we wszystkie dziedziny życia publicznego. Oczywiście, na przestrzeni całego okresu swoich dziejów Żydzi, którzy chcieli wyrwać się z ciasnych granic getta, mieli zawsze możliwość przyjęcia religii, języka i kultury panujących w kraju, w którym żyli. Na ziemiach polskich jednostki, które przeszły na wiarę chrześcijańską, od niepamiętnych czasów szły taką właśnie drogą; ruch frankistów z lat sześćdziesiątych XVIII wieku stał się przypadkiem, w którym zjawisko to przybrało na krótko rozmiary masowe. W tamtym okresie nikt jednak nie zalecał asymilacji jako polityki mającej objąć całą społeczność żydowską. Na początku XIX wieku, wraz z napływem rewolucyjnych idei z Francji, dały się jednak słyszeć nowe głosy. W 1816 roku, gdy zapytano o zdanie berlińskiego uczonego Dawida Friedlandera, ten napisał memoriał O naprawie Żydów w Królestwie Polskim , w którym zdecydowanie opowiadał się za zastąpieniem języka jidysz językiem polskim, co miało stanowić pierwszy krok na drodze do ściślejszej integracji Żydów z życiem w Polsce. W latach dwudziestych XIX wieku grupa warszawskich bankierów i intelektualistów, która nazwała się Wyznawcami Starego Testamentu, przyjęła program Friedlandera jako element kampanii zmierzającej do zniesienia miejscowego kahału. Z tej okazji Joachim Lelewel mówił o Polakach i Żydach jako o „braciach idących ręka w rękę” ku wspólnej przyszłości. Podczas powstania listopadowego w latach 1830—31 wielu Żydów oddało życie, walcząc za polską sprawę[190]. Do pomocy przy obronie Warszawy powołano żydowską milicję. W 1848 roku w Galicji rabin Dow Beer Meisels (1798—1870) z Krakowa otwarcie nawoływał swoją trzódkę do wyrażenia poparcia dla żądań politycznych Polaków. W następnym dziesięcioleciu tenże przywódca — wówczas już rabin Warszawy — włączył się w szeregi wybitnych przedstawicieli zasymilowanej żydowskiej burżuazji — ludzi w rodzaju Leopolda Kronenberga czy Hermana Epsteina — podejmując zjednoczone działanie, zmierzające do pogodzenia interesów żydowskich i polskich w sprawach dotyczących religii, kultury i gospodarki. Gazeta Kronenberga, wydawana przez pisarza Józefa Ignacego Kraszewskiego pod tytułem „Gazeta Codzienna”, została założona specjalnie w celu szerzenia idei wzajemnego zrozumienia między Polakami i Żydami.

W czasie kryzysu politycznego z lat 1861—62, tak żywo odmalowanego w powieściach Kraszewskiego: Dziecię Starego Miasta  (1863) i Żyd  (1865), Żydzi warszawscy odegrali czołową rolę w patriotycznych demonstracjach. Synagogi zamknięto w geście solidarności z katolickimi kościołami jako formę protestu przeciwko ekscesom policji; rabini pojawiali się podczas publicznych nabożeństw i pogrzebów obok katolickich księży i prawosławnych popów; rabiego Meiselsa aresztowano i osadzono w więzieniu. To właśnie był szczytowy punkt rozwoju tendencji asymilacjonistycznych. Pod wpływem nastroju patriotycznej euforii wielu ludziom wydawało się, że wspólna ludzka kondycja Polaków i Żydów przezwycięży wzajemną rywalizację i podejrzenia. Podczas powstania styczniowego 1863 roku żydowskie pismo „Jutrzenka”, wydawane przez Ludwika Gumplowicza (1838—1909), odważnie nawoływało do pełnego wtapiania się Żydów wżycie Polski[191]. Jednakże nie miało się tak stać. Upadek powstania zrodził powszechne rozczarowanie. Wielu Żydów — podobnie jak wielu Polaków — czuło, że ich poświęcenie nie przyniosło żadnych konkretnych korzyści; każda strona była skłonna obwiniać drugą o cierpienia, jakie stały się następstwem klęski. Asymilacjonizm powoli wyszedł z mody — najpierw na terenie rosyjskiej Polski, potem w innych zaborach[192]. Był to pod wieloma względami szlachetny ideał, ożywiany pragnieniem zwalczania odwiecznych barier dzielących ludzi, którzy żyli w tym samym kraju, oddychali tym samym powietrzem, zapadali na te same choroby i zdrowieli od tych samych leków. Niestety, z punktu widzenia większości przywódców żydowskich, asymilacja zmierzała w kierunku całkowitego unicestwienia odrębnej tożsamości Żydów. Zarówno konserwatystom, jak i radykałom wydawało się, że od Żydów wymaga się rozwiązania własnych problemów przez dobrowolne samounicestwienie. Jak to skomentował żydowski historyk Dubnow, „polonizacja Żydów przybrała groźne [sic!] rozmiary”[193]. Od tego czasu żydowscy reformatorzy z coraz większą niechęcią odnosili się do wszystkich asymilacyjnych pomysłów, jakie jeszcze unosiły się w powietrzu, skłaniając się raczej ku takim projektom, które miały na celu nie tyle wykraczanie poza żydowskie dziedzictwo, ile jego umacnianie i rozszerzanie.

Odrodzenie języka hebrajskiego wyrosło bezpośrednio z prac wcześniejszych maskilim , którzy — jako elementu do realizacji swego eksperymentu w dziedzinie oświaty — ośmielali się używać świętego języka Pisma w roli narzędzia świeckiej literatury. Ruch ten wykazywał wiele cech pokrewnych innym tendencjom odrodzenia kultury, które w tym samym czasie w całej Europie Wschodniej ratowały konające języki narodowe od całkowitego zapomnienia. W Galicji pionierem nowożytnego języka hebrajskiego był Józef Perl (1773—1839) z Tarnopola, którego satyryczne utwory wyśmiewały obskurantyzm obyczajów i postaw chasydów. Po rosyjskiej stronie granicy badacz i filolog Izaak Ber Levinsohn (1788—1860) z Krzemieńca podjął zadanie odtworzenia słownictwa i składni języka hebrajskiego na użytek współczesnych. W rękach ich następców język hebrajski posłużył za narzędzie tworzenia różnych gatunków literackich — zarówno czysto artystycznych, jak i otwarcie politycznych. Historyk Nachman Krochmal (1785—1840) z Tarnopola, którego Przewodnik dla zagubionych naszej epoki  ukazał się w 1851 roku, jest czasem uważany za pierwszego ideologa nacjonalizmu żydowskiego. Jego poglądy podzielał Abraham Mapu (1807—67) ze wsi Słobodka koło Kijowa, który był autorem powieści historycznych, a także długi szereg poetów hebrajskich z kręgów maskilim . Najwybitniejszym z nich był Jehuda Lejb Gordon (1830—92) z Wilna, którego poemat pod tytułem Hakitza Ammi  (Zbudź się, mój ludu) stał się wyznaniem wiary zwolenników Haskali w strefie osiedlenia. Odrodzenie języka hebrajskiego szło w parze ze świeckimi postawami i od 1863 roku obie te tendencje były systematycznie propagowane przez Towarzystwo do Szerzenia Kultury Żydowskiej, działające na terenie Rosji. Pod koniec wieku język hebrajski był już tak dobrze rozwinięty, że jego najgorliwsi propagatorzy zaczęli myśleć o wprowadzeniu go na co dzień do swoich domów. Nie mogąc zrealizować swych ambicji w konserwatywnej atmosferze społecznej panującej w określonych ustalonymi granicami społecznościach żydowskich, gdzie ich językowe innowacje uważano często za zwykłe świętokradztwo, zwolennicy Haskali zaczęli rozważać możliwość emigracji do Palestyny. Można się więc dopatrzyć bezpośrednich powiązań między Haskalą, odrodzeniem języka hebrajskiego i syjonizmem w dziedzinie kultury[194].

Odrodzenie jidysz nastąpiło nieco później. Język ten powstał z dialektów zachodnio-środkowo-niemieckich; w średniowieczu dotarł do Polski i na Litwę, gdzie był powszechnie znany jako „żargon”; przetrwał głównie w ustnej tradycji, ale w rękach nowożytnych publicystów i gramatyków i on także przekształcił się w narzędzie literatury i polityki. Zwłaszcza na terenie Polski, gdzie opór przeciwko używaniu języka hebrajskiego do celów świeckich zarysował się z największą siłą, jidysz zdobył sobie pozycję języka preferowanego w żydowskiej prasie i świeckiej literaturze. Zapisywano go alfabetem hebrajskim; po raz pierwszy został wprowadzony do popularnej prozy i poezji w XVI wieku, później zaś rozwinęli go chasydzi, którzy uczynili z niego narzędzie propagowania kronik i legend swojej sekty. Potem zaadaptowano go do celów nowoczesnej poezji, prozy i dramatu.

Jest rzeczą interesującą, że wielu z tych, którzy go używali — na przykład Izaak Lejb Perec (1852—1915) z Zamościa — rozpoczynało karierę literacką od pisania po polsku i po hebrąjsku, przechodząc na jidysz dopiero na przełomie wieków.

Jednakże z powodu hitlerowskiego Holocaustu najbardziej znany ze współczesnych pisarzy tworzących w języku jidysz, Izaak Bashevis Singer (ur. 1904 r. w Radzyminie [zm. 1991]), będzie zapewne również ostatnim[195].

Kwestia języka była sprawą o pierwszorzędnym znaczeniu. W 1897 roku językiem ojczystym ponad 90% Żydów zamieszkujących strefę osiedlenia i Galicję był jeszcze wciąż jidysz; hebrajski — język Pisma — nie był używany na co dzień, tak samo jak łacina nie była codziennym językiem polskich katolików, a język staro-cerkiewno-słowiański — prawosławnych Rosjan. Równocześnie jednak pewien procent Żydów zawsze posiadał praktyczną znajomość niemieckiego, polskiego czy rosyjskiego, która służyła mu jako narzędzie porozumiewania się z mieszkającymi po sąsiedzku gojami. Teraz zaś stawało się rzeczą oczywistą, że określoną grupa w obrębie klas wykształconych stoi w przededniu całkowitego porzucenia jidysz. Statystyki z r. 1913 określają liczbę Żydów zamieszkujących strefę osiedlenia i używających języków polskiego lub rosyjskiego jako ojczystych na 7%. Tak więc długoterminowe skutki laicyzacji prowadziły do rozłamów w niektórych aspektach, a do zjednoczenia w innych. Tendencje asymilacyjne przyczyniły się do zmniejszenia przepaści dzielącej Żydów wschodniej Europy od ogółu ludności nieżydowskiej. Pod tym względem — na terenie Prus i zachodniej Galicji, gdzie Żydzi mówiący w jidysz mogli się najłatwiej zaadaptować do niemieckiego środowiska — okazały się one bardzo skuteczne. Równocześnie jednak tendencje te przyczyniły się do wytworzenia nowych barier, nie tylko dzielących Żydów kultury niemieckiej od Żydów kultury polskiej czy rosyjskiej, ale także tych, którzy zasymilowali się, od tych, którzy zachowali odrębność. Ruch odrodzenia języka hebrajskiego z połowy wieku ograniczał się do wąskiej elity kręgów intelektualnych, podczas gdy podejmowane w późniejszym okresie działania w dziedzinie oświaty i publicystyki były skierowane pod adresem szerokich mas. Pod koniec wieku sytuacja w dziedzinie kultury była o wiele bardziej skomplikowana niż na początku.

Głównym katalizatorem zmian zachodzących w postawach ludności żydowskiej pod koniec XIX wieku stało się niewątpliwie zabójstwo cara Aleksandra II w Petersburgu 13 marca 1881 roku oraz wprowadzenie represyjnych ustaw i pogromy, jakie miały miejsce w następstwie tego wydarzenia. Fala fizycznego gwałtu, jaka objęła w tym czasie środkowe gubernie Rosji, ominęła na ogół nadwiślańskie prowincje cesarstwa. W Warszawie czy w Łodzi nie zdarzyło się — w odróżnieniu od Moskwy czy Petersburga — aby nie zarejestrowanych Żydów masowo wypędzano z domów. Pogrom warszawski z grudnia 1881 roku, kiedy to kilkunastu Żydów zamordowano, a setki pozostały bez środków do życia w wyniku towarzyszących ekscesom podpaleń i grabieży, był jednak paskudnym wyjątkiem od reguły, jaką stanowił spokój i powściągliwość. Podobnie jak późniejszy pogrom w Kielcach w r. 1946, który zniweczył dobre imię powojennej Polski, był to izolowany wybuch; zatruł on jednak skutecznie stosunki panujące między Polakami a Żydami. Nieuchronną konsekwencją był zatem silny uraz psychiczny wśród wszystkich grup ludności żydowskiej. Akty gwałtu o ograniczonym zasięgu dawały początek nieograniczonym plotkom i rodziły obawy dalszych gwałtów. W rezultacie — czasem z dnia na dzień — ludzie umiarkowani zmieniali się w radykałów, radykałowie zaś — w ekstremistów. Asymilacjonizm przeżył regres, z którego już nigdy się nie podniósł. Zapanowało przekonanie, że wszelkie ruchy kulturalne są niewystarczające wobec potrzeb dnia. Syjonizm — żydowski nacjonalizm — wyruszył na start[196].

Wydarzenia roku 1882 doprowadziły jednak do bardzo szczególnego zaostrzenia problemów ludności żydowskiej w Polsce. W wyniku pogromów wielu Żydów z części strefy zasiedlenia leżącej na terenie Rosji szukało schronienia w polskich guberniach albo w Galicji. Przybysze, znani w Polsce pod dość nieścisłą nazwą Litwaków, czyli „Żydów z Litwy”, różnili się od rodzimego elementu żydowskiego pod dwoma istotnymi względami. Po pierwsze, w wyniku rozgoryczenia, wywołanego przez upokarzające doświadczenia, było wśród nich wyjątkowo wielu zwolenników walki politycznej. Po drugie, wykształceni członkowie tej grupy byli w przeważającej mierze rosyjskojęzyczni, i wobec tego sprawy polskie były im w zasadzie całkowicie obojętne. Ich przybycie wprowadziło ogromny niepokój, a przywódcy ortodoksyjnych Żydów polskich byli im niechętni w tej samej mierze, co polscy katolicy. Napływ Litwaków przyniósł poważne szkody orientacji propolskiej, zahamował proces asymilacji Żydów i przyspieszył powstanie szerokiego wachlarza radykalnych programów politycznych. Wielu Litwaków traktowało pobyt w prowincjach polskich jako etap na drodze do Europy Zachodniej, Ameryki czy Palestyny. Wielu jednak zostawało, aby brać czynny udział w działalności ugrupowań socjalistycznych, komunistycznych i syjonistycznych.

W oczach Polaków owi „obcy Żydzi” ponosili główną odpowiedzialność za zakłócenie rzekomej harmonii wcześniejszych stosunków polsko-żydowskich. Nie zdając sobie z tego sprawy, przyczynili się w znacznej mierze do powstania panującego powszechnie stereotypu „żydokomuny”, łączącego pojęcia marksizmu i komunizmu z grupą intelektualistów wywodzących się spośród rosyjskich Żydów — był to stereotyp, który miał się w Polsce utrzymywać przez długi czas.

W latach osiemdziesiątych moda na emigrację do Palestyny zaczęła się gwałtownie rozszerzać. Stowarzyszenie, które nazwało się Hibbat Syjon , czyli Miłość Syjonu, zakładało filie na terenie całej strefy osiedlenia i w Galicji; w 1884 r. zorganizowało w Katowicach na Śląsku pierwszą ze swoich sfederowanych konferencji. W ciągu 17 lat, jakie upłynęły do chwili połączenia się Hibbat Syjon ze Światową Organizacją Syjonistyczną (SOS), stowarzyszenie to było głównym bodźcem działalności ruchu zwanego „praktycznym syjonizmem”, a także dostarczyło wielu spośród najwcześniejszych rekrutów pierwszym koloniom żydowskim w Palestynie. Bardzo szybko jednak między dwoma głównymi ośrodkami organizacji zarysowała się wyraźna różnica zainteresowań. Gałąź rosyjska z siedzibą w Odessie, na czele której stał doktor Leo Pinsker, podkreślała społeczne, gospodarcze i kulturalne korzyści płynące z emigracji. Natomiast dla mieszczącej się w Warszawie filii polskiej hasło „do Palestyny” kryło w sobie o wiele bardziej zasadniczy podtekst religijny[197].

Podteksty religijne stanowiły więc od samego początku element polskiego syjonizmu. Podczas gdy na terenie Galicji i rosyjskich obszarów strefy osiedlenia syjonizm należy uznać za kulminacyjny punkt rozwoju świeckich ruchów epoki, w prowincjach polskich często znajdował on zwolenników wśród ludzi, którzy wciąż trzymali się tradycyjnych przekonań religijnych. Tak zwany „syjonizm religijny” starał się godzić roszczenia nacjonalizmu żydowskiego z dążeniami ortodoksyjnego judaizmu; nie było też przypadkiem, że wśród jego założycieli znaleźli się niemal wszyscy wybitni rabini polscy. Jeden z najwcześniejszych traktatów poświęconych propagowaniu żydowskich osad rolniczych, Deriszat Syjon  (Poszukiwanie Syjonu), wydany w 1862 roku, wyszedł spod pióra talmudysty i rabina z Torunia, Cwi Hirsza Kaliszera (1795—1874), który, jak mówiono, zaczerpnął pomysły od swego kolegi i sąsiada, rabbiego Eliasza Guttmachera z Grodziska (1795—1874). W dwadzieścia lat później ową ideę pchnęła ku logicznemu zakończeniu powszechniej znana działalność rabbiego Samuela Mohylewera (1824—98). Podczas swego pobytu w Paryżu w 1882 roku Mohylewer, który najpierw był rabinem Radomia, a potem Białegostoku — wyróżnił się tym, iż zdołał przekonać barona Edmunda Rothschilda, aby ten zgodził się sfinansować pierwszy plan żydowskiej kolonizacji w Palestynie. Był jednym z motorów napędowych religijnego skrzydła Hibbat Syjon. W 1897 roku jego wymowne orędzie do uczestników pierwszego kongresu syjonistów w Bazylei nawoływało delegatów — w tonie słabo zamaskowanej podejrzliwości — aby nie zapominali o tym, czego żąda od nich religia:


Wielce szanowni bracia! Przywódcy Ludu wybranego, ukochani synowie Syjonu, oby Bóg dał wam życie wieczne! (…)  

Fundamentem Hibbat Syjon jest Tora, tak jak została nam przekazana z pokolenia na pokolenie. Nie traktuję tego stwierdzenia jako upomnienia skierowanego pod adresem jakiejkolwiek jednostki, a odnoszącego się do jej postępowania, albowiem jak mawiali nasi mędrcy, „Zaprawdę, nie ma w tym pokoleniu nikogo, kto mógłby upominać innych”. Mimo to jednak, stwierdzam w sposób ogólny, że Tora, która jest źródłem naszego życia, musi stać się podstawą naszego odrodzenia w ziemi naszych ojców. (…)  

Oby Odwieczny i Błogosławiony, Uwielbiany, Stróż i Odkupiciel Izraela, urzeczywistnił słowa naszego proroka (Zachariasz, 8, 7): „Tak mówi Pan Zastępów: »0to ja wybawię lud mój z krainy wschodu i z krainy zachodu słońca. Sprowadzę ich i mieszkać będą w Jeruzalem.  

I będą moim ludem, a Ja będę ich Bogiem, wiernym i sprawiedliwym [198].


Orędzie rabbiego Mohylewera posłużyło kongresowi jako przypomnienie (jeśli w ogóle trzeba było o tym przypominać), że tradycja religijna jest wciąż rzeczą największej wagi dla mas ludności żydowskiej żyjącej na ziemiach polskich. Według innej ulubionej hebrajskiej gry słów, nazwę „Polonia” można było również czytać jako Poh—lan—ya: „T


убрать рекламу




убрать рекламу



u odpoczywa Bóg”.

Prawdę mówiąc, zbyt często przecenia się wpływ nowych idei na społeczności żyjące w gettach Europy Wschodniej. W odróżnieniu od Żydów w Wielkiej Brytanii, Francji i Ameryce, czy nawet w Niemczech, Żydzi w Galicji i Rosji trzymali się dawnego stylu życia z wytrwałym konserwatyzmem. Byli równie niepodobni do światowej diaspory, co do swych chrześcijańskich sąsiadów. Życie w małych żydowskich miasteczkach na Wschodzie miało swój odwieczny i niezmienny charakter, który okazał się odporny na wszelkie innowacje. Zwyczaj ustalonych z góry małżeństw zawieranych przez dorastające dzieci, rytualne znaczenie szabasowych praktyk, obowiązujące reguły dotyczące diety i higieny, charakterystyczny strój i fryzura, chałat i pejsy — wszystko to służyło uzależnieniu ludzi od najmłodszych lat życia od tradycyjnych norm społecznych. Młodzi, którzy myślą lub uczynkiem odrzucali obowiązujące reguły, ryzykowali, że zostaną otwarcie odepchnięci przez rodzinę, i często w chwili słabości dawali się przeciągać na pozycje skrajnego radykalizmu. Maksymie Haskali, „bądź Żydem w domu, a człowiekiem na zewnątrz”, można było hołdować w Berlinie, Paryżu, Nowym Jorku, a może także w większych ośrodkach miejskich w rodzaju Warszawy, Wilna czy Odessy. Ale w prowincjonalnym sztetł , na typowych wiejskich peryferiach, absolutnie nie dało się jej folgować bez uczucia niepewności i zaniepokojenia[199].

Opozycja wobec głównego nurtu syjonizmu wypływała z wielu źródeł.

W obozie konserwatywnym elementy ortodoksyjnie religijne starały się uchronić powstające w ramach tego ruchu projekty, dotyczące oświaty i wychowania, od bezbożnych postępowców. Tak więc, zaledwie w cztery lata po orędziu rabbiego Mohylewera, skierowanym do kongresu w Bazylei, założono Mizrachi , czyli Ośrodek Duchowy, którego celem była ochrona interesów rabinatu w obrębie SOS. Ośrodek stał się przodkiem w prostej linii Narodowej Partii Religijnej działającej w dzisiejszym Izraelu. W r. 1912 powstał jeszcze bardziej konserwatywny Agudat Israel , Związek Izraela, którego celem było otwarte i całkowite odrzucenie syjonizmu. Wśród jego sponsorów znaleźli się Alterowie z Guru. Podczas I wojny światowej patronowały mu władze niemieckie, a także specjalny oddział neoortodoksyjnych rabinów niemieckich, sprowadzanych w celu wzniecenia antysyjonistycznej kampanii wśród Żydów z okupowanych terenów strefy osiedlenia.

Krytyka ze strony socjalistów także przybierała formy działań albo ograniczonych, albo radykalnych. Partia Poalej Syjon  (Robotnicy Syjonu), założona podobnie jak Mizrachi  w 1901 roku i stosująca tę samą taktykę, trzymała się granic syjonistycznej zagrody, jednocześnie starając się wywierać na przebieg wydarzeń wpływ zgodny z jej własnymi zasadami. Jej najbardziej wpływowy ideolog, Dow Ber Borochow (1881—1917), używał argumentów marksistowskich dla wykazania, że emigracja daje jedyną szansę pewnej ucieczki od narastających wśród europejskich Żydów konfliktów ekonomicznych i społecznych. Najwybitniejszy członek organizacji, Dawid Ben Gurion (1886—1973), urodzony w Płońsku koło Warszawy, brał czynny udział w rewolucyjnych strajkach lat 1905—06; później wyjechał do Palestyny i ostatecznie został wyniesiony do godności pierwszego premiera Izraela. Natomiast żydowski Bund  — Allgemeiner Yiddischer Arbeiterbund in Lite, Poilen un Russland  — czyli Zjednoczony Związek Robotników Żydowskich Litwy, Polski i Rosji, odrzucał ideę syjonizmu jako nacjonalistyczną fanaberię klas średnich. Bund — organizacja o charakterze marksistowskim i internacjonalistycznym, został założony w roku 1897 w Wilnie i objął czołową rolę w tworzeniu rewolucyjnej rosyjskiej Partii Socjalno-Demokratycznej. Jej przywódcy, urażeni organizacyjnymi szykanami Lenina, opowiadali się głównie po stronie mienszewików[200]. Polscy Żydzi reprezentujący grupę Litwaków — na przykład Maksym Litwinów (1876—1951), przyszły sowiecki Komisarz do Spraw Zagranicznych, urodzony w Białymstoku, czy Róża Luksemburg (1870—1919), urodzona w Zamościu — przyjmowali szereg poglądów Bundu, ale skłaniali się ku wstępowaniu bezpośrednio w szeregi ogólnorosyjskich odłamów ruchu socjaldemokratycznego.

Z punktu widzenia historyka proces rozwoju żydowskich partii politycznych w prowincjach polskich wykazuje wiele uderzających podobieństw do obecnych wydarzeń w dziedzinie polskiej polityki. Mutatis mutandis, cele i dążenia ruchu syjonistycznego do utworzenia wyłącznej narodowej ojczyzny — nie mówiąc o ostrym tonie wystąpień — bardzo przypominały aspiracje polskich narodowych demokratów, podczas gdy ambiwalentny stosunek syjonistów do judaizmu odpowiada stosunkowi nacjonalistów polskich do Kościoła katolickiego. Podejmowane przez Poalej Syjon  próby pogodzenia interesów narodowych i socjalistycznych stanowiły odbicie analogicznych napięć występujących w tym samym okresie w łonie PPS i doprowadziły do powstania dokładnie takich samych rozłamów i frakcji. Zarówno sama nazwa, jak i program ideologiczny Bundu bardzo przypominały nazwę i program SDKPiL. Mimo tych analogii stopień wzajemnej sympatii i współpracy między partiami żydowskimi i ich lokalnymi polskimi odpowiednikami podlegał ogromnym wahaniom. Syjoniści i narodowi demokraci współzawodniczyli ze sobą o wpływy wśród tej samej warstwy społecznej — klasy średniej, oferując jednocześnie diametralnie odmienne wizje przyszłości: w pierwszym przypadku była to wizja czysto żydowska, w drugim — czysto polska. W rezultacie patrzyli na siebie nawzajem z nieukrywaną nienawiścią: pierwsi uskarżali się na „antysemityzm”, drudzy zaś — na „antypolskość”. Żydowscy socjaliści utrzymywali nieco lepsze stosunki z PPS, zwłaszcza wtedy, gdy decydowali się podejmować działalność na rzecz socjalizmu na miejscu w Polsce, a nie za granicą, w Palestynie. Mówiący po polsku Żydzi o orientacji socjalistycznej, których wielu mieszkało w Łodzi, Warszawie, Grodnie i Białymstoku, wstępowali raczej do PPS niż do Poalej Syjon czy Bundu. Członkowie Bundu, których z syjonistami łączyła jedynie wrogość wobec polskiego nacjonalizmu, przed I wojną światową nie wykazywali większego zainteresowania sprawami polskimi. Po rewolucji październikowej większość wstąpiła do SDKPiL, a w obozie komunistycznym do PPS-Lewicy; gwałtowna akcja ze strony Rosji sowieckiej, zmierzająca do stłumienia ich działalności, spowodowała jednak nagłą zmianę sentymentów. Polska filia Bundu działała w Warszawie do 1939 roku i zbliżyła się znacznie do PPS. Niewielki odłam komunistyczny, Kombund, istniał w politycznym podziemiu od 1921 roku, działając we współpracy z KPRP[201]. (Patrz rozdz. XXII tomu II).


Kolejne przypływy i odpływy prądów asymilacyjnych na terenie prowincji polskich układają się w ogromnie skomplikowany wzór. Określały je nie tylko niezliczone stopnie na skali odpowiadającej chęci Żydów do wtopienia się w ogół ludności, ale także niezwykła różnorodność rodzimych społeczności oraz wielkie zróżnicowanie stopnia wzajemnej antypatii. Problemy wynikające z prób asymilacji Żydów i wtopienia ich w polską kulturę to zaledwie przykład trudności, jakie powstawały na skutek ich różnorodnych stosunków z Niemcami, Rosjanami, Ukraińcami, Litwinami i Białorusinami; z katolikami, protestantami, unitami, prawosławnymi i muzułmanami; ze szlachtą, urzędnikami, inteligencją, chłopstwem i proletariatem; a także z różnymi możliwymi połączeniami wszystkich tych grup. Spolonizowani Żydzi tworzyli istotny element w łonie polskiej inteligencji. Ale w stosunku do ogółu polskojęzycznego społeczeństwa stanowili oni zaledwie skromną mniejszość. Z przyczyn społecznych wielu zasymilowanych Żydów unikało publicznego rozgłaszania swego pochodzenia i włączało się niepostrzeżenie w kręgi polskich katolików. Ci, którzy zachowali swoje przekonania religijne, lubili się określać mianem „Polaków wyznania mojżeszowego”. W społeczeństwie nieżydowskim rozróżniano zazwyczaj między Izraelitami, a więc tymi, którzy zachowali zarówno rasę, jak i religię, i Żydami, którzy zachowali żydowską tożsamość, ale niekoniecznie religię, i wreszcie szeroką kategorię „byłych Żydów”, czyli ludzi pochodzenia żydowskiego, którzy na zawsze zerwali łączące ich z Żydami więzy.

Z biegiem lat kwestia żydowska doczekała się na łamach polskiej literatury wielu komentarzy. Klasyczna wypowiedź w tej sprawie pochodzi od Adama Mickiewicza i jest zawarta w Panu Tadeuszu, w scenie, w której Żyd Jankiel gra dla swych gospodarzy Polaków improwizowany koncert na cymbałach dla uczczenia wspólnego wyzwolenia się spod rosyjskiej dominacji. „Żyd poczciwy ojczyznę jako Polak kochał!”, pisze Mickiewicz. Później, w epoce pozytywizmu, podejmowano liczne próby stłumienia ognia rosnących antagonizmów. Powieściopisarz Bolesław Prus był jednym z wielu, którzy uważali, że powstałe kłopoty nie są problemami nie do przezwyciężenia:


Kwestyjkę żydowską nazwałbym wówczas kwestią, gdybym uwierzył, jak niektórzy moi koledzy, w to, że Żydzi są potęgą. Na nieszczęście, w moich oczach Żydzi nie stanowią potęgi pod żadnym względem, wyjąwszy chyba to, że są dość liczni i że proletariat ich rozmnaża się dość szybko.  

Niektórzy mniemają, że Żydzi są u nas jedynymi kapitalistami, a więc siłą finansową — ja zaś olbrzymią ich większość uważam za biedaków, najbiedniejszych między biedakami.  

Niektórzy posądzają ich o solidarność nadzwyczajną, co mnie znowu — bawi, ponieważ o ile wiem, w łonie tego wyznania, oprócz klas nienawidzących się i pogardzających nawzajem, są jeszcze partie: zacofana i postępowa, a nawet podobno i sekty religijne. Niektórzy wreszcie obawiają się zdolności umysłowych Żydów, które aczkolwiek niewątpliwie istnieją, dla naszej jednak rasy niebezpiecznymi nie są.  

Być może, że pogląd ten jest fałszywy, w każdym jednak razie zbić by go faktami należało. Nim zaś to nastąpi, sądzę i sądzić będę, iż Żydzi dlatego tylko przejmują nas obawą i wstrętem, że ich zupełnie nie znamy i nie staramy się poznać.  

Śmieszą nas Francuzi, nie mający wyobrażenia o geografii i etnografii ludów europejskich; o ileż śmieszniejszymi od nich jesteśmy my sami, którzy nie badamy obyczajów, religii i życia miliona prawie współobywateli, mających się z nami wcześniej lub później zlać w jednolite społeczeństwo.  

Na czymże polega zatem owa kwestyjka żydowska? Czy na religii czy na narodowości Żydów? Wcale nie. Żydzi narodowością nie są, religii zaś nikt ich pozbawiać nie myśli. Poza tymi jednak punktami są inne: oto ciemnota i kastowość.  

Zwracam uwagę (…), że ciemnota i kastowość stanowią fundament nie tylko separatyzmu żydowskiego. Z boleścią wyznać to musimy, że ciemnota w pięknym kraju naszym panuje wszechwładnie od piwnic do dachów. (…) Żydzi chasydzi więc ze swymi przesądami, zacofaniem i wiarą w cudownych rabinów — nie stanowią jakiegoś rażącego wyjątku. (…)  

Co do kastowości żydowskiej — Boże mój! a gdzież tej kastowości nie ma? Dawneż to czasy, kiedy szlachcic wstydził się rzemiosł i handlu? Iluż jest dziś urzędników, którzy by córki swej nie wydali za ślusarza lub cieślę? (…)  

Do tych dwu głównych, a powszechnych u nas czynników: ciemnoty i kastowości, dodajmy: żargon, chałat i wczesne zawieranie związków małżeńskich, ocukrujmy to wszystko biedą — wywołującą oszustwo i lichwę, a mieć będziemy cały tort, nazywający się kwestią żydowską. Że on jest niesmaczny — to prawda, ale żeby nie miał kiedyś prysnąć pod naciskiem oświaty i idei postępowych, w to nie uwierzę [202].


Argumentom Prusa nie brak właściwych liberałom błędnych założeń; większość z jego przepowiedni nigdy się nie spełniła, jego wywody ukazują jednak podstawowe argumenty i kontrargumenty tamtych czasów. W dziesięcioleciu poprzedzającym wybuch I wojny światowej, gdy rozwój syjonizmu podważył wszelkie próby odrzucenia kwestii odrębności narodowej Żydów, poziom debat nieco spadł.

„Antysemici” i „filosemici” bezustannie się nawzajem zwalczali w ogniu zaporowym wzajemnych rekryminacji i wzajemnie wykluczających się roszczeń.

W takiej sytuacji pewna doza animozji między poszczególnymi społecznościami była zapewne nie do uniknięcia. Podsycały je odwieczne deformacje społeczne i gospodarcze w łonie obu, nędza i presja demograficzna, przede wszystkim zaś — narastająca wśród wszystkich grup narodowych Europy Wschodniej tendencja do szukania własnego ratunku na własny sposób. Wrogość Polaków wobec Żydów dopełniała wrogość Żydów wobec Polaków. W epoce szalejącego nacjonalizmu solidarność między poszczególnymi społecznościami napotykała poważne przeszkody. Dopóki rządy mocarstw rozbiorowych zachowywały swoją pozycję, dopóty liczne odradzające się narodowości tego rejonu świata tkwiły uwięzione jak szczury w klatce, gdzie łatwiej jest gryźć sąsiada, niż — podejmując trud w imię wspólnej sprawy — wyłamywać pręty.

W okresie I wojny światowej i po jej zakończeniu problemy, z jakimi borykała się współczesność żydowska, weszły w fazę ostrego niebezpieczeństwa. Ponieważ Żydzi nie byli żywotnie zainteresowani zwycięstwem żadnej ze stron, wszystkie strony oskarżały ich o brak lojalności. Ponieważ nie mieli środków, aby stworzyć własne siły obronne, stanowili w tej części świata jedną z niewielu mniejszości narodowych, które nie były w stanie zadbać o swoje bezpieczeństwo. Przez sześć długich lat — od sierpnia 1914 do października 1920 roku — Galicja i strefa osiedlenia były areną niezliczonych akcji wojskowych. Bez przerwy tratowali je kombatanci frontu wschodniego, rosyjskiej wojny domowej, wojny polsko-ukraińskiej i polsko-sowieckiej. Kiedy walki wreszcie się skończyły, na mocy traktatu podpisanego w Rydze milion Żydów znalazło się po sowieckiej stronie granicy, ponad dwa miliony zaś — w Rzeczypospolitej Polskiej.

Ponowne narodziny Polski były dla wielu Żydów zapowiedzią przejścia przez Jordan. Unicestwienie cesarstwa rosyjskiego, poparcie ze strony zachodnich demokracji oraz założenie Ligi Narodów, która miała stać się gwarantem praw mniejszości, wskazywały na nadchodzący kres chronicznego poczucia braku bezpieczeństwa, które utrzymywało się przez ponad pół wieku. Mając to na względzie, wielu Żydów podejmowało w okresie wojny polsko-sowieckiej ochotniczą służbę zarówno w Legionach Piłsudskiego jak i w Wojsku Polskim; od samego początku też znaczny procent Żydów otwarcie wypowiadał swoje poparcie dla Drugiej Rzeczypospolitej. Mimo wrogości syjonistów i skrajnych nacjonalistów polskich (którym w szczytowym momencie bitwy o Warszawę udało się namówić władze, aby internowały wszystkich żydowskich ochotników jako potencjalnych bolszewickich wywrotowców) większość uznanych przywódców żydowskich zdecydowała się na współpracę z rządem. W maju 1919 roku odbył się pierwszy kongres Polaków wyznania mojżeszowego, który odbił się szerokim echem w polskiej prasie i który podsumował ich dążenia i aspiracje:


Pierwszy Kongres Założycieli

Związku Polaków Wyznania Mojżeszowego


POSTANOWIENIA

(…)

1. Polacy wyznania mojżeszowego, przepełnieni szczerym uczuciem miłości do Polski, będą mimo trudnych warunków egzystencji służyć swojemu krajowi jak oddani synowie i zawsze będą gotowi poświęcić swe życie i majątek dla jej dobra i chwały.

2. Kongres potępia z oburzeniem próby szerzenia nienawiści wśród współobywateli, zwłaszcza zaś „pogromy”, które są absolutnie nie do pogodzenia z duchem polskiego narodu.

Te dzikie wybuchy krzywdzą nie tylko obywateli żydowskich (…) ale przynoszą szkodę dobremu imieniu polskiego narodu i nie pozostają w zgodzie ze starymi tradycjami Polski.

3. Kongres protestuje przeciwko wszelkim tendencjom separatystycznym zmierzającym do utworzenia w Polsce odrębnej organizacji narodowej.

4. Kongres uznaje fakt, że kwestia żydowska w Polsce jest sprawą wewnętrzną oraz wyraża przekonanie, że zostanie ona rozwiązana przez Rzeczpospolitą Polską zgodnie z zasadami sprawiedliwości.

5. Kongres kieruje pod adresem całego polskiego społeczeństwa (…) prośbę, aby wyraziło ono swoje potępienie wobec „pogromów” (…) i aby w przyszłości nie dopuściło do tego, by na oczach demokracji całego cywilizowanego świata flagę Polski plamiła krew żydowskich obywateli (…).

6. Kongres zwraca się do Rządu, aby użył wszelkich dostępnych mu środków w celu ustanowienia przyjaznych i harmonijnych stosunków między wszystkimi obywatelami Polski…[203]


Z czasem owe tendencje przybladły, pozostawiając wielu spośród ich zwolenników w stanie izolacji zarówno od społeczeństwa polskiego, jak i żydowskiego.

Asymilacjoniści żydowscy, zrażeni letnią reakcją na wysuwane przez siebie żądania, reagowali czasem gwałtownymi słowami. Często cytowany i pamiętany przez długie lata artykuł Na drażliwość Żydów , który ukazał się w 1925 roku we wpływowym czasopiśmie „Wiadomości Literackie” i który zawierał listę ujemnych cech charakteryzujących Żydów, wyszedł spod pióra ni mniej, ni więcej tylko poety Antoniego Słonimskiego, jednego z czołowych żydowskich obrońców kultury polskiej swego pokolenia[204].


Sytuację polskich Żydów w okresie międzywojennym opisuje się niestety często w oderwaniu od kontekstu. Odmalowywanie życia w Polsce w jak najczarniejszych barwach zawsze leżało w interesie ruchu syjonistycznego, który starał się przekonać Żydów, że powinni porzucić swoje domy w Polsce. Ale syjonistyczny punkt widzenia, którego nie można przecież uważać za reprezentatywny dla całej ludności żydowskiej, zyskał sobie za granicą o wiele większy rozgłos niż poglądy którejkolwiek innej z zainteresowanych stron. Wobec Holocaustu II wojny światowej bardzo łatwo być mądrym po szkodzie i sugerować, że cierpienia lat 1918—39 były wstępem do mającej nastąpić tragedii. Tam gdzie bezstronne źródła są nader nieliczne, historycy muszą się poruszać z największą ostrożnością. Nie można oczywiście zaprzeczyć, że sytuacja gospodarcza i społeczna Żydów uległa pogorszeniu. Rozwój przemysłu, polskiej klasy średniej, przedsiębiorstw państwowych i chłopskich spółek — wszystko to ograniczyło możliwości tradycyjnej działalności Żydów. Żydów nie zasymilowanych niechętnie widziano w państwowych instytucjach i skutecznie odcinano im drogę do licznych zajęć i stanowisk w wojsku i służbie państwowej, a nawet w szkołach, w państwowym monopolu alkoholowym, na kolei. Jeśli chodzi o wolne zawody, podejmowano wysiłki — jawne lub zakamuflowane — zmierzające do utrzymania liczebnego udziału Żydów w granicach proporcji, jakie wynikały z ich liczebności w stosunku do ogółu mieszkańców kraju. Szkołom żydowskim nie udzielano żadnych subsydiów państwowych.

W ten sposób nacisk gospodarczy potęgował psychiczne poczucie zagrożenia.

Należy pamiętać, że większość rodzin żydowskich znalazła się w granicach Rzeczypospolitej Polskiej niezależnie od osobistych inklinacji. Jak Arabowie palestyńscy po II wojnie światowej, polscy Żydzi w latach 1918—21 nagle odkryli, że wokół nich utworzono nowe państwo i że stali się zakładnikami w rękach politycznego losu, na który nie mają najmniejszego wpływu. Jedni podeszli do sprawy życzliwie, inni nie. Władze polskie udzielały poparcia żydowskim organizacjom religijnym, niechętnie natomiast patrzyły na te, których działalność miała zabarwienie separatystyczne lub nacjonalistyczne. Co więcej, bezprecedensowa eksplozja demograficzna udaremniła wszelkie próby poprawy warunków społecznych. Liczba ludności żydowskiej wzrosła w roku 1931 do 2,7 miliona, a w roku 1939 do 3,35 miliona. W rezultacie w ciągu zaledwie dwudziestu lat wyemigrowało z Polski na zawsze aż 400 000 Żydów. Wyjechałoby jeszcze więcej, gdyby Palestyna i USA nie wprowadziły ograniczeń. Fakty te nie podlegają żadnej dyskusji. Trudność polega jedynie na tym, aby na nie spojrzeć z właściwej perspektywy. W łonie nowego wielonarodowościowego społeczeństwa wzajemne antypatie między poszczególnymi społecznościami były na porządku dziennym i Żydzi nie byli wyłączeni z tarć i antagonizmów, jakie dzieliły każdą grupę etniczną od pozostałych. Należy jednak podkreślić, że naciski i dyskryminacja, jakim ich poddawano, nie były niczym wyjątkowym. W kategoriach majątku, wykształcenia i pozycji społecznej Żydzi zajmowali wśród mniejszości niezłą pozycję — niewątpliwie gorszą od pozycji Niemców w prowincjach zachodnich, lepszą natomiast od pozycji Ukraińców i Białorusinów na wschodzie. W społeczeństwie, w którym Żydzi stanowili 10% ogółu ludności — w Warszawie i Wilnie 40%, a w miastach takich jak Pińsk — 90% — niełatwo było ustawiać histeryczne strachy na Żydów, w jakie obfitowały sąsiednie kraje. Prawie każda polska rodzina miała żydowskich krewnych lub przyjaciół, kupowała w żydowskich sklepach, szukała porady u żydowskich lekarzy i adwokatów, piła piwo w miejscowej żydowskiej karczmie. Sprawnego funkcjonowania polskiego społeczeństwa jako całości nie można rozpatrywać w oderwaniu od sukcesu żydowskich koncernów, które były z nim w pełni zintegrowane. Można było ubolewać z powodu tej zależności, nie leżało jednak w niczyim interesie podejmowanie przeciwko niej jakichkolwiek radykalnych środków. Tylko jedna wpływowa partia polska — Narodowa Demokracja i jej następcy — wykazywała otwartą wrogość wobec „rodzinnych cudzoziemców pośród nas”, a i oni nie byli w swych poglądach bardziej zajadli wobec Żydów niż wobec Niemców, Ukraińców, socjalistów czy Cyganów. Jeśli wierzyć przywódcy żydowskiego Bundu w przedwojennej Warszawie, nawet zjadliwość narodowych demokratów miała swoje granice:


…nacjonaliści (…) mieli wielkie trudności psychiczne, a także trudności innej natury, w przyjmowaniu idei faszyzmu i nazizmu (…). Nie byli takimi rewolucjonistami jak hitlerowcy w Niemczech czy faszyści we Włoszech, byli reakcjonistami w dawnym stylu. Zajmowali się organizowaniem gospodarczych bojkotów, ale nie nawoływaliby do fizycznych pogromów.  

Opowiadali się za numerus clausus na uniwersytetach, ale nie za tym, aby je zupełnie zamykać przed obywatelami polskimi, którzy nie są katolikami. (…) Propagowali ideę utworzenia dwóch klas obywateli, którym przysługiwałyby różne prawa polityczne, ale nie za całkowitym pozbawieniem owych praw którejkolwiek z grup. Byli gotowi (…) zadać poważne rany (…) wszystkiemu, co mogło przypominać liberalną demokrację parlamentarną, ale jednocześnie godzili się z istnieniem partii politycznych reprezentujących wszystkie odcienie stanowisk (z wyjątkiem partii komunistycznej). Ich szowinizm w sprawach kultury łagodził tradycyjny szacunek i podziw dla (…) łacińskiej kultury europejskiej (…). Partia narodowa nigdy nie mogłaby się stać rzeczywiście monolityczna i totalitarna pod względem wyznawanej przez siebie filozofii.  

Lojalność wobec Kościoła rzymskokatolickiego była podstawową cechą jej wizerunku… [205]


Przeciwnicy narodowych demokratów z lewicy — socjaliści, komuniści i liberalizująca inteligencja jako całość — zajmowali stanowisko jawnie prożydowskie. Jedyna czynna formacja faszystowska, Falanga Bolesława Piaseckiego (1915—79), nie cieszyła się szerszym poparciem społeczeństwa; jej członkowie zostali rozpędzeni przez policję przy obu okazjach — w r. 1934 i 1937 — kiedy odważyli się otwarcie wyjść na ulicę. Działalność antysemickich podszczuwaczy, w rodzaju księdza Stanisława Trzeciaka, swego czasu profesora Katolickiej Akademii Duchownej w Petersburgu, który uczestniczył w hitlerowskim „panariańskim” Weltdienst , czy Edwarda Chowańskiego, wydawcy z Katowic, który odsiedział dziewięciomiesięczny wyrok za głoszenie proroctwa, że Żydzi unicestwią świat, nie przechodziła bezkarnie. Ukazujące się na Zachodzie doniesienia prasowe o „pogromach w Polsce”, choć przyjmowane przez żydowskich komentatorów, były regularnie dementowane przez niezależnych obserwatorów brytyjskich i amerykańskich. Tak zwany pogrom we Lwowie, w listopadzie 1918 roku, okazał się wojskową masakrą, podczas której zginęło trzykrotnie więcej chrześcijan niż Żydów. Tak zwany pogrom w Pińsku z marca 1919 roku okazał się dziełem pewnego spanikowanego porucznika, który wydał rozkaz egzekucji 35 osób podejrzanych o szpiegostwo na rzecz bolszewików; amerykański obserwator określił ten incydent jako „w pełni usprawiedliwiony okolicznościami”. Pogromy w Wilnie w kwietniu 1919 r., a następnie w październiku 1920 r. — były spowodowane spiesznym odwrotem oddziałów Armii Czerwonej oraz wojskową akcją odwetową wymierzoną przeciwko osobom podejrzanym o kolaborację. W latach trzydziestych Żydów polskich istotnie narażano na znoszenie wielu paskudnych gróźb i obmów, a także wystawiano na działanie narastającej fali trudności gospodarczych i poczucia zagrożenia. Po śmierci Piłsudskiego kierownictwo OZON—u nie przewidywało w swojej wizji polskiej jedności narodowej zbyt wiele miejsca dla Żydów.

Ustawa z kwietnia 1936 roku ograniczająca prawo rytualnego uboju zwierząt (szehita) do miejscowości zamieszkanych przez Żydów spowodowała szereg niepotrzebnych utrudnień. Natomiast szyta grubymi nićmi kampania, mająca zdyskredytować “Judaistyczno-masońskie koło” prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego, obróciła się przeciwko tym, którzy ją zainicjowali. Jeśli chodzi o prawdziwą przemoc i gwałt, Żydzi polscy nie doświadczyli niczego, co dałoby się porównać z dokonywanymi przez rząd sanacyjny brutalnymi pacyfikacjami buntowniczych chłopów czy ukraińskich separatystów; nigdy też nie spotkały ich ataki porównywalne z tymi, jakie skierowano przeciwko ich rodakom w sąsiednich Węgrzech, Rumunii, Niemczech czy na Ukrainie. Do roku 1939 nie znaleziono żadnego zadowalającego rozwiązania narastającego problemu; przyszłość przedstawiała się rzeczywiście niezbyt optymistycznie. Ale historycy, którzy bez mrugnięcia okiem stwierdzają, że „słowa zostały już wypisane na ścianie” albo że Żydzi polscy „stali na granicy zagłady”, lub cytują wypowiedź jakiegoś warszawskiego rabina tej treści: „czekamy na śmierć”, wykazują wobec spraw polskich bardzo stronnicze stanowisko. Jak zaznaczył Izaak Cohen ze Stowarzyszenia Anglo-Żydowskiego, Żydzi wyobrażający sobie, że się ich w Polsce maltretuje, mieli się wkrótce doczekać warunków, w porównaniu z którymi Polska była prawdziwym rajem; i jak trafnie podkreślił w 1920 r. Sir Horace Rumbold, ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce: „bardzo mało korzyści przynosi Żydom wybieranie jako przedmiotu krytyki i zemsty jedynego kraju, w którym zapewne najmniej ucierpieli”[206].

Zagłada Żydów polskich podczas II wojny światowej nie miała nic wspólnego z ich wcześniejszymi cierpieniami. „Ostateczne rozwiązanie” hitlerowskich faszystów różniło się od innych form nieludzkich działań nie tylko pod względem ilościowym, ale i jakościowym. Nie był to po prostu pogrom na wielką skalę; był to wyrachowany akt ludobójstwa przeprowadzony z upoważnienia państwa niemieckiego, masowy mord popełniony w całkowitej zgodzie z wymogami jedynej w swoim rodzaju nieludzkiej hitlerowskiej ideologii. Co więcej, nie był to akt zaplanowany z góry. W ciągu pierwszego półtora roku okupacji niemieckiej więcej Żydów zginęło podczas kampanii wymierzonych przeciwko polskiej inteligencji (wśród której był duży procent Żydów) niż podczas akcji skierowanych specjalnie przeciwko społeczności żydowskiej. W tym stadium wojny hitlerowskim przywódcom zależało przede wszystkim na tym, aby Żydów zapędzić do rezerwatów, dlatego też poddawali ich niezliczonym upokorzeniom i aktom gwałtu. W niektórych okolicznościach — jak na przykład w przypadku celowego podpalenia getta w Będzinie 9 września 1939 roku — Niemcy urządzali masakry na szeroką skalę, nie mieli jednak wówczas wyraźnego zamiaru wymordowania wszystkich Żydów. Wciąż jeszcze snuli fantastyczne plany osadzenia ich na jakiejś bliżej nie sprecyzowanej wyspie Imperium Brytyjskiego, sprzedania ich hurtem temu, kto zaoferuje najwyższą cenę, lub deportowania do Azji Środkowej.

Ponieważ nie byli jeszcze w stanie wojny z USA, musieli choćby w najmniejszym stopniu liczyć się z wrażliwością Amerykanów. W obliczu problemu pozbycia się mieszkańców rezerwatów stanęli dopiero wtedy, gdy owe wcześniejsze plany straciły z chwilą powstania w połowie 1941 roku brytyjsko-sowiecko-amerykańskiego związku aliantów wszelką szansę realizacji. Dopiero w tym momencie, nie wcześniej, „ostateczne rozwiązanie” weszło w stadium finalizacji[207].

Jedna z najbardziej paskudnych kontrowersji współczesnej historii powstała wokół kwestii stosunku ludności nieżydowskiej do hitlerowskiego Endlosung .

Niektórzy żydowscy pisarze — zarówno naukowcy, jak i powieściopisarze, na przykład Leon Uris — szerzyli pogląd, jakoby Polacy cieszyli się z losu Żydów, a w najlepszym wypadku odgrywali rolę biernych gapiów. Apologeci polscy natomiast zadawali sobie mnóstwo trudu, aby nadać rozgłos przypadkom, w których dzielni obywatele pomagali Żydom lub nawet ratowali ich przed hitlerowcami. Obie strony tego sporu pomijają milczeniem rzeczywistość czasów hitlerowskiego terroru, który w Polsce był o wiele gwałtowniejszy i trwał o wiele dłużej niż gdziekolwiek indziej w Europie. Pytanie, dlaczego Polacy robili niewiele, aby pomóc Żydom, ma taki sam sens, jak pytanie, dlaczego Żydzi robili niewiele, aby pomóc Polakom. Opowieści o pojedynczych przypadkach szlachetnej odwagi, choć prawdziwe, bardzo wyolbrzymiały rzeczywiście istniejące szansę dania dowodów rycerskości. W świecie, w którym każdego, kto łamał hitlerowskie rozkazy, czekała natychmiastowa śmierć, hitlerowcy zaw


убрать рекламу




убрать рекламу



sze byli w stanie wymusić na sterroryzowanej ludności pewien stopień współpracy. Polskiego lekarza w niewoli Oświęcimia, polskiego partyzanta w lesie, polskiego chłopa obawiającego się akcji odwetowej nie można sądzić według norm moralności obowiązujących wśród wolnych ludzi żyjących w normalnych czasach, tak samo jak nie można w ten sposób sądzić żydowskich donosicieli, którzy starali się ratować życie, denuncjując swych towarzyszy, ani żydowskich prostytutek, które pracowały w wartowniach esesmanów. Zarówno Polacy, jak i Żydzi byli ofiarami terroru, a ich postępowanie było przez ten terror uwarunkowane. Jest oczywiście rzeczą absolutnie prawdziwą, że niektóre z partyzanckich band bez chwili wahania mordowały żydowskich uciekinierów. Jest także prawdą, że Armia Krajowa nie przeciwstawiała się budowaniu gett w latach 1939—40 ani masowym deportacjom z lat 1941—43. Ale przytaczanie faktów tego rodzaju jako dowodu umyślnego zaniedbania wszelkich akcji równałoby się fabrykowaniu oszczerstw równie zjadliwych jak wszystkie te, które rzucano na samych Żydów. Z natury rzeczy Podziemie było notorycznie podejrzliwe w stosunku do wszystkich uchodźców, outsiderów i obcych — nie tylko w stosunku do Żydów; ochrony udzielało równie wielu ludziom, jak wielu jej odmawiało. Polskie Podziemie nie podjęło zadania przeciwstawienia się nie tylko akcjom skierowanym przeciwko Żydom, ale także — do roku 1943 — wszystkim egzekucjom i masowym deportacjom obywateli polskich. We wcześniejszych latach wojny było po prostu zbyt słabe i zbyt zdezorganizowane, aby próbować czegoś więcej poza lokalnymi dywersjami. Z jednym wyjątkiem getta łódzkiego, które przetrwało do sierpnia 1944 roku, „ostateczne rozwiązanie” zostało jednak niemal całkowicie przeprowadzone do czasu, gdy Podziemie okrzepło na tyle, aby podjąć działanie. Tymczasem Rada Pomocy Żydom, utworzona przez Delegaturę Rządu na Kraj, zorganizowała dziesiątkom tysięcy Żydów kryjówkę i opiekę. Tych, którzy ocaleli, było bardzo niewielu, ale w tych warunkach trudno sobie wyobrazić, jak mogło stać się inaczej[208]. (Patrz rozdz. XX tomu II).

O skutkach „ostatecznego rozwiązania” nie ma potrzeby zbytnio się rozpisywać. Ocenia się, że z 3,35 miliona Żydów, którzy mieszkali w Polsce w 1939 roku, przeżyło około 369 000, czyli 11%. Najliczniejszą grupę stanowili ci, którzy umknęli lub zostali w 1939 roku wcieleni do ZSRR. Ponad 40% obywateli polskich zgłaszających się do nowo otwartego Konsulatu Polskiego w Kujbyszewie było Żydami. Niektórzy z nich — w tym Menachem Begin, urodzony w Brześciu w 1913 roku — dotarli do Palestyny w szeregach polskiej armii generała Andersa. Reszta przeżyła w Polsce, ukrywając się w stodołach, piwnicach i na strychach pod fałszywymi nazwiskami lub pod opieką chłopów. W latach 1945—46 z ZSRR przeszło do PRL około 200 000 polskich Żydów; dla większości z nich był to jednak etap na drodze do Izraela lub innych jeszcze bardziej odległych miejsc przeznaczenia. Wielu zwerbowano w szeregi PPR lub zatrudniono w komunistycznych służbach bezpieczeństwa, przez co ożyło dawne widmo żydokomuny. Ale w ogólnym rozrachunku 40 000 Żydów wtopionych w 24 milionową rzeszę ludności stanowiło grupę liczebnie pozbawioną wszelkiego znaczenia. Po raz pierwszy od połowy tysiąclecia Polska przestała być największym azylem Żydów w Europie.




X. WOJSKO.

Tradycja wojskowa

 Сделать закладку на этом месте книги

Niewiele jest narodów, które na przestrzeni minionych dwustu lat byłyby świadkami tylu akcji wojennych, co Polacy. Podobnie jak w XVIII w., również w wieku XX ziemie polskie regularnie stawały się areną europejskich wojen. W wieku XIX dostarczyły armiom trzech potęg militarnych niezliczonych rekrutów i poborowych. Jednocześnie zaś żaden inny naród w Europie nie otrzymał równie skromnej nagrody za przelany pot i krew. Żołnierz polski walczył najczęściej pod obcymi sztandarami. Gdy przyszło mu maszerować pod flagą polską i walczyć o polską sprawę, prawie nieodmiennie spotykała go klęska. To smutne, ale okoliczności zmusiły Polskę do odgrywania roli jednego z głównych europejskich dostawców mięsa armatniego[209].

W połowie XVIII w. dawna armia Rzeczypospolitej Polski i Litwy znajdowała się już na granicy całkowitego upadku. Nie podjęła żadnej zagranicznej kampanii od czasu wojen Świętej Ligi w latach dziewięćdziesiątych XVII w. — a i wtedy odegrała jedynie rolę najemnych sił Habsburgów. Jej działania podczas wielkiej wojny północnej nie zdołały powstrzymać rosyjskich i szwedzkich najeźdźców i w 1717 roku zakończyły się oficjalnym ograniczeniem jej liczebności do nominalnej liczby 24 000 żołnierzy. Potem okazała się zarówno niechętna, jak i nie zdolna do tego, aby stawić czoło rozlicznym obcym i krajowym formacjom wojskowym, które pod koniec epoki saskiej wzdłuż i wszerz przemierzały ziemie polskie. Odegrała jedynie marginesową rolę w wojnie o polską sukcesję, a żadnej zgoła — w wojnach śląskich, w wojnie o sukcesję austriacką i w wojnie siedmioletniej. Naturalną niechęć szlachty do popierania rozwoju nowoczesnej stałej armii potęgowało oczywiste niebezpieczeństwo stworzenia w ten sposób siły, która mogłaby stanowić zagrożenie dla ambicji Rosji, Austrii i Prus. Mimo to Rzeczypospolitej Polski i Litwy nie brakowało żołnierzy. Ogromne rzesze ubogiej drobnej szlachty tworzyły wojskową kastę, która pod względem liczebności nie miała równych w Europie. Ale jej pogarda dla służby państwu, żywe zaangażowanie we własne prywatne wojny i vendetty, podtrzymywanie mitu o pospolitym ruszeniu, szlacheckim wojsku, niechęć do musztry, obsesyjna miłość do konnicy przy jednoczesnym lekceważeniu wszelkich innych rodzajów wojsk i broni, sprzeciw wobec idei utworzenia „plebejskiej armii”, złożonej z chłopskich poborowych — wszystko to stwarzało sytuację wybitnie niekorzystną w porównaniu z sytuacją sąsiadów Polski. Prywatnych wojsk było bez liku; wielcy magnaci w rodzaju Karola Radziwiłła, Ksawerego Branickiego czy Antoniego Tyzenhauza utrzymywali instytucje wojskowe, które mogłyby stać się przedmiotem zazdrości niejednego europejskiego księstwa — wyposażone we własne korpusy oficerskie, zawodowe akademie, mundury, regulaminy i przemysł zbrojeniowy. Ich prywatne cele i zamiary nie uwzględniały jednak wymogów wspólnej obrony. W roku 1781 stosunek liczby przeszkolonych żołnierzy państwa do ogółu dorosłej ludności męskiej osiągnął liczbę l:472. Ta godna pożałowania statystyka nie wytrzymuje porównania z analogiczną liczbą l:153 we Francji, l:90 w Austrii, l:49 w Rosji czy wreszcie 1:26 w Prusach. Oto doprawdy piękny paradoks: najbardziej zmilitaryzowane społeczeństwo Europy nie było w stanie zapewnić sobie obrony. Indywidualistyczne tradycje wojskowe szlachty stanowiły być może o predyspozycji Polaków do podejmowania powstań XIX wieku; nie mogły one jednak uratować Rzeczypospolitej szlacheckiej[210]. (Patrz tom I, rozdz. XVII i XVIII).

Instytucję wojska państwowego ożywił w Polsce Stanisław August; utrzymywała się ona z przerwami przez następne sześćdziesiąt lat. W latach 1765—1831 podejmowano ciągłe próby rozwinięcia potencjału wojskowego Polski, w celu osiągnięcia poziomu porównywalnego z sąsiednimi krajami. Przez większą część tego okresu istniało niezależne wojsko polskie. Klęski i porażki, po których wojsko szło w rozsypkę, nie wystarczyły, aby całkowicie unicestwić ciągłość tradycji i kadry. Odrodzenie rozpoczęło się z chwilą utworzenia w roku 1765 Korpusu Kadetów — akademii wojskowej mającej wychowywać nowe pokolenia oficerów w duchu patriotyzmu i oświecenia. Po roku 1775 dzieło to kontynuował Departament Wojskowy Rady Nieustającej, który zniósł dawne „narodowe” i „obce” kontyngenty i zaczął tworzyć nowe kadry scentralizowanego i skonsolidowanego wojska Rzeczypospolitej. Przeformowano oddziały artylerii, zreorganizowano konnicę, wprowadzono wojskowy regulamin; J. Bakałowicz i J. Jakubowski wydali swe prace z dziedziny teorii wojskowości. W r. 1788, w chwili gdy Sejm Czteroletni po raz pierwszy głosował za utworzeniem stałej armii w sile 100 000 żołnierzy, niewątpliwie istniała realna możliwość urzeczywistnienia tego przedsięwzięcia. Pozostały jednak zaledwie cztery krótkie lata do wybuchu wojen rosyjskich z lat 1792 i 1794. Błyskotliwa inteligencja jednostek nie mogła zrównoważyć niedostatków wyszkolenia, uzbrojenia i liczebności. Dzięki posunięciu Kościuszki, który wprowadził mobilizację chłopów, powołując jednego żołnierza piechoty na każde 5 dymów, oddziały powstańczego wojska zwiększyły się do ponad 100 000 żołnierzy[211]. Ale nie mogło ono dorównać zdyscyplinowanym zawodowym formacjom wojskowym Prus i Rosji. Mimo to zdobyte doświadczenie nie poszło na marne.

Sam Kościuszko był tylko jednym, choć wybitnym spośród absolwentów Korpusu Kadetów; a jego podkomendni — Kniaziewicz, Dąbrowski, Zajączek, Niemcewicz — mieli stworzyć rdzeń przyszłych polskich legionów (1797—1802), armii Księstwa Warszawskiego (1807—13) i polskiego wojska Królestwa Kongresowego (1815—31).

Epizod napoleoński zapoczątkował trzydziestoletni okres silnych wpływów francuskich. Jeżeli znaczenie legionów było przede wszystkim psychologiczne, to wprowadzenie w 1807 roku sześcioletniej służby wojskowej dla wszystkich mężczyzn Księstwa Warszawskiego w wieku od 21 do 28 lat sprawiło, że wojenne doświadczenia i przeszkolenie stały się udziałem szerokich mas ludności.

Napoleońska strategia i taktyka ataku przez zaskoczenie bardzo przemawiały do wspomnień o wojennych obyczajach szlachty i współgrały z legendą Tarnowskiego i Sobieskiego. W trzyletniej szkole elementarnej i rocznej szkole aplikacyjnej zwracano systematycznie uwagę na wychowanie wojskowe i techniczne[212]. (Patrz rozdz. XII tomu II).

Wojsko Królestwa Kongresowego wprowadzało pomysły francuskie do formacji przekształconych na modłę rosyjską. Narzucenie rosyjskich praktyk sztabowi głównemu i wprowadzenie bezlitosnej dyscypliny wśród szeregowych żołnierzy niewątpliwie stało się istotnym czynnikiem kryzysu politycznego z 1830 roku.

Jednocześnie jednak gruntowne przeszkolenie oficerów i przedłużenie okresu służby wojskowej do dziesięciu lat umożliwiło wojsku polskiemu stawienie czoła

Rosjanom z pewną dozą zaufania we własne siły. Wojna rosyjsko-polska z 1831 roku stała się w historii nowożytnej jedną z dwóch okazji, w których Polacy zmierzyli się z Rosjanami jak równy z równym[213]. (Patrz rozdz. XIII tomu II).

W latach 1831—1914 oficjalne wojsko polskie praktycznie nie istniało. Polskim inicjatywom wojskowym — tak w okresie powstań z lat 1846, 1848 i 1863, jak w legionie Mickiewicza we Włoszech czy w polskich oddziałach konnicy podczas wojny krymskiej — brak było wszelkich znamion zgranego i skonsolidowanego działania. Należały do tradycji owego romantycznego świata wojny amatorskiej i partyzanckiej, w którym ważniejszy jest sam udział w grze i wytrwanie na placu boju niż myśl o zwycięstwie[214].

W ciągu owego długiego okresu, liczącego ponad osiemdziesiąt lat, udział Polaków w służbie sił zbrojnych mocarstw rozbiorowych stanowił doświadczenie o pierwszorzędnym znaczeniu. Obecność w prowincjach polskich ogromnych garnizonów rosyjskich, pruskich i austriackich, a także organizacja stałych okręgów wojskowych, zależnych od Petersburga, Berlina czy Wiednia, miała doniosłe konsekwencje dla życia społecznego, gospodarczego i kulturalnego całego rejonu.

W szeregi wojska trafiały całe pokolenia młodych Polaków. Tam wpajano im zasady lojalizmu politycznego panujące w pułku, do którego trafili; tam też uczyli się słuchać rozkazów wydawanych po rosyjsku lub po niemiecku. W Prusach zapotrzebowanie armii na wykształconych rekrutów stało się podstawowym bodźcem do rozwoju systemu oświaty państwowej, a w konsekwencji — do germanizacji. Na przykład w roku 1901 99% rekrutów z Wielkopolski umiało czytać i pisać po niemiecku. W Rosji i Austrii, gdzie poziom oświaty był niższy, tożsamość Polaków nie ginęła tak łatwo pod obcym zalewem. Jednocześnie jednak wielu wykształconych Polaków trafiało do różnych korpusów oficerskich. Chociaż katolikom polskim wiodło się gorzej w służbie protestanckich Prus i prawosławnej Rosji, nazwiska polskie znaleźć można na wojskowych listach sztabowych i honorowych wszystkich trzech cesarstw. Marszałek Konstanty Rokossowski (Konstantin Rokossowskij (1896—1968), który urodził się w Warszawie jako syn polskiego maszynisty kolejowego i wstąpił do armii rosyjskiej podczas I wojny światowej, był zaledwie ostatnim z długiej listy oficerów polskich w służbie cara, na której znaleźli się także:

Władysław Anders (1892—1970), Józef Dowbór-Muśnicki (1867—1937), Zygmunt Piłsudski, R. Łągwa (1891—1938) i Lucjan Żeligowski (1865—1947). W Prusach Polacy trafiali się rzadziej wśród oficerów niż wśród podoficerów, którzy tworzyli szkielet niemieckiej armii; natomiast w Austrii oficerowie pokroju Tadeusza Rozwadowskiego (1866—1928), Stanisława Szeptyckiego (1867—1950) i Stanisława Hallera (1872—1940), którym powierzano dowództwo na najwyższych szczeblach, nie należeli bynajmniej do wyjątków. Wszyscy ci żołnierze pozostawali pod silnym wpływem tradycji armii, w których pełnili służbę; ukształtowała ich też intensywność wojennych przeżyć w okopach I wojny światowej. Nic więc dziwnego, że kiedy ich wezwano do dzieła tworzenia nowego polskiego wojska, okazało się, że jest im bardzo trudno ze sobą współpracować.

Kampania Legionów polskich w latach 1914—17 była do pewnego stopnia odtworzeniem scenariusza działania ich napoleońskich poprzedników, od których zresztą wzięły swoją nazwę. Ich cele nie zostały w pełni osiągnięte — ani w dziedzinie wojskowej, ani też w dziedzinie politycznej. Idea Piłsudskiego, aby o niepodległość Polski walczyć pod austriackimi rozkazami, okazała się równie niepraktyczna jak plan Dąbrowskiego, aby podjąć walkę po stronie Napoleona w nadziei odbudowania dawnej Rzeczypospolitej. Warunki polityczne ustanowione w 1917 roku przez Niemców z ramienia państw centralnych były całkowicie nie do przyjęcia. (Patrz rozdz. XVIII tomu II). Natomiast znaczenie psychologiczne Legionów było i tym razem ogromne, a nieoczekiwane proklamowanie niepodległości narodowej zaledwie w siedemnaście miesięcy po ich przymusowym rozwiązaniu stworzyło byłym legionistom niepowtarzalną szansę podjęcia służby wojskowej w Drugiej Rzeczypospolitej. Poza samym Piłsudskim pierwsze wojenne doświadczenia zdobywali w Legionach generałowie Józef Haller (1873—1960), Marian Kukieł (1885—1973), Kazimierz Sosnkowski (1885—1969) i Władysław Sikorski(1881—1943)[215].

W życiu Drugiej Rzeczypospolitej wojsko odgrywało rolę o kapitalnym znaczeniu. Ono właśnie było w znacznej mierze odpowiedzialne za obronę i zachowanie manny niepodległości, która tak niespodziewanie spadła z nieba w 1918 roku.

Ufność Sztabu Generalnego w militarne możliwości Polski okazała się złudna, ale w roku 1939 poświęcenie i odwaga polskiego wojska, okazywane w niewyobrażalnie trudnych warunkach, nierzadko mogły służyć za wzór. (Patrz rozdz. XIX tomu II).


Podczas II wojny światowej kontrola nad licznymi formacjami polskimi nie leżała w polskich rękach. W 1940 roku zrekonstruowane wojsko, które pod francuskimi rozkazami walczyło pod Narvikiem i we Francji, liczyło 80 000 żołnierzy. Po upadku Francji jego resztki przedostały się do Wielkiej Brytanii, gdzie zostały przeformowane, tworząc Pierwszy Polski Korpus pod rozkazami brytyjskimi. Po roku 1941 utworzono dwie odrębne polskie armie na terenie ZSRR.

Pierwsza — polska armia na Wschodzie — utworzona głównie z byłych deportowanych więźniów i dowodzona przez generała Władysława Andersa, opuściła Związek Radziecki, udając się na Bliski Wschód, gdzie została ostatecznie wcielona do Drugiego Polskiego Korpusu Ósmej Armii Brytyjskiej. Jej niezwykłej odysei, drogą wiodącą z obozów na Syberii i w Azji Środkowej do Buzułuku nad Samarą, Taszkientu, Pahlawi, Bagdadu, Jerozolimy, Kairu, Tobruku, Anzio, Rzymu, Sangro do linii Gotów, nigdy należycie nie zrelacjonowano zachodnim czytelnikom. Druga armia pojawiła się w 1943 roku jako Pierwsza Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Politycznie podlegała ona polskim komunistom w Moskwie i pozostawała całkowicie pod rozkazami sowieckiego dowództwa. W marcu 1944 roku pojawiła się na arenie wydarzeń jako Pierwsza Armia Polska pod wodzą generała Zygmunta Berlinga (1896—1980), aby wziąć udział w kampaniach na froncie wschodnim. W tym okresie wojny oddziały polskie walczące w szeregach armii brytyjskiej liczyły około 195 000 żołnierzy, wojska zaś pod rozkazami radzieckimi — 78 000 żołnierzy. W latach 1944—45 liczby te wzrosły odpowiednio do 228 000 i 400 000; szeregi wojsk pod dowództwem radzieckim zasilili poborowi z wyzwolonych ziem polskich. Wszystkich tych ludzi wezwano do podjęcia ogromnych ofiar, których ostateczny cel był nieco dwuznaczny. W bitwie o Anglię w 1940 roku zasługą polskich lotników było około 15% strat poniesionych przez nieprzyjaciela, Polacy przyczynili się więc w sposób istotny do uratowania Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy jednak nigdy nie odwzajemnili tego gestu — ani w latach 1939—40, ani 1944—45 — dla ratowania Polski. W bitwach pod Lenino na froncie wschodnim w październiku 1943 roku, pod Monte Cassino we Włoszech w maju 1944 i pod Arnhem we wrześniu 1944 roku jednostki polskie wykazały niezwykłą odwagę i poniosły znaczne straty, uczestnicząc w operacjach o wątpliwej wartości.

W chwili zakończenia wojny w Europie, 9 maja 1945 roku, Pierwsza Polska Dywizja Pancerna stała pod Wilhelmshaven, Drugi Korpus — w Bolonii, Pierwszy Korpus Pancerny — nad Łabą w Czechosłowacji. Jedyna polska formacja, która cieszyła się znaczną autonomią, partyzancka Armia Krajowa, otrzymała tyleż praktycznego wsparcia od aliantów, co od Sowietów. Z wielkich ofiar Polaków poniesionych w wojnie przeciwko Hitlerowi nie wypłynęły żadne proporcjonalne korzyści dla przyszłych losów Polski[216]. (Patrz rozdz. XX tomu II).


Na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci polskie wojska zapisały na swoim koncie zaledwie jedno samodzielne zwycięstwo. „Cud nad Wisłą”, który zdarzył się w sierpniu 1920 r., jest czymś równie wyjątkowym w nowożytnej historii Polski, co w karierze Armii Czerwonej. Ten jeden jedyny raz Polacy wyszli zwycięsko z samotnej potyczki z siłami zbrojnymi swojego wielkiego sąsiada. Jak to się stało, wciąż pozostaje sprawą do dyskusji. Zwycięstwa nie można z pewnością przypisać ani starannemu planowaniu, ani systematycznym przygotowaniom. Sam Piłsudski nazywał je „starciem”, „bijatyką”, „bagarre”, „absurdem”. Mówił o „nicości sił”, „irracjonalnej słabości”, „wielkim ryzyku, sprzecznym ze wszelkimi zasadami sztuki wojennej”. Jego przeciwnicy wskazywali na umiejętności przebywającego wówczas z wizytą w Polsce generała Weyganda, na szaleństwo Tuchaczewskiego, na machinacje Stalina lub nawet boską Opatrzność — na wszystko poza zdecydowaniem i zimną krwią Piłsudskiego. Całkowite wyjaśnienie nie jest znane, a jeśli obecna cenzura polityczna nadal będzie się utrzymywać, naród polski nigdy nie pozna nawet podstawowych faktów[217].

W istniejących warunkach w Polsce nie mogła się rozwinąć żadna trwała i ogólna tradycja wojskowa. Ponawiające się klęski wciąż na nowo umniejszały kompetencję kolejnych pokoleń w oczach następnych generacji. Po chwilach nadziei nieodmiennie następowały gorzkie rozczarowania. Korpusy oficerskie, pułki i kolegia wojskowe nigdy nie zaznały radości ani takiego sukcesu, ani takiej ciągłości trwania, jakie mogłyby zapewnić przekazanie ich następcom własnych postaw i doświadczeń w sposób budzący jakiekolwiek zaufanie. Natomiast wspaniale rozwinęła się mocna wiara w osobiste cnoty polskiego żołnierza jako jednostki. Wytrwałość i siła w obliczu przeciwieństw losu, umiejętność improwizacji, oddanie sprawie, brak troski o własne bezpieczeństwo — wszystkie te cechy zyskiwały podziw towarzyszy broni we wszystkich formacjach, w których służyli


Polacy. Składa im hołd bogaty repertuar polskiego folkloru wojskowego:

Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani, że za tobą idą, że za tobą idą chłopcy malowani? [218]

Można je odnaleźć w pieśniach z czasów wypraw Batorego na Moskwę, w dziarskich mazurkach ułanów, a przede wszystkim — słowach marsza Legionów Piłsudskiego:

Legiony to żołnierska buta;  
Legiony to ofiarny stos;  
Legiony to żebracka nuta;  
Legiony to straceńców los;  
My, pierwsza brygada,  
Strzelecka gromada,  
Na stos  
Rzuciliśmy swój życia los,  
Na stos, na stos [219].


Legend jest oczywiście mnóstwo. Pozbawieni w czasach nowożytnych należnej im porcji wojskowej chwały, Polacy wciąż wracają do opowieści o dawnym męstwie swego narodu. Ogniem i mieczem, Potop  i Pan Wołodyjowski , powieściowa trylogia Henryka Sienkiewicza, opowiadająca o podniecających przygodach z czasów wojen kozackich i szwedzkich z połowy XVII wieku, wciąż nie traci swej wybitnej pozycji w świecie popularnej literatury, a w ostatnim okresie mody na filmy historyczne, trafiła również na czoło list filmowych przebojów. Jak wszyscy bohaterowie historyczni, od Sobieskiego przez Kościuszkę, Poniatowskiego, Sowińskiego i majora Hubala, pan Wołodyjowski zdobywa tym wyższą pozycję dzięki temu, że jego czyny dokonywały się w kontekście narodowej katastrofy. Tak więc — zgodnie z polskim sposobem myślenia — cnoty jednostki potrafią zatriumfować nad zbiorową klęską; waleczność polskiego żołnierza okupuje porażki polskiego wojska; szacunek dla samego siebie płynie z przegranej.


Nikt z badaczy dziejów polskiej wojskowości nie okazał się dokładniejszy — ani też bardziej proroczy — od Jeana-Jacques’a Rousseau. W 1771 roku, w przededniu rozbiorów, Rousseau przepowiedział, że Polska nigdy nie będzie miała armii zdolnej dorównać armiom swoich sąsiadów. „Nigdy nie będziecie mieli siły zaczepnej”, pisał, „długo jeszcze nie będziecie mieli odpornej; ale (…) macie już siłę zachowawczą, która was, nawet ujarzmionych, ustrzeże od zniszczenia i zachowa wam rząd i wolność w jej jedynym i prawdziwym sanktuarium — w sercu Polaków”[220].



XI. EMIGRANCI.

Polska emigracja

 Сделать закладку на этом месте книги

Obok Irlandii, Sycylii i niektórych regionów Niemiec, ziemie polskie mają nieproporcjonalnie duży udział w zasilaniu szeregów europejskiej emigracji. Za granicą mieszka niemal jedna trzecia ogółu etnicznych Polaków. Zadziwiająco duży procent utrzymuje taką lub inną formę kontaktu ze starym krajem. Od dwustu lat wciąż odgrywają oni istotną, a dziś już tradycyjną rolę w życiu państwa i narodu[221].

Emigrację można podzielić na dwie odrębne kategorie: polityczną i ekonomiczną. (Ci, którzy nie pasują do żadnej — na przykład ukochani polscy współmałżonkowie obywateli innych państw — odgrywają w tych statystykach rolę jedynie marginesową).

Emigracja polityczna rozpoczęła się w latach trzydziestych XVIII wieku i od tego czasu notuje się kolejne regularne przypływy. Stanisław Leszczyński w swoim księstwie Lotaryngii był pierwszym i najlepiej znanym spośród niezliczonych Polaków, których niekorzystny obrót koła politycznej fortuny wypędził z ojczyzny. Nieco później konfederaci barscy nawiązali bliskie kontakty z Francją, a wielu z nich wycofało się do Paryża po klęsce roku 1772. W latach 1795, 1831, 1846—48, 1864, 1905 i 1944 — upadki kolejnych powstań powodowały exodus na Zachód kolejnych powstań buntowniczych patriotów. W XX wieku ponowne ustanowienie niepodległego państwa polskiego wpływało chwilami na odwrócenie biegu tego strumienia. Natomiast po wstrząsach politycznych i przymusowych deportacjach z lat 1939-45 polskich emigrantów można już było liczyć nie w tysiącach, ale w milionach. Nieliczni powrócili do Rzeczypospolitej Ludowej; ale wśród tych, których domy rodzinne znalazły się na terenach przyłączonych do ZSRR — w Wilnie czy Lwowie — nie znalazł się praktycznie nikt, kto dobrowolnie zechciałby tam wrócić. W epoce powojennej względna stabilizacja polityczna przyczyniła się do zaostrzenia kontroli nad swobodnym przemieszczaniem się ludności. Ale w roku 1956, a zwłaszcza później, w roku 1968, liczne grupy Polaków opuściły kraj z przyczyn politycznych[222].


Z natury rzeczy wśród emigrantów politycznych znajduje się duży procent ludzi wykształconych i posiadających określone zasady życiowe; jednakże pod względem poziomu intelektualnego i wybitnych osiągnięć żaden polski exodus nie dorównał pokoleniu z roku 1831. W szeregach Wielkiej Emigracji znalazła się cała niemal elita polityczna Królestwa Kongresowego, a także znaczny procent wybitnych przedstawicieli świata artystycznego epoki. To, czego dokonali, było o wiele znakomitsze niż osiągnięcia współczesnych im rodaków, którzy zdecydowali się pozostać w ojczyźnie. Na poddaszach Paryża — czy na rozległych połaciach Syberii Polacy wykazywali godną szacunku i podziwu intensywność uczuć, niewyczerpaną energię w podtrzymywaniu politycznych organizacji i debat, imponującą błyskotliwość w podejmowaniu literackich i naukowych przedsięwzięć. Jak wszyscy ludzie w podobnej sytuacji — pozbawieni wygód życia we własnym domu i pośród rodziny — członkowie Wielkiej Emigracji musieli pić swój kielich goryczy w atmosferze rosnącego rozczarowania. W pismach jakże wielu z nich pobrzmiewają echa słów najwybitniejszego ze wszystkich politycznych wygnańców, który pisał o la crudelta — „wygnania męce, co nie oddala od pięknej zagrody, gdzie spałem w runo odziany jagnięce”[223]. Mimo to jednak przez ponad trzy dziesiątki lat, w najczarniejszym okresie między „listopadem” a „styczniem”, poprzedzającym ustanowienie autonomii narodowej w Galicji, z daleka przewodzili narodowi. Przez cały ten okres książę Adam Czartoryski, „nie koronowany król polski”, kierował z paryskiego Hotelu Lambert głównym nurtem niezależnej polityki polskiej. Cieszył się większym osobistym autorytetem niż ktokolwiek z jego współczesnych — tak w Polsce, jak i poza jej granicami. Jego liczni przeciwnicy podsycali płomień sporów i debat, które utrzymywały przy życiu podstawowe kwestie polityczne. Jego współbracia działający na polu literatury — Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Norwid — stworzyli z romantyzmu jedyną i najważniejszą szkołę w nowożytnej literaturze polskiej. Ich nazwiska i ich wielkie dzieła są do dziś inspiracją dla ich następców[224].

Emigracja ekonomiczna zamyka się w nieco ściślej określonych chronologicznie ramach. Rozpoczęła się w latach czterdziestych XIX wieku, w drugiej połowie stulecia rozrosła się do rozmiarów potopu, aby w roku 1939 nagle się zakończyć. Jej początkiem stał się zwyczaj sezonowych migracji i nigdy do końca nie utraciła niektórych z ich cech. Zapotrzebowanie na siłę roboczą w wielkich majątkach na terenie Prus, a później w kopalniach i fabrykach Śląska, Saksonii czy Westfalii przyciągało nieprzerwany strumień polskich chłopów przybywających ze wschodu. Z początku przyjeżdżali tylko na żniwa lub’aby, ukończywszy sezonowe prace we własnych gospodarstwach, przepracować zimę w przemyśle.

Potem zaczęli wypuszczać się dalej — do Belgii i Francji, a poczynając od lat sześćdziesiątych — do obu Ameryk, i spędzać z dala od ojczyzny dłuższe okresy. Najczęściej jednak — podobnie jak gastarbeiterzy w dzisiejszej Europie — utrzymywali stały kontakt z pozostawionymi w domu rodzinami, przekazywali im oszczędności i z niecierpliwością czekali chwili, gdy sytuacja pozwoli im wrócić do swoich.

Wielu powracało do ojczyzny, aby tu dożyć swoich dni po zakończeniu zawodowej kariery za granicą. Jeszcze dziś — w czterdzieści lat po całkowitym wygaśnięciu emigracji gospodarczej — nie brak Polaków, którzy wracają do Polski z Ameryki, aby spędzić resztę życia w dobrobycie, jaki im zapewnia amerykańska emerytura, i aby ostatecznie zaspokoić tak charakterystyczne marzenie: spocząć w ojczystej ziemi[225].

Pod koniec XIX wieku wzrastające przeludnienie wsi i dokuczliwa nędza miast zmusiły liczne rzesze ludności do emigracji do Ameryki, gdzie wyjeżdżali nie myśląc już o powrocie. Ci, którzy już się zadomowili na obczyźnie, przysyłali do kraju przesadzone relacje o własnych sukcesach. Mnożyły się nieprawdopodobne opowieści:


Tam ci w Ameryce możesz brać gruntu, ile ci potrzeba. Robisz, co chcesz, nikt cię nie pilnuje. Pszenica i inne zboże rodzi się dwa razy do roku. Roli nawozić ani uprawiać nie trzeba.  

Nawóz się pali albo wyrzuca do wody. Złoto się tam kopie jak u nas kartofle. Zające tam są ogromne i człowieka się nie boją. Możesz mieć mięsa, ile tylko zechcesz. Świnie, bydło i konie same się w lasach i na polu chowają. Trawy są dużo większe od człowieka. Żaby ci są


убрать рекламу




убрать рекламу



tam takie jak u nas krowy. Jak jest na drodze, to się musi ją objechać, żeby nie wywróciła wozu. Na wszystkich drzewach rosną owoce i każdy może rwać, ile mu się podoba. (…) Wszystko jest na papierze napisane i pieczęciami przybite. Organista czytał dwa razy
 [226].


Zamieszkujący polskie ziemie Niemcy, Żydzi i Ukraińcy mieszali się z tłumem mówiących po polsku i wyznających wiarę katolicką chłopów, którzy tłoczyli się na peronach kolejowych w oczekiwaniu na jadące na zachód pociągi i zapełniali pokłady statków odpływających z portów w Hamburgu, Gdańsku i Rydze. Prowadzące stałą działalność agencje wysyłały swoich klientów ku nowemu życiu za horyzontem. Zdarzało się, że chłopi pochodzący z sąsiadujących ze sobą wsi łączyli się w grupę, oddawali się pod opiekę księdzu i opuszczali kraj en masse . Na przykład w 1854 r. jedna z pierwszych takich grup przybyłych ze Śląska założyła pierwszą polską parafię w Teksasie. Idąc za przykładem kolonistów niemieckich pochodzących z tego samego regionu Prus, którzy zasiedlali już żyzne ziemie równin na południu Teksasu, stu pięćdziesięciu polskich emigrantów zebrało się w Opolu pod komendą franciszkanina ojca Leopolda Moczygemby (1824—91), wsiadło na statek w Bremerhaven i popłynęło do Nowego Orleanu. Mieli ze sobą trochę rzeczy osobistych, nieco narzędzi rolniczych i ogromny drewniany krzyż, który zamierzali ustawić w swojej nowej ojczyźnie. Następnej wiosny, w miejscowości Panna Maria, leżącej na terenie dzisiejszego okręgu Kames w odległości 50 mil od San Antonio, ojciec Moczygemba dokonał pierwszego wpisu w księdze parafialnej:

Pauline Bronder, AD MDCCCLV, die nona Februarii, nota et a me infrascripto eadem die baptizata est filia legitima Simonis Bronder et Juliae Pilarczyk, conjungorum Catholicorum, cui nomen Paulina impositum est. Matrina erat Julia Kyrish. Ita testor, Fr. L. B. M. Moczygemba .[227]

Maleńka Paulina, prawowita córka Szymona i Julii Bronderów, córka chrzestna Julii Kyrish, mogła już oczekiwać takiego życia, jakiego jej przodkowie nawet nie umieliby sobie wyobrazić.

Emigranci wyjeżdżający z kraju z przyczyn ekonomicznych bardzo się różnili od członków emigracji politycznej. Byli biedni i w przeważającej większości nie umieli czytać ani pisać; większość z nich stanowili chłopi, drobni rzemieślnicy albo górnicy. Opuszczali swoje polskie domy z własnej woli, dobrowolnie odwracając się plecami do ojczyzny, która nie dawała im prawie nic poza nędzą i uciskiem. Mieli niewielką świadomość polskich tradycji kulturalnych i politycznych. Większość z nich nigdy nie postawiła nogi na ulicach Warszawy czy Krakowa i z pewnością nie wyniosła żadnych korzyści z niczego, co można było tam odnaleźć. Z polskiej wioski jechali prosto do fabryki w Essen albo na farmę do Ameryki. Umierając, przekazywali swym dzieciom niewiele z polskiego dziedzictwa — zaledwie wspomnienia rodzinnej wsi, wiejską gwarę, religię, kilka ludowych pieśni i tańców, pomięty weselny strój uszyty na ojczystą modłę, a w kredensie — tandetną pamiątkę z napisem „Kalwaria Zebrzydowska” lub „Jasna Góra”.

Niełatwo dotrzeć do informacji statystycznych dotyczących polskiej emigracji. Oficjalne zapisy pochodzące z XIX wieku podają zazwyczaj obywatelstwo emigrantów, nie podają natomiast ich narodowości. Odróżnienie pruskich Polaków od pruskich Niemców, galicyjskich Polaków od galicyjskich Ukraińców czy rosyjskich Polaków od rosyjskich Żydów często okazuje się niemożliwe, nawet jeśli historyk zechce podjąć taką próbę. Przybliżone liczby wskazują jednak na to, że do roku 1939 w Brazylii osiedliło się na stałe około 195 000 Polaków, we Francji — około 450 000, w Kanadzie — około 250 000, w USA — około 1,5 miliona, w Niemczech wreszcie — około 2 milionów. Biorąc pod uwagę przyrost naturalny w ubiegłym wieku, a także stałe okresowe napływy uchodźców politycznych, można obliczyć w sposób w pełni wiarygodny, że za granicą żyje od 9 do 10 milionów osób polskiego pochodzenia. Nie jest to jednak liczba pełna. Pozostaje półtora miliona Polaków mieszkających na terenie Związku Radzieckiego — z wyboru lub z konieczności. Trzeba także pamiętać, że owe liczne rzesze Żydów, Ukraińców, Litwinów i Niemców, którzy z chwilą emigracji odrzucili wszelkie poczucie polskiej tożsamości, mimo wszystko wywodziły się z polskich ziem, a nierzadko także odebrały wykształcenie w polskich szkołach i podróżowały na polskich paszportach. Dokładna ilość jest niemożliwa do ustalenia, ale ogólną liczbę emigrantów „polskiego pochodzenia” w najszerszym sensie tego słowa należy z pewnością szacować na około 15 milionów.

Pierwszym miejscem szczyci się dziś Polonia amerykańska. Około sześć i pół miliona polskich Amerykanów tworzy nie tylko największą polską wspólnotę żyjącą poza granicami kraju, ale także jedną z największych mniejszości etnicznych na terenie USA. Nazwisk pionierów należy szukać na pierwszych stronach historii amerykańskiej kolonizacji; jest wśród nich co najmniej jeden wątpliwy kandydat do wątpliwego zaszczytu odkrycia Nowego Świata przed Kolumbem. Według źródeł, które nie roszczą sobie pretensji do powszechnego uznania, Jan z Kolna alias Scolnus, kapitan jednostek pływających w służbie duńskiej, miał w 1476 roku dotrzeć do wybrzeży Labradoru. Bardziej pewna jest informacja, że w październiku 1608 roku statek emigrancki „Mary and Margaret” przywiózł na swoim pokładzie pierwszych polskich osadników do Jamestown w stanie Wirginia. Michał Łowicki, kupiec; Zbigniew Stefański z Włocławka, dmuchacz szkła; Jan Mała z Krakowa, mydlarz; Stanisław Sadowski z Radomia, budowniczy młynów, oraz Jan Bogdan z Kołomyi, cieśla okrętowy, zostali zapewne zwerbowani w Gdańsku przez spółkę Wirginia Company i należeli do ekipy fachowców specjalnie „zamówionych” przez gubernatora Johna Smitha dla zapewnienia rozwoju będącej jeszcze w powijakach gospodarki nowo założonej kolonii. W dziesięć lat później polskich rzemieślników z Jamestown obarczono odpowiedzialnością za pierwszy na kontynencie amerykańskim strajk w przemyśle, a z racji uprawiania przez nich gry w palanta — także za wynalezienie baseballu. Szkołę podstawową w Nowym Amsterdamie prowadził w 1659 roku niejaki doktor Curtius z Polski, w roku 1622 zaś z pokładu statku „De Vos” zszedł na ziemię Nowego Świata niejaki Albrecht, Aleksander czy też może Albin Zaborowski (zm. 1711), szlachcic i arianin, uchodźca z Prus Królewskich. Jego najstarszy syn, Jakub, został jako mały chłopiec porwany przez Irokezów i odtąd żył wśród Indian. Czterech młodszych synów natomiast zostało założycielami szeroko rozgałęzionego rodu „Zabriskych”. Na Środkowym Zachodzie Antoni Sądowski, handlarz futer z Filadelfii, dokonał w XVIII wieku odkrycia doliny Ohio. Jego synowie, Jakub i Józef „Sandusky”, odegrali wybitną rolę w dziejach kolejnych ekspedycji, których celem było założenie osad Cincinnati (w stanie Ohio) i Harrodsburgh (w stanie Kentucky). Polacy uczestniczyli we wszystkich ważnych wydarzeniach w historii Ameryki. W wojnie o niepodległość poczesną rolę odegrali poza Tadeuszem Kościuszką i Kazimierzem Pułaskim, których czyny znane są każdemu uczniowi szkoły podstawowej — Polacy tej miary, co Karol Blaszkowicz, kartograf morski, który walczył po stronie lojalistów, czy kapitan korsarskiego statku z Nowej Anglii, Feliks Miklaszewicz, który walczył po stronie rewolucji. Na pograniczu dzikiego Zachodu znaleźli się Polacy w rodzaju Henry’ego Lyonsa Brolarskiego z St. Louis, który w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XIX w. działał jako jeden z najwybitniejszych przedsiębiorców na szlakach lądowych wiodących do Kalifornii i Oregonu. Na zachodnim wybrzeżu Polacy znaleźli się pośród Rosjan z Syberii, którzy byli pionierami na Alasce i którzy w 1811 roku zbudowali nad Zatoką San Francisco twierdzę Fort Ross. W r. 1849 chirurg z korpusu medycznego armii amerykańskiej, doktor Pauł Wierzbicki (1815—60), urodzony we wsi Czerniawka na Wołyniu, napisał książkę, która wstrząsnęła kontynentem. Jego California as it is, or as it may be, or a Guide to the Gold Region  (Kalifornia taka jaka jest albo jaka mogłaby być, czyli Przewodnik po rejonie złota) była pierwszą książką wydrukowaną na zachód od Gór Skalistych i stała się standardowym przewodnikiem dla tysięcy gnanych nadzieją poszukiwaczy złota, zarażonych gorączką z roku czterdziestego dziewiątego. W wojnie domowej uczestniczyli tacy Polacy jak generał Kacper Tochman (1797—1880) z Wirginii, weteran powstania listopadowego i znany rasista, który pełnił służbę w sztabie konfederatów, ale również i tacy jak generał Włodzimierz Krzyżanowski (1824—87), poznaniak, który służył sprawie Unii.

Dziwnym zrządzeniem losu, zarówno polska brygada Tochmana, jak i polski legion Krzyżanowskiego, który odznaczył się w drugiej bitwie nad Bull Run i pod Gettysburgiem, składały się w dużej mierze z Niemców. Te polskie nazwiska we wczesnej historii USA są oczywiście sprawą przypadku, a wśród tamtych ludzi byli i tacy, których polskość wydaje się wątpliwa, jeśli nie wręcz podejrzana. Na przykład żona Tochmana, która nazwała się Apolonią Jagiełło, okazała się w rzeczywistości niejaką panią Eisenfeld z Wiednia. W obiegu było też kilka osobistości podających się za członków polskich rodzin królewskich, w tym Jan Sobieski (1842—1927), który był oficerem z awansu w wojskach Unii i w armii meksykańskiej. Jakie były w gruncie rzeczy polskie powiązania Lorenza Sobieskiego Younga, którego nazwisko znalazło się w rejestrach miejskich Salt Lake City wśród nazwisk 143 założycieli kolonii mormonów, trudno dociec[228].

Główny napływ Polaków do Stanów Zjednoczonych rozpoczął się po wojnie domowej. Napływali masowo, aż spenetrowali wszystkie stany Unii. Ich przybycie zbiegło się w czasie z rozwojem miast przemysłowych Środkowego Zachodu i Pomocnego Wschodu, i właśnie tam — w Milwaukee, Chicago, Detroit, Cleveland, Buffalo, Pittsburgu, Filadelfii i Baltimore — do dziś znajdują się ich największe skupiska. Inni zmierzali wprost ku wiejskim okolicom Nowej Anglii lub na otwartą prerię. Kwitnące społeczności polskich farmerów można napotkać w stanach Connecticut, Pensylwania i Massachusetts, a także w Michigan, Minnesocie, Wisconsin czy Illinois. Takie nazwy jak Warszawa (Alabama), Kościuszko (Mississippi) czy Pułaski (Tennessee), równie jak nazwy setek innych podobnych miasteczek zdradzają pochodzenie swych założycieli. Jak zwykle, statystyki mogą budzić kontrowersje. Ale zapisy w rejestrach amerykańskiego Urzędu do Spraw Imigracji i Naturalizacji wskazują, że ogólna liczba imigrantów, którzy zostali zaklasyfikowani jako „Polacy” albo na podstawie przynależności do „rasy” czy „narodu”, albo według „miejsca urodzenia”, musi się zawierać w granicach między minimum wynoszącym l 486 490 a maksimum wynoszącym l 823 540. (Patrz tabela na s. 760).

Imigranci do USA

a. podający Polskę jako „miejsce lub kraj urodzenia”:


1820—1885 - 33489

1885—1898 - 131 694

1933—1946 - 46473

1947—1972 - 466 001


Razem: 677 657

b. zaklasyfikowani jako Polacy według przynależności do „rasy lub narodu”:


1899—1907 - 675038

1908—1919 - 677 620

1920—1932 - 90815


Razem: l 443 473


OGÓŁEM: imigrantów polskich 2 121 130

minus reemigranci

1908—1932 - 294 824

1947—1972 - 2 766


Razem: 297 590

OGÓŁEM: stałych imigrantów polskich l 823 540[229].


Jednakże mimo swojej liczebności polscy Amerykanie nie wywarli jak dotąd odpowiednio znaczącego wpływu na życie Ameryki. Pojedyncze przypadki jednostkowego sukcesu — senator Edmund Muskie, arcybiskup Filadelfii John Król czy profesor Zbigniew Brzeziński — nie mogą usunąć z pola widzenia faktu, że jako społeczność polscy Amerykanie wciąż jeszcze nie cieszą się zbyt wysokim prestiżem społecznym. Jako zorganizowana grupa nie mogą współzawodniczyć z wpływami, jakie wywiera na przykład trzymilionowa grupa amerykańskich Żydów.

Składane przez nich głosy i ich działalność w kongresowych lobby również nigdy nie zainspirowały amerykańskiej polityki zagranicznej do wystąpienia w obronie interesów Polski. Podczas obu wojen światowych wnieśli nieproporcjonalnie duży wkład w działania amerykańskich sił zbrojnych. Rekrutując się z zaledwie 4% ogółu ludności, w latach 1917—18 Polacy stanowili 12% ogółu poległych obywateli amerykańskich, wiatach 1941—45 zaś — 17% amerykańskich żołnierzy.

Organizacje oświatowe i społeczne Polaków działają mniej skutecznie niż analogiczne organizacje zakładane przez Ukraińców, z którymi często sieje porównuje. W dziedzinie polityki ich problemy nie przyciągają tak powszechnej uwagi jak problemy Murzynów, Latynosów czy amerykańskich Indian. W zdeprawowanym świecie amerykańskiej dżungli etnicznej „głupi i ciemny Polak” jest powszechnie uważany za standardowy stereotyp, stając się przedmiotem niezliczonych i obraźliwych (dla Polaków) „polskich dowcipów”. Jest to obraz jakże odmienny od popularnego stereotypu „szlachetnego polskiego pana”, który wciąż pozostaje aktualny w pewnych częściach Europy! Niewątpliwie są po temu powody. Podobnie jak w przypadku Irlandczyków i Sycylijczyków, największa fala napływu Polaków na początku wieku — zwłaszcza z Galicji — zawierała nieproporcjonalnie liczny element „nędznych odpadków” z „wypełnionego po brzegi” krańca Europy — ludzi tak uciśnionych nędzą i życiem na granicy śmierci głodowej, że do Ameryki gnał ich instynkt samozachowawczy. Przyjmowali najbardziej upokarzające formy zatrudnienia, wytrzymywali najcięższą harówkę, znosili największy wyzysk, przelewali pot i łączyli się w pary w najbrudniejszych slumsach. To oni byli przodownikami wielkiej amerykańskiej ery kolejowej i „przemysłowymi czarnuchami” miast Północy. Jak to ujęto w jednym z kanadyjskich podręczników na ten temat, w tym kraju „Polacy i sądy dla drobnych wykroczeń wydają się ze sobą nieodmiennie związane. Trudno myśleć o ludziach tej narodowości inaczej niż w kategoriach owej niejednoznacznej określonej klasy niepożądanych obywateli”[230].

Nawet Woodrowa Wilsona trzeba było skrytykować za to, że w czasach gdy był jeszcze profesorem w Princeton, mówił o Polakach jako o ludziach „gorszej kategorii”[231]. Obecnie sytuacja ulega być może pewnym zmianom. Niezwykła mobilność społeczna Stanów Zjednoczonych powoduje szybkie zacieranie się granic dzielących dawne etniczne getta. Według jednej z hipotez, utrzymujący się niekorzystny obraz polskich Amerykanów wskazuje na niechęć mniejszości, których udziałem stał się szczęśliwy los, wobec rozwoju tych, którzy dotąd byli przegrani.

Ci przegrani mogą jednak jeszcze doczekać lepszych czasów[232].

Mimo to w łonie społeczności polskich Amerykanów nadal utrzymują się pewne istotne podziały. Polacy ze „starej” emigracji gospodarczej niełatwo nawiązują kontakty z „nową”, późniejszą emigracją polityczną. W łonie emigrantów politycznych mur podejrzliwości dzieli zawodowych antykomunistów z pokolenia przedwojennego od uchodźców z Polski Ludowej. Nic nie łączy ludzi z pokolenia z 1939 roku, których zwycięstwo komunistów pozbawiło praw należnych im z racji urodzenia, z przedstawicielami pokolenia roku 1968, którzy — często z własnej woli — służyli stalinowskiemu reżimowi. Wzajemnie rywalizują ze sobą liczne organizacje. Wspólnota rzymskokatolicka, zgrupowana w tysiącach polskich parafii, skupia największą liczbę wyznawców, którzy są w przeważającej większości zwolennikami Zjednoczenia Polskiego Rzymsko-Katolickiego. Polskie Seminarium Świętych Cyryla i Metodego, wraz ze związanym z nim Ośrodkiem Badań Polskich w Orchard Lake (Michigan), sięga swymi początkami roku 1885. W okresie późniejszym wokół polskiego kościoła i ośrodka wspólnoty katolickiej w Doylestown (Pensylwania) powstała „amerykańska Częstochowa”. Przewaga księży irlandzkich i niemieckich w amerykańskiej hierarchii Kościoła rzymskokatolickiego, a także polityka amerykanizacji, polegająca na zastępowaniu narodowościowych parafii parafiami terytorialnymi, doprowadziły do nieustannych kłopotów, które ostatecznie zakończyły się drobną schizmą. Niewielki odłam, założony w 1875 roku Polski Narodowy Kościół Katolicki, stara się utrzymać wyłącznie narodowy charakter swoich parafii, zachowując jednocześnie polskojęzyczną liturgię. W sferze życia świeckiego —w 1880 r. założono w Filadelfii Związek Narodowy Polski, który z kolei założył w miejscowości Cambridge Springs (Pensylwania) uczelnię o nazwie Alliance College. W Chicago działa Zjednoczenie Polskie Rzymsko-Katolickie; jest tam również polskie muzeum. W Nowym Jorku powstała w 1925 r. Fundacja Kościuszkowska, której zadaniem jest szerzenie polskiej kultury i która objęła czołową rolę w utrzymywaniu stosunków z Polską. Od czasu do czasu neutralne stanowisko polityczne Fundacji zostaje poddane gwałtownej krytyce — zwłaszcza ze strony wojujących organizacji w rodzaju Komitetu Narodowego Amerykanów Pochodzenia Polskiego (KNAPP), który po II wojnie światowej podjął zdecydowaną próbę zwrócenia Kongresu Polonii przeciwko wszelkim formom kontaktu z rządem komunistycznym. Polski Instytut Sztuki i Nauki w Ameryce pełni rolę forum działalności akademickiej i profesjonalnej oraz wydaje czasopismo „The Polish Review ” (Przegląd Polski). Amerykański Instytut Józefa Piłsudskiego, od wielu lat kierowany przez Wacława Jędrzejewicza, zgromadził cenną bibliotekę i archiwum materiałów historycznych.

Wśród Polaków w Kanadzie znalazło się stosunkowo więcej osób zaangażowanych politycznie niż w USA. W okresie powojennym obecność w Montrealu tak wybitnych postaci, jak generał Sosnkowski, ambasador Romer czy konsul Brzeziński, uczyniła z tego miasta naturalny ośrodek polityki emigracyjnej. W Quebecu Polacy stoją wobec problemu wielokulturowości: muszą dokonać wyboru między asymilacją w społeczności frankofońskiej lub anglofońskiej. Ważniejsze skupiska Polonii rozwijają się w Ontario, Manitobie i Kolumbii Brytyjskiej[233].

W Brazylii największe skupiska Polaków znalazły się w prowincjach Parana, Santa Catarina i Rio Grandę do Sul. Podczas obu wojen światowych Polacy brazylijscy wystawili oddziały ochotników, którzy walczyli razem z polskim wojskiem w Europie[234].


Na terenie Europy „stara emigracja” jest najliczniejsza we Francji, Belgii i Niemczech — zwłaszcza w okręgach górniczych Pas-de-Calais, Le Nord, Liege i Zagłębia Ruhry[235]. Pod wieloma względami przypomina ona Polaków w Ameryce: zachowuje własną tożsamość poprzez działalność katolickich parafii i stowarzyszeń kulturalnych. Natomiast kręgi polityczne od początku grawitowały w kierunku Paryża, Rzymu i Szwajcarii. Bibliotheque Polonaise  znajdująca się naprzeciwko katedry Notre Dame, Istituto Storico Polacco  na Piazza Roma czy Narodowe Muzeum Polskie w Raperswilu nad Jeziorem Zurychskim są świadectwem doniosłych działań podejmowanych w przeszłości przez polską emigrację. W ostatnich czasach główny ośrodek polskiej polityki emigracyjnej przeniósł się na stałe do Londynu.


Polacy z Wysp Brytyjskich różnią się od swoich rodaków zza oceanu pod kilkoma istotnymi względami. Mimo że początki brytyjskiej Polonii sięgają wczesnych lat XIX wieku, do czasu II wojny światowej nie była ona zbyt liczna. Chociaż w pełni zaznała ekonomicznej niedoli, niemal w całości odznacza się wysoką świadomością polityczną. Przeważająca większość przybyła z oddziałami Polskich Sił Zbrojnych, z rządem emigracyjnym lub rekrutuje się spośród uchodźców wojennych i tych, którzy zagubili siew wojennym wirze i którzy mieli święty zamiar wrócić do domu, gdy tylko skończy się wojna. Wszyscy nieodmiennie byli przeciwnikami komunizmu; często mieli wojskowe powiązania i zazwyczaj pochodzili ze wschodnich prowincji kraju. Zostali, ponieważ nie chcieli się pogodzić z faktem przejęcia władzy nad Polską przez Związek Radziecki albo dlatego, że ich rodzinne domy zostały przyłączone do ZSRR. Rozgoryczeni porażką własnych aspiracji i nadziei na niepodległą Polskę, niechętni wobec myśli o zapuszczeniu korzeni na ziemi przymusowego wygnania, żyli w czymś w rodzaju własnego duchowego getta, nie utrzymując żywszych kontaktów z ogółem społeczeństwa brytyjskiego. Po niemal czterdziestu latach od przybycia do Wielkiej Brytanii, mimo licznej reemigracji do Kanady i Australii, ich liczba utrzymuje się w granicach około 150 000. Są prawdziwymi spadkobiercami Wielkiej Emigracji ubiegłego stulecia. Wpływowi politycy okresu przedwojennego i czasu wojny — generał Anders, prezydent August Zaleski, Edward Raczyński, Marian Kukieł, Adam Ciołkosz, Jędrzej Giertych — osiedli na stałe w Londynie, który wciąż pozostaje ośrodkiem działalności wydawniczej i politykowania w dawnym stylu. Polski rząd emigracyjny, legalny kontynuator Drugiej Rzeczypospolitej, mimo iż nie uznawany, nadal prowadzi swą działalność. Co dwa tygodnie Prezydent zwołuje w Zamku przy Eaton Place 43 posiedzenie Rady Ministrów[236]. Organem prowadzącym najbardziej ożywioną działalność jest jednak połączone Stowarzyszenie Polskich Kombatantów (SPK), które w 1954 roku odłączyło się od obozu „legalistów”.

Muzeum Sikorskiego, Biblioteka Polska, Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny (POSK), Studium Polski Podziemnej i szereg innych instytucji pełni funkcję ważnych ośrodków usług społecznych. „Dziennik Polski” oraz dwutygodnik literacki „Wiadomości” stanowią uzupełnienie podstawowego organu emigracji, jakim jest wychodząca w Paryżu „Kultura”. Polski Uniwersytet na Obczyźnie (PUNO), choć znacznie ograniczony w swych rozmiarach, nadal prowadzi działalność. Kościół Św. Andrzeja Boboli jest głównym ośrodkiem życia Kościoła rzymskokatolickiego. Na terenie całego Zjednoczonego Królestwa znajdują się liczne skupiska Polaków — w Glasgow, Manchesterze, Bradfordzie i Coventry. Polskie szkoły z internatami działają w Fawley Court (Oxfordshire, szkoła dla chłopców) i w Pitsford (Leicestershire, szkoła dla dziewcząt). We wszystkich większych ośrodkach polonijnych istnieją polskie parafie, działają polskie kluby i polskie szkoły niedzielne. Atmosfera ulega pewnej zmianie w miarę przejmowania dominacji przez dorastające pokolenie Polaków urodzonych już w Wielkiej Brytanii. Ale jeśli gdziekolwiek przetrwała jeszcze atmosfera przedwojennej Warszawy, Wilna czy Lwowa, to miejscem tym są sale Ogniska Polskiego na londyńskim Kensingtonie[237].


Polacy mieszkający na terenie Związku Radzieckiego dzielą się na dwie odmienne kategorie. Grupę pierwszą tworzą pozostałości polskiej i spolonizowanej ludności, która od wieków zamieszkiwała Litwę, Białoruś i Ukrainę. Grupa druga składa się z ludności deportowanej z przyczyn politycznych. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku może się wydawać dziwne przyklejanie etykiety „emigranci” ludziom, których domy znalazły się poza Polską na skutek zmiany granic państw lub których przodków wywieziono na Syberię zakutych w łańcuchy. W ostatecznym rozrachunku jednak właśnie na to wychodzi: tak czy inaczej, są to ludzie fizycznie oddzieleni od tej podstawowej społeczności polskiej, do której niegdyś należeli ich przodkowie. Ich problemy są w znacznej mierze również problemami tych, którzy wyjechali na Zachód z własnej i nieprzymuszonej woli. Dzieje deportacji politycznych sięgają daleko wstecz. Każde z kolejnych pokoleń Polaków, których wysadzono z kibitek i sań w głębi tundry czy stepu w latach 1832, 1864,

6, 1940 czy 1945, przekazywało współczesnym opowieści o Polakach z poprzedniego pokolenia, których tam spotkali. W okolicach będących tradycyjnie miejscami zsyłek nowych przybyszy witali dawni powstańcy, którzy czasem nie potrafili mówić po polsku, ale zawsze byli dziko dumni ze swojego polskiego pochodzenia. Od czasu do czasu trafiają się dane dowodzące wielkiej liczebności ludzi, którzy stawali się uczestnikami owych straszliwych i mrocznych wydarzeń — jak w 1866 roku, kiedy wybuchł wielki bunt bajkalski, czy później, w latach 1942—43, kiedy to Armii Polskiej w Rosji udało się ewakuować samą siebie oraz wszystkich, których losy były z nią związane. Przemieszczenia ludności w latach 1945—47 oraz amnestia z 1956 r. stały się dwiema z niewielu okazji, umożliwiających tysiącom Polaków wyjazd z ZSRR. Wielu jednak albo nie chciało, albo też nie mogło wyjechać. Dla rodzin, które od stuleci mieszkały w Rosji, szansa „powrotu” do Polski nie zawsze była atrakcyjna. Innym nie pozostawiono wyboru.

Los setek tysięcy polskiej ludności cywilnej deportowanej w latach 1939-40 oraz dziesiątków tysięcy członków Armii Krajowej uwięzionych w latach 1944—46 wciąż jeszcze nie jest dokładnie znany[238].


Na osobną wzmiankę zasługuje obecność Polaków w Izraelu. Większość europejskich Żydów, którym udało się przetrwać II wojnę światową i zbiec do Palestyny, swego czasu dzieliło w Polsce z Polakami ich los. Można zrozumieć uprzedzenie, które każe współczesnym generacjom zapomnieć o związkach z krajem, który, chcąc nie chcąc, stał się areną Holocaustu. Ale nie wszyscy zapominają równie łatwo. „Aleja Sprawiedliwych” w Tel Awiwie zawiera więcej nazwisk Polaków niż nazwisk przedstawicieli jakiekolwiek innej nacji. Jerozolima zaś j est jednym z niewielu miast na świecie, gdzie przybysz mówiący po polsku nie musi się obawiać, że nie odnajdzie drogi[239].


Typową cechą życia na emigracji są ostre podziały polityczne na zajadle walczące ze sobą frakcje — można się ich dopatrzyć w całych dziejach polskiej emigracji — od samych jej początków. Emigranci zazwyczaj dzielili się na konserwatywnych „białych” i radykalnych „czerwonych”. Umiarkowana Agencja Wybickiego w rewolucyjnej Francji znalazła rywali w radykalnej Deputacji Dembowskiego oraz w Towarzystwie Republikantów Polskich. Swego rodzaju komplementem dla Hotelu Lambert Czartoryskiego stał się rój demokratycznych ugrupowań opozycyjnych — od Towarzystwa Demokratycznego Polskiego (1832—62) wraz z jego Centralizacją, po bardziej społecznie nastawiony Lud Polski (1835^46) w Londynie i Młodą Polskę w Bemie. Lelewelowski strój proroka lewicy zaczynał w tym czasie nosić Stanisław Worcell (1799—1857). Jako wolnomularz (carbonaro ), były poseł w sejmie powstańczym i przyjaciel Hercena i Mazziniego, Worcell odgrywał pierwszorzędną rolę w utrzymywaniu sprawy polskiej na agendzie najbardziej postępowych i międzynarodowych organizacji Europy swoich czasów; odegrał też istotną rolę w narodzinach polskiego socjalizmu. Z upływem czasu rozłam między „białymi” i „czerwonymi” znacznie się pogłębił, w miarę postępującego upadku polityki umiarkowanej i coraz bardziej upartych nawoływań do socjalizmu i terroryzmu. W Anglii, która zapewniła schronienie bardziej radykalnemu elementowi, Gromada Rewolucyjna Londyn Ludu Polskiego (1856— 61) miała powiązania z międzynarodowymi kręgami zwolenników utopijnego komunizmu. Program następcy Gromady, Ogniska Republikańskiego Polskiego (1867—70), miał podteksty panslawistyczne, natomiast Związek Ludu Polskiego (1872—77) był bezpośrednio związany z Pierwszą Międzynarodówką Marksa. Związek Zagraniczny Socjalistów Polskich stał się zapowiedzią powstania PPS.

Idee tworzone przez te ugrupowania cieszyły się o wiele większym poszanowaniem, niż mogłaby na to wskazywać szczupłość ich szeregów; zajmują one własne określone miejsce w dziejach polskiej myśli politycznej. Podczas I wojny światowej wyzwaniem dla Komitetu Narodowego Polskiego Romana Dmowskiego stały się „aktywy” zakładane przez zwolenników Piłsudskiego. W okresie II wojny światowej rząd emigracyjny w Londynie stał się celem ataków ze strony popieranych przez ZSRR organizacji z siedzibą w Moskwie, którymi został zresztą później zastąpiony w kraju.

Próby pogodzenia ścierających się ze sobą frakcji rzadko okazywały się udane na dłuższą metę. W latach 1837—46 Lelewel i Hotel Lambert współpracowały ze sobą w tworzeniu Zjednoczenia Emigracji Polskiej — do chwili klęski rewolucji krakowskiej. W okresie od 1866 do 1871 odrodzone ZEP odżyło — do momentu upadku Komuny Paryskiej, której udzielali poparcia jego przywódcy. W okresie późniejszym niewiele można było zauważyć oznak wspólnego działania. Zwolenników Dmowskiego w „obozie narodowym” i zwolenników Piłsudskiego w „obozie niepodległościowym” nigdy nie udało się namówić do walki o wspólną sprawę, skoro każdy z tych obozów żywił nadzieję na zdominowanie polskiej polityki. W czasie I wojny światowej Komitet Narodowy Polski Dmowskiego walczył po stronie ententy, natomiast Legiony Piłsudskiego — po stronie państw centralnych. Podczas II wojny światowej oficjalny rząd emigracyjny w Londynie był systematycznie i celowo dyskredytowany przez nieoficjalne polskie organizacje komunistyczne w Moskwie. Jedyne polityczne kompromisy, jakie kiedykolwiek udało się osiągnąć obu rywalizującym ze sobą ugrupowaniom — zawarty w roku 1941 traktat Sikorskiego z ZSRR oraz przystąpienie Mikołajczyka do Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej w 1945 roku — okazały się gołosłownymi umowami bez pokrycia. Od czasu wojny polską emigrację łączy niewiele poza wspólną nienawiścią do komunistycznego reżimu, który w ich oczach pozostał bezprawnym uzurpatorem. Dawne potyczki między narodowymi demokratami i piłsudczykami, między zwolennikami sanacji i jej przeciwnikami nadal stanowią przedmiot zainteresowania kręgów emigracyjnych — po czterdziestu latach od momentu, gdy utraciły wszelkie praktyczne znaczenie.


Podziały etniczne i religijne są równie widoczne jak rozłamy ściśle polityczne. Jest rzec


убрать рекламу




убрать рекламу



zą dobrze znaną, że ugrupowania etniczne i religijne wyzbywają się na emigracji wszelkiego współczucia w stosunku do innych społeczności, z którymi niegdyś w ojczyźnie łączyły je bliskie więzi. Polscy Żydzi za granicą odnajdują swych współwyznawców i rzadko szukają kontaktu z organizacjami polskimi. Polscy katolicy skupiają się wokół katolickich parafii, rzadko szukając kontaktów z organizacjami żydowskimi. Ukraińcy, Niemcy, Litwini czy Czesi — wszyscy idą własnymi drogami. Ludzie, którzy w Europie Środkowej byli niegdyś sąsiadami i przyjaciółmi, w Londynie czy Nowym Jorku stają się sobie obcy. W takiej postawie tkwią przyczyny wielu uprzedzeń i wielu niepotrzebnych tarć. Jest rzeczą zrozumiałą, że ludziom, którzy jeszcze są dumni z kraju swoich przodków, przykro jest spotykać tych, którzy wyparli się swego pochodzenia albo przyznając, że są „z Polski” lub że ich językiem ojczystym jest język polski, jednocześnie w sposób mniej lub bardziej ostentacyjny zaprzeczają, jakoby byli Polakami.

Utrzymują się również podziały społeczne. Prawdą jest, że braterstwo w nieszczęściu pomaga czasem zmniejszyć przepaść dzielącą emigrantów pochodzących z różnych warstw społecznych. Mimo to niewielka kosmopolityczna koteria zamożnych i połączonych ze sobą małżeńskimi związkami arystokratycznych klanów, których przedstawiciele zainwestowali swoje majątki lub też zużyli je na otwarcie kont w szwajcarskich bankach, zdołała się z absolutną pewnością siebie włączyć w nurt społecznego, komercyjnego lub intelektualnego życia wszystkich stolic Europy. W jej skład wchodzą posiadacze wszystkich wielkich nazwisk magnackich rodów polskiego społeczeństwa epoki przedrozbiorowej. Na tej samej zasadzie mogą sobie szybko zapewnić stabilizację i dobrobyt przedstawiciele grup profesjonalnych, dysponujący nadającymi się na eksport kwalifikacjami lub wpływowymi zagranicznymi koneksjami. Styl ich życia różni się diametralnie od sposobu egzystencji przeciętnych emigrantów wywodzących się z warstwy proletariatu, którzy pracują jako górnicy, robotnicy, krawcowe lub służące i którzy przez całe dziesięciolecia harują, aby móc wyżywić rodziny i opłacić czynsz.

W powszechnym przekonaniu najsilniejsze wpływy na scenie międzynarodowej wywarły prawdopodobnie nie całe ugrupowania emigracyjne, lecz poszczególne jednostki. Talenty muzyczne, naukowe czy artystyczne są towarem, który najłatwiej się sprzedaje; wszystkie te znane szerokiemu światu, nie dające się wymówić polskie nazwiska należą do utalentowanych jednostek, które zdobyły sławę dzięki wyjątkowym zdolnościom, osobowości lub temperamentowi. Nie jest niczym zaskakującym, że wędrujący po świecie Polacy mają swój nieproporcjonalnie wysoki wkład w dzieje naukowych podróży i badań, a także w rozwój związanych z tego typu działalnością dyscyplin naukowych — kartografii, etnografii i geologii. Sir Paweł Edmund Strzelecki (1797—1873) wykonał mapę australijskiego interioru, zdobył najwyższy szczyt górski tego kontynentu i nazwał go Górą Kościuszki; Aleksander Hołyński (1816—93) zbadał południową Kalifornię i przepowiedział powstanie Kanału Panamskiego; niebagatelne są też dokonania całej rzeszy Polaków wywiezionych do Rosji — od słynnego Maurycego Beniowskiego (1746—86) po Bronisława Piłsudskiego (1866—1918), który odegrał pionierską rolę w naukowych badaniach ludów Syberii, Azj i Środkowej i północnego Pacyfiku. Ich rodacy pojawiali się nieoczekiwanie w najodleglejszych zakątkach świata — można tu wymienić Michała Czajkowskiego (1804—86), znanego w Turcji jako Sadyk Pasza, kubańskiego rewolucjonistę Karola Rolow—Miałowskiego (1842—1907), Ignacego Domeykę (1802—89), geologa i działacza oświatowego w Chile, czy Ernesta Malinowskiego (1808 lub 1815—99), pioniera kolejnictwa w Peru, gdzie wybudował najwyżej położoną linię kolejową na świecie.

Na przełomie wieków aktorka Helena Modjeska (Modrzejewska, 1840—1909) była zapewne pierwszą emigrantką polską, której nazwisko znalazło się w nagłówkach gazet. Za nią poszło wielu innych — w tym tenor operowy Jan de Reszke (1850—1925) i jego brat Edward (1853—1917), bas wagnerowski; Maria Curie-Skłodowska (1867—1934), która wsławiła się odkryciami z dziedziny fizyki, pianista Ignacy Jan Paderewski (1860—1941) czy tancerz Wacław Niżynski (Nieżyński, 1890—1950). Joseph Conrad (J. K. Korzeniowski, 1857—1924) zdobył sławę jako angielski powieściopisarz, Guillaume Apollinaire (Apolinary Kostrowicki, 1880—1918) zaś — jako francuski poeta. Wczasach późniejszych owi wcześni uchodźcy z Polski znaleźli następców w osobach pianisty Artura Rubinsteina (1886—1982), klawesynistki Wandy Landowskiej (1877—1959), dyrygenta Leopolda Stokowskiego (1882—1977), historyka Sir Lewisa Namiera (1880—1960), Henryka Szerynga (1918—88) — skrzypka i swego czasu sekretarza generała Sikorskiego, Sir Casimira Gzowskiego (1813—98), architekta i projektanta mostu nad Niagarą, Raipha Modjeskiego (1861—1940), również architekta, któremu Stany zawdzięczają most Benjamina Franklina, biochemika Casimira Funka (1884—1967), antropologa Bronisława Malinowskiego (1884—1942), matematyka Stanisława Ulama (1909—84), filozofa nauki Jakuba Bronowskiego (1908—76), gwiazd ekranu i sceny: Poli Negri (Apolonii Chałupiec, 1897—1987) i Marion Davies, producenta filmowego Samuela Goldwyna (1882—1974) czy wreszcie bukmachera Joe Corala (ur. 1904).

Nieprzerwane istnienie wielkiej emigracji nadaje koloryt wszystkim aspektom życia w Polsce. W sferze gospodarczej emigracja zawsze dostarczała ojczyźnie jednego z głównych źródeł dochodu. Pomoc dla rodzin w Polsce, wizyty turystyczne oraz przedsięwzięcia podejmowane przez emigracyjnych biznesmenów są istotnym wkładem w ogólny bilans wpłat. W sferze politycznej emigracja pełni rolę ważnego forum niezależnej wymiany myśli i krytycznej analizy wszystkich problemów kraju. Wobec utrzymywania się w Polsce jednopartyjnego ustroju totalitarnego[240] pełni tak bardzo potrzebną rolę zaangażowanej — choć nieobecnej — opozycji. Nie ma powodu przypuszczać, że interesy narodu bierze sobie ona do serca choćby odrobinę mniej, niż to czynią przywódcy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Najistotniejsze jest jednak to, że w sferze kulturalnej emigracja stwarza gwarancję wolności wyrażania pełnego wachlarza idei i uczuć, od czego zależy życie każdej kultury. Pozwala mieszkańcom kraju utrzymać kontakt ze światem zewnętrznym, zmniejszając skutki działania biurokratycznej kontroli.

Stanowi pod tym względem uzupełnienie i przeciwwagę dla działalności pozostających pod kierownictwem państwa organizacji kulturalnych w Polsce. Pomijając polityczne znaczenie emigracyjnych pism i audycji radiowych, które nie jest łatwe do ustalenia, nie można zaprzeczyć, że usługi w dziedzinie kultury, jakie spełniają wydawnictwa w rodzaju „Kultury” czy „Wiadomości” lub polskie programy rozgłośni BBC, CBC, Głos Ameryki czy Wolna Europa, są rzeczywiście ogromne. Przede wszystkim jednak emigracja spełnia doniosłą rolę przypominania wszystkim Polakom — w myśl najlepszych możliwych tradycji — że „naród” nie jest tym samym co „państwo” i że jego potrzeby niekoniecznie muszą być zgodne z nakazami ustroju politycznego.

Władze polskie nie mogą pozostać obojętne na sprawę emigracji. Jest ona zbyt liczna i zbyt wpływowa, aby można ją było ignorować. Podobnie jak to czynili w okresie przedwojennym przywódcy sanacji, którzy zainicjowali powstanie Światowego Związku Polaków z Zagranicy, przywódcy Rzeczypospolitej Ludowej podejmują wytężone wysiłki, aby sobie pozyskać emigrację. Od czasu swoich skromnych początków w 1955 roku Towarzystwo „Polonia” w Warszawie stale rozszerza zakres działalności — zaprasza do Polski wybranych gości, kusi młodsze pokolenie subsydiowanymi wycieczkami i wakacyjnymi kursami i za pośrednictwem Agencji Wydawniczej „Interpress” — oddaje się uprawianiu bezwstydnej propagandy. Linia polityczna Towarzystwa polega na dyskredytowaniu wszelkich wspomnień o ruchu wyzwoleńczym, a zwłaszcza w jego lewicującej, antyrosyjskiej i propiłsudczykowskiej odmianie, a także na tym, aby — do znudzenia powtarzając kazania na temat obowiązków emigrantów wobec ich nowych ojczyzn, jednocześnie odwoływać się do ich prostych patriotycznych instynktów. Potężnych przeszkód nie da się jednak usunąć. Z jednej strony, nie można oczekiwać, że emigranci polityczni łatwo pogodzą się z reżimem, który pozbawił ich należnego im miejsca w rodzinnym kraju. Żadne argumenty i żadne prośby nie zmienią faktu, że komunistyczny reżim przebaczył Związkowi Radzieckiemu aneksję prowincji wschodnich, skąd wywodzi się wielu emigrantów, i że przez wiele lat po zakończeniu II wojny światowej Polska nie była w stanie zagwarantować bezpieczeństwa — nie mówiąc już o prawach obywatelskich — ludziom o niezależnych umysłach. Znajdując poczucie bezpieczeństwa w sprawiedliwości, skoro nie dało się go odnaleźć w zasadności sprawy, o którą walczyli — emigranci polityczni dokonali tradycyjnego wyboru: zdecydowali się żyć i umrzeć za granicą raczej, niż stać się przedmiotem manipulacji w kraju. Epitafium dla tych ludzi można by zapożyczyć z wiersza adresowanego do innego pokonanego narodu:



Zapomniano też imię i czyny,  
Zanim kości twoje obeschły,  
Pogrzebano fałsz, który cię zabił,  
Pod fałszem jeszcze cięższym;  

Ale to, co widziałem w twojej twarzy,  
Będzie trwać w niewzruszonym pięknie: 
W bomb eksplozji najpotężniejszej  
Kryształ ducha nie pęknie [241].


Z drugiej jednak strony, względy polityczne przeważają nad skrupułami moralnymi. Partia, która trzyma się leninowskich zasad, nie może sobie pozwolić na zaufanie wobec ludzi, nad którymi nie sprawuje kontroli.


Wydaje się zatem, że emigracja jest trwałym elementem polskiej rzeczywistości. Ci, którzy wyemigrowali z własnej woli lub nawet z radością, szybko otrząsnęli się z mocnego przeżycia i — w niektórych przypadkach — szybko też zapomnieli o ojczyźnie. Ale tym, którzy wyjeżdżali pod przymusem niepomyślnych okoliczności ekonomicznych lub politycznych, krok ten nigdy nie przychodził łatwo. Dla nich wzruszający Mickiewiczowski przekład Pożegnania Czajld Harolda  ma o wiele głębsze znaczenie niż dla wielu czytelników oryginalnej poezji Byrona:



Bywaj mi zdrowy, kraju kochany!  
Już w mglistej nikniesz pomroce,  
Świsnęły wiatry, szumią bałwany  
I morskie ptactwo świergoce.  
Dalej za słońcem, gdzie jasną głowę  
W zachodzie pogrąża piany!  
Tymczasem, słońce, bywaj mi zdrowe,  
Bywaj zdrów, kraju kochany! [242]


Dla wielu wciąż jeszcze najtrafniejszym podsumowaniem ich losu jest smutny wierszyk napisany na dziesięć dni przed śmiercią przez niezmordowanego Juliana Niemcewicza:



Wygnańcy, co tak długo błądzicie po świecie,  
Kiedyż znużonym stopom spoczynek znajdziecie?  
Dziki gołąb ma gniazdo, robak ziemi bryłę,  
Każdy człowiek ojczyznę, a Polak mogiłę [243].


Natomiast nagrobek samego Niemcewicza, na cmentarzu w Montmorency, nosi napis skomponowany przez jego przyjaciół. Jego zakończenie stanowi wiersz równie dobrze znany wśród emigracji:



I tam gdzie już łez nie ma, on łzę Polski złoży ł[244].




XII. VARSOVIE.

Księstwo Warszawskie (1807—1815)

 Сделать закладку на этом месте книги

Jak wiele efemerycznych państw epoki rewolucyjnej, od Republiki Lombardzkiej po Królestwo Westfalii, Księstwo Warszawskie było dzieckiem wojny. Poczęło się z burzliwego związku napoleońskiej Francji z pozbawionym państwa polskim narodem i urodziło pośród klęsk trzech mocarstw rozbiorowych. Jego charakter stanowił jedyną w swoim rodzaju mieszaninę rewolucyjnego idealizmu, narodowego entuzjazmu i nie ukrywanego militaryzmu. Miało swój udział w nietrwałej glorii francuskiego imperializmu, a zniszczył je triumfalny powrót do życia trzeciej koalicji[245].


Związki Polski z Francją sięgają czasów sprzed powstania kościuszkowskiego: epoki konfederatów barskich i le bon roi Stanisława. Ale po rewolucji wytworzyła się bezpośrednia więź wspólnych interesów łącząca rządy w Paryżu, zwalczające ancien regime  Zachodu, z główną ofiarą dynastycznych imperiów Wschodu. Od 1793 r., gdy Prusy i Austria rozpoczęły wojnę pierwszej koalicji przeciwko Francji, do roku 1815, w którym siły trzeciej koalicji ostatecznie odniosły zwycięstwo, Francuzi i Polacy musieli stawić czoło wspólnym wrogom. Francja stała się głównym źródłem pomocy dla Polaków oraz areną, na której rozgrywała się znaczna część polskiej działalności politycznej. W latach 1794—97 Paryż był siedzibą zarówno Agencji Józefa Wybickiego, jak i rywalizującej z nią republikańskiej Deputacji Franciszka Ksawerego Dmochowskiego. W grudniu 1796 r. Agencja zdołała przekonać przywódców Dyrektoriatu, aby zezwolili na utworzenie pierwszego pomocniczego legionu polskiego, który pod wodzą generała Jana Henryka Dąbrowskiego (1755—1818) miał walczyć w szeregach armii włoskiej. Deputacja skupiła swe wysiłki na organizacji podziemnego ruchu oporu na terenie Polski; zaowocowały one nieudaną wyprawą Joachima Deniski, który na czele oddziału optymistów przekroczył Dniestr, wkraczając w czerwcu 1797 roku na Bukowinę. W rok później Deputacja połączyła się z innym ugrupowaniem o podobnym programie — Towarzystwem Republikantów Polskich.


Napoleon osobiście zainteresował się sprawą polską zwłaszcza gdy dojrzał w niej okazję zasilenia swych wojsk nowymi rekrutami. W jego otoczeniu znalazł się szereg Polaków — między innymi jego polski adiutant, Józef Sułkowski (1773—98), który poległ później w kampanii egipskiej. Przez kilka lat Napoleon cieszył się również względami swojej polskiej kochanki, Marii Walewskiej (1789—1817).

Z jego inicjatywy przeprowadzono w maju 1797 r. reorganizację polskich oddziałów dowodzonych przez gen. J. H. Dąbrowskiego, tworząc dwie Legie — pierwszą powierzono gen. J. Wielhorskiemu (później gen. K. Kniaziewiczowi), drugą — gen. F. Rymkiewiczowi. W 1799 r. powstała Legia Naddunajska pod wodzą generała Karola Kniaziewicza (1762—1842). Polscy legioniści maszerowali pod flagą francuską, ale nosili swoje własne polskie mundury. Na szlifach mieli wypisane włoskie hasło: Gli uomini liberi sono fratelli  — Wolni ludzie są braćmi. Choć większość z nich stanowili chłopscy poborowi przechwyceni przez Napoleona z austriackiej armii, zachęcano ich, aby się do siebie zwracali per „obywatelu”; nie podlegali też karze chłosty. W ciągu około pięciu lat istnienia Legionów przez ich szeregi przewinęło się około 25 000 żołnierzy.


Od samego początku jednak bezlitosny stosunek Napoleona do Polaków nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na zaufanie. O swoich planach wobec Polski mówił wyłącznie w największych ogólnikach i wyraźnie unikał wszelkich zobowiązań, które mogłyby skrępować swobodę jego działań politycznych. Jest rzeczą znamienną, że Kościuszko, który od chwili uwolnienia go przez Rosjan w 1796 roku przebywał w Stanach Zjednoczonych, a następnie w Paryżu, zdecydowanie odżegnywał się od jakichkolwiek powiązań z planami Napoleona. „Nie sądźcie”,  mówił, „że Bonaparte odbuduje Polskę. On myśli tylko o sobie. Nienawidzi wszystkich wielkich narodów, a jeszcze bardziej — ducha niepodległości. To tyran, którego jedynym celem jest zaspokojenie własnych ambicji. Jestem przekonany, że nie uda mu się stworzyć nic trwałego ”. Z pomocą swego sekretarza, Józefa Pawlikowskiego (1767—1829?), Kościuszko skomponował słynny tekst, zatytułowany Czy Polacy wybić się mogą na niepodległość?  (1800). Twierdził w nim, że trzymany w niewoli naród nie może liczyć na pomoc ze strony Francji ani żadnego innego obcego mocarstwa, ale musi zdać się wyłącznie na własne siły i możliwości[246]. Komentarze Kościuszki okazały się aż nazbyt prawdziwe. Legionów nigdy nie użyto do celów związanych z walką o niepodległość Polski. Pierwszy Legion został w 1799 roku zdziesiątkowany przez Suworowa w bitwie nad Trebbią; drugi — pod Marengo w roku 1800; Legia Naddunajska natomiast — wkrótce potem pod Hohenlinden.

Rezerwy odkomenderowano do akcji pacyfikacyjnych w okupowanych Włoszech, a w latach 1802—03 przyłączono je do ekspedycji wysłanej w celu stłumienia powstania murzyńskich niewolników na San Domingo. Żołnierze, którzy zaciągnęli się do służby w Legionach w nadziei na wyzwolenie Polski, znaleźli się na Karaibach w roli narzędzi kolonialnego ucisku. Umierali tysiącami na gorączkę bagienną, aż wreszcie garstka niedobitków poddała się Brytyjczykom. Zapanowało ogólne rozczarowanie. W 1801 roku w Luneville Napoleon zawarł pokój ze swoimi wrogami i wszelka agitacja na rzecz sprawy polskiej została natychmiast zakończona. Po pierwszej fali entuzjazmu wielu Polaków porzuciło wszelką nadzieję na ratunek za sprawą Napoleona. W kręgach arystokracji blask perspektywy przymierza z Francją przyćmiewała wiążąca się z nią groźba rewolucji społecznej. W Warszawie nie zapominano o zaletach sprawnej pruskiej administracji. W Petersburgu polityka zagraniczna dostała się pod kontrolę polskiego arystokraty, księcia Adama Jerzego Czartoryskiego (1770—1861), który snuł własne plany odbudowania zjednoczonej Polski pod egidą nowego cara, Aleksandra I[247].

W tej sytuacji sprawy Polski zostały całkowicie podporządkowane rywalizacji między Napoleonem a koalicją. Każde mające powstać państwo polskie stałoby się z konieczności bardziej wyrazem równowagi sił niż woli ludu. W 1805 roku szala przechyliła się zdecydowanie na korzyść Napoleona. Francuzi zajęli Wiedeń. Armia rosyjska przemaszerowała przez ziemie polskie z jednego końca na drugi tylko po to, aby 5 grudnia 1805 r. ponieść wraz ze swymi austriackimi sprzymierzeńcami całkowitą klęskę w bitwie pod Austerlitz. 14 października 1806 r. pod Jena i Auerstadt rozbito w perzynę Prusaków. Zajęto Berlin. W listopadzie Louis Davout zdobył Poznań, Joachim Murat wszedł do Warszawy. Mocarstwa rozbiorowe zostały rozłożone na obie łopatki. Dąbrowskiego i Wybickiego — starych żołnierzy — skłoniono do wydania Odezwy do narodu polskiego . Gen. Józef Zajączek (1752—1826) przystąpił do formowania Legii Północnej, kolejnego polskiego legionu. Księcia Józefa Poniatowskiego namówiono do przyjęcia — po wielu wahaniach — dowództwa nad nowymi polskimi siłami zbrojnymi. Pierwsza wizyta Napoleona w Warszawie 19 grudnia 1806 roku doprowadziła do utworzenia Komisji Rządzącej, na której czele stanął Stanisław Małachowski, były marszałek Sejmu Wielkiego. Mimo to nie padła ani jedna aluzja na temat ostatecznych planów cesarza. W roku 1807 kampania przeciwko Rosjanom i Prusakom na Pomorzu i w Prusach Wschodnich nie przyniosła żadnych wskazówek co do jej celów politycznych. Po stoczonej w lutym 1807 r. nie rozstrzygniętej bitwie pod Iławą oraz po brawurowej obronie Kołobrzegu przez feldmarszałka Gneisenau Napoleon gotów był przekazać wszystkie swoje polskie zdobycze z powrotem w ręce Prus. Nawet po ostatecznym odparciu Rosjan w czerwcu w bitwie pod Frydlandem negocjacje z carem rozpoczynał z wyraźnym zamiarem przehandlowania Polski w zamian za inne ustępstwa terytorialne. Ale car odmówił zgody. Utworzenie Księstwa Warszawskiego pod auspicjami Francji, potwierdzone traktatem zawartym w Tylży w lipcu 1807 roku, wynikło z odmowy cara w sprawie objęcia zarządu nad ziemiami pruskiej Polski. Także przy tej okazji — jak przy wielu innych — o losie ziem polskich zadecydowali obcy negocjatorzy działający wyłącznie z myślą o własnych interesach. W oczach Polaków był to czwarty rozbiór.


Tereny Księstwa wykrojono z ziem zaboru pruskiego. W jego skład weszły południowe Prusy (Mazowsze i Wielkopolska) bez Gdańska, który uzyskał status Wolnego Miasta, i Prusy Nowo-Wschodnie bez okręgu białostockiego, który oddano Rosji. W 1809 roku, w wyniku wojny z Austrią, powiększono je o Kraków i „zachodnią Galicję” (Lublin, Zamość). W okresie swego największego zasięgu terytorialnego obszar Księstwa wynosił około 154 000 km2; liczyło 4,3 miliona mieszkańców, z których 79% stanowili Polacy, 7% zaś — Żydzi. Przy najlepszych chęciach można by je określić mianem kadłubowego państwa polskiego — bez dostępu do morza i bez żadnych szans na zjednoczenie wszystkich ziem polskich.

Nazwy „Polska” starannie unikano. (Patrz Mapa 7).



Mapa 7. Księstwo Warszawskie (1807—1815)


Francuską konstytucję Księstwa — powstałą przy znacznym udziale polskiej strony — podpisał Napoleon 21 lub 22 lipca 1807 roku w Dreźnie. Fryderyk August, król saski, został mianowany dziedzicznym księciem. Jego władzę określono niejednoznacznie jako „absolutną, pod protektoratem Związku Reńskiego”.

Fryderyk August był człowiekiem rozważnym i mówił po polsku, w Warszawie jednak pokazał się zaledwie cztery razy. On sam lub wicekról sprawował pełną władzę wykonawczą za pośrednictwem pięciu ministerstw, których dyrektorzy stanowili Radę, oraz prefektów stojących na czele sześciu, a później dziesięciu departamentów. Sejm miał być dwuizbowy, z mianowanym senatem i wybieralną izbą poselską; ministrowie nie mieli obowiązku zdawania mu sprawozdań ze swoich czynności. Podobnie jak działalność rad okręgowych poszczególnych prowincji, działalność ciał ustawodawczych miała być zredukowana do roli doradczej.

Niezależne sądy miały funkcjonować w oparciu o Kodeks Napoleoński. Językiem urzędowym miał być język polski.

W ramach tego systemu, przy stałej nieobecności monarchy, Prezes Rady Ministrów, światły Stanisław Kostka Potocki (1755—1821), oraz jego pięciu mianowanych kolegów mieli spore pole manewru. Politykę wybitnych członków Rady — księcia Józefa Poniatowskiego (1763—1813) w ministerstwie wojny, Stanisława Brezy (1752—1847), przede wszystkim zaś ministra sprawiedliwości — hrabiego Feliksa Łubieńskiego (1758—1848) — ograniczała nie tyle formalnie obowiązująca konstytucja, ile przeciągająca się obecność w mieście marszałka Davouta z 30 000 saskich żołnierzy oraz czujna troska francuskich rezydentów — Etienne’a Vincenta, Jeana Serry, Louisa Bignona i — od r. 1809 — wścibskiego arcybiskupa Dominique’a de Pradta.

Konstytucja wprowadzała radykalne zmiany w dziedzinie spraw społecznych. Artykuł 4, który zawierał stwierdzenie, że „wszyscy obywatele są równi w obliczu prawa”, jednym posunięciem obalał dawny system stanowy. Cztery proste słowa — „L‘esclavage est aboli” („znosi się niewola”) — kładły kres pańszczyźnie jako instytucji uświęconej przez prawo. Pociągnęły one jednak za sobą duże zamieszanie. Prawne przywileje szlachty nie zostały w sposób jednoznaczny uchylone, sama zaś konstytucja nie miała bezpośredniego wpływu na zmianę jej dominującej roli w społeczeństwie. Doraźnie sytuacja chłopów w gruncie rzeczy uległa pogorszeniu. Mimo dekretu o ziemi z 21 grudnia 1807 roku, który regulował sprawę stosunków między właścicielem a dzierżawcą, poczucie bezpieczeństwa byłego chłopa pańszczyźnianego znacznie się zmniejszyło. Niewielką pociechą była dla niego świadomość, że może teraz podpisać nową umowę ze swym byłym panem czy nawet zaskarżyć go w sądzie, skoro czyniąc to, ryzykował natychmiastową eksmisję wraz z utratą domu, ziemi i pracy. Na razie więc jedynym miejscem, dokąd mogli się udać nowo wyzwoleni chłopi, było wojsko.


Emancypacja w dziedzinie religii okazała się równie złudna. Konstytucja przywracała Kościołowi rzymskokatolickiemu status religii państwowej. Wydane w 1808 roku dekrety w sprawie Żydów zawieszały pełne prawa obywatelskie, uzależniając ich przywrócenie od wzrostu asymilacji ludności żydowskiej.


Rzeczywiste cele powołania do istnienia Księstwa uwidoczniły się najlepiej w sferze wojskowości i finansów. Bez względu na wszelkie gesty w kierunku liberté, egalité  czy nawet fraternité  pozostaje niewiele wątpliwości co do tego, że celem utworzenia Księstwa było zmobilizowanie jak największej liczby żołnierzy i jak największych sum pieniędzy na potrzeby całego cesarstwa napoleońskiego.

W 1808 roku wprowadzono powszechny pobór żołnierzy. Wszyscy mężczyźni w wieku od 20 do 28 lat byli powoływani do wojska na sześć lat. Wojsko, które stopniowo rozrosło się z 30 000 żołnierzy w 1808 roku do ponad 100 000 w roku 1812, pochłaniało ponad dwie trzecie dochodu państwa. Między dowodzących nim generałów rozdzielono hojne dary ziemi, podczas gdy tabuny przymusowych robotników trudziły się nad ulepszaniem urządzeń wojskowych. Do prac przy odbudowie fortecy w Modlinie zmobilizowano dwadzieścia tysięcy chłopów.

W 1812 roku liczebność oddziałów stacjonujących w Polsce na koszt Księstwa osiągnęła prawie milion żołnierzy. W zamian za swój polski mundur obywatel otrzymywał solidne opodatkowanie na pruską modłę oraz obojętność władz na modłę rosyjską; oczekiwano też od niego, że odda życie za francuskiego cesarza, walcząc pod rozkazami niemieckiego króla.

Najjaskrawszym przykładem wyzysku, jaki Napoleon uprawiał wobec Księstwa Warszawskiego, było szokujące oszustwo w sprawie tak zwanych „sum bajońskich”. Według konwencji podpisanej we francuskim uzdrowisku Bayonne w 1808 roku, rząd francuski zrzekał się prawa do dawnej własności państwa pruskiego, sprzedając ją za sumę 25 milionów franków, płatnych w krótkim okresie czterech lat. W ten sposób polski podatnik musiał poświęcić niemal 10% budżetu na wykupienie hipotek, budynków i wyposażenia, które zaledwie 12 lat wcześniej zabrali mu Prusacy, a które dostały się w ręce Francuzów jako wojenna zdobycz. Hojność nie wchodziła tu więc w grę[248].


Tymczasem triumfalne fanfary wzywały Polaków pod wojenne sztandary. Po trwającym całe pokolenie okresie bezgranicznych upokorzeń nie brakowało młodych ludzi zdecydowanych dowieść na polu walki znajomości wojennego rzemiosła. Od brawurowej polskiej Chevaux-Legers z Gwardii Cesarskiej po nowoutworzone pułki wojsk Poniatowskiego, od wyżyn Półwyspu po niziny Rosji, waleczność Polaków ruszyła w pochodzie jak nigdy od czasów Sobieskiego.

30 listopada 1808 roku Napoleon zatrzymał się u bram Madrytu. Dalszą drogę odcięła mu jedna jedyna hiszpańska dywizja, broniąca wąskiego wąwozu Somosierra, wiodącego na wysoki płaskowyż, na którym rozciąga się hiszpańska stolica. Szesnaście armat wstrzymywało pochód 50 000 żołnierzy. Po kilku próbach przebicia się przy pomocy piechoty rozkaz „do ataku” wydano pierwszemu oddziałowi szwoleżerów. Trzystu jeźdźców z Księstwa Warszawskiego pod wodzą Jana Kozietulskiego posłuchało rozkazu. W osiem minut później ci, którzy ocaleli, ukazali się trzysta metrów wyżej u szczytu wąwozu w odległości dwóch kilometrów od pełnego podziwu cesarza. Zdobyto wszystkie armaty. Opór Hiszpanów przełamano. Zdobyto Madryt. Odtąd opowieści o szarży spod Somosierry budziły w Warszawie takie same reakcje, jak w Londynie opowieści o szarży lekkiej brygady[249]. Uważano, że kwiat młodzieży polskiego narodu zginął w odległej ziemi w imię jednego brawurowego gestu. W rzeczywistości bezprzykładne poświęcenie tamtej garstki ludzi utorowało drogę całej armii[250].

W kampanii roku 1809 Polacy byli zainteresowani w sposób bardziej bezpośredni. Księstwo Warszawskie wytrzymało cały napór ataku Austriaków, a jego wojsko, wyróżniło się bojowym męstwem. Arcyksiążę Ferdynand d’Este wkroczył z Galicji na czele 25 000 żołnierzy i mimo odporu, jaki mu dano w bitwie pod Raszynem 19 kwietnia, przedarł się do Warszawy. Ale Poniatowski nie ustąpił z pola bitwy. Seria wypadów kawalerii w głąb terytoriów austriackich — na Sandomierz, Zamość i Lwów — podkopała pozycję arcyksięcia. Gdy w lipcu nadeszły wiadomości o zwycięstwie Napoleona pod Wagram, Poniatowski był o krok od wkroczenia do Krakowa. Przez te wszystkie miesiące zdołał przechytrzyć nie tylko przeważające siły Austriaków, ale także niesłychane postępowanie swych rosyjskich „sprzymierzeńców”, którzy — przerażeni groźnym widmem zmartwychwstającej Polski — energicznie próbowali mu przeszkodzić. Na mocy traktatu podpisanego w Schönbrunn Księstwo otrzymało nagrodę w postaci Krakowa i zachodniej Galicji, podczas gdy Rosja uraczyła się okręgiem tarnopolskim. Pierwszy raz od czasu rozbiorów polskie wojsko stanęło do walki pod polskimi rozkazami i zdołało zjednoczyć dwie ważne części rozdartych polskich ziem. Odżyły patriotyczne nastroje. Na nowo odrodziła się nadzieja. Polacy z Litwy przepływali Niemen, aby uciec z Rosji i zaciągnąć się do wojsk Księstwa. Przybywali Polacy z zaborów pruskiego i austriackiego, pomnażając jego szeregi; wszystkim oferowano obywatelstwo w służbie Księstwa. Przez krótki moment wydawało się, że naród polski ma szansę na odzyskanie panowania nad własnym losem.

Rok 1812 stał się początkiem zmierzchu napoleońskiej przygody. Dla Francuzów kampania w Rosji była po prostu kolejnym aktem rewolucyjnego imperializmu. Dla Rosjan stała się ostatecznym sprawdzianem integralności


убрать рекламу




убрать рекламу



i trwałości ich cesarstwa. Jedynie dla Polaków była to wojna wyzwoleńcza. Kiedy 24 czerwca Grande Armée  przekroczyła Niemen, większość jej żołnierzy wiedziała tylko tyle, że przekracza granicę cesarstwa rosyjskiego. Ale tysiące idących w jej szeregach Polaków zdawało sobie sprawę z tego, że wkracza na historyczne ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Maszerując w kierunku Wilna wiedzieli, że niszczą barierę, która przez minione dwadzieścia lat oddzielała od siebie dwie części dawnej Rzeczypospolitej. Prawdą jest, że Napoleon nie składał żadnych konkretnych obietnic. Chociaż lubił używać na określenie kampanii nazwy „druga wojna polska”, jego rzecznik, książę Bassano, był tylko gotów stwierdzić, że „całkowita restauracja Polski jest jednym z możliwych sposobów zakończenia konfliktu”. Po stronie litewskiej oczekiwania gwałtownie wzrosły.

Wielu magnatów nadal popierało cara w obawie przed zamieszkami społecznymi. Ale masy ludności z gorączkową niecierpliwością oczekiwały nadejścia godziny swojego wyzwolenia. Adam Mickiewicz, który jako czternastoletni chłopiec był świadkiem tych wydarzeń, opiewał atmosferę owych dni w podniosłych tonach:



O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!  
Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,  
A żołnierz rokiem wojny;  
(…)  
Bo już bocian przyleciał do rodzinnej sosny  
I rozpiął skrzydła białe, wczesny sztandar wiosny;  
A za nim, krzykliwymi nadciągnąwszy pułki,  
Gromadziły się ponad wodami jaskółki  
(…)  
W wieczór słychać w zaroślach szept ciągnącej słomki,  
I stada dzikich gęsi szumią ponad lasem,  
I znużone na popas spadają z hałasem,  
A w głębi ciemnej nieba wciąż jęczą żurawie.  
Słysząc to nocni stróże pytają w obawie,  
Skąd w królestwie skrzydlatym tyle zamieszania,  
Jaka burza te ptaki tak wcześnie wygania.  
Aż oto nowe stada, jakby gilów, siewek  
I szpaków, stada jasnych kit i chorągiewek  
Zajaśniały na wzgórkach, spadają na błonie:  
Konnica! dziwne stroje, nie widziane bronie,  
Pułk za pułkiem, a środkiem, jak stopione śniegi,  
Płyną drogami kute żelazem szeregi;  
Z lasów czernią się czapki, rzęd bagnetów błyska,  
Roją się niezliczone piechoty mrowiska.  
(…)  
Konie, ludzie, armaty, orły dniem i nocą  
Płyną; na niebie górą tu i ówdzie łuny,  
Ziemia drży, słychać, biją stronami pioruny. —  
Wojna! wojna! Nie było w Litwie kąta ziemi,  
Gdzie by jej huk nie doszedł; pomiędzy ciemnemi Puszczami chłop, którego dziady i rodzice  
Pomarli, nie wyjrzawszy za lasu granice,  
Który innych na niebie nie rozumiał krzyków  
Prócz wichrów, a na ziemi prócz bestyi ryków,  
Gości innych nie widział oprócz spółleśników, —  
(…)  
Żubr, brodacz sędziwy,  
Zadrżał we mchu, najeżył długie włosy grzywy,  
(…)  
Zląkł się i uciekł w głębszym schować się ukryciu.  
(…)  
O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju,  
Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!  
O wiosno, kto cię widział, jak byłaś kwitnąca  
Zbożami i trawami, a ludźmi błyszcząca,  
Obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna!  
Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna!  
Urodzony w niewoli, okuty w powiciu,  
Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu [251].


Linijki te odmalowują tło jednej z najsłynniejszych scen polskiej literatury pięknej — „ostatniej staropolskiej biesiady” w Soplicowie, gdzie wszystkie dworskie kłótnie i zwady zostają zakończone zgodą i wszyscy wznoszą kielichy w szlacheckim toaście „Kochajmy się”. Głównym elementem bankietu jest wirtuozerski koncert gry na cymbałach, zaimprowizowany na cześć generała Dąbrowskiego przez starego Żyda Jankiela:



Aż gdy na Dąbrowskiego starzec oczy zwrócił,
Zakrył rękami, spod rąk łez potok się rzucił:
„Jenerale, rzekł, Ciebie długo Litwa nasza
Czekała — długo, jak my Żydzi Mesyjasza,
(…)
Mówiąc ciągle szlochał,
Żyd poczciwy Ojczyznę jako Polak kochał!
Dąbrowski mu podawał rękę i dziękował,
On, czapkę zdjąwszy, wodza rękę ucałował[252].


Polaków było w szeregach Grande Armée  niemal 100 000. Trzydzieści pięć tysięcy liczył Korpus Piąty Polski generała Poniatowskiego — jedyna formacja narodowa wśród całej żołnierskiej zbieraniny. Szli w awangardzie i 28 czerwca 1812 r. wkroczyli do Wilna, gdzie ustanowiono Komisję Rządzącą z Holendrem, generałem Dirkiem Van Hogendorpem na czele. Do Smoleńska dotarli w sierpniu.

Walczyli pod Borodino. We wrześniu wkroczyli do Moskwy. Dokładnie w dwieście lat od podpalenia stolicy Rosji przez Gosiewskiego oglądali znów miasto w płomieniach. W Warszawie, na spotkaniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk poeta Kajetan Koźmian odczytał odę o zniszczeniu Moskwy:



Gdzie jest ten potwór natury,  
Ten olbrzym, postrach narodów .


Po spotkaniu Stanisław Staszic wziął Koźmiana na bok, radząc, aby wydanie ody odłożył do momentu zakończenia wojny. „Olbrzym jeszcze stoi i walczy”, powiedział[253].


I rzeczywiście. Car nie poprosił o pokój. W październiku rozpoczął się straszliwy odwrót. Zadymki, grasujący w poszukiwaniu łupu chłopi, Kozacy, odmrożenia i głód bezlitośnie przerzedzały szeregi wojska. Lekka kawaleria pod dowództwem nieustraszonego Pawła Jerzmanowskiego została wyznaczona do ochrony tyłów. Pod Smoleńskiem i nad Berezyną padły tysiące. W grudniu Napoleon przejechał przez Warszawę, w drodze do Paryża, w absolutnym milczeniu. Nie odwiedził Walewskiej, której nie pozostało nic innego, jak jechać za nim do Paryża, a potem na Elbę. W dwa tygodnie później nadciągnęły pierwsze niedobitki V Korpusu: jeden generał, dwunastu oficerów i 124 żołnierzy. Ogółem, ze 100 000 Polaków, którzy pół roku wcześniej przekroczyli Niemen, ocalało 20 000. Warszawy nie dało się obronić. W lutym 1813 zjawiła się armia rosyjska. Ustanowiono tymczasową

Radę Najwyższą z generałem Wasylem Łanskojem na czele; jego zastępcą mianowany został Nikołaj Nowosilcow. Przez następne dwa lata Księstwo Warszawskie traktowane było jako carski protektorat, oczekujący na decyzję zwycięzców.

Ostatniego czynu niepodległej woli dokonał na rzecz Księstwa Józef Poniatowski. Odrzucając propozycję łaski ze strony Rosjan, zdecydował się walczyć aż do końca u boku Napoleona. Zebrał wszystkie rezerwy swego wojska i wycofał się do Niemiec. Jego kres nadszedł wraz z Bitwą Narodów pod Lipskiem, 19 października. Oddziały polskie, otoczone w zakolu Elstery przez siły pruskie i rosyjskie, dostały się w sam środek odwrotu wojsk francuskich. Śmiertelnie raniony trzema kulami, Poniatowski z pogardą odrzucał wszystkie propozycje kapitulacji lub odwrotu. Spiąwszy konia ostrogami, pod gradem snajperskich pocisków popędził ku rzece i zniknął, porwany jej nurtem[254].

Śmierć Poniatowskiego przytacza się często jako kolejny przykład samobójczej odwagi Polaków. W gruncie rzeczy jednak było to logiczne następstwo niemożliwej do zniesienia sytuacji. Jak wielu swych rodaków, Poniatowski długo się wahał, zanim się zdecydował postawić swój los na Francuzów. Służba w armii Napoleona wymagała od niego bolesnej zmiany orientacji i systemu lojalności. Wiązała się z długimi latami poświęceń i przelewu krwi. Raz jeszcze zmienić front — tak jak to uczynił jego pan, król saski — okazało się nazbyt wielką udręką dla człowieka bezgranicznie znużonego i uczciwego. Jak reszta pokolenia, do którego należał, miał nadzieję; walczył; służył; a spokój znalazł dopiero w szlachetnej klęsce.



XIII. KONGRESÓWKA.

Królestwo Kongresowe (1815—1861)

 Сделать закладку на этом месте книги

Przedyskutowanie sprawy polskiej nie było głównym celem, dla którego we wrześniu 1814 roku zebrał się kongres wiedeński. Z Polski nie zaproszono nikogo. Ale jak jeszcze nieraz później, waśnie między mocarstwami uczyniły z rozwiązania spraw polskich zasadniczą przeszkodę na drodze do porozumienia. Brytyjski sekretarz stanu, Robert Castlereagh, podniósł kwestię niepodległości Polski jako sposób na ukrócenie ambicji swoich partnerów w trzeciej koalicji. Jego memoriał w sprawie Polski z 23 października sugerował trzy różne rozwiązania. Pierwsze przewidywało utworzenie niepodległego państwa polskiego w granicach z 1772 roku; drugie — powrót do sytuacji z 1791 roku, włącznie z Konstytucją 3 maja; trzecie wreszcie — nowy podział Księstwa Warszawskiego wzdłuż linii Wisły. Aleksandrowi I żadne z tych rozwiązań nie wydawało się równie atrakcyjne, jak plan przygotowany wspólnie z Berlinem, w myśl którego Rosja zabrałaby całe Księstwo Warszawskie, gdyby Prusom zezwolono na zabranie całej Saksonii. W styczniu 1815 r. rozmowy utknęły w martwym punkcie. Talleyrand zaproponował nowe przymierze między Brytanią, Francją i Austrią jako przeciwwagę dla połączenia sił Rosji i Prus. Na chwilę w powietrzu zawisła groźba ponownego wybuchu wojny, ale wiadomości o ucieczce Napoleona z Elby przywróciły dyplomatom zdrowy rozsądek. Ponownie utworzono wspólny front. W sprawie polskiej mocarstwa postanowiły przyjąć kompromis. Prusy zadowoliły się Poznaniem i zachodnim pograniczem Księstwa Warszawskiego, zabierając jedynie połowę Saksonii, wraz z Gdańskiem, szwedzkim Pomorzem i kilkoma księstwami Nadrenii, dorzuconymi dla równego rachunku. Austria zrezygnowała z roszczeń do Nowej (zachodniej) Galicji, uzyskała natomiast Kraków miał być Wolnym Miastem pod połączonym protektoratem mocarstw. Cesarstwo rosyjskie miało wynieść pewne korzyści z niewielkiej korektury granicy w pobliżu Białegostoku, car zaś przyjmował koronę nowego i niepodległego „Królestwa Polskiego”. Zatwierdzający te postanowienia traktat został podpisany przez trzy mocarstwa rozbiorowe 3 maja 1815 roku. W dniu 9 czerwca, na tydzień przed bitwą pod Waterloo, podpisano właściwy traktat wiedeński. Faktycznie — chociaż nie nominalnie — dokonał się piąty rozbiór Polski[255].


Królestwo Kongresowe Polskie, liczące 127 000 km2, było mniejsze niż Księstwo Warszawskie w 1809 roku. Mieszkańców miało 3,3 miliona, a więc mniej niż dawny zabór pruski czy austriacki. Nie można go było porównać do dawnej

Korony sprzed 1793 roku, a tym bardziej mówić o restauracji całej dawnej Rzeczypospolitej. W skali międzynarodowej było mniej więcej równe pod względem obszaru (choć nie pod względem zasobów) utworzonemu w tym samym czasie

Królestwu Zjednoczonych Niderlandów. W oczach Polaków było owocem wielce niezadowalającego kompromisu:


Bez Krakowa, Poznania i Wieliczki,  

Polska nie warta ani świeczki. 


Mówiąc o nim, używano powszechnie czułego zdrobnienia „Kongresówka” — „mały biedny twór Kongresu”. (Patrz Mapa 8).



Mapa 8. Królestwo Kongresowe i powstanie listopadowe (1830—1831)


Mimo to trzeba było przyznać, że perspektywy Królestwa nie przedstawiały się całkowicie beznadziejnie. Jego ludność miała się szybko powiększać, osiągając w roku 1864 liczbę ponad 6 milionów, a w roku 1910 — ponad 13 milionów.

W porównaniu ze wszystkimi innymi państwami Europy w Królestwie mieszkała największa grupa Polaków i stanowiło ono naturalny ośrodek polskiego życia kulturalnego. Miało Warszawę — historyczną stolicę Rzeczypospolitej — a w jego nazwie skutecznie odżywało zabronione dotąd imię „Polska”. Ponieważ sprawę granicy wschodniej pozostawiono otwartą jako przedmiot ewentualnych przyszłych modyfikacji, pozostawała nadzieja, że kiedyś w przyszłości jakiś dobrotliwy car zechce rozszerzyć tereny Królestwa na wschodzie i zjednoczyć je z dawnym Wielkim Księstwem Litewskim.

Konstytucja Królestwa nie pozostawiała wiele do życzenia. Mimo że została w pośpiechu naszkicowana przez księcia Czartoryskiego, zapewniała największe swobody możliwe do zagwarantowania w obrębie granic wytyczonych przez traktat wiedeński. Prawdą jest, że car, z racji swej godności króla Polski, zachowywał znaczną władzę wykonawczą. Miał on mianować wszystkich urzędników — od namiestnika i głównodowodzącego sił zbrojnych w dół. Miał też mianować Radę Administracyjną, jak również zwoływać, odraczać lub rozwiązywać sejm. Miał prawo zgłaszać veto i poprawki do ustaw, jak również egzekwować zgodność polityki zagranicznej Królestwa z polityką cesarstwa rosyjskiego. Otrzymywał prerogatywy najwyższego sądu apelacyjnego, a za pośrednictwem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Petersburgu sprawował także kontrolę nad milicją. Mimo to Królestwo miało szereg cech rzeczywistej monarchii konstytucyjnej. Miało własny rząd, własne sądownictwo, własny elekcyjny sejm, własną administrację i własne wojsko. Oficjalnie zagwarantowano przestrzeganie Kodeksu Napoleońskiego, wolność prasy, zasadę tolerancji religijnej, osobistą wolność jednostki oraz prawo chłopa do nabywania ziemi. Język polski miał obowiązywać jako język oficjalny we wszystkich dziedzinach życia publicznego. Biorąc pod uwagę fakt, że konstytucja musiała uzyskać aprobatę reakcyjnego Świętego Przymierza, należy ją uznać za dokument zadziwiająco liberalny. Przynajmniej na papierze była to jedna z najbardziej postępowych konstytucji w Europie[256].


Działalność czołowych osobistości życia publicznego w Królestwie była odbiciem wigowskiego liberalizmu epoki. Namiestnik generał Józef Zajączek znacznie złagodniał od dawnych jakobińskich czasów; weteran powstania narodowego Kościuszki i kampanii napoleońskich, nie był mimo wszystko człowiekiem, którego chciałoby się widzieć na stanowisku głównego polskiego namiestnika rosyjskiego autokraty. Wódz naczelny wojsk polskich, brat cara, wielki książę Konstanty Pawłowicz (1779—1831), był jednym z bardzo niewielu ludzi mających niezależne wpływy w Rosji. Morganatyczne małżeństwo z Polką Joanną Grudzińską pozbawiło go prawa do sukcesji, a sentymentalne przywiązanie do wszystkiego, co polskie, pozostawało w ostrym kontraście z zadowoleniem, jakie znajdował w egzekwowaniu wszelkich form brutalnej dyscypliny wojskowej. Żył w zawieszeniu między dwoma światami, a nierzadko i między dwiema decyzjami. Większość podlegających mu generałów — Dąbrowski, Kniaziewicz, Chłopicki — służyło niegdyś Napoleonowi i Księstwu Warszawskiemu, a nie w armii rosyjskiej. Kręgi ludności cywilnej były wciąż jeszcze zdominowane przez wielkie postaci epoki oświecenia pokroju Stanisława Kostki Potockiego czy Stanisława Staszica. Rada Administracyjna mogła się odwoływać do polskich magnatów, mających za sobą wcześniejsze doświadczenia w służbie rosyjskiej — na przykład do księcia Adama Jerzego Czartoryskiego czy do księcia Ksawerego Druckiego-Lubeckiego. Mimo że nie brakowało ludzi — zwłaszcza w obozie katolickim — którzy żywili takie czy inne zastrzeżenia w stosunku do konstytucji i jej zwolenników, jedynym, który od samego początku otwarcie przeciwko niej występował, był osobisty plenipotent cara, Nikołaj Nowosilcow (1761—1836). Jest rzeczą charakterystyczną, że urząd Nowosilcowa, mimo iż zachował pierwszorzędne znaczenie polityczne, nie miał w konstytucji żadnego statusu prawnego. Była to od samego początku agenda, którą można było wykorzystać jako kanał dla wszystkich arbitralnych i pozakonstytucyjnych ataków i planów strategicznych.

Sprawą bliską sercu liberałów okazała się oświata. Pod zarządem swojego ministra, Stanisława Kostki Potockiego, Komisja Wyznań Religijnych i Oświecenią Publicznego przez pięć lat starała się rozbudowywać i umacniać zdobycze dawnej Komisji Edukacji Narodowej i Izby Edukacyjnej Księstwa Warszawskiego. W 1816 roku Uniwersytet Warszawski otworzył bramy pięciu fakultetów. Szkoła Górnictwa w Kielcach, Instytut Agronomii na Marymoncie i Szkoła Politechniczna w Warszawie miały przygotować nową elitę naukowców i ludzi o wysokich kwalifikacjach zawodowych. W 1821 roku działało na terenie Królestwa ponad tysiąc szkół podstawowych. Zaczęły się nieuchronne starcia z Kościołem, który sprzeciwiał się rozwojowi oświaty świeckiej pod patronatem państwa. Potockiego atakowano ze wszystkich stron. Gdy oddając pięknym za nadobne, odważył się wystąpić z planem rozwiązania katolickich klasztorów prowadzących działalność oświatową, zmuszono go do wycofania się z tej propozycji. W 1820 roku, gdy wydał antyklerykalną satyrę pod tytułem Podróż do Ciemnogrodu [257], zmuszono go do ustąpienia. Od tego momentu na scenę wkroczyła reakcja. Kolejny dyrektor Komisji, Stanisław Grabowski (1780—1845), zamknął dwie trzecie szkół podstawowych Królestwa. Podejmowano także akcje wymierzone przeciwko szkołom żydowskim. Priorytet przyznawano gimnazjom, których uczniowie wywodzili się głównie z warstw wyższych. Napisane przez Potockiego podręczniki do historii, zawierające pochwałę demokracji starożytnych Aten, zastąpiono bardziej konserwatywnymi książkami, które wychwalały cnoty imperialistycznego Rzymu. Był to znak czasu.

Życie gospodarcze doświadczało równie gwałtownych obrotów koła fortuny. Na samym początku przepełniony zbytnim entuzjazmem rząd tak rozrzutnie gospodarował swymi szczupłymi zasobami, że w 1821 roku znalazł się na granicy bankructwa. Car zagroził, że jeśli natychmiast nie zostanie przywrócona równowaga budżetowa, wcieli Królestwo do cesarstwa rosyjskiego. Wówczas ze znakomitym programem uzdrowienia gospodarki państwa wystąpił książę Lubecki, który w latach 1821—30 piastował urząd ministra przychodów i skarbu. Oszustom podatkowym zagrożono karą śmierci. Deficyt zlikwidowano. Wpływy z podatków wzrosły trzykrotnie. Ustanowiono na nowo świetnie prosperujące monopole państwowe w zakresie handlu solą i tytoniem. W 1828 roku założono Bank Polski, który miał objąć kierownictwo nad finansami Królestwa, a także zająć się koordynacją popieranych przez państwo operacji kredytowych. Znaczne sumy przeznaczono na inwestycje w dziedzinie handlu i przemysłu. W owym dziesięcioleciu Lubecki — „Le Petit Prince”, jak go nazywał Aleksander — okazał się najwybitniejszym człowiekiem sukcesu w obozie polskich „ugodowców”. Był nieodwołalnie zdecydowany zachować więź z Rosją, nie znosił sprzeciwu i położył podwaliny pod nowoczesną i zdolną do życia gospodarkę[258].

Wojsko nadal pozostawało podstawowym zabezpieczeniem niepodległości Królestwa. Stała kadra liczyła 30 000 ludzi, a w czasie wojny liczba wojska mogła się szybko powiększyć; była to siła, której nie mogłoby łatwo zignorować żadne z sąsiadujących z Królestwem mocarstw. Korzystając z przyznanych mu 40% budżetu państwa, wojsko było dobrze uzbrojone i dobrze wyszkolone. Nosiło polskie mundury, maszerowało pod polskimi sztandarami i używało wyłącznie języka polskiego. Powiększone o rekrutów zwerbowanych na dziesięć lat służby, wkrótce zdobyło sobie powód do dumy z własnych kompetencji. Szczególną uwagę zwracano na szkolenie oficerów. Z trzech warszawskich szkół kadetów, przygotowujących kadrę dla piechoty, kawalerii i artylerii, wyszło nowe pokolenie absolwentów, których rozpierała żołnierska duma i esprit de corps . Wpływy rosyjskie ograniczały się do wewnętrznej struktury wojska, co miało ułatwić jego ewentualne współdziałanie z formacjami rosyjskimi, oraz do drażliwej kwestii dyscypliny wojskowej. Za czasów Poniatowskiego niedopuszczalne były kary cielesne; wobec tego wprowadzenie ich w 1815 r. na wzór armii rosyjskiej wywołało wielką obrazę. Bezustannym defiladom, jakie wielki książę organizował na placu Saskim w Warszawie, towarzyszyły publiczne pokazy chłosty. Stanowiły one jeden z jątrzących, a zarazem możliwych do uniknięcia powodów do zadrażnień w szeregach na ogół zadowolonych i wysoko kwalifikowanych sił zbrojnych[259].

W takim kontekście życie polityczne kraju płynęło bez zbędnych napięć.

Większość namiętności wczesnych lat jego istnienia skupiło się wokół toczącej się między klerykałami i antyklerykałami wojny o szkoły, śluby cywilne, rozwody i cenzurę. W wojnie tej car trafił między młot i kowadło. Pierwsze posiedzenie sejmu w 1818 roku przebiegło gładko. Otworzył je sam Aleksander, którego przemówienie, będące pochwałą konstytucji, uznano powszechnie, choć błędnie, za zapowiedź nadchodzących zmian w samej Rosji. Wniesiony przez izbę poselską protest, domagający się przedstawienia przez rząd budżetu do zatwierdzenia, pozostał bez odpowiedzi.

Opozycja zaczęła się ogniskować w latach dwudziestych wokół dwóch odrębnych frontów. W sejmie skupiała się na akcjach podejmowanych przez braci Niemojowskich — Wincentego (1784—1834) i Bonawenturę (1787—1835); kierowana przez nich grupa „kaliszan” uważała, że wnoszenie poprawek do polityki rządu jest podstawową funkcją ustawodawstwa. Podczas drugiej sesji sejmu, w r. 1820, kiedy sprzeciwiono się ustawie o rozszerzeniu uprawnień prokuratora generalnego, car z trudem powstrzymywał zdziwienie. Mandaty braci Niemojowskich zostały formalnie unieważnione. Sejm został rozwiązany, a jego kolejną sesję odroczono do roku 1825. Był to pierwszy wyraźny znak, że pochwały konstytucji — nawet z ust pozornie liberalnego cara — nie należało brać zbyt dosłownie.

Inni członkowie sejmu narazili się, krytykując rząd z powodu gry na zwłokę w sprawie reformy rolnej.

W skali całego kraju opozycja ogniskowała się wokół rosnącej mody na tajne kluby polityczne. Pod tym względem dawno ustaloną pozycję w społeczeństwie polskim zajmowało wolnomularstwo. Tradycyjnie przyciągało ono w swoje szeregi przedstawicieli owego nieszkodliwego gatunku wysoko urodzonych dobrotliwców, do którego zarówno Aleksander I, jak i jego ojciec, Paweł I, lubili się zaliczać.

W 1815 roku miało na terenie Królestwa 32 loże i mogło sobie rościć uzasadnione pretensje do kształtowania znacznej części postępowej i patriotycznej opinii publicznej. W 1819 roku major Walerian Łukasiński (1786—1868) założył Wolnomularstwo Narodowe — bardziej wojowniczy odłam ugrupowania, który wkrótce znalazł sobie zwolenników w sejmie, na prowincji i w wojsku. W roku 1821, kiedy car wydał zakaz działalności wolnomularstwa na terenie swoich włości, wielu spośród jego bardziej zdecydowanych członków przeszło w szeregi kierowanego przez Łukasińskiego konspiracyjnego Towarzystwa Patriotycznego. Organizacja ta — poprzedniczka szeregu innych stowarzyszeń o tej samej nazwie — objęła całe polskie ziemie siecią lokalnych komórek. Jej celem było osiągnięcie pełnej niepodległości narodowej, wpływy zaś nie ustały nawet wówczas, gdy poszczególne komórki dawno już przestały reagować na posunięcia centrali. Aresztowanie i uwięzienie Łukasińskiego w 1822 roku było oznaką początku narastającego konfliktu z władzami[260]. W kręgach studenckich pojawiło się moc amatorskich klubów rewolucyjnych, z których każdy miał własnych bohaterów, własną filozofię i własny organ prasowy. Warszawski klub Panta Koina[261], założony w 1817 roku, miał kontakty zarówno w Niemczech, jak i w Rosji. Kres jego działalności położyło wszczęcie międzynarodowego śledztwa policyjnego, zainspirowanego dokonanym w Jenie morderstwem na osobie carskiego ministra—rezydenta. Związek Wolnych Polaków z 1820 roku sięgał swymi kontaktami do Wilna i Krakowa, ale i jego działalność przerwała policja.

W wojsku nawiązano silne więzi z konspiratorami z armii rosyjskiej. Stowarzyszenie Zjednoczonych Słowian utrzymywało kontakty z rosyjskim Związkiem Północnym i Południowym, a także ze Stowarzyszeniem Przyjaciół Wojskowych, które działało wśród oficerów litewskich korpusów stacjonujących w Białymstoku. Chociaż nie można wątpić w szczerość i uczciwość ludzi, którzy podejmowali konspiracyjną działalność wymierzoną przeciwko carowi, trudno jednocześnie uwierzyć, że mogli oni stanowić jakiekolwiek poważne zagrożenie dla sił prawa i porządku[262].

Najwięcej kłopotów sprawiała w tym okresie nie Warszawa, lecz Wilno. Stosunkowo dobrotliwy reżim Królestwa w niczym nie przypominał represyjnego ustroju po drugiej stronie granicy, na Litwie. Kiedy Czartoryski wycofał się w 1814 roku ze swego stanowiska w Wilnie, jego następcy zrobili wszystko, co było w ich mocy, aby odwrócić skutki jego prapolskiej polityki. Uniwersytet w Wilnie, który przez krótki okres kwitł jako najważniejszy ośrodek polskiej literatury i nauki, stał się przedmiotem bezpośredniego ataku ze strony grupy zażartych rusyfikatorów. Towarzystwo Filomatów, założone w 1817 roku przez Adama Mickiewicza i Tomasza Zana (1796—1855) jako ośrodek ich literackiej działalności, zostało wkrótce skierowane na zdecydowanie polityczne tory. Zyskało sobie poparcie profesury, szczególnie profesora historii, Joachima Lelewela. W 1820 roku powstały dwie nowe organizacje. Pierwsza z nich, Towarzystwo Filadelfistów Błękitnych, otwarcie stawiała sobie za cel przywrócenie jedności obu części dawnej Rzeczypospolitej Królestwa Polskiego i Litwy. Druga, Związek Zielony, była wczesnym przykładem populizmu i ciążyła ku wsi, aby zdobyć sobie poparcie chłopstwa. Na nieszczęście, rozwój tych przedsięwzięć ściągnął uwagę Nowosilcowa, który udał się do Wilna, aby osobiście zbadać sprawę. W listopadzie 1823 roku policja przystąpiła do ataku. Mickiewicz i Zań, a także ośmiu spośród ich kolegów, zostali w trybie doraźnym zesłani w głąb Rosji. Lelewela zwolniono. Cała konspiracja została rozbita w perzynę. Dla warszawiaków lekcja nie pozostawiała żadnych niejasności: maska liberalizmu, jaką nosiły carskie władze w Królestwie, nie była niczym innym, jak tylko zewnętrznym pozorem[263].

W momencie wstąpienia na tron Mikołaja I w 1825 r. maska została zrzucona. Do głębi wstrząśnięty buntem dekabrystów w armii rosyjskiej, car nie ukrywał swej pogardy dla rządu konstytucyjnego. Ten autokrata zarówno z usposobienia, jak i z przekonania, „Nabuchodonozor Pomocy”, uważał Królestwo Polskie za wrzód na ciele Świętej Rosji, dojrzały do tego, aby go przeciąć. Nie przeoczył polskich powiązań dekabrystów, a szczególnie rozpalały go doniesienia o rzekomo wywrotowych nastrojach w jego polskim wojsku. Zalawszy Królestwo potokiem agentów swego nowo utworzonego Trzeciego Oddziału i znalazłszy gorliwego sługę w osobie Nowosilcowa, który nabrał nowego wigoru, car natychmiast ustanowił Komisję Badań dla ponownego zrewidowania problemu tajnych klubów. Czyniąc to, sprowokował cause celebre  lat trzydziestych. W 1828 roku przywódców Towarzystwa Patriotycznego postawiono przed trybunałem sejmowym, oskarżając ich o zbrodnię stanu. Oskarżenie domagało się surowego wyroku, oczekując podobnego stanowiska od senatorów. Zapewne ku zdziwieniu oskarżycieli senatorzy ich nie poparli. Z wyjątkiem jednego przeciwnego głosu generała Krasińskiego, senatorzy uznali, że przynależność do nielegalnego stowarzyszenia nie jest sama w sobie aktem zdrady. Głównego oskarżonego, podpułkownika Seweryna Krzyżanowskiego (1787—1839), którego obwiniono o prowadzenie negocjacji z dekabrystami, zasądzono jedynie na trzy lata więzienia. Wielki książę Konstanty zawrzał gniewem. Zabronił nieposłusznym senatorom trybunału opuszczać Warszawę i wydał zakaz ogłoszenia ich wyroku. Po interwencji cara z Petersburga wyroki zostały bezceremonialnie zawieszone. Kompetencję trybunału unieważniono z działaniem wstecz. Ostatecznie jednak wyrok Sądu Sejmowego został zatwierdzony przez Mikołaja I i w marcu 1829 r. nastąpiło jego publiczne odczytanie. Losy więźniów były różne — niektórych jeszcze w lipcu 1828 wywieziono do Petersburga, innych więziono w Warszawie. W czerwcu i w lipcu kilku zwolniono, innych (w tym Krzyżanowskiego) z rozkazu, cara zesłano na Syberię. Kiedy w roku 1830 sejm zebrał się ponownie, aby poddać rewizji swój program ustawodawczy, jego członków należycie ukarano. Element konserwatywny radował się. W panującej atmosferze strachu i podejrzliwości nie było większych szans na systematyczne podjęcie procesu konstytucyjnego.

Tymczasem jednakże wszelkie myśli o czynnym buncie ograniczały się do niższych eszelonów korpusu oficerskiego. Szereg podjętych w odpowiedniej chwili reform wojskowych — między innymi zniesienie publicznych chłost i regulacja systemu płac — nie zdołało usunąć poczucia niesprawiedliwości stworzonego przez represje, którym poddano osoby związane z ruchem dekabrystów, i ciągłe nękanie ze strony Trzeciego Oddziału. Podczas sądu sejmowego od wszystkich oficerów polskich zażądano odnowienia przysięgi na wierność carowi. Ich silne poczucie honoru zostało dotknięte do żywego. Już w roku 1829 grupka kadetów ze Szkoły podchorążych Piechoty rozważała możliwość zamordowania cara podczas jego zbliżającej się koronacji na króla Po


убрать рекламу




убрать рекламу



lski. W roku 1830 instruktor Szkoły Podchorążych, porucznik Piotr Wysocki (1797—1874) zajął się organizowaniem spisku wspólnie z młodym pułkownikiem Józefem Zaliwskim (1797—1855); celem ich konspiracyjnej działalności był zbrojny bunt. W lecie tego samego roku nawiązali kontakt z grupą cywilnych spiskowców, którzy przygotowywali plan zamordowania wielkiego księcia Konstantego[264].

Rok 1830 stał się w Europie rokiem pierwszego ogólnego wybuchu, skierowanego przeciwko systemowi uświęconemu przez postanowienia kongresu wiedeńskiego. Na mocy protokołu londyńskiego Grecja została proklamowana niepodległym państwem. W lipcu obalono w Paryżu monarchię Burbonów, która została zastąpiona władzą króla-obywatela, Ludwika Filipa Orleańskiego. W sierpniu z Brukseli przepędzono holenderską dynastię Oranje—Nassau i proklamowano niepodległość Belgii. Paryż podjął na nowo dawną rolę punktu zapalnego rewolucyjnych nastrojów i dały się słyszeć nawoływania, aby wszystkie uciskane narody Europy zrzuciły z siebie władzę reakcji. Poeta i dramaturg Casimir Delavigne, gorący zwolennik Ludwika Filipa, był jednym z wielu, którzy przypomnieli sobie o Polsce. Jego wiersz La Varsovienne przywoływał echa wspólnych walk staczanych w epoce napoleońskiej przez Polaków i Francuzów, wzywając ich do broni:



II s’est leve, voici lejour sanglant;  
Qu’il soit pour nous lejour de delivrance!  
Dans son essor, voyez notre aigle blanc,  
Les yeux fixes sur 1’arc-en-ciel de France.  
Au Soleil de Juillet, dont l’eclat fut si beau,  
Il a repris son vol; il fend les airs; il crie:  

Pour ma noble patrie,  
Liberie, ton soleił ou la nuit du tombeau.’  
Polonais, a la baionnette!  
C’est le cri par nous adopte,  
Qu’en roulant le tambour repetę:  
A la baionnette!  
Vive la liberte!  
(…)  
Pour toi, Pologne, ils combattront, tes fils,  
Plus fortunes qu’au temps ou la victoire  
Melait leur cendres aux sables de Memphis,  
Ou le Kremlin s’ecroula sous leur gloire.  
Des Alpes au Thabor, de 1’Ebre au Pont—Euxin,  
lis sont tombćs vingt ans, sur la rive etrangere.  
Cette fois, O ma mere,  
Ceux qui mouriront pour toi, dormiront sur ton sein.  
Polonais, a la baionnette!…  
(…)  
Sonnez clairons! Polonais, a ton rang  
Suis sous le feu ton aigle qui s’elance.  
La liberte bat la charge en courant,  
Et la Victoire est au bout de ta lance.  
Victoire a 1’etendard que l’exil obragea  
Des lauriers d’Austerlitz, des palmes d’Idumee!  
Pologne, bien aimee,  
Qui vivra sera libre, et qui meurt 1’est deja!  
Polonais, a la baionnette!… [265]
Oto dziś dzień krwi i chwały,  
Oby dniem wskrzeszenia był!  

W tęczę Franków Orzeł Biały  
Patrząc lot swój w niebo wzbił.  
Słońcem lipca podniecany  
Woła na nas z górnych stron:  

Powstań, Polsko, krusz kajdany,  
Dziś twój tryumf albo zgon!  
Hej, kto Polak, na bagnety!  
Żyj, swobodo, Polsko, żyj!  

Takim hasłem cnej podniety,  
Trąbo nasza, wrogom grzmij!  
(…)  
Droga Polsko, dzieci twoje  
Dziś szczęśliwszych doszły chwil  
Od tych sławnych, gdy ich boje  
Wieńczył Kremlin, Tybr i Nil.  
Lat dwadzieścia nasze męże  
Los po obcych grobach siał,  
Dziś, o Matko, kto polezę,  
Na twym łonie będzie spał.  
Hej, kto Polak…  
(…)  
Grzmijcie, bębny, ryczcie, działa,  
Dalej, dzieci, w gęsty szyk!  
Wiedzie hufce Wolność, Chwała,  
Tryumf błyska w ostrzu pik!  
Leć, nasz Orle, w górnym pędzie,  
Sławie, Polsce, światu służ!  
Kto przeżyje, wolnym będzie:  
Kto umiera, wolnym już!  
Hej, kto Polak…  


W Warszawie szybko rozwijała się sytuacja polityczna grożąca nagłym wybuchem. Plotki głoszące, że car może użyć swoich polskich wojsk do stłumienia rewolucji we Francji i Belgii, wywołały powszechną konsternację. Niepokoje wśród korpusu kadetów osiągnęły punkt wrzenia. Do grupy konspiratorów Wysockiego dołączyli ludzie spoza szeregów wojska — między innymi Maurycy Mochnacki.

Przyspieszono plany zbrojnego wystąpienia. W październiku w zakładach Fraenkla wybuchł strajk robotników domagających się lepszych warunków pracy, co spowodowało, że atmosfera napięcia ogarnęła także ludność cywilną. W listopadzie policja rozpoczęła falę aresztowań prewencyjnych. 19 listopada w prasie ukazały się pierwsze wzmianki o powszechnej mobilizacji, zarówno w wojsku polskim, jak i w korpusie litewskim. Władze zdawały sobie sprawę, że bunt wisi w powietrzu, a konspiratorzy w każdej chwili spodziewali się aresztowania; w takiej sytuacji nie było wiadomo, która strona zdecyduje się uderzyć pierwsza.

Gwałt i zamieszanie wybuchły w nocy 29 listopada. Licząca dwadzieścia kilka osób grupa zamachowców pod dowództwem Ludwika Nabielaka miała zaatakować pałac belwederski i zabić lub schwytać wielkiego księcia Konstantego, podczas gdy oddział podchorążych pod komendą Wysockiego miał udać się do centrum miasta, rozbroić rosyjski garnizon i zdobyć Arsenał. Od samego początku wszystko szło nie tak, jak było zaplanowane. Pożar w starym browarze, który miał być sygnałem do rozpoczęcia skoordynowanej akcji, wybuchł o pół godziny za wcześnie — zanim spiskowcy zdążyli dotrzeć na wyznaczone pozycje. Płomienie zaalarmowały garnizon i wywabiły na ulice miasta oddziały żołnierzy i strażaków. W Belwederze zamachowcy wdarli się do pałacu, zasztyletowali jakiegoś człowieka w mundurze stojącego przed drzwiami apartamentów wielkiego księcia oraz zastrzelili drugiego, usiłującego umknąć tylnym wyjściem. Pierwszą ofiarą okazał się gubernator Warszawy, Lubowidzki; drugą, śmiertelną - rosyjski generał, Gendre. Gdy spiskowcy wybiegli na miasto z okrzykami: „Wielki książę nie żyje!”, Konstanty wyszedł z sypialni żony, gdzie się schronił, i spróbował z powrotem zorganizować swój personel. Tymczasem w mieście podchorążowie wycofali się z daremnej próby ataku na kwatery oddziałów kawalerii. Wkrótce przyłączył się do nich podniecony tłum. Generał Potocki, Polak i patriota, odmówił objęcia dowodzenia; gdy podjął działania pacyfikacyjne — został zastrzelony. Generała Trębickiego, własnego dowódcę spiskowców, spotkał ten sam los z podobnej przyczyny: przeklął swoich wychowanków, nazywając ich „głupimi mordercami”. Kolejny Polak, generał Nowicki, mylnie w ciemnościach wzięty za Rosjanina, generała Łowickiego, został zamordowany w swoim powozie. Do Arsenału wtargnął tłum. Wielki książę odmówił włączenia do walki swoich oddziałów. „Polacy zaczęli te zamieszki”, powiedział, „i Polacy muszą je zakończyć”. Oddział polskiej lekkiej kawalerii dotarł aż na plac Zamkowy, ale nie mając żadnych wyraźnych rozkazów, nie posuwał się dalej. Nim nadeszła pomoc, akcja utknęła na martwym punkcie. Powstańcy opanowali miasto, ale rosyjski garnizon nadal pozostawał nie tknięty. Książę Lubecki był jedynym człowiekiem, który zachował zimną krew. Zwoławszy Radę Administracyjną i porozumiawszy się z Czartoryskim, zgodził się objąć dowództwo akcji zmierzającej do zakończenia buntu i osiągnięcia jakiegoś kompromisu z carem. Owa „Noc listopadowa” była dramatem, o którym większość aktorów wolałaby zapomnieć[266].

Z powodu nieudolności spiskowców, którzy wywołali powstanie, polityczne dowództwo szybko przeszło w ręce ludzi, którzy nigdy nie opowiadali się za zbrojnym powstaniem i którzy mieli szczery zamiar uniknąć konfrontacji z Rosją, jeśli tylko okazałoby się to możliwe. Dlatego też polityczne cele powstania zostały sformułowane dopiero po jego wybuchu i z początku były całkowicie ugodowe.

Rząd Tymczasowy, który pojawił się na arenie wydarzeń w dniu 3 grudnia 1830 r., nie był niczym innym, jak tylko skleconą od nowa Radą Administracyjną. Został utworzony z inicjatywy Lubeckiego, a jego zasadniczo konserwatywny skład maskowała obecność Juliana Niemcewicza i Joachima Lelewela, których dokooptowano razem z księciem Czartoryskim i generałem Józefem Chłopickim (1771—1854). W ciągu tygodnia rząd oficjalnie przekazał władzę w ręce Chłopickiego w przekonaniu, że osobista dyktatura okaże się skuteczniejszym środkiem do osiągnięcia jego celów. Na tym etapie wydarzeń za najważniejsze zadanie uważano osiągnięcie polubownego porozumienia z carem. Nie zrobiono nic w celu uniknięcia dalszych prowokacji. Wielkiemu księciu Konstantemu pozwolono spokojnie opuścić Warszawę wraz z jego oddziałami i z więźniami politycznymi. Chłopicki odmówił postawienia wojska na stopie wojennej. Jednocześnie zaś Lubecki żywił nadzieję, że rokowania z carem doprowadzą do osiągnięcia postępu w kwestiach konstytucyjnych, a także w kwestii planowanego przez niego nawiązania ściślejszych więzi między Polską i Litwą. Była to dziwna sytuacja. Lojalistyczni przywódcy buntowniczego powstania mieli nadzieję uzyskać ustępstwa natury konstytucyjnej od autokratycznego władcy w zamian za zakończenie powstania.

Car miał jednak w tej sprawie nieco inne pomysły. Nie miał najmniejszego zamiaru prowadzić rokowań z rebeliantami, bez względu na to, jak usilnie zapewnialiby go o swojej lojalności. Od samego początku był zdecydowany siłą zdławić opór Polaków. W pierwszym liście do Konstantego stwierdził, że „w tej walce jedna strona zginąć musi, Rosja lub Polska”. „Noc listopadowa” była atutem, który sam wpadł mu w ręce. Można mieć pewne wątpliwości co do tego, czy decyzję o obaleniu konstytucji Królestwa podjął, zanim jeszcze wybuchło powstanie. Ale teraz porzucił wszelkie wahania. Miał świetną okazję po temu, aby dać Polakom zdrową nauczkę, a jednocześnie zainstalować w Królestwie taki rząd, w jaki sam wierzył. Polscy negocjatorzy, którzy udali się do Petersburga, nie uzyskali audiencji. Gdy tylko bezpiecznie wycofano Konstantego z Warszawy, zaczęły się przygotowania do karnej kampanii. Dowództwo nad liczącym 120 000 żołnierzy wojskiem, które w ciągu stycznia zostało zgromadzone w okolicy Białegostoku, oddano w ręce feldmarszałka Dybicza. Kiedy pod koniec miesiąca nadeszła wiadomość, że polski sejm podjął uchwałę o formalnej detronizacji cara, Mikołaj mógł już wydać decyzję o natychmiastowej interwencji. 5 lutego 1831 roku Dybicz przekroczył granicę. W wyniku tego posunięcia lokalne powstanie przekształciło się w narodową wojnę.

W Warszawie umiarkowane posunięcia rządu stawały się stopniowo coraz bardziej radykalne, w miarę jak wszelkie próby osiągnięcia porozumienia kończyły się niepowodzeniem. Krok po kroku ostrożnych zastępowali „działacze”, działaczy — radykałowie, radykałów — desperaci, desperatów wreszcie — wojskowa klika. Na przestrzeni dziewięciu miesięcy istnienia rządu władza przeszła stopniowo od Chłopickiego i jego „białych” do liberałów, centrystów i przywódców sejmu; z rąk sejmu — do nie związanych na ogół z sejmem „czerwonych”; od „czerwonych” do warszawskiego tłumu i od tłumu wreszcie — w ręce generała Krukowieckiego. Był to proces polityczny klasycznie wręcz prosty, napędzany logiką konfliktu, w którym można było próbować wszelkich środków zaradczych, przy czym, ze względu na charakter przeciwnika, skuteczne nie mogły się okazać żadne. Pierwszy etap zakończył się pod koniec stycznia. Cierpliwe negocjacje nie przyniosły żadnego skutku. Zaniepokojony sejm powołał piętnastoosobową komisję dla nadzorowania decyzji generała Chłopickiego, a 18 stycznia ostatecznie zmusił go do ustąpienia. W tym momencie cierpliwość Polaków, mocno już nadwerężona bezkompromisowością cara, nagle się wyczerpała. Po zwołanym na 24 stycznia spotkaniu ku czci rosyjskich dekabrystów, straconych sześć lat wcześniej z rozkazu cara, rezerwa sejmu całkowicie się ulotniła. Następnego dnia uchwała sejmu oznajmiła, że tron polski jest pusty. Mikołaj został zdetronizowany. Teraz nie było już odwrotu. Nowa konstytucja głosiła, że rząd jest odpowiedzialny wobec niezawisłego sejmu. W oczekiwaniu na mianowanie nowej Rady Ministrów, urząd szefa rządu przywrócono Chłopickiemu. Po trzech tygodniach jako prezesa rządzącej rady wyłoniono Czartoryskiego. 18 lutego przejął on władzę z rąk Chłopickiego, rozpoczynając w ten sposób kolejny etap wydarzeń, mający trwać do maja. Tymczasem jednak Czartoryski musiał się zająć prowadzeniem wojny.

Losy wojny rosyjsko-polskiej w 1831 roku nie były z góry przesądzone. Bezwzględną przewagę liczebną sił rosyjskich równoważyła konieczność okupacji i obsadzenia garnizonów na wszystkich zajmowanych terenach, długie trasy przemarszów oraz sytuacja wymagająca nieprzerwanej ofensywy. Polacy natomiast walczyli na własnych ziemiach, wśród przyjaźnie nastawionej ludności, mając oparcie w centralnej, ściśle określonej bazie w Warszawie. Trzon wojska polskiego stanowiła zawodowa kadra, której wyposażenie i wyszkolenie przewyższało poziom armii rosyjskiej we wszystkich rodzajach broni z wyjątkiem artylerii.

W ciągu pierwszych trzech miesięcy Polacy kilkakrotnie zadali Rosjanom dotkliwe straty, raz po raz uniemożliwiając im próby posuwania się naprzód. Słabą stroną polskiego wojska było głównie najwyższe dowództwo, a więc w ostatecznym rozrachunku także morale. Waleczność i odwaga oddziałów wyraźnie odbiegała od krańcowej ostrożności i niezdecydowania sztabu głównego, którym — po niepowodzeniu Chłopickiego w stoczonej w lutym bitwie — dowodził generał Jan Skrzynecki (1787—1860). Skrzynecki nie za bardzo wierzył w zwycięstwo i kilka razy próbował zbliżyć się do Dybicza w celu nawiązania porozumienia politycznego. Jeszcze mniej wierzył w polityków, w których działalność w coraz większym stopniu się mieszał. Jako kleryka! i konserwatysta, nie mógł znieść rosnących wpływów „czerwonych” i w sierpniu utracił swój urząd w atmosferze sprzecznych oskarżeń o zdradę stanu i konspirację. Pod każdym możliwym względem zasłużył sobie na przydomek „Kunktatora” i miał niekorzystny wpływ na podkomendnych — Henryka Dembińskiego, Józefa Bema, Jana Krukowieckiego, a zwłaszcza — na swojego utalentowanego szefa sztabu, Ignacego Prądzyńskiego (1792— 1850). Na początku wojsko spisywało się dobrze. Pierwszą ofensywę rosyjską powstrzymano serią gwałtownych akcji na tyłach: pod Stoczkiem 14 lutego, pod Dobrem i Wawrem, a także krwawą bitwą stoczoną 25 lutego pod Grochowem w pobliżu Warszawy, gdzie Dybicz stracił blisko dziesięć tysięcy żołnierzy. Kontrofensywa polska przyniosła dwa poważne zwycięstwa Prądzyńskiemu, który

31 marca unicestwił jeden z rosyjskich korpusów w bitwie pod Dębem Wielkim, biorąc dziesięć tysięcy jeńców, kolejne oddziały rozpraszając w bitwie pod Iganiami 10 kwietnia. Bitwom towarzyszyły dwie odważne wyprawy generała Dwernickiego — na Wołyń i Ukrainę — oraz wyprawa na Litwę generała Giełguda. Jest rzeczą niewybaczalną, że po tych sukcesach nastąpił długi okres bezczynności.

Dybiczowi zezwolono na dokonanie przegrupowania wojsk na północ. 26 maja w bitwie pod Ostrołęką wojska rosyjskie zniszczyły śmietankę polskiej piechoty.

Brawurowa szarża konnej artylerii pod dowództwem Bema nie mogła zapobiec ostatecznej klęsce. Od tego czasu inicjatywa pozostawała już w rękach Rosji[267].


Rozwój kryzysu politycznego, jaki w czerwcu nastąpił w Warszawie, przypisuje się na ogół klęsce poniesionej w bitwie pod Ostrołęką. Można jednak również bronić argumentu, że błędy Sztabu Generalnego, które tę klęskę przyspieszyły, same w sobie były wynikiem daleko już wówczas posuniętych rozłamów politycznych. Dezintegracja wojskowa i polityczna kroczyły ramię w ramię. Przez trzy miesiące Czartoryski cierpliwie uprawiał dyplomację w Wiedniu, Paryżu i Londynie, jednocześnie powstrzymując głośne nawoływania do rewolucji społecznej w Polsce. Wbrew wszystkiemu zachowywał nadzieję na sukces militarny, który zmusiłby cara do rokowań, mocarstwowe państwa skłonił do interwencji i ukrócił głosy krytyki w kraju. Gdy okazało się, że sukces nie nadchodzi, jego ostrożność została zdyskredytowana. Władzę zachował dzięki temu, że powstanie gwałtownie rozszerzyło się na Litwę. Z Białegostoku, Wilna i Mińska przyjeżdżali na sejm do Warszawy posłowie. Wieśniacy na Żmudzi śpiewali: „dabar Lenkai naprapula koi Zemaitiai żyi” — „Polska nie zginęła, póki żyje Żmudź”. Ale Giełgudowi nie udało się wyrzucić Rosjan z ich litewskich baz i rozpoczęły się gwałtowne represje. W sejmie „kaliszanie” przez pewien czas utrzymywali równowagę sił między „białymi” i „czerwonymi”. Dwóch spośród ich przywódców zasiadało w rządzie.

Ale polaryzacja postaw postępowała nieprzerwanie. Kiedy obóz konserwatywny skutecznie zablokował ustawę o podziale ziemi będącej własnością państwa między żołnierzy i chłopów, na czoło wydarzeń wysunęło się radykalne Towarzystwo Patriotyczne, które cieszyło się wpływami o wiele większymi, niż to mogłoby wynikać z jego skromnej liczebności. Zaatakowane w grudniu przez Chłopickiego, teraz narzucało ton dyskusjom politycznym. Jego hasło — „Za naszą wolność i waszą” — było wymierzone zarówno przeciwko Czartoryskiemu, jak i przeciw carowi. Jego wojujący przywódcy — Tadeusz Krępowiecki (1798—1847), Jan Nepomucen Janowski (1803—88), Jan Czyński (1801—67) i ksiądz Aleksander Pułaski (1800—38) — a także organ prasowy „Nowa Polska” — łączyli żądania intensyfikacji wysiłków na froncie z nawoływaniem do wyzwolenia chłopów pańszczyźnianych i Żydów. Ludzi, których działalność Towarzystwa napełniała przerażeniem, było równie wielu, co tych, którzy dawali się przekonać głoszonej przez nich ideologii. W Łodzi właściciele przędzalni mobilizowali całe jednostki do służby u Rosjan. Natomiast w innych miastach — w Lublinie, Kielcach, Kaliszu, a przede wszystkim w samej Warszawie — robotnicy popierali powstanie i inicjowali akcje mające zapewnić ludności podstawowe uzbrojenie. Wyższy kler nawoływał do powściągliwości; radykalnie nastawieni księża — do oporu. Zarówno właściciele ziemscy, jak i chłopi zajmowali sprzeczne stanowiska. W czerwcu Skrzynecki wysuwał już groźby pod adresem opozycji. Kiedy ustawa w sprawie przywrócenia władzy dyktatorskiej upadła zaledwie siedmioma głosami, rozpoczął atak na własną rękę. Oficerów, którym się nie powiodło na polu bitwy, oraz tych, którzy krytykowali politykę rządu lub zostali oskarżeni o szpiegostwo i działalność prowokatorską, aresztowano i postawiono przed sądem. Ale proces rozkładu trwał dalej. Ledwie sejm zdążył podjąć postanowienie o zastąpieniu Skrzyneckiego generałem Dembińskim, władzę w Warszawie przejął tłum. 15 sierpnia w nocy sforsowano więzienia. Trzydziestu czterech więźniów, w tym czterech generałów, powieszono z zimną krwią. Następnego dnia wojsko przywróciło porządek w mieście. Barykady zniszczono. Przywódców tłumu rozstrzelano. Towarzystwo Patriotyczne rozwiązano. Generał Jan Krukowiecki (1772—1850), gubernator Warszawy, został mianowany dyktatorem. Czartoryski zbiegł ze stolicy i ukrył się w wojsku. Siły powstania same na sobie dokonały rozdarcia.

Tymczasem armia rosyjska umacniała pozycje niekwestionowanej przewagi. Dybicza, który padł ofiarą cholery, zastąpił generał Iwan F. Paskiewicz (1782—1856). Główne siły skupiły się na północy w dolinie Wisły, gdzie uzupełniły je znaczne posiłki z Prus. 27 lipca Paskiewicz bez przeszkód przekroczył rzekę w pobliżu Torunia i rozpoczął marsz na Warszawę, zbliżając się do miasta od zachodu. Do chwili sierpniowego „zamachu” zdążył już zdobyć główny polski ośrodek zaopatrzenia w Łowiczu i szykował się do oblężenia stolicy. Obrońcy w pośpiechu wznosili wały obronne i okopy. 40 000 żołnierzy rozmieszczonych wzdłuż linii szerokiej podkowy miało utrzymać front, walcząc z dwukrotnie niemal liczniejszymi oddziałami wroga. Przeciwko 390 działom rosyjskim wystawiono około 95 ciągniętych przez konie armat. Kluczową pozycją — redutą nr 54 i obroną placu kościelnego na Woli — dowodził generał Józef Sowiński (1777—1831), weteran zarówno armii pruskiej, jak i wojsk napoleońskich, który utracił nogę w kampanii rosyjskiej w 1812 roku.

Atak rozpoczął się 6 września o 4 nad ranem i trwał przez całe dwa dni. Paskiewicz liczył, że sama przewaga liczebności wojska i amunicji pozwoli mu przezwyciężyć samobójczą brawurę. Reduta została rozniesiona w perzynę, wraz z obrońcami i atakującymi, gdy pewien zdesperowany polski bohater rzucił płonącą zapałkę do składu z prochem. Na placu kościelnym na Woli ciało Sowińskiego, posiekane bagnetami, stało oparte o lawetę, niesamowicie wyprostowane na drewnianej nodze, jeszcze długo potem, gdy główna fala bitwy przetoczyła się w głąb miasta[268]. Warszawa skapitulowała o pomocy z 7 na 8 września, wśród łun płonących przedmieść, tłumów uchodźców i wzajemnych pretensji generałów ze Sztabu Generalnego. Krukowiecki i Prądzyński dostali się do niewoli.


Jeśli jednak chodzi o wojsko, powstanie bynajmniej nie zostało pokonane. Trzy oddzielne korpusy stały jeszcze w polu — łącznie 60 000 żołnierzy. Generał Ramorino na wschodzie, generał Różycki na południu i generał Rybiński w okopach wielkiej napoleońskiej fortecy w Modlinie — mogli bez trudu postawić wszystkie siły rosyjskie w pełnym pogotowiu. Ale duch walki został już złamany. Gdy w Warszawie przebito serce powstania, części jego ciała przestały funkcjonować.

Szeregi wojska topniały. Polityczni przywódcy, którym — jak Czartoryskiemu — udało się przeżyć, zbiegli do Galicji lub Prus. Ostatnie ognisko oporu w Zamościu skapitulowało 21 października. Najtragiczniejsze z polskich powstań trwało, od początku do końca, równe 325 dni.

Tragedia powstania listopadowego polegała na tym, że było ono w znacznej mierze niepotrzebne. W odróżnieniu od wydarzeń z lat 1794,1863 czy 1905, które były wynikiem systematycznego ucisku, wypadki z lat 1830—31 poprzedzone były okresem, w którym większość narodu polskiego cieszyła się większymi swobodami niż w jakimkolwiek innym okresie trwania rozbiorów. Inicjatorzy spisku działali bez poparcia ze strony kogokolwiek poza ich własnymi najbliższymi kręgami i bez żadnej określonej koncepcji na przyszłość. Gdyby ze strony carskiego rządu okazano im choć cień zrozumienia, wyłapano by ich jak zwykłą grupę amatorów i awanturników, po czym rozpatrzono by ich skargi.

Niestety, absolutna zatwardziałość cara, całkowita odmowa wszelkich rokowań i kompromisu, okazywany od początku brutalny upór wymagający bezwarunkowego poddania się — wszystko to zmieniło niewielki spisek w poważny konflikt. W 1830 roku naród polski nie miał w swoich szeregach żadnych wyjątkowo licznych rzesz „zapaleńców” czy „rewolucjonistów”. Nie okazywał też żadnych skłonności do popełnienia zbiorowego samobójstwa. Krańcowe postawy, jakie ujawniły się w trakcie powstania, były skutkiem sytuacji, w której rozsądnym ludziom nie dano szansy rozsądnego postępowania. To Mikołaj I zrobił czynnych rebeliantów nawet z prorosyjskich konserwatystów w rodzaju Adama Czartoryskiego. To rząd rosyjski sprowokował właśnie te reakcje, których rzekomo starał się uniknąć. To carat dostarczał pożywki negatywnym wartościom polskiego nacjonalizmu.


W wyniku powstania nastąpiło usztywnienie postaw we wszystkich obozach. W Rosji, gdzie nic nie wiedziano o polskich próbach ugody, Polaków przeklinali zarówno reakcjoniści, jak i dysydenci. Siedząc w swojej oficjalnej placówce poselstwa rosyjskiego w Monachium, Fiodor Tiutczew napisał odę pochwalną:


Как дочь родную на закланье 
Агамемнон богам принес, 
Прося попутных бурь дыханья 
У негодующих небес,— 
Так мы над горестной Варшавой 
Удар свершили роковой, 
Да купим сей ценой кровавой 
России целость и покой! 
(...) 
Сие-то высшее сознанье 
Вело наш доблестный народ — 
Путей небесных оправданье 
Он смело на себя берет. 
Он чует над своей главою 
Звезду в незримой высоте 
И неуклонно за звездою 
Спешит к таинственной мете! 

Ты ж, братскою стрелой пронзенный, 
Судеб свершая приговор, 
Ты пал, орел одноплеменный, 
На очистительный костер! 
Верь слову русского народа: 
Твой пепл мы свято сбережем, 
И наша общая свобода, 
Как феникс, зародится в нем. [269]

Oburzenie było powszechne. Lojalni poddani rosyjscy czuli się równie dotknięci, co intelektualiści, którzy uważali, że Polacy dostarczyli Mikołajowi I doskonałego pretekstu do zdławienia wszelkich reform w Rosji. Wszystkich zaś rozpłomieniał pożar krytyki, jaka wybuchła w Europie Zachodniej. Aleksander Puszkin stworzył ostrą odpowiedź Oszczercom Rosji:



КЛЕВЕТНИКАМ РОССИИ

Vox et praeterea nihil.
О чем шумите вы, народные витии? 
Зачем анафемой грозите вы России? 
Что возмутило вас? волнения Литвы? 
Оставьте: это спор славян между собою, 
Домашний, старый спор, уж взвешенный судьбою, 
Вопрос, которого не разрешите вы. 

Уже давно между собою 
Враждуют эти племена; 
Не раз клонилась под грозою 
То их, то наша сторона. 
Кто устоит в неравном споре: 
Кичливый лях, иль верный росс? 
Славянские ль ручьи сольются в русском море? 
Оно ль иссякнет? вот вопрос. 

Оставьте нас: вы не читали 
Сии кровавые скрижали; 
Вам непонятна, вам чужда 
Сия семейная вражда; 
Для вас безмолвны Кремль и Прага; 
Бессмысленно прельщает вас 
Борьбы отчаянной отвага - 
И ненавидите вы нас... 

За что ж? ответствуйте: за то ли, 
Что на развалинах пылающей Москвы 
Мы не признали наглой воли 
Того, под кем дрожали вы? 
За то ль, что в бездну повалили 
Мы тяготеющий над царствами кумир 
И нашей кровью искупили 
Европы вольность, честь и мир?... [270]


Wśród Polaków klęska powstania stała się przyczyną największego w historii narodu wybuchu uczuć narodowych i rozkwitu twórczości literackiej. Oto katastrofa, której rozmiary godne były talentów pokolenia romantyków. Natomiast zwykli ludzie po prostu płakali z frustracji i wściekłości. Fryderyk Chopin wyjechał z Warszawy zaledwie na trzy tygodnie przed wybuchem powstania. W Boże Narodzenie jadł świąteczną kolację w jednej z wiedeńskich restauracji, wściekając się na rozmawiających przy sąsiednim stoliku gości, z których jeden powiedział: „Bóg popełnił błąd, stwarzając Polaków”. Na co drugi odparł: “Ja! In Polen ist nichts zu holen” („Z Polski nie bierze się nic dobrego,,). Listy Chopina do rodziców kipiały od nieopanowanego gniewu. Wiadomość o upadku Warszawy w sierpniu zastała go w Stuttgarcie:


…Pisałem poprzednie karty, nic nie wiedząc, że wróg w domu! — Przedmieścia zburzone — spalone — Jaś! — Wiluś na wałach pewno zginął (…). O Boże, jesteś ty! Jesteś i nie mścisz się!  

— Czy jeszcze ci nie dość zbrodni moskiewskich — albo — alboś sam Moskal! Mój biedny Ojciec — Mój poczciwiec — może głodny, nie ma za co matce chleba kupić! Może siostry — może uległy wściekłości rozhukanego łajdactwa moskiewskiego! (…) Moskal panuje światu? Ach, czemuż choć jednego Moskala zabić nie mogłem! [271]


W innych miejscach Europy panowało podobne uczucie bezradności. Ci, których nie obchodził los Polski, zachowywali milczenie. Niewielu, którzy nawo—

ływali do czynu, dręczyły wyrzuty sumienia. We Francji Casimir Delavigne, na przykład, szybko musiał zmienić front:



La Pologne ainsi partagée,  
Quel bras humain 1’aurait vengée?  
Dieu seul pouvait la secourir [272].


W Niemczech powszechne współczucie dla Polaków i obawa przed Rosją znalazły wyraz w fali popularnych Polenlieder :



Schlaf ein, du weisst ja nicht, o Herz,  
Warum du weinst.  
Schlaf ein, ich will den wahren Schmerz  
Dich lehren einst.  
Schlaf ein, o Herz, was kummert dich  
Der Feinde Sieg?  
Dein Vater f
убрать рекламу




убрать рекламу



iel fur dich und mich
 
Im Heldenkrieg.  
Dich wird erziehn dereinst der Zar  
Zur Sklaverei  
Doch als ich dich, o Kind, gebar,  
War Polen frei [273].  


W Wielkiej Brytanii, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, liberalna opinia publiczna kipiała oburzeniem. Powstanie listopadowe w Polsce wyzwoliło pierwszą z wielu fal rusofobii, które kilkakrotnie miały zalać Anglosasów na przestrzeni XIX wieku. Poeta Thomas Campbell i lord Dudley Stuart założyli w Szkocji Literackie Towarzystwo Przyjaciół Polski. W lipcu 1833 roku w brytyjskiej Izbie Gmin poseł J. Cutler Fergusson, uzbrojony w informacje przekazane mu przez Hotel Lambert, rozpoczął najważniejszą z kilku debat poświęconych sytuacji Polski. Lord Morpeth przedstawił historyczną rolę Polski. Nonkonformista Spurgeon oraz poseł żydowski Goldsmid złożyli hołd polskiej tradycji tolerancji religijnej. Daniel O’Connell potępił cara, nazywając go „łotrem”. Thomas Attwood napiętnował bierną postawę rządu brytyjskiego. Izba jednogłośnie podjęła uchwałę potępiającą postępowanie Rosji. Ale nie uczyniono nic więcej. Thomas Campbell przypomniał swój poemat, z którego na ogół pamięta się tylko jedną linijkę: „Wolność z bólu jękła, gdy legł Kościuszko”[274].


Inny zły poeta, nazwiskiem Antrobus, przepraszając za niedostatki swego

„poetyckiego wylewu uczuć”, skomponował przydługawą Odę na krzywdy Polski, której szczere w swej wymowie wersy stanowiły trafny zapis nie wyrażonego słowami oburzenia licznych sympatyków Polski:



In sable weeds Britannia mourning stands  
O’er fallen Sarmatia’s bier; bathing with dew  
Of truthful pity, the unfading wreaths  
That thickly cluster round her trophied urn.  
O land of heroes, could the Muse portray  
A tithe of what thy children have endured,  
Bach face would wear the mourning of the heart;  
Ali voices join in execration loud.  
No pen can picture true thy mighty wrongs;  
No tongue reveal the many springs of woe;  
Oppression, murder, rapine, torturę, lust,  
All cruelty, in each appaling form: 
Most deadły fruit of blind despotic rage,
That like the feigned Promethean bird of hell
By gorging human flesh morę ravenous grows.
But Russia, thou! in guilt and might supreme
To deal with Thee, how shall the Muse essay?
What spell, what power invoke? For words arę vain.
Yet wouldst thou list awhile, thou mightst perchance
Some new—found truth like hidden treasures find
And gain the knowledge that was never thine
To know thyself, and all thou call’st thine own;
As in a mirror, thou thyself might’st view,
And learn to loathe what others loathing see…[275]


Odmienne opinie popłynęły jedynie z dwóch źródeł. Kilku posłów zaprotestowało przeciwko bezsensownemu wyrażaniu uczuć podżegających do czynu, skoro ludzie tak postępujący nie mieli najmniejszego zamiaru czynem dorównać własnym słowom. Richard Cobden natomiast samotnie protestował przeciwko panującej rusofobii, wychodząc z założenia, że los Polski jest „zwycięstwem sprawiedliwości”. W pracy o Rosji, wydanej w 1835 roku, wywodził, że katastrofy, jakie stały się udziałem Polski, „przytrafiają się jedynie zaniedbanym, podupadłym, nie zorganizowanym, ciemnym i pozbawionym uczuć religijnych społeczeństwom oraz ich anarchicznym rządom”. Wychwalając dobrobyt Prus i perspektywy rozwiniętego handlu między Rosją i Anglią, utrzymywał jednocześnie, że polskie powstanie wywołała rozwiązła szlachta, podejmując desperacką próbę odzyskania dawnych przywilejów. Jak wielu jego spadkobierców i następców w łonie radykalnej lewicy, ów apostoł liberalizmu rodem z Manchesteru tak gorliwie starał się zademonstrować swóją błyskotliwą umiejętność analizy społecznej, że pokusił się o zapisanie na swym koncie taniego zwycięstwa, atakując bezbronny obiekt, odległy od granic jego kraju. Czyniąc to, wypowiedział jedne z najokrutniejszych słów, jakie kiedykolwiek zostały wymierzone przeciwko Polsce. Jak wielu współczesnych zachodnich liberałów, dążąc do zdyskredytowania stanowiska przeważającego w jego własnym kraju, dał się zapędzić na śmieszne pozycje kogoś, kto usprawiedliwia despotyczne posunięcia obcego autokraty, co w gruncie rzeczy stanowiło dokładną antytezę postawy, jaką naprawdę reprezentował[276].


Zemsta Rosji spadła dotkliwymi ciosami na barki pokonanych polskich prowincji. Paskiewicz — noszący teraz tytuł „książę Warszawy” — w pełni zasłużył sobie w Królestwie na powszechniej używany tytuł „psa z Mohylewa”. Wypróbowane okrucieństwa generała Michaiła Murawjowa (1796—1866) na Litwie w pełni usprawiedliwiały jego przydomek „wieszatiel”. Ponieważ podczas powstania dekabrystów stracono spiskowca o tym samym nazwisku, generał zadawał sobie szczególny trud, aby wyjaśnić, że „nie należy do tych Murawjowów, którzy pozwalają się wieszać, lecz do tych, którzy wieszają sami”.

Kary wymierzano w sposób dotkliwy i systematyczny. Wszystkich polskich oficerów, którzy odbywali służbę podczas powstania, automatycznie zdegradowano i — mimo oficjalnej amnestii — deportowano. Szeregowców wcielono do pułków rosyjskich stacjonujących na Kaukazie; środki te zastosowano wobec około 100 000 żołnierzy. We wszystkich okręgach zainstalowano trybunały polowe, których zadaniem było przeprowadzenie śledztwa w sprawie ludności cywilnej. Majątki szlachty zamieszanej w powstanie objęto konfiskatą. Sekwestracji poddano na terenie Królestwa około 2540 majątków dworskich, co stanowiło niemal 10%; na terenie Litwy zaś — około 2890. Urzędników państwowych zwolniono z zajmowanych stanowisk. Czynnych uczestników powstania skazano, wraz z rodzinami i współtowarzyszami, na zesłanie na roboty do Rosji. Tak zwani „kantoniści”, czyli członkowie rodzin powstańców skazanych in absentia, musieli za nich ponieść karę. W ten sposób zesłano kolejne 80 000 Polaków. Około 254 przywódców politycznych i wyższych oficerów skazano na śmierć. Mijały lata, nim nieskończone sznury wozów z zesłańcami, z których dobiegało dzwonienie łańcuchów i jęki skazańców, docierały wreszcie do oddalonego o kilka tysięcy mil celu w sercu Syberii. W przypadku księcia krwi Romana Sanguszki car osobiście dopilnował, aby skazany oficer odbył całą tę straszliwą podróż pieszo. Ziemię, majątek i urzędy należące do skazanych rozdzielono pomiędzy lojalnych poddanych cara lub — częściej — przybyszów z Rosji. Około 10 000 Polaków opuściło kraj z własnej woli, tworząc przyszły trzon „Wielkiej Emigracji”. Na pozostałą ludność nałożono karne podatki i odszkodowania wojenne, sięgające łącznie sumy 2 milionów rubli. W Królestwie zainstalowano na koszt Polski liczne oddziały wojsk okupacyjnych, a ludność została zatrudniona przy budowie sieci potężnych fortyfikacji.


Ducha carskich zarządzeń oddaje skrupulatna drobiazgowość w wyliczaniu wszystkich żądań władcy:


Nakazać przeprowadzenie w Warszawie przeszukania w celu odnalezienia wszystkich flag i sztandarów naszego byłego polskiego wojska i przysłać je do mnie. Odnaleźć również te, które zdobyto na nas, i przesłać je komisarzowi. Wszystkie przedmioty związane z rewolucją na przykład szablę i szarfę Kościuszki — należy skonfiskować i przesłać tutaj, do Soboru Przeobrażenskiego. Należy również zabrać z kościołów wszystkie sztandary. Znajdźcie mi wszystkie mundury zmarłego cara, wraz ze wszystkimi przedmiotami, które były jego osobistą własnością. Zabrać trony i wszelkie z nimi związane przedmioty i przekazać je do Brześcia. Po pewnym czasie wydać generałowi Bergowi polecenie wyznaczenia kompetentnej osoby, która zajmie się oceną, pakowaniem i wysyłką do Brześcia zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej oraz zbioru medali, jak również biblioteki Societe des Belles Lettres. Jednym słowem, stopniowo usuwać wszystko, co ma jakąś historyczną lub narodową wartość, i dostarczać to tutaj; także flagę z Zamku Królewskiego. Nakazać opieczętowanie archiwów i banku (…) [277].


Klęska powstania oznaczała kres konstytucji. Postanowienia podjęte w tym względzie przez kongres wiedeński zostały zawieszone. Teoretycznie konstytucję z 1815 roku zastąpił Statut Organiczny — dokument wydany przez rząd 14 lutego 1832 roku. Ale i jego również nie przestrzegano. W praktyce Królestwem rządził dekret wojskowy. Wszystkie prawa obywatelskie zawieszono z wyjątkiem tych, które przyznawano z łaski cara. Zlikwidowano wojsko, sejm, uniwersytety i wszystkie szkoły wyższe. Nie było już żadnych wydarzeń politycznych wartych odnotowania.

Powstanie stało się dla Świętego Przymierza okazją do umocnienia własnej pozycji na arenie międzynarodowej. Encyklika papieska z 1832 roku Cum primum  otwarcie potępiła powstanie, chwaląc cara za jego stłumienie. W 1833 roku zakończona niepowodzeniem wyprawa niezmordowanego Zaliwskiego w głąb Królestwa Galicji zachęciła mocarstwa rozbiorowe do synchronizacji planów. Na konferencji w Münchengratz w Czechach przedstawiciele Rosji i Austrii powzięli postanowienia dotyczące wspólnych akcji w celu likwidowania ewentualnych przyszłych kłopotów w Polsce. Prusacy nie zwlekali z przyłączeniem się do tego przymierza[278].


Przez blisko trzydzieści lat Królestwo Kongresowe nie miało nic prócz nazwy. Póki żyli Mikołaj i Paskiewicz, nie było nadziei na żadne ulgi. Istniejące jeszcze polskie instytucje po kolei rozwiązywano. W 1837 roku polskie województwa zastąpiono dziesięcioma rosyjskimi guberniami. W 1839 zawieszono działalność Komisji Oświecenia Publicznego. Wszystkie podlegające jej szkoły przekazano pod bezpośredni nadzór Ministerstwa Oświaty w Petersburgu. W 1841 roku Bank Polski utracił prawo emisji; polski złoty został wycofany z obiegu i zastąpiony rublem. W 1847 roku zniesiono kodeks napoleoński, a na jego miejsce wprowadzono rosyjski kodeks karny. W 1849 roku, ku wielkiej dezorientacji ogółu ludności, polski system miar i wag z 1818 roku zastąpiono systemem obowiązującym w carskiej Rosji; mila, łokieć, włóka (16,8 ha), korzec i cetnar (kwintal) musiały ustąpić wiorście  (dwie trzecie mili), arszynowi  (71,12 cm), dziesięcinie  (l0 925 m2), czetwierti  (209,9 l) i pudowi  (16,8 kg). Praktycznie rzecz biorąc, Kongresówka umarła. Próby jej ożywienia w latach 1861—64 przyniosły tylko kolejny atak gwałtownych i, jak się okazało, tym razem śmiertelnych konwulsji.

Tymczasem więźniowie i uchodźcy znosili swój los, jak potrafili najlepiej. Wielu nie dożyło amnestii ogłoszonej w 1855 roku z okazji rozpoczęcia panowania nowego władcy. Wincenty Niemojowski zmarł w 1834 roku w drodze na Ural. Krzyżanowski umarł na Syberii w 1839 roku. Łukasiński przeżył, ale nie został objęty amnestią; ślepy i zakuty w łańcuchy, należał do grupy więźniów, których wielki książę Konstanty ewakuował w grudniu 1830 roku z Warszawy. Umarł wreszcie w 1868 roku w twierdzy w Schlusselburgu, po czterdziestu sześciu latach przeżytych w absolutnej ciemności — ostatni tragiczny symbol umarłego Królestwa Polskiego.




XIV. CRACOVIA.

Rzeczpospolita Krakowska. (1815—1846)

 Сделать закладку на этом месте книги

Pod koniec ery napoleońskiej jedynym miastem dawnej Rzeczypospolitej Królestwa Polskiego i Litwy, które mogło sobie rościć prawa do statusu wolnego miasta, był Gdańsk. Do roku 1793 cieszył się szerokimi swobodami miejskimi, w latach 1807—15 zaś został, pod auspicjami Francji, niezależną Rzecząpospolitą. Jego z gruntu niemieccy mieszkańcy obawiali się i nienawidzili narzucanych im tradycyjnie pruskich rządów, przeciw którym w 1797 otwarcie się zbuntowali. Na kongresie wiedeńskim politycy rozważyli ten wzgląd i w swej mądrości nadali status wolnego miasta nie Gdańskowi, lecz Krakowowi. Wbrew żarliwym prośbom mieszkańców Gdańsk został ponownie przyłączony do Prus.

O ile wiadomo, jedynym pragnieniem krakowian w tym czasie było ponowne połączenie się z polskim społeczeństwem, którego ich przodkowie byli niegdyś niekwestionowanymi przywódcami. Ale każdą próbę takiego prostego rozwiązania uniemożliwiała wzajemna rywalizacja mocarstw rozbiorowych. Austria, do której Kraków należał od trzeciego rozbioru w 1795 roku do czasu aneksji miasta przez Księstwo Warszawskie w roku 1809, nie miała ochoty patrzeć, jak przechodzi on w sferę rosyjskich wpływów w Królestwie Kongresowym. Rosjanie nie mieli ochoty patrzeć, jak wraca do Austrii. Prusom wystarczało przyglądać się kości niezgody dzielącej ich dwóch rywali. Wobec tego, na mocy traktatu z 3 maja 1815 roku, Kraków został Wolnym Miastem. W sposób dość niejednoznaczny miał być „wolny, niepodległy i neutralny”, a jednocześnie pozostawać „pod opieką” trzech mocarstw. Polacy znali go powszechnie pod nazwą Rzeczypospolitej Krakowskiej. Konstytucja — oparta na konstytucji Królestwa Kongresowego z 1815 r., przy której współpracował książę Adam Czartoryski — została przygotowana przez Komisję przysłaną do Krakowa przez dwory opiekuńcze. Zaczęła obowiązywać w 1818 roku, zapewniając Rzeczypospolitej istnienie wszystkich instytucji liberalnego ustroju parlamentarnego. Niższa izba sejmu, tzw. Zgromadzenie Reprezentantów, złożona z 41 członków, miała się zbierać co roku; była wybierana przez uprawnioną do głosowania męską część ludności i do niej należała działalność ustawodawcza. Izba wyższa, tzw. Senat Rządzący, składała się z trzynastu wybieralnych senatorów, w tym po dwóch przedstawicieli Uniwersytetu Jagiellońskiego i Kurii Biskupiej. Należało do niej sprawowanie władzy. Prezes senatu, a zarazem prezydent miasta, miał pełnić swój urząd przez trzy lata. Mianowanie prezydenta oraz decyzje w zakresie władzy wykonawczej wymagały poparcia trzech rezydentów — austriackiego, rosyjskiego i pruskiego. Teren miasta, który liczył 1164 km2 oraz obejmował trzy niewielkie miasta — Chrzanów, Trzebinię, Nową Górę — i 244 wsie, rozciągał się na długość 50 kilometrów wzdłuż brzegu Wisły. Ludność, licząca w 1843 r. ponad 145 000 mieszkańców, składała się w ok. 80% z katolików i w ok. 20% z Żydów. Milicja, dowodzona przez 11 oficerów, mogła w razie potrzeby wystawić 500 pieszych i 50 konnych. Na zachodzie Rzeczpospolita graniczyła z pruskim Śląskiem, na pomocy granica z Królestwem Kongresowym przebiegała w pobliżu Miechowa, na południu zaś — biegła brzegiem Wisły, oddzielając Kraków od austriackiej Galicji. Mieszkańców chroniły formalne gwarancje wolności obywatelskiej i osobistej, gospodarkę zaś — zasada wolnego handlu i brak ceł zewnętrznych[279].

Przez dziesięć lat Kraków miał się doskonale. Dopóki Warszawa pozostawała ośrodkiem polskiego życia politycznego, dopóty dawna stolica mogła skupić swą uwagę na handlu i na przemycie. Wkrótce zdobyła sobie pozycję głównej stacji przeładunkowej środkowej Europy oraz izby rozrachunkowej dla wszystkich zakazanych dóbr i poszukiwanych osób z sąsiednich państw. Uniwersytet Jagielloński odzyskał autonomię i przywrócił język polski jako wykładowy. Towarzystwo Nauk rozszerzyło sieć lokalnych szkół. Właściciele ziemscy przerzucili się na górnictwo. Aż do roku 1827 nie wydarzyło się nic, co można by uznać za wydarzenie niepomyślne. Natomiast w 1827 trzej rezydenci odmówili zatwierdzenia nowego prezesa senatu, przywracając na jego miejsce hrabiego Stanisława Wodzickiego (1759—1843) na piątą z kolei kadencję. Wodzicki — wybitny botanik — był zagorzałym przeciwnikiem radykalnych prądów emanujących z Uniwersytetu, a z łaski rosyjskiego patronatu pełnił również funkcję senatora w Królestwie Kongresowym. Ponowne powierzenie mu funkcji prezesa senatu było sprzeczne z duchem, jeśli już nie z literą konstytucji, i wyraźnie świadczyło o tym, że wolność Wolnego Miasta nie jest pełną wolnością.

Wybuch powstania listopadowego w Królestwie Kongresowym wstrząsnął krótkotrwałą idyllą Rzeczypospolitej Krakowskiej. Wolne Miasto stało się głównym schronieniem dla dezerterów z armii rosyjskiej, ściągając w ten sposób na siebie uwagę i gniew mocarstw rozbiorowych. We wrześniu 1831 roku, kiedy szczątki korpusu generała Różyckiego zbiegły wraz z księciem Czartoryskim do Krakowa, tuż za nimi pospieszyły oddziały rosyjskie pod dowództwem generała Rudigera. Na dwa lata zawieszono konstytucję. Stanowisko prezesa pozostawało nie obsadzone.

Położono kres tajnym głosowaniom i jawnym debatom. Przedstawicieli Uniwersytetu relegowano z sejmu. Miastem rządziła Konferencja Rezydentów.

W latach trzydziestych działalność rewolucyjna zdecydowanie się nasilała. Przemyt ustąpił miejsca spiskom politycznym. Przez następne 15 lat Kraków spełniał rolę głównego ogniwa łączącego ziemie polskie z centralnym sztabem emigracji w Paryżu. Konspiratorzy z emigracji utrzymywali ścisłe kontakty z radykałami z Uniwersytetu, mając jednocześnie poczucie, że mogą liczyć na ludność miejską i miejscowych górników. Polscy „węglarze”, „Młoda Polska”, Stowarzyszenie Ludu Polskiego prowadziły w Krakowie żywą działalność. Tak samo czynni byli szpiedzy i policja trzech mocarstw. Zarówno Rosjanie, jak i Austriacy trzymali w pogotowiu swoje wojska. W 1836 roku śmierć pewnego agenta policji stała się pretekstem do zbiorowej okupacji Wolnego Miasta. Austriacki generał Kaufmann przeprowadził deportację 500 osób do Triestu, skąd miano ich odesłać do USA. Kolejny incydent, jaki miał miejsce w 1838 roku, pociągnął za sobą dalsze represje. Kiedy Austriacy oficjalnie wycofali się z Krakowa w 1841 roku, część swoich oddziałów zatrzymali przy moście granicznym w Podgórzu. Podczas gdy lojalna opozycja zabiegała o przywrócenie konstytucji, rewolucjoniści planowali kolejne powstanie. Służalczy prezes senatu, ks. Jan Schindler, starał się jedynie o zaskarbienie sobie łask swoich austriackich patronów.

Długo oczekiwane powstanie wybuchło, jak na wpół odbezpieczona strzelba, w lutym 1846 roku. Zostało przez Mierosławskiego źle zaplanowane i ostatecznie okazało się dziewięciodniową efemerydą. Koordynację z innymi zaborami utrudniła seria prewencyjnych aresztowań. Współpracę ze szlachtą galicyjską przerwał nagle wybuch powstania chłopskiego. Zjednoczonej akcji nie sprzyjała ani sprzeczność interesów, ani wkroczenie wojsk austriackich pod dowództwem generała Collina. Mimo to 20 lutego 1846 roku zamieszki i demonstracje w mieście szybko doprowadziły do wzniesienia na ulicach barykad. Generał Collin spiesznie się wycofał, zabierając ze sobą biskupa i trzech rezydentów. 22 lutego manifest Do narodu polskiego ogłosił utworzenie Rządu Narodowego z rewolucyjnym triumwiratem na czele:

Polacy!  

Godzina powstania wybiła. Cała rozszarpana Polska dźwiga się i zrasta. Powstali już bracia nasi; w księstwie poznańskim, w Polsce kongresowej, na Litwie i na Rusi biją się z wrogiem; biją się o najświętsze prawa wydarte im podstępem i przemocą. Wszak wiecie, co się działo i co się ciągle dzieje: kwiat naszej młodzieży gnije w więzieniach, starcy, co wspierali nas radą, oddani bezcześci. (…) Bracia! Jeszcze krok tylko, a nie będzie już Polski, ani jednego  

Polaka! Wnuki Wasze przeklinać będą naszej pamięci, żeśmy z najpiękniejszej krainy ziemi zostawili im tylko gruzy i pustynie; żeśmy lud najbitniejszy dozwolili okuć w kajdany, że muszą wyznawać obcą wiarę, mówić obcym językiem i być niewolnikami gwałcicieli praw swoich (…). Wołają na nas wolne narody całej ziemi, abyśmy nie dali upaść najświętszej zasadzie narodowości; woła na nas Bóg sam, który kiedyś od nas rachunku żądać będzie.  

Jest nas dwadzieścia milionów. Powstańmy razem jak mąż jeden, a potęgi naszej żadna nie przemoże siła. Będzie nam wolność, jakiej dotąd nie było na ziemi; wywalczymy sobie skład społeczeństwa, w którym każdy podług zasług i zdolności z dóbr ziemskich będzie mógł użytkować, a przywilej żaden i pod żadnym kształtem nie będzie mieć miejsca; w którym każdy Polak znajdzie zabezpieczenie dla siebie, dla żony i dzieci swoich; w którym upośledzony (od przyrodzenia na ciele lub na duszy) znajdzie bez upokorzenia niechybną pomoc całego społeczeństwa; w którym ziemia, dzisiaj przez włościan warunkowo tylko posiadana, stanie się bezwarunkową ich własnością: ustaną czynsze, pańszczyzny i wszelkie tym podobne należytości bez żadnego wynagrodzenia, a poświęcenie się sprawie narodowej z bronią w ręku będzie wynagrodzone ziemią z dóbr narodowych.  

Polacy! nie znamy odtąd między sobą żadnej różnicy; jesteśmy odtąd braćmi, synami jednej matki ojczyzny, jednego ojca Boga na niebie. Jego wezwijmy pomocy. On pobłogosławi orężowi naszemu i da nam zwycięstwo!…  


L. Gorzkowski  

J. Tyssowski  

A. Grzegorzewski [280].


W dwa dni później, w wyniku nie dającej się usunąć różnicy zdań, Jan Tyssowski (1811—57) ogłosił się dyktatorem. 26 lutego oddział powstańczy, który zrobił wypad w głąb Galicji w sile 500 pełnych zapału, lecz nie wyszkolonych ochotników, został w bitwie pod Gdowem rozproszony przez austriackiego dowódcę, podpułkownika Benedeka, wspomaganego przez chłopskich sprzymierzeńców. 27 lutego odbył się nieudany prawicowy kontrzamach stanu, przygotowany przez profesora Michała Wiszniewskiego; miał on miejsce w tym samym czasie, gdy dwudziestoczteroletni przywódca lewicy, Edward Dembowski (1822-1846), prowadził procesję religijną przez most do Podgórza, aby zyskać sobie poparcie chłopstwa.

Niosącego krzyż Dembowskiego powaliła pierwsza austriacka salwa. Wszelki opór załamał się. 4 marca Tyssowski złożył broń na granicy pruskiej, a resztki jego oddziałów skapitulowały. W tym samym dniu nadchodzący Rosjanie spotkali się z Austriakami na historycznym Rynku Krakowa. Gdyby nie wyroki śmierci i kary, jakie teraz nastąpiły, „rewolucja” krakowska miałaby wszelkie cechy banalnej i bezładnej studenckiej burdy.


Zdławienie Rzeczypospolitej Krakowskiej nastąpiło jako bezpośredni skutek powstania. Traktat zawarty między Austrią i Prusami 6 listopada 1846 przyznawał Kraków Galicji. Cesarz austriacki dodał do i tak już przydługiej listy swych tytułów jeszcze jeden — „Wielkiego Księcia Krakowa”. Aresztowano 1200 osób, z których kilkaset uwięziono w twierdzy Kufstein. Tyssowskiemu, internowanemu przez Prusaków, zezwolono ostatecznie na emigrację do USA. Jak przy podobnych okazjach w innych częściach Europy, Francja i Wielka Brytania wystosowały noty dyplomatyczne, zawierające protest przeciwko pogwałceniu postanowień kongresu wiedeńskiego.

W drugą rocznicę powstania krakowskiego, 22 lutego 1848 roku, Karol Marks przemawiał na zgromadzeniu w Brukseli, w którym brał udział w towarzystwie Joachima Lelewela. „Raz jeszcze”, oświadczył, „inicjatywę przejęła Polska, tym razem nie Polska feudalna, lecz Polska demokratyczna. Tak więc kwestia wyzwolenia Polski stała się punktem honoru wszystkich demokratów Europy”[281]. Była to piękna myśl, która nigdy nie miała się doczekać realizacji. Chociaż w rozstrzygającym roku 1848 na ulicach Krakowa znów miały się pojawić barykady, nie wprawiły one władz austriackich w zbytnie zakłopotanie. Kiedy 26 kwietnia zignorowano polecenie oczyszczenia miasta z wszystkich osób nie będących jego stałymi mieszkańcami, generał Castiglione po prostu sam „oczyścił” krakowski Rynek, a następnie bombardował miasto, dopóki nie skapitulowało. Tym razem Komitet Narodowy żył tylko przez trzy tygodnie. Owe wydarzenia — pokłosie nieudanego powstania z 1846 roku — uwidoczniły rozpaczliwą słabość polskiego ruchu narodowego w tym okresie. Wbrew nadziejom Marksa, Polska nie przejęła inicjatywy w wydarzeniach Wiosny Ludów. Dla Polaków rok 1846 okazał się fałszywą zapowiedzią zwarzonej mrozem wiosny.


Jak zwykle, jeden z nielicznych trwałych pomników, jakie wystawiono tragicznym wydarzeniom 1846 roku, był pomnikiem wzniesionym ze słów. Wstrząśnięty fiaskiem powstania krakowskiego i klęską towarzyszącego mu powstania chłopskiego Kornel Ujejski (1823—97) napisał jeden z najbardziej przejmujących polskich hymnów. Przynajmniej na terenie Galicji jego chorał Z dymem pożarów  stał się narodowym hymnem Polaków i przy wszystkich patriotycznych okazjach śpiewano go z żarliwością równą żarliwości jego słów:



Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej

Do Ciebie, Panie, bije ten głos,
Skarga to straszna, jęk to ostatni,
Od takich modłów bieleje włos.
My już bez skargi nie znamy śpiewu,

Wieniec cierniowy wrósł w naszą skroń,
Wiecznie jak pomnik Twojego gniewu
Sterczy ku tobie błagalna dłoń![282]

XV. WIOSNA.

Wiosna Innych Ludów. (1848)

 Сделать закладку на этом месте книги

Wydarzenia roku rozpoczęły się 12 stycznia na Sycylii, gdzie obywatele Palermo powstali przeciwko królowi Bombie. Pod koniec miesiąca Niemcy z prowincji Szlezwik—Holsztyn wyzwolili się spod rządów Danii. 24 lutego na ulicach Paryża ponownie pojawiły się barykady, a król Ludwik—Filip został zmuszony do abdykacji i ucieczki. W marcu wybuchły rewolucje w Budapeszcie, Wiedniu, Mediolanie, Rzymie, Monachium i Berlinie. Sam książę Metternich powiększył długą listę książąt i prezydentów, którzy zostali zmuszeni do porzucenia tronów i stolic.

W Dublinie Młoda Irlandia Johna Mitchela i Thomasa Meaghera otwarcie podburzała Irlandczyków do wyzwolenia spod brytyjskich rządów. W kwietniu kryzys węgierski przerodził się w otwartą wojnę, stając się pierwszym z wielu analogicznych przypadków. W Londynie Feargus O’Connor po raz ostatni wystąpił do parlamentu z petycją czartystów. W maju parlament niemiecki zebrał się we Frankfurcie nad Menem, aby przedyskutować kwestię politycznego zjednoczenia Niemiec. W jednym kraju po drugim podnosząca się fala gniewu ludu znosiła władzę prawomocnych monarchów. Następował wybuch za wybuchem, bez żadnych określonych nadziei na poprawę sytuacji. Jak to rok wcześniej przepowiedział jeden z przemawiających na pogrzebie irlandzkiego „wyzwoliciela”, Daniela O’Connella, Europa znalazła się we władzy „powszechnej rewolucji, która zagraża całemu światu”. Wydawało się, że nadszedł wspaniały moment na kolejne polskie powstanie.

Idee, które zaczęły puszczać pąki podczas owej „wiosny narodów”, można podzielić na trzy podstawowe kategorie: konstytucyjne, społeczne i narodowe.

Wszystkie trzy miały oczywiste znaczenie w sytuacji, w jakiej znajdowała się Polska. Celem żądań konstytucyjnych było obalenie arbitralnych rządów dziedzicznych monarchów. We Francji żądania te skupiały się głównie wokół kampanii o powszechne prawo wyborcze; w większości państw europejskich i włoskich natomiast — wokół walki o demokratyczne prawodawstwo. W państwach papieskich i w Prusach ich zapowiedzią były reformy, jakie papież Pius IX i król Fryderyk Wilhelm IV wprowadzali, każdy na swój sposób, w latach 1846—47. W większości innych państw stały się wynikiem niechętnych ustępstw, na jakie się decydowano pod wpływem nacisku społecznego. Jak skarżył się król wirtemberski Wilhelm, „przeciwko ideom nie można wyjść konno w pole”. Celem żądań społecznych natomiast było rozerwanie więzów feudalizmu i zniesienie przywilejów klasowych. We Francji chodziło przede wszystkim o nadanie pełnych praw proletariatowi i o prawo do pracy; w Europie Środkowej — o zniesienie pańszczyzny.

Oto okazja do proklamowania Manifestu komunistycznego Marksa: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się! Nie macie nic do stracenia poza łańcuchami, które was krępują”. Nacjonaliści domagali się zmiany mapy całej Europy i zastąpienia dawnych imperiów dynastycznych nowymi demokratycznymi republikami, opartymi na zasadzie samookreślenia poszczególnych narodów. Był to znamienny moment dla historii marksizmu, dla włoskiego Risorgimento i niemieckiego Vormdrz_ oraz dla ponownego uznania Węgier. Wydawało się, że sprawa polska zyskała sobie wielu czynnych sprzymierzeńców, dla których natchnieniem było podobieństwo dążeń i celów. Przywołując na pamięć „miecz Polski, spowity w śmiertelny całun Kościuszki”, Thomas Meagher był tylko jednym z wielu mówców, którzy składali hołd sprawie polskiej[283].

Tymczasem Polacy nie zdradzali żadnych rewolucyjnych zamiarów. W Rosji Mikołaj I należał do owych bardzo nielicznych władców, których włości nie ogarnęła fala poważniejszych zamieszek. W Warszawie i w Wilnie wspomnienie powstania listopadowego było jeszcze zbyt bolesne, aby dopuszczać myśl o następnych ryzykownych przedsięwzięciach. Kwestii wyzwolenia chłopów nie można było poruszać na forum publicznym. W Galicji wciąż jeszcze świeża pamięć o buncie chłopskim hamowała wszelką zakrojoną na szerszą skalę działalność narodową.

We Lwowie zawiązano Radę Narodową i ułożono adres do cesarza (18/19 marca 1948), domagając się wyzwolenia chłopów i przyznania lokalnej autonomii. (Patrz rozdz. IV tomu II). W


убрать рекламу




убрать рекламу



Krakowie Komitet Narodowy nie przetrwał nawet miesiąca. W Prusach w marcu i kwietniu, kiedy król stracił na pewien czas panowanie nad sytuacją w Berlinie, Księstwo Poznańskie pozostało zdane na własne siły; tu również utworzono Komitet Narodowy. Ale relacje o rzekomo rewolucyjnych zamiarach poznaniaków przy tej okazji są mocno przesadzone. Niemieccy liberałowie nie okazali się bardziej tolerancyjni w stosunku do żyjącego wśród nich elementu polskiego niż Hohenzollernowie na przestrzeni całych dziejów swej dynastii. Powstanie w Poznaniu, które wybuchło 20 marca, zostało stłumione przed końcem kwietnia. Nie można go porównywać do bardziej radykalnego i o wiele bardziej zdecydowanego oporu niemieckiego proletariatu Wrocławia, którego barykady padły dopiero w maju 1849 roku. W innych rejonach Śląska i Pomorza zaczątkowe polskie ruchy narodowe ograniczały się do spraw języka i religii oraz do uwieńczonych powodzeniem dążeń do zniesienia resztek obowiązków pańszczyźnianych[284].


Wkład Polaków w wydarzenia roku 1848 był mniej widoczny w kraju niż za granicą. We Włoszech Adam Mickiewicz utworzył legion pod hasłem Ubi patria, ibi male  (Tam ojczyzna, gdzie zło). Był to szlachetny gest, który zantagonizował wszystkie rządy, sprawie polskiej zaś nie przyniósł żadnych ewidentnych korzyści. Liczebność legionu nigdy nie przekroczyła 500 żołnierzy. W sierpniu 1848 roku brał on udział w walkach z Austriakami w Lombardii; w kwietniu 1849 roku walczył w Genui przeciwko rojalistom; w czerwcu zaś — uczestniczył w daremnej obronie Rzeczypospolitej Rzymskiej. Później, po nieudanej próbie przedarcia się z Włoch na Węgry, został ostatecznie rozwiązany w Grecji[285]. W innych rejonach Włoch bezrobotni polscy generałowie oferowali swoje usługi wszystkim, którzy zechcieli z nich korzystać. Mierosławski pojawił się na krótko jako wódz wojsk powstańczych na Sycylii. Generał Wojciech Chrzanowski (1793—1861) porzucił bezpieczne schronienie w Paryżu, aby objąć dowodzenie nad oddziałami wojsk piemonckich walczących przeciwko Austriakom. Generał Władysław Zamoyski (1803—68), były adiutant wielkiego księcia Konstantego, przybył z Londynu, aby pomóc przy reorganizacji wojsk na Sardynii.

Największą sławę zdobyli jednak bez wątpienia ci Polacy roku 1848, którzy walczyli na Węgrzech. Józef Bem, który zdobył sobie reputację wybitnego artylerzysty w czasie wojny polsko—rosyjskiej 1831 roku, przybył z Paryża, aby się zająć organizacją wojsk powstańczych w Wiedniu. Później objął dowództwo nad wojskami węgierskimi w Transylwanii (Siedmiogrodzie). W 1849 roku, do czasu klęski w walce z przeważającymi siłami interwencyjnymi Rosjan, jego genialne improwizacje przez kilka miesięcy powstrzymywały siły Habsburgów, umożliwiając przetrwanie młodziutkiej republice Kossutha. Kolega Bema po fachu, generał Henryk Dembiński (1791—1864), także pełnił służbę naczelnego wodza sił węgierskich, dowodząc korpusami Madziarów w Słowacji. Za sprawą gorzkiej ironii losu dzieło poskromienia tych dwóch bohaterskich Polaków przypadło w udziale ich staremu wrogowi, Iwanowi Paskiewiczowi, księciu Warszawy[286].

W odróżnieniu od wojny na czyny wybitna rola w wojnie na słowa przypadła efemerycznemu Kongresowi Słowiańskiemu. Odbył się on w Pradze w czerwcu 1948 roku pod auspicjami Czech i obradował głównie nad sprawami Słowian zamieszkujących Austrię i Węgry. Uczestniczyło w nim zaledwie dwóch przedstawicieli Rosji: anarchista Bakunin i starowier Miłoradow. Żaden z nich w gruncie rzeczy niczego nie reprezentował. Delegatów polskich przydzielono wraz z Ukraińcami do „sekcji mazursko-ruskiej”; jeden z nich, Karol Libelt, świeżo uwolniony z więzienia w Berlinie, został wybrany do pełnienia funkcji prezesa Kongresu.

Wkrótce jednak okazało się, że sprawa polska nie może liczyć na większe poparcie. Mimo że Libeltowi udało się włączyć do Manifestu narodów Europy klauzulę traktującą o niepodległości Polski, Czesi nie mieli zamiaru rozważać kwestii utworzenia jednolitego państwa polskiego, natomiast Rusini byli nastawieni otwarcie wrogo. Gdyby pytano o zdanie Rosjan, oni także niewątpliwie wypowiedzieliby się negatywnie. Polacy, których najsilniejsze antypatie kierowały się przeciwko caratowi, skutecznie zdyskredytowali wielkiego rosyjskiego brata, ku któremu skłaniała się większość innych słowiańskich ludów, oczekując od niego ratunku.

Wystąpienie to zyskało im żywą antypatię, zwłaszcza wśród Czechów. Nie było sprawą bez znaczenia, że o spowodowanie zamieszek, które wybuchły w Pradze w Zielone Świątki, zaledwie dziesięć dni po otwarciu Kongresu, lokalna prasa oskarżała jakichś nie sprecyzowanych polskich prowokatorów. Zbombardowanie miasta przez Windisch—Gratza położyło kres zarówno Kongresowi Słowiańskiemu, jak i wszelkim przyszłym nadziejom na porozumienie austriacko-słowiańskie[287].

Toczące się w 1848 roku debaty ujawniły istnienie głębokich rozłamów wśród samych Polaków. Manifest Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, który ogłoszono w 1836 roku we Francji i który stał się inspiracją dla większości akcji rewolucyjnych podejmowanych przez Polaków w okresie przed 1848 rokiem, przedstawiał wizję Polski rozciągającej się od Odry po Dniepr i od Bałtyku po Morze Czarne. Joachim Lelewel wciąż jeszcze propagował ideę, w myśl której w skład narodu polskiego wchodzić mieli „wszyscy potomkowie wszystkich ziem dawnej Rzeczypospolitej”. Natomiast Karol Libelt, obserwując niesmak, jaki owe tradycyjnie polskie koncepcje wzbudziły na Kongresie Słowiańskim, musiał zmienić taktykę. Jego zdaniem, Polski nie można było odbudować jako Jednolitego państwa, z rządem narodowym sprawującym władzę jak w przeszłości nad Litwinami, Rusinami i Prusakami”, ale należało ją wskrzesić jako „federację wszystkich tych różniących się pod względem rasowym ziem”. W tym właśnie tkwił zarodek rozłamu w polskiej myśli politycznej, który miał się utrzymywać przez następne sto lat.

Polskie rozczarowania w Pradze znalazły swe odbicia we Francji i w Niemczech. W Paryżu opozycja socjalistyczna stanowiła jedyne francuskie ugrupowanie, które ofiarowało sprawie polskiej coś więcej ponad czcze frazesy. 15 maja 1848 r. próbie przechwycenia władzy nad Zgromadzeniem Ogólnym przez Blanquiego towarzyszyły okrzyki „Vive la Pologne!” Ale Blanqui został aresztowany, jego zwolennicy zaś rozpędzeni przez żołnierzy Gwardii Narodowej. Pięknym deklaracjom francuskich liberałów nie towarzyszyło żadne poważniejsze zainteresowanie sprawą Polski. Podobnie jak to czynił Guizot przed osiemnastu laty, Lamartine wykonywał stosowne gesty w stronę Polaków — dopóki nie zajmował żadnego odpowiedzialnego stanowiska. Ale od czasu, gdy uznano jego własny rząd, kategorycznie odmawiał podejmowania dyskusji w sprawie Polski. „Polacy są fermentem Europy”,  powiedział, „domagają się krucjaty dla obrony grobowca. Kochamy Polskę”, oświadczał w dalszym ciągu, „kochamy Włochy (…) ale przede wszystkim kochamy Francję” .

Nie może być żadnych wątpliwości co do tego, że w opinii Lamartine’a interesy Francji i interesy Polski niekoniecznie musiały być ze sobą zbieżne[288].

W parlamencie niemieckim we Frankfurcie sprawa polska została gruntownie przewentylowana. Jednak i tu jedynie skrajna lewica gotowa była w ogóle poważnie rozważyć polskie argumenty, czemu dały wyraz przemówienia Leislera, Bluma i Rugego. W momencie gdy ujawnił się konflikt interesów Niemców i Polaków w Wielkopolsce, przeważająca większość delegatów niemieckich przeszła na pozycje skrajnie szowinistyczne. Delegat Prus Wschodnich, Wilhelm Jordan, pytał, czy jest rzeczą słuszną, aby w Wielkim Księstwie Poznańskim „pół miliona Niemców znajdowało się w sytuacji naturalizowanych cudzoziemców, podległych plemieniu o niższej kulturze”. Junghanns i Schuselka podnosili groźną koncepcję niemieckiego Lebensraum na Wschodzie. Komisja Historyczna radziła, aby polskie rejony Wielkopolski ograniczyć do kadłubowego „Księstwa Gnieźnieńskiego”, obejmującego zaledwie jedną czwartą mieszkańców. 2 maja parlament przegłosował 342 głosami przeciwko 31 wniosek w sprawie całkowitego wcielenia istniejącego Księstwa Poznańskiego do Niemiec. Granice antagonizmów zostały wyraźnie wytyczone. Reakcja Polaków była oczywiście pełna goryczy. Jan Chryzostom Janiszewski (1818—91), poseł z Górnego Śląska, poczuł się w obowiązku przytoczyć niektóre spośród klasycznych twierdzeń na temat stosunków niemiecko-polskich. „Kultura, która nie dopuszcza wolności”, powiedział, “jest czymś bardziej zasługującym na pogardę niż barbarzyństwo”; i dodał, niby echo Jean—Jacques’a Rousseau: „Polacy zostali połknięci, ale klnę się na Boga, że nie uda się wam ich strawić”[289].

W miarę przybliżania się lata stopniowo przygasł rewolucyjny zapał wcześniejszych miesięcy. W czerwcu generał Cavaignac rozpoczął po krwawym starciu z radykałami okres dyktatury wojskowej w Paryżu. W Wielkiej Brytanii Mitchela, Meaghera i O’Briena oskarżono o zdradę stanu, skazano i deportowano do Australii. Petycja czartystów upadła. Król Prus był już z powrotem w Berlinie.

Lipcowe zwycięstwo Radetzky’ego pod Custozzą przygotowało grunt dla rekonwalescencji Austrii, a w październiku cesarz Franciszek Józef powrócił do Wiednia. Pod koniec roku wojsko austriackie zaczynało już likwidować enklawy oporu w państwach Włoch, zbierając siły do ostatecznego ataku na Lombardię i Węgry.

Armia pruska podejmowała podobną kampanię w Niemczech, idąc z pomocą tym książętom, którzy nie byli w stanie obronić się sami. Armia rosyjska przywracała porządek w prowincjach naddunajskich, działając na rzecz Turków, a Ludwik Napoleon, nowo wybrany prezydent republiki francuskiej, szykował się do ekspedycji w celu ponownego zainstalowania papieża na tronie w Rzymie. Król Prus, odmówiwszy „tarzania się w rynsztoku” dla korony Niemiec, oferowanej mu przez przywołany do porządku parlament niemiecki, zabierał się do całkowitego wyeliminowania tego parlamentu z areny wydarzeń politycznych. W połowie 1849 roku wszystko już było skończone. Polacy — jak wszyscy inni — zostali zmuszeni do posłuszeństwa swoim kilku władcom, a po owym roku podniecających wydarzeń — w porównaniu z większością innych ludów — nie mieli się czym szczególnie pochwalić.

Tak więc w roku 1848 Polacy znaleźli się w defensywie. Z powodów, które w owym czasie niełatwo było zrozumieć, najbardziej niezmordowany spośród uciskanych narodów Europy był jakby niezdolny do pełnego uczestnictwa w święcie Wiosny, celebrowanym przez Nacjonalizm. Mimo że Polacy z Austrii i Prus mieli odnieść korzyści z reform społecznych i konstytucyjnych, jakie nastąpiły w wyniku ustępstw ze strony poszczególnych rządów, nie było w tym ich własnej zasługi. W sprawie narodowej jako takiej nie uczynili żadnych widocznych postępów. Zarówno w Krakowie, jak i w Poznaniu utracili resztki narodowej autonomii, jaką się dotychczas cieszyli. Polacy w Rosji milczeli. Nie nastąpił w ogóle żaden postęp w sprawie ponownego zjednoczenia trzech zaborów. Dla Niemiec i Włoch rok 1848 był rzeczywiście rokiem nadziei. Dla Węgier oznaczał najpierw zwycięstwo, a potem klęskę. Ale Polsce Wiosna Ludów przyniosła zaledwie kilka wątłych listków, które wkrótce uschły na gałązkach.



XVI. REVERIES.

Odwilż i powstanie styczniowe. (1855—1864)

 Сделать закладку на этом месте книги

Ostatnie lata panowania Mikołaja I nie przyniosły żadnych ulg ani Królestwu Kongresowemu, ani Polakom z Litwy. Życie polityczne Warszawy i Wilna było zmrożone na kość. Represje, jakie nastąpiły w wyniku powstania listopadowego, zupełnie wystarczyły, aby polscy poddani cara zachowali spokój za każdym razem, gdy trąbki grały na alarm w latach trzydziestych i czterdziestych. Rekonstrukcja absolutyzmu w Austrii po roku 1848 oraz dominacja partii konserwatywnej w Prusach znakomicie służyły celom caratu. Przyłączenie się Wielkiej Brytanii i Francji do wojny krymskiej w 1854 roku odnowiło nadzieje na to, że sprawa polska może się raz jeszcze stać przedmiotem rozważań zachodnich mocarstw.

Ale car doskonale zdawał sobie sprawę z takiej możliwości, więc podwoił środki ostrożności mające zapobiec wszelkim niepożądanym posunięciom, jakich mogliby się dopuścić Polacy. Polską emigrację wezwano do jeszcze jednego wysiłku na rzecz ojczyzny. Książę Czartoryski zaangażował się w ostatnią w swoim życiu wielką kampanię polityczną. Z początku wydawało się, że Palmerston złagodzi sceptycyzm, jakim charakteryzowały się jego wcześniejsze reakcje na wystąpienia Czartoryskiego z lat 1832, 1838 i 1848; były pewne oznaki pozwalające wierzyć, że podzieli on entuzjazm ministra spraw zagranicznych w rządzie Napoleona III, hrabiego Walewskiego, w sprawie akcji wojskowej przeciwko Rosji na Bałtyku. Ale moment ten wkrótce przeminął. Aby zapewnić sobie neutralność Austrii i Prus w wojnie, Brytyjczycy i Francuzi musieli porzucić wszelką myśl o wygraniu polskiej karty. Na konferencji w Wiedniu w kwietniu 1854 roku oba państwa odstąpiły od pierwotnego zamiaru dołączenia sprawy niepodległości Polski do listy swych wojennych żądań. Na konferencji pokojowej w Paryżu w 1856 roku minister rosyjski z satysfakcją zauważył, że słowa „Polska” nie słyszał nawet w przypadkowych wzmiankach. Tymczasem do walki przeciwko Rosji na Bałkanach utworzono trzy polskie formacje wojskowe. Pułk kozaków otomańskich Sadyka Paszy (Michała Czajkowskiego) brał udział w walce o odzyskanie Bukaresztu przez Turków w 1854 roku. Polską dywizję wschodnią pod dowództwem generała Władysława Zamoyskiego wspierał paryski Hotel Lambert. Wreszcie, na początku 1855 roku Adam Mickiewicz opuścił Paryż, udając się w ostatnią w życiu podróż do Konstantynopola, aby zbadać tam możliwość utworzenia kolejnego polskiego legionu do walki u boku Turków. Wyczerpany i chory, zmarł 26 listopada 1855, zanim cokolwiek udało mu się zorganizować; pochowano go na chrześcijańskim cmentarzu u wybrzeży Morza Marmara. Jedyną i ostatnią satysfakcję przyniosła mu wiadomość, że Mikołaj I nie żyje[290].

Objęcie tronu przez Aleksandra II (1818—81), cara—wyzwoliciela, miało doniosłe skutki dla całego cesarstwa. Przy tej właśnie okazji powstał termin „odwilż”, oznaczający rozluźnienie, jakie nastąpiło po trwającej przez trzydzieści lat lodowej epoce panowania jego ojca. Aleksander nie był bynajmniej liberałem; zdecydowanie przeciwstawiał się wszelkim separatystycznym ruchom narodowościowym. Ale upokarzające okoliczności klęski poniesionej w wojnie krymskiej przekonały go o tym, że aby uniknąć powszechnego wybuchu, należy poczynić pewne ustępstwa. Na czele rządu w Petersburgu stanął książę Aleksander Gorczakow, funkcję namiestnika Królestwa Polskiego zaś objął (po śmierci Paskiewicza) jego kuzyn, Michał Gorczakow. W czasie swojej pierwszej wizyty w Polsce w 1856 roku car specjalnie pamiętał o tym, aby przestrzec przed nadmiernymi oczekiwaniami. “Point de reveries, messieurs ”, ostrzegł (Żadnych marzeń, panowie). Ale jego słów nie potraktowano dosłownie. Ogłaszając amnestię dla Polaków, którzy od roku 1831 wciąż jeszcze pozostawali na Syberii, otwierając polską Akademię Medyko—Chirurgiczną, a przede wszystkim zapraszając polskich właścicieli ziemskich do włączenia się w tak istotną w tym okresie debatę na temat wyzwolenia chłopów, car stworzył oczywiście wrażenie, że możliwe są przynajmniej jakieś ograniczone zmiany. Dał palec, a jego polscy poddani natychmiast pomyśleli, żeby złapać za dłoń. Za aprobatą nowego namiestnika przywrócono prawo zgromadzeń. Pojawiła się wielka mnogość nowych organizacji i instytucji, których właściwe funkcje nie od razu stały się jasno widoczne. W 1857 roku dla poprawy gospodarki ziemią utworzono Towarzystwo Rolnicze; na jego czele stanął Andrzej Zamoyski (1800—74), którego majątek w Klemensowie stał się przykładem postępowej gospodarki rolnej. W lutym 1861 roku Leopold Kronenberg (1812— 78) utworzył w Warszawie Delegację Miejską, której oficjalnym zadaniem miało być przekazywanie opinii czołowych obywateli miasta namiestnikowi. W gruncie rzeczy obie te organizacje były zamaskowanymi organami politycznymi. Towarzystwo Rolnicze, zrzeszające 4000 członków i liczące 77 filii rozrzuconych po całej Polsce i Litwie, uderzająco przypominało szlachecki sejm dawnej Rzeczypospolitej. Delegacja Miejska wkrótce wyłoniła gwardię miejską, która przejęła funkcje policji i oddziałów kozackich. Pośród bardziej radykalnych odłamów Towarzystwa na nowo odrodziły się tajne koła spiskowców. Pojawiły się polskie odpowiedniki rosyjskich populistycznych „narodników” — na przykład Związek Trójnicki, utworzony w Kijowie przez polskich i ruskich studentów, oddający się dziełu ewangelizacji mas chłopskich. W wojsku grupy dysydentów wśród oficerów ściśle współpracowały z oficerami rosyjskimi. Powstały polityczne grupy dyskusyjne w rodzaju stowarzyszenia millenerów, założonego przez Edwarda Jurgensa (1827—63), które rozpoczęły spekulacje na temat strategii politycznej ruchów narodowych. Wszystkie te ugrupowania przyczyniły się do niewątpliwej zmiany nastrojów, którą miano później określić nazwą „rewolucji moralnej”. Otwarcie omawiano zakazane dotąd kwestie. Mównice dźwięczały echem nawoływań do braterskiego pojednania. Katolicy i Żydzi, Polacy i nie—Polacy — wszyscy zjednoczyli się w głoszeniu deklaracji o wzajemnym pojednaniu. Idąc za przykładem Kronenberga i za zachętą warszawskiego rabina Dow Beer Meiselsa (1798—1870), propagowano modę na asymilację Żydów. Wyraźnie dawał się zauważyć gwałtowny wzrost patriotycznego zapału. Pod najdrobniejszym pretekstem organizowano publiczne demonstracje. Hymn Boże coś Polskę  śpiewano otwarcie na ulicach. Z okazji odwiedzin księcia Napoleona zorganizowano pochód, podobnie jak z okazji wizyty Franciszka Józefa. 11 czerwca 1860 roku pogrzeb wdowy po generale Sowińskim przerodził się w ogromną procesję religijną. Podobnie stało się z demonstracją z okazji trzydziestej rocznicy powstania listopadowego. 25 i 27 lutego 1861 roku uroczystość rozpoczęcia dorocznego ogólnego zjazdu Towarzystwa Rolniczego przyciągnęła ogromne tłumy. Po niecałych pięciu latach odwilż zamieniła się w nie kontrolowaną powódź[291].

Aby opanować sytuację w Warszawie, car zwrócił się do człowieka, którego rady uparcie odrzucano przez szereg poprzednich miesięcy. Hrabia Aleksander Wielopolski, margrabia Gonzaga—Myszkowski (1803—77), był arystokratą starej szkoły. Łączył wigowską politykę księcia Czartoryskiego z temperamentem starszego sierżanta. Przy jakiejś okazji oświadczył: „Nie można wiele zrobić z Polakami, ale przy odrobinie szczęścia można coś zrobić dla Polaków”. Głuchy na podpowiedzi opinii publicznej i absolutnie pewny beznadziejności działań dyplomatycznych, był przeświadczony, że jest jedynym człowiekiem na świecie, który za pomocą wprowadzonych we właściwym czasie reform i przemocy potrafi zrekompensować wady swych rodaków. Stawiał sobie ściśle ograniczone cele. W sferze konstytucyjnej proponował wprowadzenie w życie Statutu Organicznego z 1832 roku oraz mianowanie Rady Stanu, która spełniałaby funkcję doradczą. Proponował obsadzenie aparatu biurokracji lojalnymi polskimi urzędnikami, a dla ich kształcenia — otwarcie w Warszawie Szkoły Głównej na prawach uniwersytetu. Proponował utworzenie komisji do badania reform agrarnych i praw obywatelskich Żydów. Wszystkie te propozycje zostały po raz pierwszy przedstawione w lutym 1861 roku, podczas kryzysu, jaki poprzedził mianowanie Wielopolskiego dyrektorem Komisji do Spraw Oświaty i Wyznań Religijnych; ostateczną aprobatę cara zyskały sobie jednak dopiero w roku 1862. Tymczasem Wielopolski parł naprzód.

W kwietniu 1861 roku został dyrektorem Komisji Sprawiedliwości, a wreszcie w czerwcu 1862 roku — oficjalnym naczelnikiem rządu cywilnego Królestwa. Nigdy dotąd pojedynczy człowiek nie skupiał w swoich rękach takiej władzy i nie wywierał takiego wpływu na sprawy Królestwa. Od samego początku jedynym warunkiem, jaki stawiał car, było „przywrócenie porządku”[292].

Przywrócenie dyscypliny nie było jednak sprawą prostą mimo bezwzględnej determinacji Wielopolskiego. Użycie przemocy wzmagało tylko niepokoje, które miało uciszyć. 27 lutego 1861 roku, gdy od policyjnej salwy padło w mieście pięciu uczestników demonstracji, Wielopolski ostro zrugał generała Heidenreicha za jego bezsensowną brutalność. 8 kwietnia 1861 roku, kiedy na placu Zamkowym zabito 100 osób spośród ludności cywilnej, osobiście przerwał masakrę, wypadając na czoło oddziału Kozaków i ryzykując własnym życiem. Mimo to w pewnym sensie ponosił za te wydarzenia bezpośrednią odpowiedzialność. To na jego polecenie przymusowo rozwiązano Towarzystwo Rolnicze i Delegację; nie miał też prawa podnosić zbyt głośnych lamentów, gdy powszechny wybuch wywołał panikę wśród sił porządkowych. Namiestnik Gorczakow umarł na zawał serca. Latem 1861 roku, gdy nie ustawały spiski i konspiracje, Wielopolski zmuszony był wyrazić zgodę na surowszą kampanię represyjną. Pogrzeb arcybiskupa Fijałkowskiego 10 X 1861 stał się okazją do kolejnego masowego pochodu, stwarzając zagrożenie dalszego rozlewu krwi. 14 października ogłoszono stan wyjątkowy. Kozacy wdzierali się do kościołów, rozpraszając tłumy wiernych. Zakazano śpiewania patriotycznych hymnów. Katolickich i żydowskich duchownych deportowano. Cytadelę wypełniono tysiącami aresztowanych. Niemal wszystkie ugrupowania polityczne, powstałe w czasie poprzedzającym te wydarzenia, podjęły oczywiście przeciwdziałania i zaczęły rozważać możliwość zorganizowania jednolitego oporu. W październiku radykalni „czerwoni” założyli tajny Komitet Miejski. Jego zadaniem było rozpoczęcie przygotowań do zbrojnej walki o niepodległość narodową i rewolucję społeczną. Na tym etapie czołowymi działaczami Komitetu byli: ojciec Josepha Conrada, Apollo Korzeniowski (1820—69), zwolennik ślepego terroryzmu Ignacy Chmieleński (ok. 1837—70?) oraz, przeniesiony niedawno z Petersburga, kapitan Jarosław Dąbrowski (1836—71). W grudniu 1861 r., przy udziale Kronenberga i Zamoyskiego, „biali” zawiązali konkurencyjny dyrektoriat (Dyrekcję Krajową, zwaną też Delegacją Narodową). Pod koniec roku Wielopolski otrzymał lakoniczny rozkaz udania się pod strażą do Petersburga w celu udzielenia carowi wyjaśnień.

Jedyna w swoim rodzaju formuła margrabiego Wielopolskiego była wyraźnie sprzeczna wewnętrznie, nie można jednak było wymyślić niczego lepszego. Reform nie można było zarzucić z obawy przed powszechnym rozczarowaniem. Represji nie można było złagodzić z obawy przed nowym wybuchem zamieszek.

Wobec tego reformy i represje musiały kroczyć ramię w ramię. Po pięciu miesiącach wahania car nagle oficjalnie zaaprobował propozycje wysuwane przez Wielopolskiego. W czerwcu Wielopolski wrócił do Warszawy i objął urząd naczelnika rządu cywilnego. W zgodzie z dekretem wydanym wstępnie w roku poprzednim znoszono pańszczyznę w zamian za odkup. Rok 1862 przyniósł pierwsze żniwa w Polsce Środkowej, podczas których żaden chłop pańszczyźniany nie musiał już pracować bez wynagrodzenia na polu pana. Szkoła Główna przyjęła na jesienny semestr pierwszy nabór studentów na wydziały medyczny, matematyczny i filozoficzny. W tym samym czasie policja rozpoczęła serię prewencyjnych aresztowań. W sierpniu aresztowano i wysłano na proces sądowy do Rosji Jarosława Dąbrowskiego. We wrześniu wezwano do Petersburga Zamoyskiego: po krótkiej audiencji u cara otrzymał paszport i został umieszczony na pokładzie statku odpływającego do Francji. Wielopolski wyczuwał wzbierający bunt, ale nie umiał trafić do jego źródeł. Zdecydował się zatem zmusić konspirację do wyjścia na powierzchnię. Jako narzędzie wybrał akcję zwaną „branką”, czyli przymusowy zaciąg do wojska. Nasyciwszy Królestwo 100 000 wojska, szykował się teraz do zaciągnięcia do służby wojskowej kolejnych 30 000 mężczyzn. Nie wiedział, kim są konspiratorzy, mógł jednak być pewien, że wśród poborowych dostanie w swoje ręce większość spośród ich najsprawniejszych fizycznie zwolenników. Brankę wyznaczono na 14 stycznia 1863 roku. Stała się bezpośrednią przyczyną otwartego konfliktu.

Z powodu działalności Wielopolskiego oraz długotrwałych napięć wybuch powstania styczniowego miał przebieg zupełnie inny niż wydarzenia, które dały początek powstaniu z roku 1830. Wielopolski bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego precedensu i bardzo się starał zapobiec jego powtórzeniu. Przypadkiem sprowokował konflikt zupełnie innej natury, ale o podobnej doniosłości. Wiedział, że konspiratorzy będą musieli umknąć przed branką, jeśli zechcą uratować skórę; wiedział też, że nie mogli oni absolutnie liczyć na to, że zdobędą kontrolę nad wojskiem lub policją. Nie wiedział natomiast, że mają w pełni opracowany program polityczny, organizację finansować szerokim zasięgu, która już prowadziła zbiórkę funduszy, oraz całą kadrę aparatu podziemnego państwa. W kategoriach wojskowych polscy powstańcy z 1863 roku byli z konieczności gorzej uzbrojeni i wyposażeni niż ich poprzednicy z lat 1830—31. Natomiast jeśli chodzi o organizację polityczną i konspiracyjną, byli o wiele bardziej profesjonalni. „Czerwoni” z Centralnego Komitetu Narodowego, który zastąpił wcześniejszy Komitet Miejski w Warszawie, mieli w gruncie rzeczy wszelkie możliwości po temu, aby sprowokować prowokatora. W pierwszych dniach stycznia z Warszawy wyszły potajemnie, udając się do Puszczy Kampinoskiej, tysiące młodych ludzi. Gdy rozpoczęła się branka, w pułapkę dostało się zaledwie 1400 poborowych. W dwa dni później w dziesiątkach miejsc na terenie całego Królestwa jednocześnie zaatakowano rosyjskie garnizony. Wielopolski nie miał przed sobą amatorskiego spisku w rodzaju tego, który w listopadowej mgle zawiązali Wysocki i Zaliwski. Od samego początku stanął w obliczu wojny partyzanckiej, którą kierowały niewidoczne ręce, kryjące się gdzieś w jego własnej stolicy, i która przez szesnaście miesięcy trzymała w szachu największą armię Europy[293].

W zaistniałych okolicznościach rozłamy polityczne wśród przywódców powstania były rzeczą nie do uniknięcia. Niepowodzenie w zdobywaniu Płocka, który w zamierzeniach powstańców miał się stać główną kwaterą powstania, oznaczało, że kierownictwo musi albo błąkać się po kraju, albo działać pod nosem Rosjan w samej Warszawie. Więź centrali z prowincją nie była stała. Przywódcy pojedynczych, grup partyzanckich cieszyli się znaczną autonomią. Nie można było oczekiwać ścisłego konformizmu politycznego. Większość stowarzyszeń i ugrupowań zachowała odrębną tożsamość i realizowała własną jednostkową politykę.

„Czerwoni” pozostawali w ciągłym konflikcie z „białymi”, każdy zaś z tych dwóch podstawowych obozów był z kolei podzielony na szereg ugrupowań prawicowych, centralistycznych i lewicowych. Propagowano szereg sprzecznych ze sobą postaw ideologicznych. Dowództwo pozostawało w ciągłej wewnętrznej niezgodzie. W fazie wstępnej inicjatywa leżała wyłącznie w rękach „czerwonych”. Losy powstania zależały w znacznej mierze od Centralnego Komitetu Narodowego i jego energicznego młodego przywódcy: studenta z Kijowa, ludowca Stefana Bobrowskiego (1840—63). W marcu w obliczu groźby, że Mierosławski uzyska powszechne poparcie, „biali” wybrali własnego głównodowodzącego. Przez dziewięć dni wątpliwym honorem tytułu „dyktatora” cieszył się Marian Langiewicz (1827—87), wykładowca w emigracyjnej szkole wojskowej w Cuneo, zanim nie został zmuszony do wycofania się do Galicji. Bobrowski, którego wciągnięto w te rozgrywki, został sprowokowany do pojedynku i zastrzelony. Od tego czasu, po proklamowaniu w dniu 21 marca tajnego Rządu Narodowego, oba obozy żyły w stanie niespokojnego przymierza. „Biali” na ogół sprawowali kontrolę nad polityką, a także, w osobie Karola Majewskiego (1833—97) — nad dowództwem powstania. Miały jednak miejsce dwie próby przechwycenia władzy przez terrorystyczne skrzydło „czerwonych”. Pierwsza, podjęta w maju, zakończyła się niepowodzeniem, druga — podjęta we wrześniu — zwycięstwem. Była ona poprzedzona nieudanym zamachem na życie generała Berga. Zamach ten pociągnął za sobą falę policyjnych represji. Wreszcie w październiku 1863 roku, gdy szeregi powstańców były już zdziesiątkowane przez śmierć i porażki, utworzono anonimową dyktaturę, aby zlikwidować rozdarcie między obozami „białych” i „czerwonych” oraz zapewnić powstaniu skoordynowane dowództwo wojskowe. Romuald Traugutt (1826—64) pełnił rolę przywódcy politycznego i głównodowodzącego powstania aż do chwili aresztowania w nocy z 10 na 11 sierpnia 1864 roku.

Mimo różnic politycznych podziemna organizacja państwowa wykazała godną uwagi odporność. Zorganizowała jedną z pierwszych na świecie długotrwałych akcji miejskiej partyzantki, stwarzając prototyp równie udanych przedsięwzięć, które Polacy mieli przeprowadzić w nie mniej trudnych warunkach w latach 1905—07, a następnie w okresie II wojny światowej. Działała na tym samym terenie, co władze rosyjskie, niejednokrotnie dublując ich funkcje. Kierowali nią urzędnicy, którzy mieli wszystkie zewnętrzne pozory zwykłych szarych obywateli, oficjalnie zatrudnionych na stanowiskach urzędników bankowych, listonoszy czy kupców, w gruncie rzeczy zaś byli ministrami, sekretarzami, agentami lub kurierami Rządu Narodowego. Rząd miał pięć stałych ministerstw, z których każde dysponowało własnym personelem, oficjalną pieczęcią i sekretariatami ulokowanymi w piwnicach i składach. Na jego własnej wielkiej pieczęci widniał napis: „Rząd Narodowy — Wolność, Rów


убрать рекламу




убрать рекламу



ność, Niepodległość
 ”. Posiadał skutecznie działający Skarb, który pobierał podatki od chętnych prośbą, od opornych zaś — groźbą, i który otrzymywał zarówno pożyczki, jak i listy zastawne od przemysłowców, właścicieli ziemskich i kupców. Dysponował siłami bezpieczeństwa, złożonymi ze „sztyletników”, którzy utrzymywali porządek w Warszawie, oraz siecią wywiadu, który penetrował wszystkie instancje władz cywilnych i wszystkie garnizony wojskowe wroga. Jego kurierzy docierali konno i koleją do najdalszych zakątków cesarstwa. Jego agenci dyplomatyczni krążyli po wszystkich stolicach Europy. A jednak rząd pozornie wcale nie istniał — nowy generał—gubernator Warszawy i następca Wielopolskiego, generał Fiodor Berg (1790—1874), powiedział nowemu namiestnikowi, wielkiemu księciu Konstantemu: „Doszedłem do przekonania, że sam do niego nie należę, podobnie jak Wasza Cesarska Wysokość”.

(Patrz Mapa 9).

Mapa 9. Powstanie styczniowe (1863—1864)


W kwietniu 1863 roku powstanie rozszerzyło się na Wschód, obejmując część Rosji. Do wszystkich prowincji dawnej Rzeczypospolitej Królestwa Polskiego i Litwy rozesłano emisariuszy. Reakcje były różne. Na Ukrainie większy wybuch nastąpił w Miropolu nad Słuczem. Ale tych (studentów z Kijowa), którzy głosili Złotą Hramotę (dekrety Rządu Narodowego o wolności chłopów), wypisaną w języku ukraińskim i nawołującą mieszkańców wsi do czynu, spotkał ten sam los, co rosyjskich narodników: zostali zmasakrowani przez chłopów. Na Białorusi odnotowano poważne rozruchy wśród Żydów w Pińsku i na wsiach. Konstanty Kalinowski (1838—64), szlachcic polski, który działał w rejonie Grodna i Białegostoku, rozpoczął wydawanie powstańczego pisma „Mużyckaja Prauda ”; jest on uważany za jednego z twórców białoruskiego ruchu narodowego. Na Litwie powstanie na krótki okres przybrało te same rozmiary, co w Królestwie. Dziełu przywódcy obozu „białych”, wileńskiego prawnika Jakuba Gieysztora (1827—97), dorównywały dokonania „czerwonego” pułkownika Zygmunta Sierakowskiego (l 827—63) wśród litewskich chłopów. Radykalny duchowny, ksiądz Antoni Mackiewicz (1827 lub 1828—63), długo utrzymywał się na polu walki. Nie ulega żadnej wątpliwości, że ku wielkiemu żalowi Rosjan w tym okresie Litwa opowiadała się po stronie Polski. Pierwszy manifest Centralnego Komitetu Narodowego skierowany był do „narodu Polski, Litwy i Rusi”. W lecie 1863 roku wykazano czynem, że ów „jeden naród” był czymś nie mniej realnym niż Jedno cesarstwo” Rosji.

Z natury rzeczy działania wojenne były rozczłonkowane. Z szacunkowej liczby 200 000 Polaków, którzy stanęli do broni w czasie powstania, jednocześnie na polu walki nigdy nie znalazło się więcej niż 30 000. Większość z nich była rozproszona wśród setek grup partyzanckich działających we wszystkich lasach i puszczach kraju. Podczas szesnastu miesięcy trwania powstania miało miejsce 1229 zbrojnych starć — 956 w Królestwie, 237 na Litwie, pozostałe — na Białorusi i Ukrainie. Przybierały one na ogół formę zaczepnych wypadów na izolowane garnizony rosyjskie lub krótkotrwałych potyczek na skrzydłach większych koncentracji wojsk. Największą liczbę walk stoczono w Górach Świętokrzyskich na południe od Kielc, na terenie guberni lubelskiej oraz w rejonach przygranicznych Galicji i Prus. Typowa grupa partyzancka, zwana „partią”, skupiała się wokół dowódcy, który miał pewne wojskowe doświadczenie i który próbował skupisku ochotników, wywodzących się spośród studentów i chłopów, nadać kształt oddziału wojska. Na ogół partyzanci starali się unikać bezpośrednich konfrontacji z przeważającymi siłami wroga. Jedyną akcją, która przybrała rozmiary rozstrzygającej bitwy, było starcie pod Małogoszczą w pobliżu Kielc 24 lutego 1863 roku, gdy Langiewicz prowadził przeciwko rosyjskim armatom trzy tysiące chłopów uzbrojonych w kosy i szlachty uzbrojonej w szable. Jedynym wodzem, którego pozycję można by porównać do pozycji regularnego generała dowodzącego, był pułkownik Józef Hauke, przydomek „Bosak” (1834—71), który pojawił się na arenie wydarzeń we wrześniu 1863 roku, a następnie służył pod rozkazami Traugutta.

Bitwa stoczona pod Żyrzynem w Górach Świętokrzyskich 6 sierpnia 1863 roku była typowym przykładem podejmowanych akcji wojskowych. Grupa partyzantów pod dowództwem Michała Heidenreicha, zwanego „Krukiem”, oraz ochotnika irlandzkiego O’Briena de Laceya urządziła zasadzkę na kolumnę wojsk rosyjskich na odludnym kawałku drogi prowadzącej do Dęblina. Dysponowali siedmiuset żołnierzami, którzy mieli przed sobą zadanie pokonania dwóch kompanii piechoty rosyjskiej i szwadronu Kozaków. Po pięciu godzinach strzelaniny prawie wszyscy Rosjanie leżeli martwi, a „Kruk” wycofał się do lasu, unosząc zawierającą 200 000 rubli kasę wojskową, którą eskortowały rosyjskie oddziały. W wojnie, w której nigdy nie zmuszono do kapitulacji żadnej większej fortecy ani żadnego miasta, powstańcy uważali Żyrzyn za wielkie zwycięstwo[294].

Dyplomacja powstania była równie chaotyczna. W lutym 1863 roku zachodnie mocarstwa poważnie się przestraszyły, gdy Bismarck wysłał generała Alvenslebena do Petersburga w celu podpisania konwencji o wspólnych działaniach wojskowych. Ale Bismarck był dość mądry na to, aby pozwolić carowi samodzielnie stłumić powstanie, i zachodnie mocarstwa już nigdy więcej nie stanęły w obliczu rzeczywistej współpracy rosyjsko—pruskiej. Pierwsza wspólna nota Wielkiej Brytanii, Francji i Austrii z dnia 17 kwietnia, w której kraje te protestowały przeciwko pogwałceniu postanowień kongresu wiedeńskiego, a także następna, z 17 czerwca, która wzywała cara do poczynienia ustępstw, są wszystkim, co osiągnęli dyplomaci. Nota pierwsza dotyczyła sprawy amnestii, której warunki z góry musiały się okazać nie do przyjęcia. Nota druga została natychmiast odrzucona, w oparciu o argument, że poczyniono już zbyt wiele ustępstw, na które nie doczekano się żadnej reakcji. W epoce, w której sprawa polska nigdy nie zdołała zainspirować mocarstw do prawdziwej interwencji, historycy dyplomacji odczuwają zrozumiałą pokusę, aby owe gesty zaliczyć na poczet poważniejszych incydentów.

Większe wrażenie niż na rządach państw wywarło powstanie na opinii publicznej. W zachodnich demokracjach rusofobia lat trzydziestych i okresu wojny krymskiej otrzymała kolejny bodziec. „The Times” pienił się ze wściekłości na nikczemność rosyjskiej autokracji. Zagraniczni korespondenci pisali wzruszające relacje o polskim męczeństwie. Hercen, Marks, Garibaldi — wszyscy wychwalali męstwo Polaków. Zagraniczni ochotnicy stali w długich kolejkach, aby się zaciągnąć do polskich oddziałów (choć wielu nigdy nie dotarło na miejsce). Pechowa podróż statku parowego SS „Ward Jackson”, który dowiózł dwustu ochotników z Gravesend do ich ostatecznego miejsca przeznaczenia — piaszczystej mielizny u wybrzeży Prus, jest wyraźnym przykładem ograniczonych środków i mieszanych motywów, jakie kierowały zagranicznymi sympatykami[295]. W Rosji przez mównice i trybuny przetoczyła się fala nacjonalistycznego oburzenia. Mimo niewielkiej liczby Rosjan i Ukraińców, którzy przeszli na stronę polską, przeważająca większość rosyjskich komentatorów potępiała polski spisek mający na celu zdyskredytowanie cara. Wszystkie oskarżenia i winy, które przypisywano Polakom po 1831 roku, odżyły w jeszcze zjadliwszej formie. Tiutczew powtórzył to, co powiedział trzydzieści lat wcześniej. Dostojewski powtórzył komentarze Puszkina, nadając im jeszcze bardziej mistyczny ton. Hercen, którego dziennik „Kołokoł” w ciągu jednej nocy utracił połowę czytelników, musiał wycofać swe poglądy.

Przepaść między Rosją a Polską, a także między Rosją i całą Europą, jeszcze bardziej się pogłębiła[296].

Kwestia chłopska przewijała się przez politykę powstania od początku do końca. Leżała u źródeł pierwotnego przekonania Aleksandra o konieczności ustępstw, zajęła też istotne miejsce w wybranym przez niego pod koniec sposobie zakończenia konfliktu. Wszystkie uczestniczące w nim strony zostały zmuszone do ostrej rywalizacji. Niektórzy sądzili, że chłopów należy wyzwolić dla zasady; inni uważali, że należy to zrobić, aby sobie zyskać ich poparcie. Nikt nie mógł sobie pozwolić na to, aby sprawę zostawić jej własnemu biegowi. Krok po kroku podwyższano stawkę. Krok po kroku każda ze stron oferowała chłopom więcej niż druga. W 1858 roku car zrobił pierwszy krok w tej licytacji, zapraszając polską szlachtę do przedstawienia własnych propozycji. Odpowiedzią Towarzystwa Rolniczego była propozycja, aby przymusową pracę chłopów pańszczyźnianych zamienić na czynsz pieniężny. W roku 1861 Wielopolski wszedł do gry dekretem ziemskim z 16 maja, który oferował chłopom mniej niż reformy carskie w Rosji.

W roku 1863 manifest Centralnego Komitetu Narodowego mówił o chłopskiej „własności” ziemi. W końcu car zmuszony był przebić i tę kartę. Ukaz z 18 marca 1864 roku wprowadzał projekt, w myśl którego chłopi mieli uzyskać na własność użytkowane przez siebie grunty, ich dotychczasowi właściciele zaś — rekompensatę w postaci obligacji państwowych. Chłopi reagowali na te oczywiście polityczne posunięcia sceptycznie. Na ogół byli nie mniej podejrzliwi w stosunku do przymilnych młodych polskich dżentelmenów niż do liberalnego cara. Co chytrzej si zdawali sobie sprawę z tego, że to, czego chcą, dostaną tak czy owak, bez konieczności podejmowania walki. W Królestwie mniej liczne były okręgi, w których chłopi trzymali się na uboczu od powstania, od tych, gdzie brali w nim czynny udział. Na Ukrainie stosunek chłopów do powstania był otwarcie wrogi[297].

Gdy w marcu 1864 car wydawał swój dekret w sprawie reformy rolnej, ostatni dyktatoriat powstania działał jeszcze pełną parą. Dyktator, Romuald Traugutt, całkowicie odbiegał od wszystkich stereotypów polskiego rewolucjonisty. Szczupły, milczący, chłodny, zdyscyplinowany, kompetentny — miał większość zalet, których tak wyraźnie brakowało jego bezpośrednim poprzednikom. Pochodził z rodziny drobnej szlachty na Podlasiu i był ożeniony z Antoniną Kościuszkówną, krewną Naczelnika z 1794 roku. Do roku 1862 służył jako podpułkownik w armii rosyjskiej i uczestniczył w kampaniach na Węgrzech i na Krymie. Przez pierwsze pięć miesięcy po wybuchu powstania pozostawał całkowicie nie znany, nadal uprawiając ziemię w swoim majątku, ale w maju ostatecznie go przekonano, aby objął dowództwo nad grupą 160 partyzantów w lesie Dziadkowickim w pobliżu Kobrynia. W lipcu przybył do Warszawy i utorował sobie drogę do kręgu osób z otoczenia Majewskiego. Odtąd jego kariera robiła szybkie postępy. W sierpniu i wrześniu z ramienia Rządu Narodowego odwiedził Europę Zachodnią, uzyskując w Paryżu osobiste audiencje u Napoleona III i francuskiego ministra spraw zagranicznych, Drouyna de Lhuysa, a w Brukseli zawierając umowę w sprawie zakupu broni.

Wrócił z przekonaniem, że zachodnie rządy patrzą na Rosję głównie jak na „kopalnię złota dla kapitalistów” i że nie można oczekiwać żadnej wczesnej interwencji. Wśliznął się z powrotem do Polski na podstawie paszportu wystawionego na nazwisko kupca z Galicji, niejakiego Michała Czarneckiego, zamieszkał w Warszawie w Hotelu Saskim, naprzeciwko pałacu namiestnika, i spokojnie poinformował Rząd Narodowy „czerwonych” o swoim zamiarze uformowania tajnej dyktatury. Wszelka opozycja całkowicie się załamała. „Czerwoni” albo się wycofali, albo skapitulowali. 17 października 1863 roku Rząd Narodowy zakończył działalność. Od tego czasu wszystkie posunięcia były skoordynowane, a wszystkie decyzje polityczne podejmował osobiście Traugutt. Ze swojego mieszkania przy ul. Smolnej 3, które zajmował wraz z panią Kirkor, prowadził całą korespondencję i osobiście nadzorował pracę ministerstw. Wraz ze swoimi bliskimi i zaufanymi współpracownikami — Marianem Dubieckim, Józefem Gałęzowskim, sekretarzem stanu Józefem Janowskim i porywczym „naczelnikiem miasta” Aleksandrem Waszkowskim — kierował zespołem ludzi wybitnie zdolnych i silnych. Oczyścił ruch ze wszystkich „prywatnych podżegaczy”, grożąc, że nazwiska opornych przekaże policji. Wpadł też na pomysł opodatkowania obywateli polskich za granicą i zainicjował pożyczkę narodową. Całkowicie zreformował organizację wojska, znosząc wszystkie odrębne i autonomiczne formacje i wprowadzając regularne kadry wojskowe, z podziałem na korpusy, dywizjony, pułki i baterie. Przywrócił do życia ideę pospolitego ruszenia — levée-en-masse  — całej ludności. Wzywał do wprowadzenia w życie dekretu CKN o wyzwoleniu chłopów i zarządził wybór w każdej wsi jednego człowieka, który zajmie się wprowadzeniem zmian. Wydał nawet dekret przewidujący wyroki śmierci dla tych właścicieli ziemskich, którzy nadal będą pobierać opłaty w zamian za pańszczyznę. Jako pobożny katolik, szczególną uwagę zwracał na sprawy związane z religią i przez dłuższy czas prowadził korespondencję z Watykanem, piętnując dwuznaczną postawę papieża w stosunku do rosyjskiego „barbarzyństwa”. Ostatnia przesyłka, skierowana do Józefa Ordęgi, jego agenta w Rzymie, dotyczyła porozumienia podpisanego właśnie z Komitetem Węgierskim, stawiającym sobie podobne cele. 11 kwietnia 1864 r. o godzinie pierwszej w nocy Traugutt został wyciągnięty z łóżka przez oddział zbrojnej policji i uwięziony na Pawiaku[298].

Całkowite ujawnienie konspiracyjnego rządu okazało się niełatwe. Podczas gdy szeregi policji zostały skutecznie spenetrowane przez sympatyków powstania, sama policja nie zdołała spenetrować szeregów powstańców. Przywódcy ukrywali się za bardzo przekonywającymi parawanami. Prawdziwe nazwisko dyktatora znało niespełna dwadzieścia osób. Zaledwie sześciu osobom wolno było odwiedzać go w mieszkaniu. Sieć pseudonimów działała jako zapora między wszystkimi urzędnikami a ich agentami oraz ewentualnymi donosicielami. Szyfru cyfrowego używanego przez rząd i opartego na określonych wydaniach Pana Tadeusza  i Imitatio Christi  nigdy nie udało się złamać. Przepływu korespondencji, rozkazów i broni nigdy nie powstrzymano. Narady przywódców odbywały się w kościołach przed świtem albo w licznych kawiarniach. Pracę sekretariatów prowadzono w pomieszczeniach laboratorium biologicznego Szkoły Głównej albo w przedsionkach kościołów — pod pozorem spotkań kółek naukowych lub stowarzyszeń hobbistów. Stan wyjątkowy nie ograniczył tej działalności, a masowe aresztowania na jesieni 1863 roku nie doprowadziły do wykrycia głównych podejrzanych. Kryzys nastąpił dopiero 8 kwietnia 1864 r., kiedy żydowski student Szkoły Głównej, Artur Goldman, załamał się w policyjnym śledztwie, zgadzając się mówić. W jego zeznaniach znalazły się następujące informacje:


Bywając u Wacława Przybylskiego słyszałem raz, że b. dowódca oddziału powstańczego na Litwie, Traugutt, b. wojskowy rosyjski, jakoby komisant domu handlowego lwowskiego, w początku października przybędzie do Warszawy i ma objąć kierownictwo Rządu Narodowego. (…) Pomieniony Traugutt pod nazwiskiem Michał Czarnecki rzeczywiście przyjechał do Warszawy, gdzie się jednak zatrzymał, nie wiem.  


Rysopis jego następujący: wzrost średni, głowa duża, cera śniada, włosy czarne, faworyty duże, czarne, połączone z małą brodą; nosił zwykle okulary białe, lat mógł mieć około 33—35 [299].


Nawet wtedy Czarnecki uparcie wypierał się swojej prawdziwej tożsamości. W jego pokoju nie znaleziono nic, co mogłoby go obciążać. Zeznania przesłuchiwanych więźniów były mętne i nawzajem sobie przeczyły. Traugutt zdecydował się przyznać do czegokolwiek dopiero wówczas, gdy został formalnie zidentyfikowany przez byłego kolegę z dawnego batalionu; a i wtedy oświadczył, że zorganizował powstanie sam jeden, bez żadnych wspólników. Sprawa znalazła się na wokandzie 18 lipca 1864 r.:


Posiadając już pewne wiadomości o osobach z narodowej organizacji. Komisja (…), stosując wszelkie wysiłki, by doprowadzić zaaresztowanych do przyznania się, osiągnęła ważne odkrycia, dzięki czemu zaaresztowano (…) naczelnika Rządu Narodowego, Romualda Traugutta (…).

W czasie badania zeznali:

1. Romuald Traugutt, aresztowany pod nazwiskiem Michała Czarneckiego, dymisjonowany podpułkownik saperów, katolik, lat 38, żonaty, mający dwie córki (…).

2. Rafał Krajewski, 29 lat, katolik, kawaler. Komisja ujawniła, że był on dyrektorem Departamentu Spraw Wewnętrznych.

3. Józef Toczyski, buchalter administracji dróg szosowych, lat 37, katolik, kawaler. W r. 1848 za wyrokiem sądu wojennego zesłany na Sybir w aresztanckie roty na lat 7, lecz według najmiłościwszego manifestu powrócił do kraju w r. 1857. Toczyski był dyrektorem Departamentu Skarbu.

4. Roman Żuliński, nauczyciel I gimnazjum, lat 30, katolik, kawaler. Komisja ujawniła, że był on dyrektorem rewolucyjnej Ekspedytury.

5. Jan Jeziorański, lat 30, katolik, żonaty, ma dwoje dzieci, był kontrolerem w administracji tytoniu. Komisja ujawniła, że był on komisarzem rewolucyjnej organizacji stosunków z zagranicą (…).

6. Tomasz Unicki, lat 50, katolik, żonaty, bezdzietny, urzędnik Banku Polskiego. Był głównym skarbnikiem w rewolucyjnym Departamencie Skarbu.

7. Cezary Morawski, lat 26, katolik, kawaler, lekarz w Szpitalu Dzieciątka Jezus. W rewolucyjnej organizacji był komisarzem do Spraw Litewskich.

8. Marian Dubiecki, lat 26, katolik, kawaler. Nauczyciel tutejszej szkoły powiatowej. W r. 1861 (…) wysłany na zamieszkanie do Wiatki. W rewolucyjnej organizacji był komisarzem do Spraw Rusi.

9. Gustaw Paprocki, lat 19, Żyd, student Szkoły Głównej. Przyznał, że był przez czas krótki sekretarzem przy dyrektorze Departamentu Spraw Wewnętrznych.

10. Tomasz Burzyński, katolik, lat 29, żonaty, podsekretarz Warszawskiego Sądu Karnego. Przyznał się do pełnienia urzędu referenta województwa płockiego i augustowskiego.

11. Zygmunt Sumiński, lat 19, katolik, kawaler, student Szkoły Głównej. Przyznał się do pełnienia urzędu sekretarza w Departamencie Skarbu.

12. Roman Frankowski, lat 22, katolik, student Szkoły Głównej.

13. August Kręćki, 21 lat, katolik, kawaler, aplikant Komisji Skarbu. Obaj byli sekretarzami rewolucyjnej Ekspedytury.

14. Benedykt Dybowski, lat 29, katolik, kawaler, profesor Szkoły Głównej. Przy badaniu przyznał się, że w audytorium Szkoły Głównej pozwalał schodzić się sekretarzom rewolucyjnych oddziałów…

15. Edward Trzebiecki, lat 23, szlachcic z m. Warszawy, nie objęty heraldią; aplikant Sądu Policji Poprawczej powiatu warszawskiego. Sekretarz Ekspedytury.

16. Kazimierz Hanusz, lat 20, mieszczanin m. Warszawy, archiwariusz. Sekretarz Ekspozytury.

17. Władysław Bogusławski, lat 25, szlachcic, student Uniwersytetu Petersburskiego, sekretarz Wydziału Prasowego.

18. Jan Muklanowicz, lat 30, mieszczanin m. Warszawy, dzierżawca apteki. Winny w tym, że pozwolił przynosić do swojej apteki korespondencję spiskowców.

19. Helena Kirkor, lat 32, szlachcianka. Winna w tym, że pozwalała w swoim mieszkaniu (…) zbierać się głównym działaczom buntu dla narad (…). Po areszcie Traugutta ukrywała u siebie pisma, należące do spiskowców i przekazała je nieznanej kobiecie.

20. Emilia i Barbara Guzowskie, lat 30 i 27, panny, córki szlachcica z gub. radomskiej

(…). Winne w tym, że (…) wobec częstej zmiany mieszkania Wydziału Ekspedytury, by ujść przed poszukiwaniami policji (…) zgodziły się (…) przenieść się do mieszkania wynajętego na ich nazwisko, gdzie (…) mieścił się ów Wydział Ekspedytury.

21. Aleksandra Wróblewska, córka fabrykanta pierników, szlachcianka z m. Warszawy, lat 18 (…). Winna w tym, że otrzymywała i przekazywała według adresów korespondencję spiskowców, którą przynosili do niej agenci tajnego stowarzyszenia.

Wszystkie te osoby zostały oddane pod sąd z rozkazu Namiestnika i Głównodowodzącego wojskami Królestwa Polskiego z tego powodu, że przyjęły szczególny i wybitny udział w ostatnim buncie.

Wszyscy oni winni są w tym, że byli członkami tajnego związku, stojącego na czele buntu, a znanego pod nazwą Rządu Narodowego, i przez to należeli do głównych filarów polskiego powstania.

Kierując się cyrkularzem z 23 maja z. r. z poleceniami dla kierowników wydziałów, Polowy Audytoriat uważa za słuszne

A) Podsądnych:

l. Dymisjonowanego podpułkownika Romualda Traugutta, 2) (…) Rafała Krajewskiego,

3) (…) Józefa Toczyskiego, 4) (…) Romana Żulińskiego, 5) Jana Jeziorańskiego, 6) Tomasza

Burzyńskiego, 7) Tomasza Unickiego, 8) Mariana Dubieckiego, 9) Augusta Kręckiego, 10) Romana Frankowskiego, 11) Gustawa Paprockiego, 12) Gustawa [sid] Sumińskiego, 13) Edwarda Trzebieckiego, 14) Kazimierza Hanusza i 15) Władysława Bogusławskiego — za przestępstwa, dotyczące w powyższym Cyrkularzu do pierwszej kategorii, na podstawie artykułów: 83, 96, 175, 196 i 605 I Księgi Wójskowo—Karnego Ustawodawstwa oraz artykułów 285 i 360 Kodeksów o Karach Więziennych i Poprawczych — po pozbawieniu Traugutta rangi, orderów i medali oraz pozbawieniu zarówno jego, jak i pozostałych praw stanu — skazać wszystkich piętnastu na karę śmierci przez powieszenie.

B) Benedykta Dybowskiego (…)

C) Panny Emilię i Barbarę Guzowskie (…)

D) Jana Muklanowicza i pannę Aleksandrę Wróblewską (…) skazać na inne kary.

Wniosek ten przedstawić do łaskawego zatwierdzenia Namiestnikowi i Głównodowodzącemu wojskami w Królestwie Polskim.


Przewodniczący generał—lejtenant (—) Hagman

Członek generał-major (—) Kaznakow

P. o. członka, generał-major (—) Dokudowskij

Zastępca członka — generał-major (—) Opperman

Członek generał-major (—) Lewszyn

Polowy generał-audytor (—) Połtoranow

Ober-audytor (—) Afanasjew [300]


Sytuacja przedstawiała się dość dziwnie. Garstkę urzędników, studentów i nauczycieli, którymi kierował jeden oficer, ujawniono jako przywódców ruchu, który rzucił wyzwanie całemu rosyjskiemu imperium. Przedstawiono ich światu jako bandę kryminalistów i wykolejonej młodzieży. Ci spośród więźniów, którzy wykazali skruchę i gotowość pomocy władzom, uniknęli kolejnego procesu i na mocy dekretu administracyjnego otrzymywali niewielkie kary. Tym, którzy sobie na to zasłużyli, udzielono pomocy finansowej. Spośród piętnastu oskarżonych skazanych na śmierć jedynie pięciu nie zamieniono wyroku na karę ciężkich robót lub zesłania. Reszta — 200 000 powstańców — po prostu wyparowała.

Ostatni akt rozegrał się 5 sierpnia 1864 roku. O 9 rano otwarły się bramy cytadeli Aleksandra i na czele ponurej procesji wyszedł z niej kat. Na pobliskich wałach czekała już prosta długa szubienica z pięcioma pętlami. Konna eskorta ubranych w hełmy żandarmów otaczała pięć ciągniętych przez konie drewnianych wozów, które wiozły więźniów. Każdy z nich przykuty był kajdanami do ubranego w brązowy mnisi habit z kapturem ojca kapucyna. Traugutt, nadal ubrany w granatowy trencz, w którym go aresztowano, był pochłonięty ostatnią spowiedzią. Wyrok odczytano na głos. Więźniom zawiązano oczy, ubrano ich w śmiertelne koszule i podprowadzono do szubienicy. Czyjś kobiecy głos krzyknął: „Odwagi, bracie!” A potem, jednego po drugim, Traugutta, Krąjewskiego, Toczyskiego, Żulińskiego i Jeziorańskiego powieszono, zaciskając im na szyjach pętle.

Podobnie jak w roku 1831, Rosjanie nie zwlekali z akcją odwetową. Przy tej okazji władze carskie były zdecydowane nie tylko po prostu zatrzeć wszelkie ślady umarłej insurekcji, ale także zdławić wszelkie publiczne przejawy polskiego poczucia narodowego. Na polu walki utrzymała się jeszcze co najmniej jedna partyzancka „partia”. Jej przywódca, ksiądz Stanisław Brzóska (1834—65), był swego czasu naczelnym kapelanem powstania; po raz pierwszy przyłączył się do ruchu narodowego jeszcze w 1861 roku i został na pewien czas aresztowany za wygłaszanie patriotycznych kazań. Teraz był ostatnim z walczących oficerów sztabowych. Utrzymywał się w wiejskich okolicach na Podlasiu aż do grudnia 1864 roku, kiedy go ostatecznie schwytano. Został stracony w Sokołowie 23 maja 1865 roku.

Do tego czasu główne zarządzenia rządu dotyczące ludności cywilnej były już tragicznie oczywiste. W Warszawie generał Berg zamykał kolejno wszystkie odrębne instytucje Królestwa Kongresowego. W okresie trzech lat, od 1863 do 1866, w którym sprawował funkcję ostatniego namiestnika Królestwa, zniósł wszystkie reformy Wielopolskiego i unieważnił wszystkie ustępstwa na rzecz polskiego języka i kultury. W 1864 roku utworzył Komitet Urządzający, którego naczelnym zadaniem był nadzór nad polityką uwłaszczania chłopów, ale który wkrótce zajął się całością programu rusyfikacji. Dyrektor Komitetu, Mikołaj Milutin, swego czasu sekretarz stanu Królestwa przy rządzie w Petersburgu, był autorem planu wykorzystania pozornie lojalistycznego chłopstwa do walki przeciwko patriotycznej szlachcie i inteligencji. W ciągu siedmiu lat niezmordowanej dbałości o każdy najmniejszy szczegół Komitet przekształcił Królestwo Polskie w rosyjską prowincję. Wszystkie gałęzie administracji podporządkowano odpowiednim ministerstwom w Petersburgu i obsadzono rosyjskim personelem. W 1864 roku formalnie zniesiono zarówno nazwę „Królestwo”, jak i nazwę „Polska”. Car zrezygnował ze swych obowiązków króla Polski, a Warszawa stała się stolicą Priwislinskogo Krają. W 1866 roku 10 polskich guberni podzielono na 85 powiatów, a większość miast powiatowych utraciła odrębne prawa miejskie. W 1867 roku Polska Komisja do Spraw Oświaty została zlikwidowana po raz drugi. W 1869 roku Szkołę Główną zastąpiono nowo założonym rosyjskim uniwersytetem. Kiedy w roku 1871 Komitet Urządzający zakończył działalność, jedynym elementem, który odróżniał sposób załatwiania spraw publicznych w Priwislinskim Kraju od systemu panującego w innych częściach cesarstwa rosyjskiego, było stosowanie Kodeksu Napoleońskiego w sądownictwie cywilnym.

Na Litwie, gdzie nie istniały żadne oficjalne polskie instytucje, które można by rozwiązać, represje skierowane przeciwko ludności polskiej przyjęły bardziej brutalne formy. W lecie 1863 roku generał Murawjow „Wieszatiel” wrócił na swoje ulubione tereny łowieckie sprzed trzydziestu lat i jako generał—gubernator wileński prześladował Polaków z bezlitosną determinacją. W poprzednim okresie, jako minister ziem państwowych w Petersburgu, przeciwstawiał się polityce uwłaszczenia, w wyniku czego ucierpiała jego polityczna kariera. Teraz wyładowywał swoją złość na rzeczywistych lub wyimaginowanych uczestnikach powstania styczniowego. Ponieważ nie zadowalały go prześladowania winnych metodami prawnymi, wprowadził rządy terroru — ludzi zabijano, torturowano i zsyłano w głąb Rosji; wsie równano z ziemią; majątki konfiskowano, nie odwołując się do prawa i nawet nie myśląc o prawie[301].

Zarówno w Polsce, jak i na Litwie stłumienie powstania styczniowego pozostawiło trwałe blizny. Całe pokolenie Polaków zostało pozbawione możliwości życia zawodowego oraz zwykłych oczekiwań na jakikolwiek postęp. Tysiące Polaków raz jeszcze wyruszyło w okrutną drogę na Syberię, stłoczonych w wozach do przewożenia bydła lub skutych razem w długie szeregi, wolno przedzierając się przez tundrę do obozów i więzień położonych na najodleglejszych krańcach cesarstwa. Była to śmietanka polskiego narodu — najbardziej aktywni, najodważniejsi, najbardziej ideowi członkowie społeczeństwa. Większość z nich nigdy nie wróciła. Tym razem nie było żadnej powszechnej amnestii, nawet po dwudziestu pięciu latach. Pod koniec wieku, kiedy rewolucjonistów, socjalistów i więźniów z następnego pokolenia znów wysłano na Syberię — w lepszych warunkach i nie tak licznie — odnaleźli oni na miejscach zsyłki wciąż jeszcze tam mieszkające rodziny polskich zesłańców. Nawet Lenin, który w latach 1897—1900 spędził trzy lata w północnej Syberii, wspominał ciepłe powitanie, jakie go spotkało w domu byłego polskiego powstańca. W odpowiednim momencie Lenin został uwolniony; Polaków z lat 1864—65 nie uwolniono nigdy[302].

Rozwiązanie Królestwa Kongresowego skłania do postawienia interesującego pytania porównawczego, dotyczącego polityki Rosji. Królestwo Kongresowe nie było w carskich włościach czymś jedynym w swoim rodzaju — oprócz niego przywilej posiadania własnego rządu miało także Wielkie Księstwo Finlandii. Odebrana Szwecji i anektowana w 1809 roku, Finlandia była do roku 1917 odrębną monarchią konstytucyjną, w której car sprawował urząd dziedzicznego Wielkiego Księcia. Powstaje zatem pytanie, dlaczego Wielkie Księstwo Finlandii przetrwało i cieszyło się dobrobytem, podczas gdy Królestwo Polskie było tak regularnie prześladowane, aby w końcu zostać unicestwione. Można z pewnością wysunąć argument, że skoro rząd rosyjski tak absolutnie i z zasady był przeciwny wszelkim formom niezależności i wolności narodowej, to na pewno znalazłby jakiś pretekst, aby poczęstować Finów taką samą demonstracją cesarskiej woli, jaką uprawiano w stosunku do Polaków. Zwykła odpowiedź — jeśli nie zawsze wyraźna, to przynajmniej implikowana — brzmi, że Polacy sami sprowadzili na siebie swoje nieszczęścia. Według obiegowych stereotypów, Polacy to wichrzyciele, Finowie zaś — jowialni i praworządni obywatele; Finowie byli odpowiedzialnymi członkami wielkiej rosyjskiej rodziny, Polacy zaś — nie. Niestety, owa prosta odpowiedź nie trafia w sedno sprawy. Nie da się zaprzeczyć, że Polacy wyprodukowali większą liczbę wichrzycieli, niż mogłoby to wynikać z proporcji i statystyk. Zarówno powstanie listopadowe, jak i styczniowe zostało wzniecone przez ludzi, którym zależało na tym, aby sprawić Rosjanom możliwie jak najwięcej kłopotu. Taka krnąbrność miała jeszcze o sobie dać znać przy wielu innych okazjach. Ale pozostaje


убрать рекламу




убрать рекламу



jeszcze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ci polscy „chuligani” zachowywali się w ten sposób w wyniku połączenia grzechu pierworodnego z charakterem narodowym, czy też może reagowali na niemożliwe do zniesienia prowokacje. Zanim się dojdzie do wniosku, że Polacy z natury są bardziej nieodpowiedzialni niż Finowie, trzeba, po pierwsze, wykazać, że ci polscy wichrzyciele byli w jakiś sposób typowi dla całego narodu, i po drugie, że byli wystawieni na takie same doświadczenia jak Finowie. Jeśli chodzi o ten ostatni aspekt zagadnienia, nie jest trudno wyliczyć kilka istotnych różnic. Po pierwsze, Królestwo Kongresowe zajmowało teren będący najważniejszym punktem strategicznym cesarstwa. Rozciągało się w poprzek mostu lądowego łączącego Rosję z Europą, szczególnie zaś z Niemcami. Finlandia natomiast leżała na peryferiach Skandynawii i nie miała żadnych bezpośrednich powiązań z innymi terenami, jeśli nie liczyć norweskiej Arktyki czy szwedzkiej Laponii. Już z samych tylko względów strategicznych rząd rosyjski musiał reagować ostrzej na oznaki politycznej niesubordynacji w Polsce niż na podobnej natury zamieszki w Finlandii. Względy strategiczne powodowały obecność w Polsce licznych oddziałów wojsk rosyjskich, a te z kolei stawały się powodem najróżniejszych starć z ludnością cywilną. Po drugie, Polacy z Królestwa Kongresowego stanowili część narodu, którego inni członkowie mieszkali w Austrii, w Prusach i na Litwie i z którymi łączyła ich tożsamość narodowa. Bezustannie stawiali rząd rosyjski w obliczu potencjalnego zagrożenia separatyzmem, które można by usunąć, dopiero zamykając wszystkich Polaków w granicach jednego państwa. Natomiast Wielkie Księstwo Finlandii mieściło w swoich granicach praktycznie cały, o wiele mniej liczny, naród fiński, który szukał w Rosji ochrony przed swymi poprzednimi szwedzkimi panami. Co więcej, Polacy byli Słowianami. Zgodnie z dawnym kanonem Księstwa Moskiewskiego wszyscy Słowianie byli braćmi; wszyscy byli naturalnymi poddanymi cara; wszystkich też można było traktować jak należące do cara drobne przedmioty codziennego użytku, jego „chrześcijańskie duszyczki”. Finów, którzy Słowianami nie są, uważano za cudzoziemców żyjących pod protektoratem Rosji — jako tacy, należeli oni do innej kategorii ludzi. W oczach Rosji było rzeczą do gruntu słuszną, że — podobnie jak Niemcom z prowincji nadbałtyckich — Finom należało przyznać szeroką autonomię. Po trzecie wreszcie, i jest to chyba różnica najważniejsza, Polaków uważano za dominującą elitę dawnej Rzeczypospolitej Królestwa Polskiego i Litwy. Byli żywymi potomkami społeczeństwa, które zostało przemocą zniszczone, ale którego wartości utrzymywały się mimo wszystko przy życiu na ziemiach zachodniej i południowej Rosji. Mimo swych słowiańskich początków Polacy byli Europejczykami, którzy w Paryżu i Berlinie szukali natchnienia dla swoich namiętności i dla swojej mody. Głównie za sprawą tradycji ukształtowanej przez demokrację szlachecką byli indywidualistami, którzy w poszukiwaniu kryteriów dobra i zła uparcie odwoływali się do własnego sumienia. Byli żywym wyrzutem dla wszystkich mitów i legend, na jakich zostało zbudowane imperium rosyjskie. Podobnie jak Żydzi, wraz z którymi wcielono ich do Rosji, byli obrońcami tętniącej życiem demokratycznej kultury, a wobec tego musieli też być oczywistymi przeciwnikami autokracji. Ze wszystkich tych powodów carska administracja nigdy nie była w stanie traktować Polaków w taki sam sposób jak Finów. Polacy, którzy przy różnych okazjach bronili „finlandyzacji” w przekonaniu, że ich własne stosunki z Rosją można ukształtować na wzór stosunków rosyjsko-fińskich, zawsze ignorowali najbardziej podstawowe realia polityczne. Rosjanie od początku krzywo patrzyli na autonomię Królestwa Kongresowego. Obawiając się ewentualnych konsekwencji braku zdecydowania, raz za razem reagowali na stosunkowo niewielkie zamieszki wrogimi wybuchami niepotrzebnej surowości, tworząc w ten sposób błędne koło represji, powstań i kolejnych represji. Panowali nad sytuacją polityczną, więc mogli robić, co chcieli. Natomiast Polacy po prostu szli za przykładem, jaki im dawano. Wobec tego, skoro kłopoty Królestwa Kongresowego pozostają w ostrym kontraście do względnego spokoju, jaki panował w Finlandii, wyjaśnienia przyczyn należy szukać w tej samej mierze w postawach Rosjan, co w postawach Polaków.

Tymczasem opór Polski został stłumiony. Przez czterdzieści lat Polacy z Królestwa Kongresowego mieli pozostać włączeni w ogólny strumień życia cesarstwa rosyjskiego. Myśli o zemście nie wychodziły poza peryferie opinii publicznej. Polityka narodowa nie wypłynęła na powierzchnię w żaden znaczący sposób aż do roku 1904. Do tego czasu Polska raz jeszcze zstąpiła w „otchłań”.



XVII. REWOLUCJA.

Rewolucja i reakcja (1904—1914)

 Сделать закладку на этом месте книги

W ostatnim dziesięcioleciu poprzedzającym wybuch wojny światowej w Europie Wschodniej narastało napięcie. W latach 1904—05 Rosja popadła w pierwszy konflikt zbrojny od czasu kongresu berlińskiego. W roku 1907 konwencja angielsko-rosyjska ostatecznie przypieczętowała dyplomatyczny układ sił, który otwarcie przeciwstawiał Francję, Rosję i Wielką Brytanię państwom centralnym — Niemcom i Austro-Węgrom.

Kryzys bośniacki z 1908 roku był zapowiedzią długotrwałej konfrontacji, która doprowadziła do wojen bałkańskich wiatach 1912—13 i do zabójstwa w Sarajewie w 1914 roku. Przez wszystkie te lata lojalność polityczna poszczególnych stron była wystawiona na surową próbę. W obliczu groźby wojny rósł patriotyczny zapał. Dysydenci starali się wykorzystać okazję, aby zwiększyć naciski w kierunku ustępstw. Lojaliści stawali się bardziej lojalni, krytycy — bardziej krytyczni, bojownicy — bardziej bojowi, Polacy — bardziej polscy. Wśród tłumu problemów i żądań społecznych i ekonomicznych kwestia polska została ocalona od zapomnienia. Wszystko zaczęło się 6 lutego 1904 roku, kiedy Japończycy zaatakowali flotę rosyjską w Port Artur w Mandżurii.

W rosyjskiej Polsce wybuch wojny japońskiej wywołał falę podniecenia. W pierwszych latach XX wieku rozwój nowych klas społecznych dał początek powstaniu formacji politycznych, które teraz nabierały rozmiarów w pełni ukształtowanych partii. Mimo że era polityki konstytucyjnej została oficjalnie proklamowana dopiero w październiku 1905 roku, szereg polskich partii nie zwlekało z wydawaniem swoich manifestów. W zagranicznych schronieniach odbywały się konferencje poświęcone planom politycznym. Na spotkaniu w Wiedniu prawicowe Stronnictwo Polityki Realnej wzywało do wprowadzenia równych praw we wszystkich polskich prowincjach. Jego zamożni, wywodzący się z ziemiaństwa członkowie sfinansowali wyposażenie Katolickiego Pociągu Sanitarnego, który miał obsługiwać front w Mandżurii. Liga Narodowa Dmowskiego, która miała się wkrótce przekształcić w Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, żądała polonizacji oświaty i administracji. Liberalny polski Związek Postępowo-Demokratyczny z Aleksandrem Lednickim (1866—1934) i Aleksandrem Świętochowskim (1849— 1938) na czele opowiadał się za wprowadzeniem takiego stopnia autonomii Polski, który dałby się pogodzić z zachowaną integralnością Rosji. Po stronie lewicy nielegalna Polska Partia Socjalistyczna Piłsudskiego przedstawiała program walki zbrojnej, która miałaby przeprowadzić siłą zniesienie przymusowej rekrutacji żołnierza i podbudować nadzieje na rewolucję społeczną i niepodległość narodową. Jej pierwsze „bojówki” utworzono w maju 1904 roku. W Paryżu przedstawiciele jej omawiali możliwości połączonej akcji z szeregiem potencjalnych sprzymierzeńców, w tym rosyjskich socjalistów—rewolucjonistów (eserów) oraz nacjonalistów z Gruzji i Łotwy. Przywódcy mniej wpływowej Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy podporządkowywali własne plany planom swych bolszewickich i mienszewickich doradców. „Eserzy” oraz żydowski Bund nasilili działalność w prowincjach zachodnich. Pogarszająca się sytuacja gospodarcza zachęcała do politycznej wojowniczości. Wojna japońska zamknęła przed polskim przemysłem rynki Dalekiego Wschodu. Sto tysięcy polskich robotników straciło pracę. Większość tych, którzy ją zachowali, musiała się pogodzić z obniżką płac. Policja rozpędzała pochody i demonstracje z coraz większą brutalnością.

W wyniku salwy skierowanej w tłum na ulicach Białegostoku 28 września 1904 roku rany odniosło dwadzieścia osób. Powaga kryzysu ujawniła się z całą ostrością 13 listopada 1904 roku, gdy w pobliżu placu Grzybowskiego w Warszawie wybuchła regularna bitwa ze strzelaniną. Oddział żandarmów zaszarżował w niedzielny tłum śpiewających demonstrantów, próbując skonfiskować czerwony sztandar z napisem „PPS: Precz z wojną i caratem! Niech żyje wolny polski lud”. Żandarmom odpowiedział grad kuł z rewolwerów grupy bojowców. Sześciu ludzi zginęło, dziesiątki zostało rannych, setki aresztowano. Było to pierwsze od czterdziestu lat wyzwanie rzucone rosyjskim władzom w Polsce. Nastąpiło na trzy miesiące przed burzliwymi wydarzeniami „krwawej niedzieli” w Petersburgu[303].

O rozmiarach polskich aspiracji świadczą wizyty składane w Japonii przez rywalizujących ze sobą przywódców politycznych. Na początku 1904 roku Piłsudski nawiązał kontakt z ambasadorem Japonii w Londynie. Na przełomie czerwca i lipca udał się przez Nowy Jork i San Francisco do Tokio — tylko po to, aby się dowiedzieć, że Dmowski już zdążył się tam zainstalować w hotelu Metropol. Obaj wystąpili z całkowicie sprzecznymi propozycjami. Dmowski był zdecydowanie przeciwny mieszaniu się Japonii w sprawy Polski, obawiając się, że obca interwencja zmusi rząd carski do porzucenia wszelkich planów reform konstytucyjnych. Oznajmił, że narodowi demokraci użyją wszelkich dostępnych im środków w celu zapobieżenia zamieszkom antyrosyjskim w Polsce. Piłsudski natomiast wzywał do pilnego formowania legionu polskiego, utworzonego z polskich jeńców w Japonii i polsko-amerykańskich ochotników, a dowodzonego przez oficerów dostarczonych przez PPS. Utrzymywał, że jedna trzecia wojsk rosyjskich w Mandżurii składa się z żołnierzy polskiego pochodzenia, którzy z największą ochotą z niego zdezerterują. „Wspólny interes Japonii i Polski”, oświadczył, „leży w osłabieniu i przełamaniu rosyjskiej potęgi”[304]. Ostatecznie rząd Japonii nie podjął żadnych zdecydowanych kroków. Jego wojskowi attaches  w Londynie i Paryżu otrzymali upoważnienie do zaopatrywania PPS w broń i w środki wybuchowe w zamian za doniesienia dotyczące rozmieszczenia wojsk rosyjskich w Polsce.

Na jesieni Dmowski i Piłsudski wrócili do Europy, aby zabrać się do kształtowania niepewnej przyszłości. Pierwszy nadal liczył na skuteczność metod politycznych; drugi — na zbrojną konfrontację. Przez następne parę miesięcy obaj mieli przeżywać chwile uniesień i momenty rozczarowań, żaden jednak nie mógł się poszczycić jakimś określonym zwycięstwem.

Masakra, jaka miała miejsce w „krwawą niedzielę” 22 stycznia 1905 roku w Petersburgu, wyzwoliła w Polsce namiętności, które z początku wydawały się przechylać szalę na stronę zwolenników zbrojnego czynu. Bezpośrednia reakcja przybrała formę strajku szkolnego, który trwał przez blisko trzy lata. Tysiące nauczycieli i uczniów odpowiedziało na apel o bojkot zajęć mający trwać dotąd, aż w Polsce zostanie przywrócone prawo nauczania w języku polskim. Rosyjski uniwersytet w Warszawie był na wpół opuszczony. 28 stycznia 1905 roku PPS i SDKPiL wezwały do strajku powszechnego, który na następne cztery tygodnie objął 400 000 robotników. Była to zapowiedź tysięcy spontanicznych strajków, które zaczęły wybuchać w całym kraju. W latach 1905—06 było ich ogółem 6991 i uczestniczyło w nich 1,3 miliona osób. Do robotników przemysłowych w miastach przyłączyli się robotnicy rolni ze wsi. Po kilku falstartach do akcji wkroczyła Organizacja Bojowa PPS. Pierwsze rzucone przez bojówki bomby nie wybuchły: jedną podniósł i schował do kieszeni przechodzący przypadkowo Kozak. Planowane zamachy na oberpolicmajstra Noikena i generała Nowosilcowa, którego miano zaatakować na dworcu kolejowym w Warszawie, nie doszły do skutku. Ale 21 marca udana eksplozja skutecznie zatrzymała dwunastoosobowy patrol policyjny na Chłodnej w Warszawie. Od tego czasu trwała mordercza podziemna wojna, wypowiedziana przez terrorystów ogromnej sieci agentów policyjnych, szpiegów i donosicieli.

W dzień l maja wbrew zarządzeniom władz zorganizowano masowe pochody we wszystkich niemal miastach kraju. W Warszawie zginęło 37 osób. Były ofiary w Łodzi i Częstochowie. Porządek publiczny począł stopniowo się rozprzęgać. Drobne prowokacje w dzielnicach żydowskich przyćmiła niezwykła spontaniczna kampania wymierzona przeciwko elementom kryminalnym, podejrzanym o kolaborację. 24 maja setki robotników z fabryk wyrobów metalowych na Pradze przetoczyły się przez mosty na Wiśle i zaatakowały warszawską dzielnicę „czerwonych latarń”.

Dokładnie przeszukano domy publiczne; zlinczowano prowodyrów band; na Starym Mieście grupa czeladników rzeźnickich uzbrojonych w topory do rąbania mięsa zdemolowała budynek, w którym ukryło się 150 sutenerów. Strumień dziwek i sprzedawczyków różnego autoramentu popłynął w popłochu ku podmiejskim lasom. Warszawska policja wydała w tym okresie ponad 40 000 paszportów uprawniających do wyjazdu za granicę. W czerwcu uwaga opinii publicznej ponownie zwróciła się w stronę Łodzi. Kolejny strajk powszechny przerodził się w szereg aktów otwartej wrogości. Gdy ustawiono barykady, car proklamował stan wojenny.

Przez trzy dni — od 22 do 24 czerwca — generał Shuttleworth używał do oczyszczenia ulic miasta wszystkich sił, jakimi dysponował. W ciągu zaledwie tygodnia straciło życie 55 Polaków, 79 Żydów i 17 Niemców. W sumie w Łodzi odnotowano ponad 1000 wypadków śmiertelnych. 21 lipca 1905 r. Warszawą znów wstrząsnęła egzekucja 19-letniego Stefana Okrzei, wybitnego członka Organizacji Bojowej PPS i bohatera bitwy na placu Grzybowskim. W sierpniu bojówki napełniły kufry pieniędzmi zrabowanymi podczas serii napadów na banki. 15 sierpnia policja urządziła dla odwrócenia uwagi pogrom w Białymstoku. Wydarzenia nabierały tempa. Do zamieszek w Polsce dołączyły się mające jeszcze szerszy zakres zamieszki na terenie Rosji. W fabrykach tworzono Rady Delegatów Robotniczych; oddziały wojskowe buntowały się przeciwko rozkazom; chłopi wpadli w furię. We wrześniu 1905 r. podpisano w Portsmouth w New Hampshire upokarzający dla Rosji traktat pokojowy z Japonią. Rewolucjoniści nabrali otuchy. W Petersburgu Trocki głosił hasło „cała władza w ręce Rad” i proklamował strajk powszechny w całej Rosji. Bunt zaczął się przeradzać w rewolucję.


Pod naciskiem wojen, buntów i klęsk wojennych car został powoli zmuszony do zgody na ustępstwa. W kwietniu 1905 roku ukaz o tolerancji religijnej uwalniał niedobitki wspólnot unickich od grozy czynnych prześladowań. Zalegalizowano związki zawodowe. W Polsce przywrócono język polski w szkołach prywatnych, choć w instytucjach państwowych nadal obowiązywał rosyjski. Oficjalnie zatwierdzono działalność polskiej Macierzy Szkolnej. Polakom miano zezwolić na zakup ziemi w prowincjach zachodnich. Wreszcie, manifest cara z 30 października 1905 r. obiecywał wprowadzenie pisanej konstytucji oraz ustanowienie zgromadzenia parlamentarnego. W zgodzie z treścią manifestu w kwietniu 1906 roku rozpisano wybory przedstawicieli do pierwszej Dumy. W ten sposób akcje terrorystów i rewolucjonistów otworzyły pole do działania dla konstytucjonalistów. Piłsudski i PPS przyczynili się więc do powstania w Polsce sytuacji, którą Dmowski mógł obecnie wykorzystać. W miarę jak przycichł terror, nasilała się polityka ugodowa.

Patrząc z perspektywy czasu, nietrudno zauważyć, że konstytucja z 1906 roku była czymś niewiele więcej niż zwykłym oszustwem. Wprowadzała powszechne prawo głosu z nadzieją na utrzymanie autokracji w nienaruszonym stanie. Rosja miała pozostać „jedna i niepodzielna”. Car zatrzymywał prawo zatwierdzania wszelkich aktów prawodawczych. Ministrowie mieli być uwolnieni spod kontroli parlamentu. Duma miała obradować, ale nie mogła wysuwać żądań. Elektorzy byli podzieleni na cztery kurie, które zapewniały przeważające wpływy właścicielom ziemskim i wysokim urzędnikom państwowym. Nowe instytucje łaskawie ustanowione z rozkazu cara mogły być na tej samej zasadzie rozwiązywane. Ci spośród obserwatorów, którzy mieli poczucie, że reforma może się stać zaczątkiem późniejszej liberalizacji, szybko stracili złudzenia. Duma nie przyniosła wiele ani w dziedzinie liberalizacji, ani też w dziedzinie regionalnej autonomii. Działała jak parawan, za którym władza autokratyczna mogła wracać do sił i zdrowia.

Manewry konstytucyjne z lat 1906—07 odbywały się w kontekście aktów terroru, obław policyjnych, lokautów i akcji odwetowych. Strajkujących nieodmiennie brano głodem i zmuszano do uległości. Począwszy od 29 grudnia 1906 r., zaczęto zamykać wszystkie fabryki Łodzi — na czas nieokreślony, do chwili gdy wszyscy robotnicy przyjmą warunki stawiane przez wszystkich fabrykantów. Tysiące ludzi deportowano z powrotem do rodzinnych wsi. Setki aresztowano. Oficjalny kat miasta Łodzi, Ryszard Fremel, brat agenta ochrany zabitego przez PPS, osobiście nadzorował wykonanie wyroków na 104 więźniach. Akcje bojówek nabierały coraz bardziej desperackiego charakteru. Równoczesny atak podjęty w stu różnych miejscach w „krwawą środę” 15 sierpnia 1906 roku; nieudany zamach na życie generał—gubematora Georgija Skalona 18 sierpnia; napady na pociągi pocztowe pod Rogowem 8 listopada 1906 roku i w Bezdanach koło Wilna 26 września 1908 roku — wszystkie te akcje nie mogły zmienić oczywistego faktu, że sprawy przyjęły niesprzyjający dla nich obrót[305].


Praktycznie rzecz biorąc, udział Polaków w Dumie od początku ograniczał się do narodowych demokratów. Ugrupowania lewicowe zbojkotowały wybory; pracowici realiści i postępowcy ponieśli dotkliwą porażkę przy urnach. W pierwszej Dumie Koło Polskie składało się z około 32 narodowych demokratów z prowincji nadwiślańskich oraz dodatkowych 23 członków wybranych na Litwie, Białorusi i Ukrainie. Trzymało się w pobliżu kadetów (konstytucyjnych demokratów) i odmawiało przystąpienia do czynnej opozycji. W drugiej Dumie, którą zwołano w październiku 1906 roku, Koło Polskie zostało zredukowane do 46 osób; przewodził mu osobiście Roman Dmowski.

Projekt autonomii dla Polski, wysunięty w 1907 roku, stał się jednym z wielu przypadków naruszania zasad gry, co rozwścieczyło cara i doprowadziło do rozwiązania Dumy. Trzecia Duma zebrała się w rok później pod osłoną reakcji. Nowy premier, Piotr Stołypin, łączył w sobie talent do przeprowadzania reform administracyjnych z surowością wobec dysydentów. Samowolnie zmienił ordynację wyborczą na niekorzyść wszystkich ugrupowań mniejszościowych i gwałtownie zaatakował nielojalność ze strony zwolenników ruchów separatystycznych. Połączone Koło Polsko-Litewsko-Białoruskie liczyło teraz zaledwie 11 posłów. Dmowski został zmuszony do przemyślenia swojej strategii. Poparł angielsko-rosyjską ententę, dając początek polityce „neosłowiańskiej”, która zakładała wspólnotę interesów Polaków i Rosjan w nadchodzącej walce z Niemcami. Jednakże jego bezpośrednie plany były stale udaremniane. Jego wypowiedzi nabierały wyraźnie ostrzejszych tonów. Przegraną Dmowskiego w zorganizowanych w 1912 roku wyborach do czwartej Dumy wyreżyserowali wspólnie Żydzi i socjaliści z jego warszawskiego okręgu wyborczego. Oznaczała ona bankructwo programu politycznego, który łączył ekstremistyczną narodowościową retorykę z taktyką nie przynoszącą żadnych widocznych postępów w dążeniach do autonomii. Na długo przed rozwiązaniem czwartej Dumy i wybuchem wojny ugodowa polityka Dmowskiego została zdyskredytowana w tej samej mierze, co rewolucyjna polityka Piłsudskiego[306].


W okresie kryzysu wszystkie ugrupowania polskiego ruchu narodowego były rozdarte wewnętrznymi walkami i rozłamami. We wszystkich niemal kwestiach, które zyskiwały szerokie poparcie narodowym demokratom, dochodziło do antagonizacji niepolskich elementów ludności. Narodowy Związek Robotniczy sprawował kontrolę nad jedną trzecią ogółu klasy robotniczej. Jego przywódcy tworzyli bojówki według modelu PPS, a następnie używali ich do zwalczania wpływów ugrupowań lewicowych w zakładach przemysłowych i związkach zawodowych. W Łodzi organ narodowych demokratów, „Gazeta Polska”, otwarcie nawoływał do użycia siły dla zdławienia „socjalistycznej anarchii”. Przeciwnicy Dmowskiego uważali, że osiągnął on porozumienie z rządem carskim, na mocy którego przyszła autonomia Polski będzie nagrodą za obecną współpracę w zwalczaniu PPS. Liczba sekciarskich morderstw politycznych sięgała 40—50 tygodniowo. Narodowi demokraci ponosili odpowiedzialność przede wszystkim za nowo rozbudzone wzajemne antypatie między Polakami i Żydami. Doszła do głosu wściekła nietolerancja Dmowskiego. Socjalistom pozostało ogłaszanie rozpaczliwych apeli o wzajemne braterstwo:


Towarzysze!  


Łączność i solidarność robotników bez względu na dzielące ich granice, na różność pochodzenia i wyznania —jest najlepszą rękojmią zwycięstwa naszej sprawy, wyzwolenia pracującego ludu spod wszelkiej przemocy.  

Wie o tym dobrze rząd carski i stara się zamącić naszą jedność przez rozbudzanie nienawiści rasowo—religijnych. Gdy mu się to uda, gdy w jakim Kiszyniowie lub Baku chrześcijanie rozgromią Żydów lub Tatarzy wyrżną Ormian — wówczas rząd raduje się swoim zwycięstwem, napawa się zapachem przelanej krwi i czuje się znów mocnym i potężnym. (…)  

Tę swoją taktykę ohydną rząd już od dawna stara się stosować i w Polsce; proletariat nasz jest jednak nazbyt uświadomiony, by się dał na ten lep złapać, zanadto jest silny, by pozwolił wystąpić do pogromów rozmaitym mętom społecznym.  

Ale nie tylko rządowi podoba się rozbudzanie nienawiści rasowo-religijnych, pragną tego również wszyscy ci, dla których solą w oku jest nasza solidarność i walka klasowa. Szerzą więc nienawiść do Żydów i ojcowie jezuici (…), i księża, i Narodowa Demokracja (…).  

Że się rząd gniewa na Żydów, rzecz to zrozumiała, bo Żydzi przyjmują czynny udział we wszystkich ruchach rewolucyjnych (…); lecz ileż w tym naiwnej głupoty, gdy wrogowie nasi sądzą, że i my za to możemy na Żydów się oburzać! (…) Ta krew żydowska, która się zmieszała wraz z polską i niemiecką, spływając w rynsztoki uliczne Łodzi, (…) się stała cementem, który tym silniej spoił w jedną potężną całość różnorodne części proletariatu naszego. W szeregach walczących nie znamy ani Żydów, ani Niemców, ani Rosjan, ale widzimy tylko robotników, zmagających się z potworem caratu za wolność i szczęście ludzkości.  

Niech żyje międzynarodowa łączność robotników! Hańba ciemnym siłom reakcji (…)! Jednością obalimy carat (…)!  


Łódzki Komitet Robotniczy  

Łódź, lipiec 1905 r. Polskiej Partii Socjalistycznej [307].


Socjaliści mieli dosyć własnych kłopotów. „Młodzi” z przywództwa PPS bezustannie naciskali na intensyfikację akcji terrorystycznych, z pogardą odrzucając ostrożne rady „starych”. Lewicowcy głośno domagali się rewolucji socjalnej kosztem narodowej niepodległości. Podczas ósmego zjazdu, który odbył się w 1906 roku we Lwowie, udało się sklecić kompromis. Ale już dziewiąty zjazd w Wiedniu w listopadzie tego samego roku ujawnił istnienie trwałego rozłamu.

PPS-Lewica pod przywództwem Feliksa Kona i Henryka Wałeckiego odłączyła się już podczas pierwszego etapu drogi wiodącej do SDKPiL i ostatecznie — do komunizmu. PPS-Frakcja Rewolucyjna, której przewodził Piłsudski, nadal sprawowała kontrolę nad Organizacją Bojową i poszła w kierunku, który nacjonalizmowi przyznawał zdecydowane pierwszeństwo przed socjalizmem. Każda z tych frakcji miała doświadczyć dalszych jeszcze podziałów. Do roku 1908 Piłsudski zrezygnował już z wszelkich ścisłych powiązań z PPS i zabrał swych bliskich zwolenników do Galicji, aby tam zająć się formowaniem regularnych sił zbrojnych. W latach 1911—14 PPS-Frakcja Rewolucyjna dała początek dwóm subfrakcjom: nowej PPS oraz PPS-Opozycji pod przywództwem Feliksa Perlą (1871—1927) i Tomasza Arciszewskiego (1877—1955). Na tym etapie daleko posuniętego podziału na frakcje PPS była odbiciem bratobójczej niejednorodności całego polskiego ruchu narodowego[308].

Wydarzenia na terenie rosyjskiej Polski wywierały nieuchronny wpływ na zbliżające się wydarzenia w pozostałych zaborach. Okres Dumy zbiegł się z wprowadzeniem powszechnego prawa głosu w Austrii. W Galicji — podobnie jak w Rosji — nacjonaliści orientacji Dmowskiego czynili szybkie postępy, zwracając się zarówno przeciwko Ukraińcom, jak i przeciwko Żydom. Ich jawne szyderstwa pod adresem namiestnika Bobrzyńskiego w pełni tłumaczą, dlaczego ten ostatni był gotów przymknąć oczy na paramilitarne akcje Piłsudskiego. W Prusach Dmowski zjednał sobie swymi antyniemieckimi wystąpieniami wielu Polaków. Bezpośrednią inspiracją dla strajków szkolnych z lat 1906—07 był precedens, jaki miał miejsce w Rosji. We wszystkich trzech rozbiorach nastąpiło wyraźne przyspieszenie pulsu narodu. Zadawało to kłam diagnozie, jakoby wysokiej gorączce towarzyszyły zbytnie napięcia wewnętrzne, które nie przynosiły żadnej poprawy chorej polityce ciała narodu.

Kryzys z lat 1904—08 sprawił, że Polska oddaliła się bardziej niż w jakimkolwiek innym okresie od drogi prowadzącej do rewolucji organicznej. Później, w latach 1917—18, niemiecka okupacja osłoniła ziemie polskie przed wpływami rewolucji w Rosji. W czasie II wojny światowej przemiany społeczne przeprowadzane były nie przez rodzime siły, lecz przez wrogów z zewnątrz. Tymczasem jednak po roku 1908 polityka reakcyjna utorowała sobie drogę we wszystkich niemal dziedzinach życia. Zabójstwo Stołypina w 1911 roku położyło kres reformom. Polska Macierz Szkolna została rozwiązana. Ekspansję ziemstw na zachodnie prowincje utrudniały konflikty między chłopstwem i ziemiaństwem. Wcielenie w życie reform municypalnych w miastach utrudniała wzajemna rywalizacja między Polakami i Żydami. W 1912 roku upaństwowienie linii kolejowej Warszawa-Wiedeń doprowadziło do zwolnienia tysięcy polskich pracowników. Cesja okręgu chełmskiego na rzecz guberni kijowskiej miała wyraźnie na celu ułatwienie rusyfikacji i przygotowanie gruntu dla szerokiej akcji ponownego nawracania unitów. Na mroczniejącej scenie wydarzeń międzynarodowych łatwo było obudzić strach przed niemiecką inwazją. 3 sierpnia 1914 roku, gdy wypowiedziano wojnę i gdy pierwszy pułk kozaków przejeżdżał ulicami Warszawy, udając się na front, Polacy tłumnie wyszli na ulice, żegnając ich radosnymi okrzykami.



XVIII. FENIKS.

Odradzanie się państwa polskiego (1914—1918)

 Сделать закладку на этом месте книги

W swoich początkach I wojna światowa nie miała nic wspólnego z problemami polskimi. Zrodziła się z rywalizacji Niemiec z Francją, Wielką Brytanią i Rosją, a także z kłopotów Austrii w Serbii. Ale wybuch działań wojennych w sierpniu 1914 roku automatycznie tchnął nowe życie w sprawę polską. Po raz pierwszy od 1762 roku Berlin był w stanie wojny z Petersburgiem. Solidarność mocarstw rozbiorowych, niemal nienaruszona na przestrzeni XIX wieku, została nareszcie przełamana. Pierwszy raz od czasów napoleońskich ziemie polskie miały się stać międzynarodowym polem bitwy. Na Śląsku i w Galicji, a później na Białorusi i Polesiu front wschodni miał postawić ludność polską oko w oko ze zbrojnym konfliktem, w obliczu wszystkich idei i całej grozy, jakie niosła ze sobą epoka. Po raz pierwszy w historii każde z trzech mocarstw miało zmobilizować potężną armię. Ludność cywilna miała stanąć w obliczu bezprecedensowych wymagań, a jej lojalność miała być wystawiona na najwyższą próbę. Ziemie polskie nie były tylko i wyłącznie sceną, na której rozgrywały się wojenne wydarzenia. Były obszarem, na którym Rosja i państwa centralne musiały stoczyć walkę o ciała i umysły swoich polskich poddanych[309]. (Patrz Mapa 10).

Mapa 10. Front wschodni (1914—1918)


W miarę oddalania się perspektyw szybkiego werdyktu, każdy z zawodników czuł się w obowiązku przewyższyć rywali w szczodrości obietnic, którymi miał nadzieję zyskać sobie poparcie Polaków. W latach 1914—16 car, kajzer i cesarz-król proponowali im coraz większy stopień autonomii. W roku 1917 prezydent Stanów Zjednoczonych, Rząd Tymczasowy w Piotrogrodzie, a nawet przywódca bolszewików wypowiedzieli się za niepodległością Polski. W roku 1918 za ich przykładem poszły Francja, Włochy, Japonia i — na samym końcu — Wielka Brytania. Większość z tych deklaracji była tylko pobożnymi inwokacjami i nikt z tych, którzy je składali, nie miał żadnych szans na wprowadzenie ich w życie. Tylko Niemcy byli w stanie zmienić słowa w czyny, ale i oni nie czynili tego zbyt skutecznie[310].


Jednakże raz zbudzone widmo niepodległości nie pozwalało się już ponownie złożyć w grobie. W ciągu czterech lat trwania wojny atmosfera polityczna uległa zmianie. Zwykłe rozczarowanie poprzednich dziesięcioleci przekształcało się stopniowo w uczucie niejasnego, lecz żarliwego oczekiwania. Wśród samych Polak


убрать рекламу




убрать рекламу



ów optymiści doświadczali przypływów uniesienia w związku z zachęcającymi perspektywami, jakie otwierały się wskutek zmiennych kolei wojny. Pesymistów przerażało przekonanie o nieuchronności bratobójczych walk. W każdej z armii służyły dziesiątki tysięcy młodych Polaków. W takiej właśnie sytuacji we wrześniu 1914 roku Edward Słoński napisał najlepiej może znany wiersz lat wojny:



Rozdzielił nas, mój bracie,  
Zły los i trzyma straż —  
W dwóch wrogich sobie szańcach  
Patrzymy śmierci w twarz.  
W okopach pełnych jęku,  
Wsłucham w armat huk,  
Stoimy na wprost siebie —  
Ja — wróg twój, ty — mój wróg!  
A gdy mnie z dala ujrzysz,  
Od razu bierz na cel  
I do polskiego serca  
Moskiewską kulą strzel.  
Bo wciąż na jawie widzę  
I co noc mi się śni,  
Że TA, CO NIE ZGINĘŁA,  
Wyrośnie z naszej krwi [311].


Wszędzie tam, gdzie możliwa była działalność polityczna, jak grzyby po deszczu powstawały nowe polskie organizacje. W Krakowie konferencja z 16 sierpnia 1914 r. powołała do istnienia Naczelny Komitet Narodowy, który stawiał sobie za cel zjednoczenie wszystkich polskich ruchów niepodległościowych pod egidą Austrii[312]. Jego pierwszym prezesem został profesor Juliusz Leo (1862—1918), wieloletni prezydent miasta Krakowa. Na czele jego Departamentu Wojskowego stanął Władysław Sikorski (1881—1943). Komitet cieszył się poparciem wszystkich czołowych przywódców ugrupowań politycznych Galicji i prowadził swoją działalność przez trzy lata. Utrzymywał kontakty z Polską Organizacją Narodową Piłsudskiego — politycznym skrzydłem Legionów. Nie były to jednak bynajmniej stosunki łatwe i spokojne. 10 września 1914 narodowi demokraci utworzyli w Warszawie Centralny Komitet Obywatelski, którego oficjalnym zadaniem było organizowanie pomocy socjalnej dla ofiar wojny, a który w gruncie rzeczy miał także wspierać Komitet Narodowy Polski Dmowskiego, w tym czasie wciąż jeszcze zabiegający o autonomię pod protektoratem Rosji. Wkrótce, bo już w 1915 roku, KNP przeniósł się do Piotrogrodu, a następnie do Lozanny[313]. W Londynie utworzono Polski Komitet Informacyjny, zajmujący się udzielaniem pomocy Polakom, którzy zostali objęci przepisem o obowiązku rejestracji cudzoziemców, oraz propagowaniem w Wielkiej Brytanii sprawy polskiej. Patronował mu Robert William Seton-Watson, czołowy brytyjski obrońca ruchów narodowych w Europie Wschodniej, a wśród jego najbardziej aktywnych członków znalazł się August Zaleski[314].

W Vevey w Szwajcarii pianista Ignacy Jan Paderewski założył Centralną Agencję Polską. Oba ośrodki, w Wielkiej Brytanii i Szwajcarii, starały się skoordynować dążenia w kierunku niesienia pomocy mieszkańcom terenów Polski zdewastowanych na skutek działań wojennych. CAP uruchomiła filie w Londynie, Paryżu, Rzymie i Waszyngtonie — wszystkie one miały się dostać w orbitę wpływów KNP Dmowskiego. Dwie podstawowe tendencje polityki polskiej tego okresu reprezentują, z jednej strony, tzw. „aktywiści”, nawołujący do podjęcia czynnej walki przeciwko Rosji u boku państw centralnych, oraz, z drugiej strony, tzw. „pasywiści”, którzy pokładali nadzieje w Rosji, a w okresie późniejszym — w zachodnich sprzymierzeńcach.

Liczba polskich formacji wojskowych również wzrastała w szybkim tempie. 16 sierpnia 1914 roku Piłsudski połączył swoich strzelców z innymi ugrupowaniami paramilitarnymi o podobnej orientacji, tworząc Legiony Polskie[315]. Sam objął komendę nad Pierwszą Brygadą — stąd jego znany przydomek „Komendant” i legionowy marsz My, Pierwsza Brygada . Drugą Brygadą dowodził pułkownik Kuttner, a od l lipca 1916 roku — pułkownik Józef Haller (1873— 1960).

Na czele Trzeciej Brygady, utworzonej w 1916 roku, stał pułkownik Stanisław Szeptycki (1867—1946), a następnie generał Bolesław Roją (1879—1940). Po swojej pierwszej samodzielnej akcji w sierpniu 1914, która zakończyła się tragicznie, Legiony zostały podporządkowane dowództwu austriackiemu. Powiązania z Legionami miała elitarna formacja Piłsudskiego pod nazwą Polska Organizacja Wojskowa — tajny organ konspiracyjny przeznaczony do akcji dywersyjnych i szpiegowskich — która działała jeszcze po ostatecznym rozwiązaniu Legionów[316].

Po stronie rosyjskiej narodowi demokraci powołali do istnienia ochotniczy Legion Puławski, pomyślany jako przeciwwaga dla wpływów Piłsudskiego. W późniejszych stadiach wojny Niemcy utworzyli Polnische Wehrmacht  — formację pomocniczą dla obsadzenia garnizonów w miastach polskich odebranych Rosji;

Rosjanie w łonie własnej armii zorganizowali Brygadę Strzelców Polskich; Francuzi — Armię Polską złożoną z jeńców wojennych. Amerykanie i Kanadyjczycy ułatwiali nabór do formacji polskich istniejących w ramach tej czy innej armii sprzymierzeńczej[317].

W 1916 roku ogólna liczba Polaków czynnie uczestniczących w wojnie sięgała już 1,9 miliona. Stanowiło to 4% mieszkańców prowincji nadwiślańskich, 14,8% Polaków zamieszkałych w pruskiej Polsce oraz 16,3% polskiej ludności Galicji. W trakcie działań wojennych rannych miało zostać ponad milion z nich, w tym 450 000 — śmiertelnie[318].


Kampanię na froncie wschodnim Piłsudski rozpoczął, zanim którakolwiek z zawodowych armii wykonała jakieś posunięcie. Po proklamowaniu 6 sierpnia 1914 roku fikcyjnego Rządu Narodowego grupa strzelców przekroczyła granicę Galicji i ruszyła w kierunku Kielc. Był to niezwykły widok. Kawalerzyści nieśli siodła na głowach w nadziei zdobycia koni na nieprzyjacielu. Na przedmieściach Kielc wyszły na spotkanie strzelców kobiety, wręczając im bukiety kwiatów. Reszta mieszkańców miasta, obawiając się akcji odwetowej ze strony Rosjan, pozostała w domach. Po krótkiej ulicznej potyczce z rosyjskim patrolem „armia wyzwoleńcza” została przepędzona z miasta. Przed upływem dwóch tygodni znalazła się z powrotem w Galicji. Było to fiasko, które skłoniło Piłsudskiego do przejścia pod rozkazy Austriaków i do pozostawienia na pewien czas zadania prowadzenia czynnej walki zawodowemu wojsku[319].


Ofensywa rosyjska szykowała się do ekspansji na wschód w dwóch sektorach: w Prusach Wschodnich i w Galicji. W tym właśnie celu głównodowodzący wojsk rosyjskich, wielki książę Mikołaj, wystosował do narodu polskiego następującą odezwę:


4 sierpień 14 (Petersburg)


ODEZWA WIELKIEGO KSIĘCIA MIKOŁAJA MIKOŁAJEWICZA

ZAPOWIADAJĄCA ZJEDNOCZENIE ZIEM POLSKICH

POD BERŁEM CARA ROSJI I NADANIE IM AUTONOMII


Polacy!

Wybiła godzina, w której przekazane Wam marzenie ojców i dziadów waszych ziścić się może.

Przed półtora wiekiem żywe ciało Polski rozszarpano na kawały, ale dusza jej nie umarła. Żyła ona nadzieją, że nadejdzie godzina zmartwychwstania dla Narodu Polskiego i dla pojednania się braterskiego z Wielką Rosją.

Wojsko rosyjskie niesie Wam błogą wieść owego pojednania. Niechaj się zatrą granice, rozcinające na części Naród Polski.

Niech Naród Polski połączy się w jedno ciało pod berłem Cesarza Rosyjskiego. Pod berłem tym odrodzi się Polska, swobodna w swojej wierze, języku i samorządzie.

Jednego tylko Rosja spodziewa się po Was: takiego samego poszanowania praw ludów, z którymi związały Was dzieje.

Z sercem otwartym, z ręką po bratersku wyciągniętą, kroczy na Wasze spotkanie Wielka Rosja. Wierzy ona, iż nie zardzewiał miec